Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

Miron i Ameryka (3), czyli ciekawe popołudnie w Nowym Jorku

Miron Białoszewski
 
środa, 13 pażdziernik1982

Brodacz - aktor-szofer - załatwiał ze mną bankowości. Ale nie zdołaliśmy dziś nic. Jutro znów, ale bez latania, bo będzie taksówka, którą brodaty aktor-szofer Lech Michał jeździ. Dziś miał dzień wolny. stracił na mnie dużo czasu. Byliśmy w Queensie, u niego w domu. Dwa razy u jego żony Julity w redakcji tutejszego polskiego "Nowego Dziennika". Telefonowanie do jednej z moich patronek, pani Krzywickiej. Telefon przerywany. Julita z redakcją śpieszyły się namiętnie na manifestacje antyp0olskorządowe pod konsulat. Mnie porwały w pędzie, ale zatrzymałem się w pewnej odległości. Powiedziałem, że mi nie wypada, skoro tam wczoraj byłem jako załatwiacz i od konsulatu dalej potrzebuję łaski, pomocy w powrotnym bilecie. Zresztą co mi przyjdzie ze słuchania pokrzykiwań i gwizdów małej grupki Polaków. Najgłosniej krzyczała jakaś kobieta. Niczym wczorajsza Murzynka o Jezusie. Zamiast to kontemplować, poleciałem do niedalekich sklepów porno i tam na oglądaniu pism spędziłem ciekawe popołudnie w Nowym Jorku. W każdym porno-sklepie jest z jednej strony miłość damsko-męska, a z drugiej męsko-męska, obfita niezwykle. Tam tyle mężczyzn, co i tu. Każdy sobie ogląda, co chce. Jak długo chce. Wczoraj też tu byłem, kupiłem dużo przepięknych aktów.
Ciepło, deszczyk. Powrót jak i wczoraj, z 42 Poprzecznej na moją 23 Poprzeczną przez Podłużną Ósmą, z Murzynami, czyścibutami, pijakami, Murzynkami-kurwami. W połowie drogi wielki okrąglak, cyrk na górze, dworzec na dole [chodzi zapewne o Grand Central Terminal], jednocześnie poczta główna naprzeciw, z wielkimi schodami i kolumnami. Tu lubią Grecję.
Już zrobiły się znane mi, powszednie te miejsca. Dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim "interesem" sam sobie robi minetę. Olbrzymi "interes" podobny do owego miałem dwa razy.
Dużo przeżyłem w życiu dobrego, złego i ciekawego. I dlatego nie może się powtórzyć oszołomienie takie jak Paryżem w 1959 roku. Jeszcze było wspaniale z Egiptem.
Z tymi porno mieszkam sobie u zakonnic. I wszystko dobrze. To tak jak chodzenie do konsulatu i miłe rozmowy z wygwizdywaczami.
Leżę w pokoju, piszę, czytam. Za oknem cisza. Czasem lekki szum czegoś jadącego, spokój - spokój. Tylko rano o 10-tej dyńdylinda tu obok z kościółka sygnaturka. Dziś mnie wybiła ze snu, przez co spałem ledwie 4-5 godzin. Jest tak ostra, tak długo dzwoni, że niewiele pomagają zatyczki w uszach.
Siusianie nocne przy łóżku do dużego pudła po soku pomarańczowym z grubej tektury. Nie przecieka. Nawet po tygodniu.
Nie mogę nauczyć się uruchomiania telefonu ani otwierania okna typu angielskiego. Więc jednak pułapki.
W Pradze czeskiej byłem z Polakiem z mojej grupy późno wieczorem pod Hradczanami, na starym Mieście, na moście Karola. Szukałem sladów Meyrinka, Kafki, pytałem Czechów wyglądających oknami o drogę. Pewien zaułek był naprawiany, latarki nad wykopem, niczym Koguci Zaułek w Golemie. Ta starówka jest duża. Cała na pochyłości. Polak, ten ze mną, chciał sprawdzić, gdzie to urzędował Bolesław Chrobry. Ja mu przypomniałem, że zdobył Pragę, urzędował, ucztował. Nagle wpadli ludzie
- Czesi! Zbrojni! Uciekać!
Poderwali się od żarcia, picia, uciekli. W tejże Pradze czeskiej Kazimierz Wielki miał kochankę. Raz w nocy w łóżku spadła jej z głowy peruka. Okazała się łysa. Obrzydził ją sobie.

Języka tu w Nowym Jorku nie używam. Załatwiam na migi. Zresztą podobno w N. Jorku na ogół mówią źle po angielsku. Żywioł języka - końcówki.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 804-805.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Miron i Ameryka (2), czyli o Murzynach i białej rasie

Miron Białoszewski

12 październik 1982, wtorek

Rano wyglądam oknem. Domiska olbrzymie sterczą, ale ruch w dole jak w Sieradzu. Trochę samochodów i parę osób przechodzi.
Wyjście na miasto. Nie ma tłoku. Ale wsiąka się od razu w nasycenie. Sklepy. Staroświeckość ulic. Wszystkie rasy. Nie ma podziemnych przejść. Jezdnię przechodzi się wierzchem.
Zmęczenie.
Fundacja odszukana z trudem. A pani umówiona. Dała czek.
Konsulat. Konsulowie uprzejmi. Stary dom secesyjny. Obie polskie strony chętnie ustalają mój wieczór w Polskim Instytucie Nauk. Powrót. Łóżko. Dzwonią do mnie. Gadam. Buch leżeć. Jeszcze raz poniosło mnie na 42 ulicę z rozrywkami. Światła, takie graniastosłupy świateł jak na filmie, ale na krótkim odcinku. Ulice wcale nie szaleją od neonów. Murzyni, Murzyni.
To ten mój Paryż 1959 tak mnie zaszokował konwulsjami reklam, ciągami świateł. Stolicą świata. Tłumami, gąszczem pełznących samochodów. Już nigdy tak nigdzie nie było. Trochę w Kairze, na gęstość. Pewnie i ja obyłem się z efektami. Powtarzałem sobie
- więc taki jest wielki świat. Te tajemnice otwierane.
Mam lepszy pokój. Ciepło. Roleta. Cicho. Idealnie. Wyrocznia z Hożej-Niewczasowej sprawdza się.
Nie można było znaleźć po sklepach portfela (mój za ciasny na paszport) ani lemoniadek do rozpuszczania.
Dużo zaniedbania, starych chodników, spękań, bylejakości. Schody z metra najczęściej zwykłe, wcale nie ruchome.
Ważniejsze stacje mają wielkie odnogi, ciągi, skręty, tłumy, nieraz sklepy. Wychodek znaleźć trudno. 
Bardzo mi się podoba Manhattan. Jak pawi ogon, rozłożony do podziwiania i wyrywania piór. Sposób na to: energia i dolary. Teresa przez telefon daje rady. Uważać. Inni też.
W konsulacie zakłopotanie, że będą mieli nazajutrz pod oknami manifestację. Już było spokojnie, już coś nawiązywali, a tu buch! - skasowanie "Solidarności" i wybuch sprzeciwu.
Ja wysłuchuję tych i tamtych. Bo niby co innego wypada? Nie ukrywam swojego dystansu do polityki ani zmęczenia polityką, gospodarką, życiem społecznym, musem polskim. chcę inności, choćby na 6 tygodni. Świata. Ale tu problem murzyński. Opanowali Waszyngton, biali uciekają do miasteczek. Coraz wiecej tych czarnych i w N. Jorku.
Sam odczułem tu i tam możliwość niepewności siebie - białego, kiedy wracałem 87 Avenue wieczorem między raczej czarnymi niż białymi.
W Związku Radzieckim mnożą się islamczycy, żółtacy. Może to zmierzch białej rasy? Panowała na świecie krótko. Wiele dała, w myśli, sztuce. Wiele nie dała. wiele nabroiła. Uroda białych często działa. Ale - biorąc bezstronnie a tanecznie, teatralnie - to to rasa mało rytmiczna, ciężka, krowiasta, a z pretensją, leniwa, a porządnicka, niewytrzymująca konkurencji w zewnętrzności bycia, jako sztuki, w urodzie zwierzęcia.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 802-804.

piątek, 21 czerwca 2013

Miron i Ameryka (1), czyli 8 godzin w czeskim "letadle"

Miron Białoszewski
11 październik 1982

8 godzin w czeskim letadle w towarzystwie polskich panów i pań. Jadą odwiedzić rodziny. Z walizami, prezentami. Pogodni. W ondulacjach.
Przelot nad Nową Funlandią. ziemia jałowa, bezludna. Skały i dzikie wody, jak po stworzeniu świata. Dalej podobnie, tyle że z kosodrzewiną, ślady ludzi, ale rzadkie.
Potem mówią, że tam Boston - w bok - ale nie widać. Słońce ma się od 5 godzin ku zachodowi. Nagle miliony małych domków, szare, duże wody. Słońce czerwone świeci w oczy spomiędzy chmur, horyzontu i mrowiska. Ktoś pokazuje trochę sterczących gwoździ
- odtąd dotąd - i to wszystko
na Manhattan.

środa, 5 czerwca 2013

Nagroda Pulitzera

Złoty medal „Pulitzera”
Nagroda Pulitzera (ang. The Pulitzer Prize) – amerykańska nagroda literacka przyznawana corocznie w kwietniu. Nagrodę tę przyznaje się za wybitne dokonania w dziedzinie dziennikarstwa, literatury i muzyki. Zdobywcy nagrody są wybierani przez jury, działające przy Wyższej Szkole Dziennikarstwa Uniwersytetu Columbia. Kandydatów wybiera się głównie spośród twórców amerykańskich. Nagrodę swojego imienia ufundował w 1917 amerykański dziennikarz i wydawca węgierskiego pochodzenia, Joseph Pulitzer. Pierwsze nagrody rozdano 4 czerwca tego samego roku. Nagrody corocznie przyznaje się w dwudziestu jeden kategoriach. W dwudziestu z nich zwycięzca uhonorowany jest świadectwem i czekiem na 10 tys. USD, a dwudziesta pierwsza kategoria: „Służba publiczna” uhonorowana jest złotym medalem, który otrzymuje zwykle gazeta, mimo iż jest on przypisany do konkretnej osoby.

Do napisania tego posta zainspirował mnie Bibliomisiek, autor bloga Za okładki płotem, za co mu bardzo dziekuję, zamieszczając listę i wpis na temat Nagrody Pulitzera. Tak się sklada, że mam lekką obsesję na punkcie list książek, literatura amerykańska bardzo mnie interesuje (co można stwierdzić przegladając zawartość mego bloga), a jakoś o tej liście zapomniałem. Być może miał tu wpływ Vladimir Nabokov trochę wyśmiewajacy tę nagrodę, wątpiący wjej rangę i znaczenie (czyżby zazdrość?) w przedmowie do "Lolity" i nazywający ją tam "nagrodą im. Polinga". Jako żródło wykorzystałem oryginalną listę z anglojęzycznej Wikipedii. Najbardziej interesujących jest dla mnie 6 kategorii związaneych z książkami i literaturą:

Fiction – za wybitną książkę z dziedziny literatury pięknej napisaną przez amrykańskiego autora, najlepiej dotyczącą amerykańskiego życia.
Drama – za wybitną sztukę napisaną przez amerykańskiego dramatopisarza, najlepiej oryginalną i dotyczącą amerykańskiego życia.
History – za wybitną książkę na temat historii Stanów Zjednoczonych. 
Biography or Autobiography – za wybitną biografię lub autobiografię napisaną przez amerykańskiego autora. 
Poetry – za wybitny tom oryginalnej poezji napisanej przez amerykańskiego poetę. 
General Non-Fiction – za wybitną książkę z dziedziny literatury faktu napisaną przez amerykańskiego autora, która nie może być rozpatrywana w żadnej z pozostałych kategorii.

Z tych 6 kategorii najbardziej mi bliska jest pierwsza kategoria, czyli Fiction (literatura piękna). Pierwotnie ta kategoria nosiła nazwę
Pulitzer Prize for the Novel (w latach 1918-1947). W miarę możliwości podaję tytuły polskich wydań.

1910s

1917: Nie przyznano nagrody
1918: His Family, Ernest Poole
1919: The Magnificent Ambersons, Booth Tarkington 

1920s

1920: Nie przyznano nagrody
1921: "Wiek niewinności" (The Age of Innocence), Edith Wharton
1922: "Smuga słońca" Alice Adams, Booth Tarkington
1923: One of Ours, Willa Cather
1924: The Able McLaughlins, Margaret Wilson
1925: So Big, Edna Ferber
1926: "Arrowsmith" (Arrowsmith), Sinclair Lewis (odrzucona nagroda)
1927: Early Autumn, Louis Bromfield
1928: The Bridge of San Luis Rey, Thornton Wilder
1929: Scarlet Sister Mary, Julia Peterkin 

1930s

1930: Laughing Boy, Oliver La Farge
1931: Years of Grace, Margaret Ayer Barnes
1932: "Łaskawa ziemia" The Good Earth Pearl S. Buck
1933: The Store Thomas Sigismund Stribling
1934: Lamb in His Bosom Caroline Miller
1935: Now in November Josephine Winslow Johnson
1936: Honey in the Horn Harold L. Davis
1937: "Przeminęło z wiatrem" (Gone with the Wind) Margaret Mitchell
1938: The Late George Apley John Phillips Marquand
1939: "Roczniak" (The Yearling) Marjorie Kinnan Rawlings 

1940s

1940: "Grona gniewu" (The Grapes of Wrath) John Steinbeck
1941: Nie przyznano nagrody
1942: In This Our Life Ellen Glasgow
1943: Dragon's Teeth Upton Sinclair
1944: Journey in the Dark Martin Flavin
1945: A Bell for Adano John Hersey
1946: Nie przyznano nagrody
1947: "Gubernator" (All the King's Men) Robert Penn Warren
1948: Tales of the South Pacific James A. Michener
1949: Guard of Honor James Gould Cozzens 

1950s

1950: "Droga na zachód" (The Way West) A. B. Guthrie, Jr.
1951: The Town Conrad Richter
1952: "Bunt na okręcie" (The Caine Mutiny) Herman Wouk
1953: "Stary człowiek i morze"(The Old Man and the Sea) Ernest Hemingway
1954: Nie przyznano nagrody
1955: "Przypowieść" (A Fable) William Faulkner
1956: Andersonville MacKinlay Kantor
1957: Nie przyznano nagrody
1958: A Death in the Family James Agee (nagroda przyznana pośmiertnie)
1959: "Podróże Jaimiego McPheetersa" (The Travels of Jaimie McPheeters) Robert Lewis Taylor

czwartek, 13 grudnia 2012

O pisarzach pustelnikach

Cape Cod

W tym miejscu brzeg oceanu nie jest tak grzebieniasto-spieniony jak gdzie indziej. Wydmy, krzewy o cierpko-słodkim zapachu, ptasie sanktuaria wzdłuż wybrzeża. Ciche miasteczka i skromne kąpieliska, gdzie ani śladu florydzkich atrakcji w rodzaju cyrku Barnuma. Wszędzie dobre formy, które pozostawili tu Anglicy, kiedy oficjalnie stąd odeszli. Krajobraz we wczesnojesiennym świetle świeży i błyszczący. Laski kosodrzewiny, pobłyskujące jeziorka, kolorowe drewniane domki, melodyjna monotonia łagodnej falistości wybrzeża, zielononiebieska gra wielkiej wody: to wszystko różni się od widoków reszty kontynentu, jest w bardziej ludzkiej skali, swojskie.

Niewielka miejscowość, Concord, prawie się nie zmieniła: dziś panuje tu ten sam malarski nieład jak w czasach Thoreau, Emersona i Hawthorne'a. W pobliżu Concord kałuża, sławne jeziorko Walden, nad którym Thoreau, ten amerykański Rousseau, przed stu trzydziestu laty własnymi rękami zbudował sobie chatkę, ponieważ „nie mógł wytrzymać tłumu i hałasu miejskiego życia". (Jeziorko zmieniło się obecnie w publiczne kąpielisko, a chatkę Thoreau rozebrano i przeniesiono do muzeum). Concord w zeszłym wieku było amerykańskim Szephalom, a nawet Weimarem. Ta mała miejscowość w stanie Massachusetts jest dziś literackim sanktuarium. Emerson był Kazinczym amerykańskiego ducha zbuntowanego przeciw literackiej wyniosłości angielskiego kolonializmu. W swej sławnej deklaracji zatytułowanej American Scholar, w połowie zeszłego wieku napisał: The nation... was certainly building railroads and launching steamboats but... no expression of a high national feeling is present. To wywołało poruszenie. Jak Dostojewski, kiedy wygłosił mowę o Puszkinie. Właściwie żaden z nich nie powiedział nic szczególnie ważnego ani nowego, ale obaj przemówili w najwłaściwszym momencie. „Duchowa niezależność amerykańska", którą ogłosił Emerson, jest pięknym wspomnieniem; dziś komercjalizm pozbawia pisarzy możliwości spotkania się z sobą samymi i ze światem tak samo jak niegdyś kolonializm.

Salem, Concord

Zabita deskami mieścina w New England. Podobnie jak Manhattan Mellville'a, Brooklyn Whitmana, Bronx Poego... Jakież to grajdoły duchowe istniały w połowie zeszłego wieku! Pisarze żyli w nich jak Indianie w rezerwatach. Thoreau, gdy spacerował sobie tu po lesie, pisał piękne wersety o tym, że „człowiek zawsze podąża na Zachód". Dla pisarzy amerykańskich „Zachód" oznaczał zawsze Dziki Zachód, ale nie tylko oni podążali na Zachód. Od chwili, gdy Człowiek - gdzieś w Środkowej Azji - stanął na nogi i zaczął chodzić, zawsze podążał na Zachód. Czasami zatrzymywał się, na przykład w Europie, na przeciąg dwóch-trzech tysięcy lat, zmieniał buty, tworzył kulturę, ale potem znów szedł na Zachód, a więc w kierunku Ameryki, w stronę Oceanu Atlantyckiego. Sensem tej wędrówki było zawsze: dotrzeć na Zachód. Do kontynentu, który uwolnił się od kolonialnego statusu, Amerykanie odnosili się z niespokojną radością lokalnych patriotów. I Thoreau pisał miłosne strofy do amerykańskiej mgły, wiatru, natury, wiewiórek i ludzi... amerykański panteizm sapie i entuzjazmuje się w patosie tej literatury. „Tylko to Wielkie, co Dzikie..." - woła. „Arcydzieło też jest tylko wtedy Wielkie, gdy jest Dzikie" - wykrzykuje tu w lesie, na brzegu bajorka Walden. I żałuje Szekspira, że już nie zaznał on natury, a więc nie mógł być „naprawdę Dziki". Ambulator nonfit, sed nascitus! - ryczał.

Istotą społecznej reformy Thoreau było przekonanie, zgodnie z którym jedynym trybem życia godnym człowieka jest „tygodniowo jeden dzień pracy i sześć dni odpoczynku". (Półtora wieku później, w epoce automatyzacji ten projekt pracy zaczyna się stawać realny). Kiedyś, około 1840 roku odwiedził Nowy Jork i przeżył wstrząs: „Tłumy pożerają tu wszystko..." - pisał. (Miał rację, Tłum to nie Wielu, tylko Inny). Stąd, ze swojej chatki, znad brzegu jeziorka chadzał do „grzesznego miasta", do Concord, zmieniać bieliznę. Mawiano o nim, że żyje w Walden jak święty Franciszek, „potrafi rozmawiać z ptakami i ze zwierzętami". Był typem pustelnika, który (według określenia Renar-da) dobrze zna kolejowy rozkład jazdy.

Emerson niezbyt dobrze znosił idyllę w Concord. Uciekał stąd, kiedy tylko mógł, wygłaszał wykłady w dalekich miastach, kilkakrotnie odwiedził Europę. Wśród pisarzy pustelników z okolic Concord Hawthorne był największym talentem twórczym. „Old Manse", dom, w którym tu mieszkał, stoi do dziś - to coś w rodzaju amerykańskiej Willi Kisfaludyego w Badacsony. Wybuch sił duchowych rzucał stąd światło daleko. Członkowie wspólnoty rozumieli, że nie są „mieszkańcami", lecz „narodem". Jąkając się, czasem sepleniąc, z purytańską skromnością lub z patosem wyzwolonego dzikusa pisarze ci opiewają kontynent, który jest naraz Ojczyzną i Mitem - otoczone z trzech stron oceanem ogromne góry, jeziora jak morza, rzeki, pustynię i dzikie lasy, a potem zwierzęta, nowe maszyny. I jednocześnie stropieni słyszą własny głos, bo w nieobjętej przestrzeni śpiewają samiusieńcy; i podejrzewają już, że żądny zysku, purytański, kupiecki świat słucha ich z niedowierzaniem. Jak dziś.

(1958)

Sandor Marai "Dziennik".

środa, 5 grudnia 2012

Podróż po Ameryce i Meksyku (2)

Eva Karpati Sandor Marai
1959

Rosarita

Obok szlabanu granicznego, nad sklepioną bramą komory celnej napis informuje wielkimi literami: MEXICO. Straż graniczna niewidoczna, wszyscy swobodnie przechodzą przez granicę w tę i z powrotem. Napis jest prowincjonalny, wędrowiec wkracza do wielkiego kraju przez furtkę. W autobusie, który z Tijuany, przygranicznego miasta, wiezie pasażerów do letniska nad oceanem, zaduch: mieszanka zapachu mięsa, tłuszczu, oleju i zwierzęcego ciepła. Pasażerowie siedzą nieruchomo w tym stajennym smrodzie, wszyscy milczą, nawet dzieci. To południowa cisza - zwierzęcy bezruch, gnuśność pełna napięcia. Tak leży na słońcu wąż, nieruchomy, lecz w każdej chwili gotów zadać śmiertelną ranę. Wysłużony autobus kołysze się powoli wśród przydrożnych skał. Wszędzie dookoła spalone słońcem kamienie, łyse góry rdzawej barwy. Budynki nadmorskie jak wymarłe. Do pokoju prowadzi przybysza pies, ogrzewanie tu podłogowe, opalają gazem ziemnym. Rankiem gwałtowny blask słoneczny jak uderzenie biczem. Tuż przed drzwiami szum przypływu, fale Oceanu Spokojnego spryskują pianą próg domu. Światło tu palące, gna człowieka do cienia, piecze w oczy. Pustkowie nadbrzeża. Kilka drzew palmowych i domów z suszonej na słońcu cegły. Pies jest przyjazny i zachowuje się jak cicerone. W pobliżu znajduje się większe osiedle, Ensenada, tam prowadzi przybysza. Około południa przypływ się kończy. Fale wyrzucają na brzeg muszle, zdechłe morskie pająki, pancerze rozmaitych skorupiaków. Pies pogodnie bawi się muszlami i pancerzami raków. Potem siada u stóp pagórka i znieruchomiały długo wpatruje się w ocean, w to ucieleśnienie nieskończonego Ruchu. Węszy obojętnie i okrutnie konsekwentną, zawsze miękką, a jednak bardziej zwartą niż jakiekolwiek ciała stałe Siłę. Wraz z odpływem pojawiają się małe ptaszki wodne, myszkują, przeszukują wilgotny piasek nadbrzeżny. W tle góry krasowe. Słońce świeci, ale teraz już nie pali tak gorąco, raczej otula jak flanelowy pled.

W Meksyku nie jest źle. Gdy przemieszka się kilka lat w Stanach Zjednoczonych, tu nagle znów nie czuje się proletariackiego otoczenia. Pomocną część Ameryki zajęli proletariusze obdarzeni awanturniczą żyłką, ludzie biedni i umiejący zmagać się z losem, którzy opanowali ten kontynent, walcząc z niezwykle twardymi warunkami życiowymi. Rewolucja przemysłowa błyskawicznie stworzyła tu cywilizację, w miejsce proletariusza-pioniera pojawił się w Stanach Zjednoczonych proletariacki parweniusz, który wsiadł do wielkiego auta, zaś Wielkie Organizacje umeblowały - na kredyt -jego dom elektrycznie napędzaną wygodą. Ten północnoamerykański proletariusz, „bogaty biedak", pędzi swój parweniuszowski żywot pogrążony w konfuzji i napięciu. W Meksyku są żebracy, ale nigdzie nie widać proletariusza. Fakt posiadania lub nie, proporcje w posiadaniu tu także tworzą duże różnice społeczne, ale nie jest to linia odgraniczająca od siebie ludzi tak nieodwołalnie jak w Stanach Zjednoczonych.

W nocy w Tijuana ta „inna ludzkość" stroi grymasy. Meksykańczycy nie są proletariuszami w klasycznym sensie tego słowa, lecz nie są też harmonijni. W zachowaniu, spojrzeniu, gestach ludzi wyczuwa się swoistą wytworność, ale owa maniana - gęsta krew dawnych ras, klimat, zmieszanie krwi hiszpańskiej z indiańską i postawa obojętnej gnuśności - nie są wytworne, raczej chore. To choroba hiszpańska, pozostawiają ją wszędzie, gdzie postawią stopę, w Neapolu, w Meksyku, w ludzkiej krwi i postawach. W Tijuanie zapach cygańskiej fermentacji nadgranicznej siedziby. Noc ciepła i najwyraźniej wszyscy wylegli na ulice. W barokowym kościele, przestronnym i zwieńczonym kopułą -ściany pobielone na śnieżny i błękitny kolor, podłoga starannie wymieciona i umyta, w niszach ściennych zezowaci, pstro odziani święci - wierni nie kroczą po kamiennej podłodze, lecz posuwają się na kolanach. Dziwne spojrzenia: Indianka, stara kobieta, z płonącymi oczyma, patrzy dziko i ponuro. Spojrzenia kobiet gdzie indziej takie same - na ulicy, w sklepach: bezlitosne, atakujące i pożądliwe. W tak jednoznaczny, drapieżny sposób spoglądają nie tylko młode kobiety; także stare patrzą tak spod czarnych chust, których końce zarzucają na ramiona - w ich spojrzeniu czai się wieczna gotowość Kreatury, by schwycić każdy okruch. Ale w tych surowych spojrzeniach nie ma żądzy zysku. Czekają na „szansę", nie na zysk. Na ulicy nie widać księży. Mówi się, że antyklerykalizm wierzącego zabobonnie ludu meksykańskiego po dziś dzień pozostał żywy i porywczy. Około północy adwokaci i prostytutki pełnią dyżur wzdłuż całej długości ulicy. Autobus ruszający późną nocą w kierunku Ensenady j est brudny i nieoświetlony. Na siedzeniach ludzie pogrążeni we śnie, pootulani w łachmany. W pustej jadłodajni po północy chiński kucharz podaje meksykańską kolację, ale trudno rozróżnić jej składniki, bo ostre, palące przyprawy tłumią wszystkie inne smaki: ryby, mięsa i jarzynowego puree, wszystko płonie mi w ustach, jakbym był połykaczem ognia

San Diego

Z powrotem do Stanów Zjednoczonych w skrzącym się świetle, pomiędzy przykrytymi folią milowymi plantacjami pomidorów. Czysty, chłodzony autobus. Woda w przydrożnej gospodzie, której można się spokojnie napić, „zemsta Montezumy" nie zagraża. Opiekuńcza, udzielająca schronienia ochrona cywilizacji. Z pięknego, dzikiego, butnego Meksyku z powrotem do proletariacko-parweniuszowskich Stanów Zjednoczonych, gdzie w ciągu minionych stu lat pomimo surowych warunków pokolenie silnych ludzi Zachodu stworzyło masom taki poziom życia, jakiego w Meksyku tamtejsi mieszkańcy, pomimo istnienia refleksów wielkiej, dawnej kultury, nie byli w stanie stworzyć przez stulecia. Południowokalifornijskie miasto od pierwszego wejrzenia robi uspokajające, przyjazne wrażenie. Powietrze jest chłodne, słodkie i słone naraz. Przy szerokich alejach duże, ale nie luksusowe sklepy, spojrzenie przyciągają pobudowane na okolicznych wzgórzach gustowne, lecz nie wielkopańskie osiedla niewielkich rezydencji. Miasto amerykańskie, w którym wszystko jest łatwo dostępne, kojąco bliskie. I eleganckie na sposób południowy, jak Palermo. Park Balboa, miasto nad zatoką z budynkami w stylu hiszpańskiego renesansu, pod arkadami - to w Ameryce rzadkość. Budynki, które mówią o czymś więcej niż tylko o swoim przeznaczeniu, korzystają z luksusowych możliwości ornamentyki. W cienistym, wielkim parku, w szeregu pałaców pod arkadami kilka muzeów. W galerii obrazów niewiele dobrze wybranych płócien: kilku Flamandów, ale jest Goya, Greco, Tycjan i Rembrandt. W parku chłodne i wonne cienie. W „Cafe del Rey Moro", w niewielkim renesansowym pałacyku, pośród rzadkich krzewów, za kamienistą bramą o szlachetnym rysunku ciche patio i bezszelestny, uprzejmy personel. Do świetnej herbaty dają chłód, woń roślin i nade wszystko czas — nie pospieszają gościa. Na brzegu Oceanu Spokojnego nagle odzywa się tu cicho Europa -dawna Europa, ze swoimi zwyczajami i formami. W jednym z porośniętych magnoliami kątów parku parterowe domki jak z piernika. Całe ich urządzenie: w jednym fortepian, w innym ekspres do kawy. Nazwa tego miniaturowego osiedla: House of Pacific Relations, jest grą słowną o podwójnym znaczeniu. Nad drzwiami wejściowymi domków z piernika napisy: Chiny, Dania, Anglia, Węgry. Zamieszkali w okolicach San Diego przybysze z daleka w niedziele mają zwyczaj odwiedzać domki tej cottage. Tablica na ścianie powiadamia, że domki i urządzane tu spotkania to living symbol of the vitality of a vibrating lifeblood of many lands and owing loyality to one flag and one country. Jest w tym coś z poczciwości kółek śpiewaczych i męskich stowarzyszeń. Ale obok dyletantyzmu jest w tym prawdziwy idealizm: duch tolerancji i zdyscyplinowanej współpracy, a to sekret Ameryki. The lifeblood of many lands, krążenie tych rozmaitych rodzajów krwi w wielkim ciele, gotowość wtopienia się w całość i przyjęcia roli. To nie gładki frazes z niedzielnych kazań - to także dziś sekret prawdziwej wielkości Ameryki. Kto wyklucza, odgradza się, chroni czystość rasy, zawsze obumiera. Żyć i być wielkim potrafi tylko ten, kto zechce otworzyć się na świat.

Phoenix

Tablica umieszczona na fasadzie hotelu wielkimi literami obwieszcza, że w pokojach hotelowych i w całym budynku przez okrągły rok utrzymywana jest temperatura siedemdziesięciu stopni Fahrenheita. Ta stała temperatura jest tu na pustyni ogromnym luksusem. Miasto pełne jest bujnych ogrodów, kwiatów o krzyczących kolorach. Zauważalnie wiele prywatnych banków, które obiecują rozmaite „pożyczki" -piaski czekają na przedsiębiorczych pionierów. Przybysz z Europy byłby niesprawiedliwy, gdyby kręcił tu nosem na brak „kultury". W ciągu minionych pięćdziesięciu lat pionierom, którzy tu zawędrowali, przychodziło rozwiązywać na co dzień zupełnie inne problemy, nie mieli czasu prowadzić dysput o poezji francuskich symbolistów. Były to codzienne, dzikie zmagania z klimatem, skalistym, piaszczystym gruntem i z ludźmi. Połowa tutejszych gruntów to piasek, druga połowa - skały. Jest trochę kopalń i ziemi ornej. Teren jest ubogi w wodę, na zboczach wzgórz widać wielkie cysterny, w które chwytają wodę z tamtejszych źródeł. Mówi się, że Indianie po dziś dzień nie spieszą się do wzięcia udziału w tej wspólnej pracy. Latem wszystko tu zostaje wypalone. Powietrze jest zupełnie pozbawione pary, a deszcze rzadkie, tropikalne. W tym suchym klimacie nerkowcy niemal zdrowieją, podobnie jak w Egipcie.

Pogórze Zabobonów

W rozświetlonym oceanie pustyni oazy, rancza - kaktusy, ogrody pełne palm i pstrych kwiatów, wyposażone w praktyczne udogodnienia parterowe pałace, które pobudowali tu jako zimowe rezydencje kacykowie Ameryki, tutejsi „arystokraci". Kto jest „arystokratą"? Z pewnością nie decyduje tu pochodzenie, ale też i nie majątek, choć deklaracja podatkowa pełni tu taką rolę, jaką w Europie dyplom szlachecki. Hotele wzniesione pośrodku morza piasku. Na jasnozielonym trawniku podlewanym drogocenną wodą hotelowi goście grają w golfa w nabożnym, liturgicznym skupieniu sekty religijnej. Na kolorowych leżakach rozłożonych wzdłuż pola golfowego wylegują się ze szklaneczką whisky wielcy darmozjadzi Ameryki. Bizantyńskie towarzystwo: stroje, jakie noszą, już nawet nie są „feministyczne", przypominają po prostu liturgiczne szaty kapłanów jakiegoś Tajemnego Wyznania. Pieniądz to Potęga - w nowym Bizancjum, a więc nie tylko w salach pancernych nowojorskich kanionów przy Wall Street, ale także tu, pomiędzy Oceanem Atlantyckim a Spokojnym, w luksusowym hotelu w Arizonie, wierzą w to kapłani należący do kleru tej pogańskiej religii. Czerwone spodnie, liliowa koszula, żółte safianowe trzewiki, jasnoniebieska chustka na szyi - tak ubierają się członkowie tego stanu, a więc Wzięty Reporter, Znany Producent Artykułów Wędliniarskich, Wybitny Agitator Partyjny. Nie wydaje mi się, że wybór podobnego przebrania musi być oznaką skłonności homoseksualnych. To objaw czegoś bardziej skomplikowanego. To kostium na sekretną zabawę maskową, strój Wielkiego Wtajemniczenia. Co się za nim kryje? Wspólnota Władzy. Jak Nerona niosła po Via Appia kwadryga, tak tych współczesnych Neronów przenoszą po amerykańskich lustrzanych szosach luksusowe samochody napędzane siłą trzystu koni mechanicznych. A kardynałowie religii pieniądza w swych żółtych, czerwonych, niebieskich, zielonych jedwabnych szatach ponuro siedzą za kierownicą. W drugiej połowie XX wieku, w świecie mas ich widok jest niepokojący. Kiedy słońce gaśnie, Phoenix, skąpane w świetle miasto w Arizonie, traci swoje pustynne lśnienie i zmienia się w bezduszne amerykańskie prowincjonalne osiedle. Nowoczesne miasto nieruchomieje w nocy niczym zimą jaszczurka w chłodnym piasku. O czym myśli w nocy Amerykanin? Dni upływają mu na odrabianiu wielkiego zadania  biznesu. Ale o czym myśli nocą, kiedy już skończył z whisky i telewizją? Ile prawdy jest w tym „stałym optymizmie", którym - podobno - nasączona jest świadomość Amerykanów zamieszkałych pomiędzy trzema oceanami? Miejsca, mieszkań, żywności starczy tu dla jeszcze setek milionów ludzi. Możliwości rozwoju są nieogarnione. Cywilizacja amerykańska i świetne metody organizacyjne na długi czas zapewnią Ameryce przewagę i przywódczą rolę. Wierzą w bezwarunkową skuteczność reklamy. Czy dobrze się przy tym czują? Europejskie przysłowie uczy, że bywają sytuacje, w których drzewa zasłaniają las. Tu, w Ameryce, las zasłania drzewa: Statystyka przesłania Jednostkę, zza rozmaitych Wielkich i Licznych nie widać Małego. Ameryka zasłania Amerykanów. Wszystkie stacje radiowe i telewizyjne, wszystkie gazety dniem i nocą huczą od informacji, że trzydzieści milionów ludzi pali takie papierosy, czterdzieści milionów Amerykanów coś tam je albo pije, pięćdziesiąt milionów wierzy w to i tamto, do tego i owego jest przekonane... Ale las składa się przecież z drzew. Poeci w tych stronach muszą być przeraźliwie samotni.

Nowy Meksyk

Od świtu do późnego wieczora szosą przecinającą Nowy Meksyk. Czterysta mil drogi, głównie górskich serpentyn wyciętych w skalistym gruncie. W głębi, pod skałami - pustynia, ponure pustkowie bez kaktusów i roślinności. Położona wysoko droga pokryta jest szronem, śliska, autobus kręci po górskich serpentynach, ślizga się, zgrzytają hamulce. Słońce Arizony nagle zgasło, jakby w operze pogaszono światła do zmienionych dekoracji następnej sceny. Na niebie ciemnoniebieskie chmury, lodowaty wiatr. Rzadko widzi się przydrożną gospodę, gdzie można dostać coś gorącego do picia. Nie widać też ludzi ani zwierząt. W przeciągu kilku godzin następuje tak ogromna zmiana klimatyczna, jakby człowiek przeniósł się z Grecji do Norwegii. I oba te klimaty - suchy i gorący Arizony i wietrzny, zimny Nowego Jorku -stykają się w bezpośrednim sąsiedztwie. Przy kasie na poczcie siedzi starsza, starannie umalowana, platynowa blondynka. Czyta tanią zeszytową powieść. W zamyśleniu spogląda na kręcących się po pomieszczeniu klientów. Z daleka od wszystkiego, co może być jej bliskie, pogrążona w wielkiej samotności, wśród skał Nowego Meksyku, ośnieżonych, oblodzonych górskich szczytów, kowbojów: miejscowa Pani Bovary. Krótkowzrocznie, z odrazą mierzy wzrokiem pasażerów. Bardzo samotna.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Podróż po Ameryce (1)

1959

San Francisco

Na lotnisku w Nowym Jorku swojskość krzątaniny prowincjonalnych poczekalni. Nad kontynentami, chmurami i oceanami pojawił się nowy typ pasażera; większość ludzi podróżuje dziś tak samo obładowana tobołami, przybrudzona, ciągle coś podjadając, jak dawniej na prowincji podróżowała krytymi wozami. Świat zaczyna się robić prowincjonalny w kosmicznym sensie tego słowa.

Na Sutter Street na wystawie fotografa zdjęcia debiutantek: miejscowe ladies w balowych krynolinach, w wyszukanych kreacjach, wysztafirowane na pierwszy bal. Przed stu laty w tym mieście żyli niemal tylko awanturnicy. Kobiet prawie nie było. Gdy z rzadka przybijał tu statek z pasażerkami - bo czasami z portowych miast nad Morzem Śródziemnym grupy kobiet wypuszczały się w drogę ku dalekiemu, nowemu kontynentowi, skąd nadchodziły wieści, że poszukiwacze złota obsypują tam swoje damy złotym proszkiem - ludzie wybiegali na ulice, gapili się, palcami pokazywali sobie te pramatki. Większość balowych debiutantek jest prawnuczkami tych kobiet.

Telegraph Hill

W kilku miejscowych knajpach gromadzi się bohema San Francisco, to tutejszy Montparnasse. Pokolenie „mocnego uderzenia" - tak ich tu ironicznie nazywają- nie buntuje się, tylko neguje. Negacja jest dla nich nie środkiem, lecz celem. Ale partyzantka umysłowa prowadzona w regionalnych wymiarach zawsze się w końcu rozpada. W Ameryce nie istnieje „stolica" w umysłowym sensie tego słowa. Waszyngton jest centrum politycznym i administracyjnym i nie widać w nim śladu umysłowej gry zespołowej. Nowy Jork natomiast to wielki market, literacki i teatralny perski rynek, w którym obrotni kupcy handlują „artykułami umysłowymi". Jeśli kraj nie posiada intelektualnej stolicy - takiej, jaką był niegdyś Berlin i jaką do dziś jest Paryż - na okazjonalnych, regionalnych Parnasach panoszy się arogancki prowin-cjonalizm.

China Town

Obok Formozy i Hongkongu to największe skupisko Chińczyków za granicą. Zarejestrowanych jest tu ich oficjalnie trzydzieści tysięcy, ale dokładnych danych nie zna nikt, ponieważ do portu stale zawijają i odpływają z niego Chińczycy, z dokumentami lub bez. Niedawno aresztowano tu miejscowego szefa bandy przemytników ludzi, który w minionych latach przeszwarcował tu przez Hongkong bez wiz i paszportów ponad dwustu członków swojej rodziny.

Ulice tu strome i oślepiająco pstrokate. Pagodowe domki przypominają dekoracje w operze, poprzyklejano do nich od zewnątrz balkony jak ogon jaskółki, szpiczaste daszki, ozdobne wschodnie ornamenty. Smoki, demony i papierowe tygrysy szczerzą zęby ze ścian. Nazwy ulic wypisane znakami chińskimi. Dzielnica ma własną chińską centralę telefoniczną.

O północy głośno na ulicach. Wszystkie sklepy w blasku neonów, mnóstwo kupujących. Apteka, w której sprzedają zarówno penicylinę, jak i smocze zęby. Restauracje, w których karcie obok zupy z jaskółczych gniazd i bambusa na słodko widnieje schab z czerwoną kapustą. Na wystawie delikatesów różnokolorowe pudełeczka z dalekowschodnimi przyprawami. Na rogu ulicy krzykliwi gazeciarze sprzedają gazety pełne chińskich znaków. Wszystko jest tu butnie, demonstracyjnie chińskie, odrębne. Nie mają kompleksu niższości. Przy skrzyżowaniu dwóch alej bielona świątynia buddyjska, o pomocy pełna jest wiernych, którzy stale wchodzą i wychodzą. Chińczycy z San Francisco są lojalnymi obywatelami amerykańskimi. Lecz jednocześnie w głębi duszy pozostali Chińczykami i zachowali poczucie wyższości. Nie chodzi tu o kolor skóry, lecz o samoświadomość. Nie mają zamiaru się mieszać z Amerykanami, nie chcą „zjankesieć". Wielki Mur, który dawniej oddzielał Wschód od Zachodu, kończy się właśnie tu, na rogu jednej z ulic San Francisco. Są godnymi zaufania, doskonałymi rzemieślnikami i kupcami. Ale w granicach swego żółtego przygranicznego zamku żyją skierowani do wewnątrz, rządzą się własnymi prawami, mają niewidzialne, ale skutecznie działające ogranizacje sądownicze, a nawet -jak powiedział pewien tutejszy mieszkaniec, który jest dość zorientowany w ich życiu - własne więzienie. Władze amerykańskie nie są w stanie sięgnąć w głąb tej żółtej termitiery. Biznes, wychowanie, życie rodzinne, system praw, wszystko jest całkowicie niezależne od otaczającego ich życia amerykańskiego.

W jadłodajni o północy biedni Chińczycy jedzą pałeczkami z miseczek bez ucha wieprzowinę i smażony ryż. Właścicielka - wymalowana, gruba niewiasta - przechadza się w tę i z powrotem po brudnym pomieszczeniu. Tę potężną burdelmamę na pewno bardziej interesują plotki z Nankinu niż pikantne opowieści z Waszyngtonu. Siedzą tu wszyscy jak na progu, za którym zaczyna się ich świat, świat kolorowych. Plotki, sekretne i niewidoczne mrugnięcia okiem przenoszą wieści z Zachodu na Wschód. Możliwe, że kulisi Mao nie wierzą w zachodnie rozwiązania społeczne. Ale swoim krewniakom z San Francisco pewnie wierzą. Ich decyzja - jeśli kiedykolwiek ją podejmą - na długi czas zdeterminuje los połowy świata.

Wielkie Wahadło kołysze się i niewykluczone, że właśnie teraz i poza Europą przygotowuje w teraźniejszości i dla przyszłości coś, co na Zachodzie zwykło się nazywać historią. Coś się obraca, odmienia. Wielki kapitał amerykański - nie ten spekulacyjny, tylko Wielkie Pieniądze, a więc energia, energia napędu elektrycznego - powoli migruje ze Wschodu, ze wschodniego brzegu Oceanu Atlantyckiego, na Zachód, w kierunku Oceanu Spokojnego. Przemysłowe i handlowe centra San Francisco i Kalifornii stanowią dziś taki magnes dla kapitału, jak sto lat temu, w epoce pionierskiej, hasło Young man go West!1. Zarysy Wielkiego Przedsięwzięcia przyszłego wieku urzeczywistniają się na Wschodzie. A kapitał zachodni powoli, sukcesywnie przesuwa się w stronę brzegów Oceanu Spokojnego.

Highway No. 1. O świcie, wczesnym rankiem, gdy wyruszamy, dusząca mgła. Palo Alto było własnością pewnego Kalifornijczyka nazwiskiem Stanford. Dla uczczenia pamięci zmarłego syna ustanowił tu około 1880 roku uniwersytet i pozostawił mu trzydzieści milionów twardych dolarów, ponieważ - jak napisał w liście donacyjnym - chciał, żeby studenci „...poznali, jak błogosławiona jest wolność, którą reguluje prawo". W centrum kampusu wielki budynek kościelny w stylu romańsko-mauretańskim, jak w tej okolicy wszystkie klasztory i kościoły misji. Budynki kościoła, biblioteki, fakultetów charakteryzuje demonstracyjny przepych. Ta laicka odmiana dawnego ducha misyjnego dziś chce wychowywać już nie pionierów, lecz fachowców, którzy będą kontynuować misję cywilizacyjną w duchu pryncypium użyteczności.

Mgła podnosi się. Szosa numer 1 na brzegu oceanu przechodzi w El Camino Real, trasę pierwszych hiszpańskich misjonarzy i ich towarzyszy, wędrownych żołnierzy, awanturników spragnionych krwi i złota. W drugiej połowie XVIII wieku po ówczesnych bezdrożach wędrował - raz boso, innym razem obuty - Padre Serra, franciszkanin, założyciel nadbrzeżnych misji. Musiał być wyjątkowym człowiekiem: posiadał zmysł strategiczny i administracyjny i - podobnie jak święty Stefan - dostrzegł na pustkowiu miejsca, na których trzeba budować, łączył zalety wodza i inżyniera. Pozostała po nim ta droga z betonu, biegnąca wzdłuż brzegu oceanu.

W amerykańskiej przestrzeni zdumiewa, z jaką siłą i w jak krótkim czasie zajęli i poznali ten kontynent przybysze z Europy. Podbój ojczyzny przez budowę dróg jest jednym z wergiliuszowych rozdziałów bohaterskiego eposu Ameryki.

W Europie są doskonałe drogi, ale zaczynano je budować przed dwoma tysiącami lat, razem z Via Appia. Natomiast w Ameryce tę niezmierzoną i doskonałą sieć dróg ludzka wola wyczarowała z pustkowia i dzikiego stepu w przeciągu kilku dziesięcioleci.

Wzdłuż krętej nadbrzeżnej Camino Real wszędzie winiarnie i przydrożne budki, w których sprzedają świeżo zerwane awokado, pomarańcze, cytryny, rozmaitego rodzaju renklody, jabłka, gruszki, figi. Dostatek kanaański, porównywalny z bogactwem sadów Kampanii, okolic Neapolu. Drzewa rosnące przy drodze - eukaliptusy, magnolie, bananowce, cała ta roślinna grupa Laokoona - budzą dziwnie antropologiczne skojarzenia, jak drzewa figowe w Italii. Świeci słońce, ocean prawie nieruchomy, dosłownie „spokojny". Praciało wodne lśni w świetle niczym rtęć. Skaliste wybrzeże pełne patosu, jak okolice Włoskiej Riwiery koło Ravello. Ale nadbrzeżna roślinność nie jest tak swojska jak w okolicach Morza Śródziemnego. Natura jeszcze tu nie złagodniała, jak na ogół w krajobrazie europejskim. Dziwne te drzewa podczas nadbrzeżnych wichur gną się i opierają ze świstem i wyciem. Mimozy drżą i zasypują drogi wełnistymi, puszystymi lokami swych żółtych włosów.

Monterey

Miasteczko ma historyczną rangę: przed stu laty, kiedy Kalifornia, opuściwszy hiszpańsko-meksykański świat, przeszła na status janke-ski, to osiedle było stolicą, tu wciągnięto po raz pierwszy na maszt sztandar Unii. Przedziały czasowe są tu inne niż w Europie: wydarzenia sprzed stu lat grubo pokrywa mech historii. Komora celna w porcie, gdzie władze meksykańskie przesłuchiwały przemytników, domek, w którym podczas gorączki złota poszukiwacze kruszcu przechowywali zdobycz, złoty proszek, wszystko to przebrzmiała przeszłość tu, gdzie nie ma jeszcze przeszłości. Wielu intelektualistów schroniło się tu przed pustką biznesu właściwą amerykańskiej cywilizacji miejskiej. Ale ich idylla już się kończy: miasto zajmują zamożni emeryci, a spekulanci nieruchomościami zwąchali zysk „historycznego miejsca".

Jednak w Monterey pozostał swoisty historyczny zapach: po dziś dzień wyczuwa się tu hiszpańskość, inność. W porcie rybacy w czółnach o szklanym dnie obserwują podwodny świat. Powietrze można tu gryźć, kroić, jest czyste i ma dobry smak, jak gazowany, dobrze zamrożony napój orzeźwiający. Po rozgrzanym przez Golfstrom niczym pralnia, wilgotnym klimacie nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego to powietrze działa tak jak kieliszek szampana na czczo.

Po drodze do Carmelu widoki sławnej „siedemnastomilowej drogi". W popołudniowym słońcu na nadbrzeżnych skałach wygrzewają się foki. Za jednym z zakrętów daje się słyszeć sławna „podwójna fala" oceanu: uderzenie fal nadchodzi z dwóch kierunków, podobnie jak na północy przy końcu wyspy Long Island, w zakątku Montauk Point. Kąpiel tu jest ogromnie niebezpieczna, dwie fale nieustannie zmagają się ze sobą, pędzą ku sobie i razem opadają na brzeg, jak gladiatorzy.

Carmel

To miejsce jest czymś w rodzaju Capri nad Pacyfikiem. Ma charakter hiszpański, patia domów, sklepy pełne delikatnego meksykańskiego srebra i wyrobów wyplatanych, tarasy kawiarni, wszystko hiszpańskie. Obsiadła je bohema, która przy kawie i czerwonym kalifornijskim winie tkwi w pełnym urazy i bezradnym oczekiwaniu. Na ścianach kawiarni obrazy - a właściwie „bezobrazy" - tak zwane abstrakcyjne, które wyemigrowały z piwnicznych pracowni dzikich artystów dzielnicy bohemy nowojorskiej, Greenwich Village, i przybyły tu na brzeg oceanu. Żyją tu jak Indianie w rezerwatach. Brodaci młodzieńcy w beretach trwonią czas na niczym, w kominku dymią żywiczne polana. Całe towarzystwo spowija aura wielkiej samotności. W przybrzeżnej zatoce pelikany stoją pogrążone w takiej samej pełnej oczekiwania samotności. W głębi zielonej wody oceanu wieloryby puszczają fontanny.

Droga pomiędzy Monterey a Santa Barbara, pewnie ze dwieście kilometrów nadbrzeżem, jest jednym z odurzająco pięknych nadmorskich krajobrazów kalifornijskich. Gdzieniegdzie zielone trawniki obok plaż, słynne pola golfowe, jak Pebble Beach. Cała okolica skrzy się w słonecznym blasku. Spokojna wyższość oceanu, uderzenia zielonej piany fal o brzeg, śnieżyca białych ptaków na skałach, wszędzie na granitowych głazach foki, a w spienionej wodzie wieloryby: wszystko to jest uroczyste i wielkoświatowe. Porośnięte trzciną wydmy nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego nie są tak poetyckie. Wszędzie kwitnące drzewa mimozy. Wieje silny wiatr, surowy i słony wiatr zachodni, patetyczny jak pierwsze wersy ody Shelleya. Wzdłuż drogi na jednej ze skrzynek pocztowych wypisano białą farbą nazwisko: „Miller". Pisarz, którego książki o tematyce erotycznej mogły się przez długi czas ukazywać jedynie w Europie - Henry Miller - jest teraz wiodącym autorem rynku seksualnej powieści brukowej. Jego utwory napisane z wymuszoną dosłownością, pełne mętnych wywodów, udające erotomanię, sprzedawane są teraz w tanich wydaniach, a turyści z przejęciem zwiedzają osadę o nazwie Big Sur, gdzie ów seksuolog znalazł schronienie na stare lata. Ale to wszystko tylko interes, starannie obliczony na zbijanie pieniędzy.

W ciemnej głębi ogrodów zdarzają się budowane z kamienia, samotne domy w hiszpańskim stylu. Po drodze miejscowość San Simeon, w której Hearst, wielki mistrz amerykańskiej prasy bulwarowej, wybudował sobie szczególne wesołe miasteczko: posprowadzał z Europy kamienie z rozmaitych zamków, wieże kościelne, balkony, rzadkie meble i wzniósł na szczycie góry spektakularną stupokoj ową rezydencję, z basenem, katedrą, importowanymi palmami i kaktusami. Okolica jest pagórkowata, porośnięta cyprysami, przypomina Toskanię. W pobliżu Santa Maria w przybrzeżnych wodach stoją off-shore--oil \ jak wielkie metalowe komary, które spod wody, z głębi przybrzeżnego mułu wysysają ropę naftową. Potem jeszcze wioska duńska, gdzie na wydrążonych w skałach półkach przechowują obrośnięte pajęczyną butelki, rzadkie wina kalifornijskie. Właściciel, wzruszając ramionami, powiada, że mieszkańcy Kalifornii po dziś dzień chętniej piją mocny alkohol niż wino, bo „szybciej działa". „Nie piją tak, jak powinno się pić", powiada z przyganą.

Droga robi się stroma, przybrzeżne skały są kruche. Zimny wiatr znad oceanu z wyciem szarpie listowie cytrynowych gajów. Potem widać pola karczochów, potężna wzgórze porośnięte winoroślą, posadzonymi w równiuteńkich rzędach suchymi krzewami winorośli.

W hotelu w Santa Barbara rozgadany tłum: zjazd komiwojażerów, tych hałaśliwych statystów amerykańskiego prowincjonalnego życia hotelowego, którzy pod pozorem kolejnej kursokonferencji co jakiś czas wyjeżdżają, by - ryczałtem i grupowo - uwolnić się na kilka dni od swoich żon. Przeżuwające, pewne siebie istoty stadne, a przy tym aż do śmieszności, przesadnie wymagające. Amerykańscy turyści są prawie zawsze skromni, uprzejmi i cisi, wszędzie posłusznie czekają na swoją kolej, a za duże pieniądze, które płacą, nie żądają niczego ekstra, są dobrze wychowani i cierpliwi. Natomiast uczestnik kursokonferencji - siła w masie! -jest hałaśliwy i wulgarny.

Pasadena

Wysoko nad Los Angeles, w muzeum Huntingtona Biblia pauperum. Księga dla niepiśmiennych księży i wiernych powstała w jednym czasie z Biblią Gutenberga. Na jej stronicach małe obrazki przedstawiają najbardziej charakterystyczne momenty wydarzeń z Pisma Świętego. Prosty lud na podstawie takich właśnie obrazków dowiadywał się o sensie słów Pisma - Jonasz ukazany w brzuchu ryby. Podobnie jak dziś, kiedy w dodatkach do gazet głupawe rysunki comic strip opowiadają prymitywnemu czytelnikowi historyjki ze świata mas. Pewnego dnia te klocki z rysunkami ożyły. Potomkiem Biblii pauperum jest kino, tak jak je urzeczywistnia Hollywood. Z okien muzeum Huntingtona widać w dole miasto, do którego pielgrzymują ludzie najrozmaitszego autoramentu, kupcy i geniusze, błędni rycerze i awanturnicy ze świata fantazji, by robić filmy, nową biblię dla ubogich duchem.

Pewien tutejszy dziennikarz, urodzony w Los Angeles i zapalony patriota miasta, powiada: „W minionych dziesięcioleciach inteligencję amerykańską kusiły dwa kierunki życia intelektualnego - komunizm i psychoanaliza. Potomkowie tak jeszcze niedawnego pokolenia pionierów, ludzi twardych i rzetelnych, mogli zamiast postawy indywidualnego przetrwania wybrać bezosobową odpowiedzialność". Powiada też, że w Ameryce żołnierz zawodowy nie ma tak wysokiej rangi społecznej, jak osiągający sukcesy człowiek interesu. „To naturalne - dodaje z powagą - ponieważ tak naprawdę uchyla się on od walki. Nie chodzi o czas wojny, bo wtedy żołnierze zawodowi trwają na swoich posterunkach jak wszyscy na polu walki. Ale w czasie pokoju uchylają się od walki, wybierając stałą pensję i nęcący dobrą emeryturą status żołnierza zawodowego. W czasie pokoju trudniej jest sprzedać elektroluks, niż być żołnierzem". Pokazuje mi osiedle domków, w nich drogie mieszkania, pobudowane dla podstarzałych małżeństw żyjącej w dostatku klasy średniej; ci ludzie opuszczają swoje domy w okolicy, bo ich dzieci są już dorosłe, a życie na prowincji jest nudne. Dziennikarz informuje mnie, że w całym Los Angeles na takie domy przypada największa liczba samobójstw - bogaci starcy nie mają czym wypełnić swych ostatnich lat. Cytuje jednego z miejscowych lekarzy psychiatrów, który powiedział: „Nie wystarczy dodać życiu lat. Do tych lat potrzeba jeszcze dać życie. A to bardzo trudne".

Sandor Marai "Dziennik".

czwartek, 29 listopada 2012

Murzyni

W jednej z bocznych uliczek zaniedbanego kąta Broadwayu, przed wielopiętrową kamienicą zamieszkaną przez proletariat, na brzegu chodnika stoi okutana w szmaty stara Murzynka i zachrypniętym głosem, obojętnie i niedbale, jak to zwykle uliczni muzycy, śpiewa jakąś południową pieśń. Na głos śpiewu nie otwiera się ani jedno okno, domy pozostają głuche. W Neapolu czy Paryżu w takich chwilach sypią się już z okien opakowane w papier drobniaki. Lecz pomimo to siwowłosa Murzynka dalej śpiewa pustej, ponurej, głuchej ulicy, śmietnikom, stoi w zdartych butach, brudnych pończochach, nędznych, starych łachach i śpiewa pod ciemnoszarym niebem swoją murzyńską kołysankę.

[...]

Niewidomy Murzyn w metrze. W dłoni trzyma aluminiową laskę, która służy mu do orientacji podczas ruchu: przypomina antenę z radarem. Ma jeszcze grubą, oprawioną w skórę książkę napisaną brajlem. Wygląda na muzyka, ubrany w czarne spodnie, śmieszny smoking, plastron, czarny krawat. Wodząc wskazującym palcem prawej ręki, szybko czyta, na przeczytanie strony wystarcza mu pół minuty. Czasem, gdy dochodzi do śmiesznej sceny, uśmiecha się. Ten uśmiech jest straszny: człowiek całkowicie odgrodzony od świata. Jak dziś artysta.

[...]

W jednej z kawiarenek Greenwich Village, gdzie brudne podwórko przerobiono na patio, zjawia się para murzyńska: ona młoda, z zadartym nosem, bardzo piękna, pikantna twarz, coś takiego jak na obrazach Bouchera bezwstydne markizy - od stóp do głów w czerni, dosłownie. Mężczyzna wysoki, chudy, bocianie nogi. Ma „arystokratyczne" ręce i kształt głowy. A także zachowanie. „Arystokrata" nie jest zjawiskiem rasowym ani klasowym. Ktoś „nim" jest - a kto inny nie.

[...]

Murzyński chłopiec z autentycznym, rdzennym akcentem hamburskim rozmawia, dyskutuje, gada na poczcie - w dialekcie - z urzędnikiem. Ma może z siedemnaście lat. To jeden z kilku tysięcy, którzy urodzili się tu w pierwszych latach okupacji powojennej - ojciec był Murzynem, któregoś dnia wrócił do Alabamy i przestał pisać, a Fraulein została z dzieciątkiem. Chłopak jest całkiem czarny i - ku większej chwale hitlerowskiej teorii rasy - jest też doskonałym, czystym rasowo Niemcem: matka aryjka, ojciec nieznany. Ten Murzyniak jest też pełnoprawnym obywatelem niemieckim, jak kilka tysięcy jemu podobnych. Póki był malutki, wszyscy go pieścili: „Jakie słodkie Murzyniątko!" - i częstowali czekoladą. Teraz dorósł i zaczynają się problemy, bo pełnoprawny, czysty rasowo obywatel niemiecki jest czarny jak smoła.

Sandor Marai "Dziennik".

sobota, 24 listopada 2012

Podróż Sandora Marai po Ameryce Północnej

Kanada

Kiedy podróżny przybywający ze Stanów Zjednoczonych przekracza granicę kanadyjską i z jednego ogromnego kraju przyjeżdża do drugiego ogromnego kraju, ani przez chwilę nie czuje, że podróżuje pomiędzy „różnymi krajami". Wciąż przemieszcza się po kontynencie i ten kontynent, Ameryka, jest w większym stopniu kontynentem niż cokolwiek, co pomiędzy brzegami oceanu dzieli granica między oboma państwami. W Europie tego się nie czuje, tam zawsze podróżuje się z kraju do kraju.

W Montrealu Army Day. Po głównej ulicy defiluje jak jeden mąż armia kanadyjska, z czołgami, z kozą o złotych rogach, z grubym tam-burmajorem, Murzynem, który z mocarstwową dumą podnosi do góry laskę dyrygencką, i orkiestrą Szkotów w kraciastych spódnicach. Kanadyjczycy są świetnymi żołnierzami, bitni, zdyscyplinowani, poważni, podczas obu wojen światowych pokazali, co umieją. A jednak ta świetnie uzbrojona armia robi tak przedatomowe wrażenie... Jak dziś chyba każda armia.

Toronto

Droga prowadzi przez ponury krajobraz, tysiącami kilometrów same pastwiska. Toronto niczym wielka wieś o milionie mieszkańców, z wielopiętrowymi domami. W tavern, w której smutni ludzie popijają kwaśne piwo, napis: Entrance (a dokładniej end ranee) only for men'. Niedawno popełnił tu samobójstwo pewien emigracyjny aktor węgierski. Nowi emigranci źle znoszą tutejszy nastrój małego angielskiego miasteczka.

Niagara

Przejeżdżam taksówką most oddzielający Kanadę od Stanów Zjednoczonych, amerykański oficer graniczny zagląda przez okno, pyta, kim jestem - tak wygląda tu kontrola graniczna. Po europejskich scenach granicznych bardzo mi to odpowiada. Od lat dzieciństwa nie podróżowałem z kraju do kraju tak, jak kiedyś nasi ojcowie podróżowali po Europie: z wizytówką i wiarygodnością wypowiedzianego słowa. Ale szoferowi kanadyjskiemu amerykański żołnierz graniczny już nie wierzy i każe mu otworzyć bagażnik: Maybe, there is somebody, mówi ze śmiechem. Coś takiego czasem się przydarza.

Popołudnie na Koziej Wyspie. To tutejsze Capri. Przez kilka godzin leżę w trawie na brzegu wodospadu. Wielka gra wody, której nie potrafi zbanalizować turystyczna reklama, obserwowana bezpośrednio, z bliska, przemawia do mnie z dziką konsekwencją. Słońce mocno świeci, cień drzew jest głęboki, trawa pachnąca. Wielka woda tuż obok mnie opada w głąb. Rzeczywistość tego wodospadu w epoce atomowej przynosi szczególne skojarzenia. Leniwie kołysząca się, wolno płynąca rzeka zmienia się naraz w dziki, buchający wodospad... tak zmienia się wszystko, co istniało w chwili moich urodzin. Tak zmieniła się Epika, Tryb Życia, Odczucie Życia... Toczyły się leniwie jak rzeka, a dziś niepowstrzymanie kłębią się, szumią i buchają jak wodospad.

Buffalo

Miasto na brzegu wielkiego jeziora jest wieczorem dziwnie puste: błyszczą neony, na ulicach ludzie, ale to wielkie, prowincjonalne miasto pozostaje jednak niepojęcie „puste"; nie na zewnątrz, lecz od wewnątrz. Za mlecznymi, żółto świecącymi, zakratowanymi oknami wielkiego budynku cienie spacerują w tę i z powrotem. Siedzę na ławce i długo obserwuję te cienie. To więzienie. Dekoracja i nastrój jak z E.T. A. Hoffmanna. Ale jeszcze bardziej niepokojący, tajemniczy.

Nowy Jork

Nocny przylot do Nowego Jorku zawsze coś we mnie budzi. To miasto mówi do mnie tylko nocą, milionami kolorowych świateł, ich blaskiem. Nie sposób określić, „gdzie" się zaczyna czy kończy Nowy Jork. Wszystko skrzy się, bez żadnego celu, niebezpiecznie, nadludzko. Czuję tylko, że przyjechałem... ale dokąd? Prawie wypowiedziałem: „do domu".

L. powiada, że „sny zmieniają się stosownie do kontynentów" - człowiek nie śni „tego samego" w Ameryce, co w Europie.

Możliwe, że Proust miał rację, gdy sądził, że artysta, pisarz tak naprawdę pracuje ciągle nad jednym i tym samym tematem, pisze zawsze „tę samą" książkę, maluje wiecznie ten sam temat. On sam może się zmienić, ale temat i gatunek, który przynależy tylko do niego, pozostanie niezmienny.

Znowu sen o powrocie do kraju, zmieniają się tylko postaci, ale sen pozostaje ten sam. Strach, który opada mnie pod koniec snu - że wróciłem do domu i że już nigdy nie będę mógł stamtąd wyjechać - był tej nocy około wpół do czwartej nad ranem silniejszy niż kiedykolwiek dotąd. I przebudzenie pełne poczucia winy i ulgi, ocknięcie się, „że to tylko sen", co przynosi naraz uspokojenie i rozczarowanie.

W tych miesiącach kilka osób pisało mi: „Dobrze, że nie było pana w kraju, bo komuniści na pewno spróbowaliby zrobić z pana poputczyka - ale też żałujemy, że nie był pan tu z nami w dniach rewolucji". Tak właśnie jest chyba naprawdę.

Sandor Marai "Dziennik".

czwartek, 22 listopada 2012

"Rozniecić ogień" - Jack London

W rocznicę śmierci Jacka Londona chciałbym zapoznać Was z jednym z jego najlepszych i najbardziej znanych opowiadań z 1902 roku: "Rozniecić ogień" (To Bild a Fire). Piękne, ale także bardzo smutne, powiedziałbym nawet, że okrutne opowiadanie. Obojętność wszechświata wobec człowieka. To opowiadanie równie dobrze mogło by się rozgrywać w kosmosie, na księżycu lub innej obcej planecie i mógłby je napisać Stanisław Lem. Czytając je przychodziły mi na myśl katastrofy, naturalne i te spowodowane przez błąd człowieka. Słynne rozbicie się argentyńskiego samolotu, który przelatywał nad Andami do Chile, czy może odwrotnie, w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Część osób przeżyła katastrofę, wegetując w rozbitym samolocie przez kilka miesięcy aż dwóch z nich, w ostatniej dla nich chwili, gdyż byli u kresu sił, zdecydowało się wyruszyć po pomoc. Pomagali sobie, działali zbiorowo i przeżyli. bohater opowiadania Londona nie miał tyle szczęścia, był sam. Ostatecznie porzucił go nawet najwierniejszy i, jak to zwykle się mówi, najlepszy przyjaciel człowieka. Polecam to opowiadanie, najlepiej je czytać w oryginale, robi duże wrażenie, możliwe, że bardziej uważnie wtedy się czyta, dociera do nas więcej i mocniej je odczuwamy.

Rozniecić ogień - Jack London


Dzień wstawał zimny i szary - niezwyczajnie zimny i szary - kiedy człowiek porzucił główny szlak Yukonu, aby wspiąć się na wysoki brzeg rzeki, skąd mało widoczna, od dawna nie uczęszczana ścieżka wiodła ku wschodowi przez pyszne świerkowe lasy. Skarpa była stroma, więc u jej szczytu człowiek przystanął, by chwycić oddech, usprawiedliwiając się spojrzeniem na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Na bezchmurnym niebie nie było nawet śladu słońca i mimo jasności poranka nieuchwytny mrok zdawał się spowijać wszystko, przyćmiewać dzień subtelnym cieniem wynikłym z braku słońca. Mężczyzna nie przejmował się tym wcale. Do braku słońca przywykł. Nie widział go od wielu dni i wiedział, że niemało jeszcze dni upłynie, zanim radosna kula wyjrzy nad linię południowego widnokręgu, aby po chwili umknąć z pola widzenia.
Człowiek odwrócił głowę, spojrzał na drogę dopiero co przebytą. Szeroki na milę Yukon krył się pod trzystopową skorupą lodu, na której śnieg spoczywał warstwą tejże grubości. Wszystko to było niepokalanie białe, sfałdowane delikatnie w miejscach, gdzie podczas zamarzania rzeki spiętrzały się zatory. Na północ i południe, jak wzrok sięgnie, leżała gładka biel naznaczona jedynie krętym włosem ciemniejszej kreski, która na południu niknęła za jedną porosłą świerkami wysepką, a ku północy - za drugą. Ten kręty włos to był szlak, główny szlak wiodący w stronę południa pięćset mil do Chilcoot Pass, Dyea i słonej wody, w przeciwnym kierunku siedemdziesiąt mil do Dawson, dalej tysiąc do Nulato i wreszcie do Saint Michał nad Morzem Beringa, odległym o następne półtora tysiąca mil.
Ale tajemnicza, cienka niby włos i sięgająca daleko kreska szlaku, brak słońca na niebie, straszliwy ziąb, upiorna groza i obcość całego krajobrazu - wszystko to nie oddziaływało na wędrowca. Nie dlatego nawet, by od dawna przywykł do podobnych wrażeń; był świeżym przybyszem i na Północy spędzał pierwszą zimę. Chodziło o to, że absolutnie nie posiadał wyobraźni. Bystro i czujnie reagował na sprawy życia - ale na same sprawy, nie ich sens i wymowę. Pięćdziesiąt stopni niżej zera oznaczało dlań osiemdziesiąt kilka stopni mrozu *[Fahrenheita], czyli kłopot i zimno - nic więcej. Stwierdzenie faktu nie prowadziło do żadnych rozważań nad własną słabością i uzależnieniem od temperatury oraz słabością człowieka jako gatunku, zdolnego do istnienia tylko w bardzo ciasnych granicach chłodu i gorąca. Nie wynikały stąd żadne ogólniejsze wnioski na temat nieśmiertelności i miejsca rodzaju ludzkiego w świecie. Pięćdziesiąt stopni niżej zera równało się ukąszeniom mrozu, przeciw którym bronią rękawice, nauszniki, ciepłe mokasyny, grube skarpety. Pięćdziesiąt stopni niżej zera było dla wędrowca po prostu i jedynie pięćdziesięcioma stopniami niżej zera. W głowie nie postała mu myśl, że coś więcej może kryć się za tym symbolem.
Człowiek odwrócił się, by ruszyć w dalszą drogę, lecz po zastanowieniu splunął. Zdziwił go nieco nagły suchy trzask, więc splunął powtórnie i stwierdził raz jeszcze, że ślina krzepnie w powietrzu. Wiedział naturalnie, że przy pięćdziesięciu stopniach niżej zera ślina pada z trzaskiem na śnieg. Ale jego ślina zamarzła już w drodze, a zatem temperatura musi być niższa niż pięćdziesiąt stopni; o ile niższa, nie dbał. Zmierzał do starej działki złotodajnej nad lewą odnogą Henderson Creek, gdzie obozowali już chłopcy. Przyszli działem wodnym z dorzecza Indian Creek, natomiast on wybrał okólną drogę, aby zbadać, czy wiosną da się sprowadzić pnie drzew z wysp na Yukonie. Do obozu dotrze około szóstej, po zmroku co prawda, ale zastanie tam chłopców, suty ogień i ciepłą kolację. No a obiad?... Człowiek zmacał ręką wypukłość pod bluzą, gdzie - również pod koszulą - spoczywał na gołym ciele węzełek w chustce do nosa. Był to jedyny możliwy sposób uchronienia strawy przed zamarznięciem. Wędrowiec uśmiechnął się do siebie na myśl o sucharach obficie nasiąkniętych wieprzowym tłuszczem, przekładanych grubymi plastrami smażonego boczku.
Szlak między potężnymi świerkami był nikły. Od czasu gdy przemknęły tamtędy ostatnie sanki, pokrywa śnieżna zgrubiała o stopę. Człowiek pomyślał z satysfakcją, że nie prowadzi sanek, podróżuje lekko, nie dźwigając nic, oprócz zawiniętego w chustkę obiadu. Natomiast mróz dziwił go i niepokoił. Z pewnością jest okropnie zimno - myślał pocierając dłonią w rękawicy zmartwiały nos i policzki. Miał bujny zarost, lecz owłosienie twarzy nie chroniło wystających kości policzkowych ani długiego nosa, wietrzącego czujnie zapach lodowatego powietrza..
Tuż za człowiekiem dreptał pies - rosły indiański husky, prawdziwy wilczur o szarym futrze, wyglądem ani zachowaniem nie różniący się wcale od swojego pobratymca, dzikiego wilka. Pies czuł się niepewnie wśród przejmującego chłodu. Wiedział, że pora nie sprzyja wędrówkom. Instynkt mówił mu więcej niż ludzka, wyrozumowana świadomość człowiekowi. Naprawdę było więcej niż pięćdziesiąt stopni niżej zera. Było więcej niż sześćdziesiąt czy nawet siedemdziesiąt - termometr wskazywałby siedemdziesiąt pięć stopni. Pies nic nie wiedział o termometrach. W jego mózgu nie znajdowało zapewne miejsca świadome określenie warunków dotkliwego zimna, jak to się działo w mózgu człowieka. Ale posiadał instynkt i dzięki niemu odczuwał nieokreśloną, lecz wyraźną trwogę, która kazała mu trzymać się blisko człowieka i spoglądać niespokojnie na każdy jego ruch. Zdawać, się mogło, że pies czeka chwili, gdy człowiek znajdzie się w obozie albo też stanie na popas, roznieci ogień. Pies nauczył się ognia i chciał go w tej chwili. Chciał również zagrzebać się w śnieg, ochronić własne wewnętrzne ciepło przed atakami mroźnego powietrza.
Wilgoć zamarzającego oddechu pokrywała psią sierść delikatnym pyłem szronu, którego drobne kryształki osiadały przede wszystkim na brwiach, pysku i wokół nozdrzy. Rude wąsy i broda człowieka były też oszronione, lecz w odmienny sposób, bo opar przybierał tam postać lodu, grubiejącego po każdym ciepłym, wilgotnym wydechu. Człowiek żuł tytoń, a lodowy kaganiec zaciskał mu wargi tak, że nie mógł nawet usunąć tytoniowego soku, który od czasu do czasu ciekł mu po brodzie. W rezultacie pod dolną wargą urosła mu broda barwy i konsystencji bursztynu, rosła coraz bardziej. W razie upadku rozbiłaby się niby szkło na drobne, lśniące okruchy. Ale człowiek nie zwracał uwagi na dodatkową brodę. Podobne utrapienie przeżywali na Północy wszyscy żujący tytoń, a on miał już za sobą dwie wędrówki w czasie dotkliwego zimna. Mróz był wówczas mniejszy niż obecnie, a termometr alkoholowy w Sixty Mile wskazywał pięćdziesiąt - pięćdziesiąt pięć stopni niżej zera.
Wędrowiec zostawił za sobą parę mil leśnej równiny, przeciął rozległą płaszczyznę pokrytą tu i ówdzie kępami brunatnych zarośli i stromym brzegiem zszedł do łożyska zamarzłego strumienia. Był nad Henderson Creek i wiedział, że do rozwidlenia ma dziesięć mil. Spojrzał na zegarek. Zbliżała się dziesiąta. Obliczył, że robi cztery mile na godzinę, więc przy rozwidleniu powinien być pół do pierwszej. Postanowił uczcić to wydarzenie i właśnie tam zjeść obiad.
Pies nadal trzymał się nogi człowieka i z żałośnie opuszczonym ogonem dreptał za nim łożyskiem strumienia. Bruzda wyżłobiona przez sanki była dobrze widoczna, chociaż dwunastocalowa warstwa śniegu przysypała ślady ostatniej wędrówki. Świadczyło to, że od miesiąca nikt nie odbywał drogi ani w dół, ani w górę strumienia. Człowiek wytrwale utrzymywał tempo. Z natury nie był usposobiony refleksyjnie, a w danej chwili nie miał o czym myśleć, z wyjątkiem tego, że posili się przy rozwidleniu strumienia i o szóstej wieczorem będzie w obozie z chłopcami. Do pogawędki brakło mu towarzystwa, a gdyby nawet nie brakowało, rozmowę uniemożliwiłby lodowy kaganiec na ustach. Więc jednostajnie żuł tytoń i z minuty na minutę powiększał długość bursztynowej brody.
Od czasu do czasu machinalnie formułował myśl, że jest okropnie zimno i jak żyje nie zetknął się z równie silnym mrozem. W marszu rozcierał policzki i nos wierzchem okrytej rękawicą dłoni. Robił to odruchowo raz jedną, raz drugą ręką. Ale mimo rozcierania każdy bodaj najkrótszy przystanek powodował drętwienie najpierw policzków, a w następnej sekundzie końca nosa. Człowiek nie wątpił, że odmrozi twarz i chwilami wyrzucał sobie, że nie zmajstrował takiego ochraniacza nosa, jaki nosi Bud podczas wielkich chłodów. Ochraniacz nosa zakrywa też policzki. Ale odmrożenie twarzy to ostatecznie drobiazg. Trochę bólu i tyle. Rzadko wywołuje poważne następstwa.
  Człowiek nie myślał, miał pustkę w głowie, lecz pilnie obserwował drogę, dostrzegał zmiany łożyska strumienia - kolana, łuki, zatory drzewne - i uważał bacznie, gdzie i jak stawia nogi. Raz przystanął raptownie za zakrętem, niby spłoszony koń. Zawrócił, cofnął się szlakiem kilka kroków. Wiedział, że strumień zamarzł do dna, bo żaden strumień nie zachowuje wody w czasie arktycznej zimy. Ale wiedział również, że tu i ówdzie woda ze źródeł tryskających z urwistego brzegu płynie pod śniegiem na powierzchni lodu. Zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa takich miejsc, które nie zamarzają całkowicie nawet przy najtęższym mrozie. Są to pułapki kryjące rozlewiska pod śniegiem grubym niekiedy na trzy cale, niekiedy na trzy stopy. Czasami osłania je półcalowa skorupka lodu powleczona z kolei śniegiem. Czasami warstwy lodu, wody i śniegu tworzą przekładaniec; kto raz załamie jego powierzchnię, załamuje ją coraz dalej i może zapaść się po pas