Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 września 2017

Miła ulica

 

Znałem pewną dziewczynę. Jest miła i mieszka na Dwudziestej Piatej, która jest bardzo miłą ulicą. Ta dziewczyna bardzo lubi Bay City. I oczywiście nie przyszłoby jej do glowy przejmować się jakimiś tam slumsami na przygnębiającej równinie, która rozciąga się na południe od starej linii kolejowej, bo w końcu gnieżdżą się tam tylko Meksykańce i czarnuchy. Pewnie nie ma nawet pojęcia, co tacy ludzie robią i jak żyją. Nic nie wie o ich dzikich kąpieliskach wzdłuż płaskiego brzegu oceanu, na południe od nadmorskich skał, o ciasnych, dusznych i ociekających potem tancbudach na obrzeżach slumsów, o skrętach z marihuany, o wąskich, lisich twarzyczkach i cwanych oczkach, które zza osłony rozpostartych gazet kontrolują sytuację w podejrzanie pustych recepcjach podejrzanych hotelików, o kieszonkowcach, złodziejaszkach-amatorach, bandziorach z wyrokami, pijaczkach, alfonsach, dziwkach i pedziach wmieszanych w tłum zapełniający drewniane chodniki.
 
Raymond Chandler Topielica
 
 

wtorek, 10 listopada 2015

"Krwawa setka. 100 najważniejszych powieści kryminalnych" - Wojciech Burszta i Mariusz Czubaj



Krwawa setka to pierwsza w Polsce książka pokazująca literaturę kryminalną z takim rozmachem i w kontekstach, w których nie zwykliśmy jej umieszczać, a zarazem niemające precedensu opracowanie w skali europejskiej. Autorzy, z zawodu antropolodzy kultury, proponują czytelnikowi wędrówkę po stu, ich zdaniem, najważniejszych powieściach z kręgu crime fiction. Zapraszają do podjęcia własnego śledztwa nad fenomenem kryminału, podpowiadając w mikroesejach, że powieści kryminalne w swoich najlepszych realizacjach są wnikliwymi opowieściami o społeczeństwie i jego lękach. Zarówno w przeszłości, jak dzisiaj.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Teraz czytam




"Kobieca agencja detektywistyczna nr 1" to książka o uroczej Precious Ramotswe mieszkance Botswany, która postanawia zostać prywatnym detektywem. Zakłada Kobiecą Agencję Detektywistyczną Numer 1 i zaopatrzona w poradnik prywatnego detektywa przystępuje do działania. Alexander McCall Smith, wymyślając postać mmy Ramotswe nawet w najśmielszych marzeniach nie mógł podejrzewać, że podbije ona serca czytelników na całym świecie. Na początku miała to być jedna powieść, ale jej ogromna popularność skłoniła autora do napisania całej serii, teraz jest już pięć tomów. Co jest największą siłą tych kryminałów? Po pierwsze: sama mma Ramotswe - czarująca, ciepła, wyposażona przez naturę w mądrość i obfite kształty i co najważniejsze, intuicję i znajomość ludzkiej natury. Po drugie : Afryka. Jej nieprawdopodobne piękno, różnorodność i egzotyka. Po trzecie wreszcie: sprawy, którymi zajmuje się Precious Ramotswe. Nie są to przestępstwa ciężkiego kalibru; ale i tak przysparzają solidnej pani detektyw sporo pracy: zdradzane żony, podstępni mężowie, krnąbrne córki... Jak mówi nasza bohaterka, zawód prywatnego detektywa jest po to by pomagać ludziom rozwiązywać ich problemy. I tak właśnie się dzieje.

"Jaskółka, kot, róża, śmierć" to dziewiąta, niezależna część wielokrotnie nagradzanej serii Håkana Nessera o policjantach z fikcyjnego miasta Maardam. Związek między ofiarami dusiciela jest nikły. Kiedy były komisarz Van Veeteren niechętnie opuszcza bezpieczny antykwariat i staje twarzą w twarz z jeszcze jednym pomocnikiem śmierci, odkrywa pewną prawidłowość. Zabójstwa mają wyraźne odbicie w świecie książek – Blake’a, Musila, Rilkego… Zaczyna przeczuwać, że morderca, z którym ma do czynienia jest wyjątkowy. Naprawdę wyjątkowy.



"Kiedy nadejdą dobre wieści" - perfekcyjnie skonstruowana opowieść o roli przypadku i przeznaczenia oraz o miłości i wielkiej tęsknocie. Książka obfituje we wstrząsające wydarzenia i dramatyczne zwroty akcji, ale w przeciwieństwie do klasyki gatunku nie zawsze daje ostateczne odpowiedzi, pozostawiając czytelnikowi miejsce na własne rozwiązania. Przy całej brutalności książka przynosi pociechę i odkupienie.







"Chińczyk"  Henning Mankell  W styczniu 2006 roku w odludnej wiosce zostaje brutalnie zamordowanych kilkanaście osób, w Szwecji wybucha medialna gorączka, a dochodzenie w zagadkowej sprawie nie prowadzi do jej wyjaśnienia. Tymczasem Birgitta Roslin, doświadczony sędzia, odkrywa, że jest spokrewniona z dwiema ofiarami i rozpoczyna prywatne śledztwo. Niebawem wpada na trop Chińczyka, który może być odpowiedzialny za masakrę. Ten ślad prowadzi do stolicy Chin i Birgitta wybiera się na wycieczkę do Pekinu. Szukając mordercy, poznaje rodzeństwo, które symbolizuje wewnętrzne rozdarcie tego kraju: komunistkę Hong Qui, która sprawuje nad cudzoziemką dyskretną opiekę, i jej brata Ya Ru, reprezentującego frakcję „kapitalistyczną". Rozgrywki polityczne w Chinach nieoczekiwanie splotą się z wydarzeniami w szwedzkiej wiosce... Birgitta Roslin chce rozwiązać zagadkę masakry, choć sama znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

piątek, 12 grudnia 2014

"Każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką"


[...] "Powieść kryminalną z różnych względów niełatwo lansować. Tematem jej zwykle jest zabójstwo i z tej racji brak jej elementu wzniosłości. Zabójstwo, które jest wynikiem frustracji jednostki - a zatem frustracji całego gatunku - może mieć i w rzeczywistości ma wiele implikacji socjologicznych. Ale zdarza się przecież od tak dawna i tak często, że trudno tu o urok nowości.
Jeżeli nawet trafiają się powieści kryminalne realistyczne choćby w jakimś stopniu (a bywa to bardzo rzadko), pisane są wówczas z pewnym dystansem, w przeciwnym razie nie pisałby ich ani nie czytał nikt prócz psychopatów. Powieść kryminalna ma również tę przykrą cechę, że zajmuje się własnymi sprawami, rozwiązuje własne problemy i odpowiada na pytania, które sama zadaje. Do dyskusji nie pozostaje nic poza tym, czy jest dość dobrze napisana, żeby być po prostu dobrą literaturą, na czym ci, co składają się w sumie na owe pół miliona sprzedanych egzemplarzy, i tak się nie poznają. Poznanie się na wartości literackiej utworu jest zadaniem dostatecznie trudnym nawet dla ludzi, którzy zajmują się literaturą zawodowo, nie zwracając zbytniej uwagi na to, w ilu egzemplarzach książka się rozejdzie.
Powieść detektywistyczna (może będę raczej używał tej nazwy, skoro na tym polu nadal dominują wzory angielskie) musi znajdować czytelników przez powolny proces destylacji. Że ich jednak znajduje i tak mocno już potem przy sobie trzyma, to fakt niezaprzeczony, choć studia nad przyczynami tego zjawiska pozostawiam umysłom bardziej dociekliwym. Nie zamierzam też twierdzić, że stanowi ona niezbędną i doniosłą formę sztuki. Nie ma niezbędnych i doniosłych form sztuki, jest tylko sztuka jako taka, i tej mamy bardzo niewiele. Przyrost ludności nie powiększył zasobów sztuki, zwiększył tylko łatwość, z jaką jej namiastki produkuje się i podsuwa odbiorcom.
Jednakże powieść detektywistyczną nawet w jej najbardziej konwencjonalnej formie bardzo trudno jest napisać dobrze. Dobry okaz tego gatunku trafia się rzadziej niż dobra powieść poważna. Drugorzędne pozycje utrzymują się dłużej niż utwory bardziej wartościowe, a ogromna liczba tych, które nigdy nie powinny się były narodzić, po prostu nie chce umrzeć. Trwałe są jak posągi w parkach i prawie tak samo nudne.
Ta sytuacja bardzo irytuje ludzi o tak zwane] "znajomości rzeczy". Martwi ich fakt, że wnikliwe i dobre powieści sprzed kilku lat stoją w, biblioteczce na specjalnej półce z napisem "Dawne bestsellery". Nikt się do nich nie zbliża, czasem tylko przypadkowy klient krótkowidz nachyli się, rzuci okiem i szybko odejdzie, gdy tymczasem starsze panie tłoczą się przy półce z literaturą sensacyjną, żeby chwycić jakiś egzemplarz z tego samego rocznika, zatytułowany na przykład "Petunia, czyli potrójne morderstwo" albo ."Inspektor Pinchbottle śpieszy na ratunek". Koneserów martwi, że "naprawdę wartościowe książki" (a niektóre z nich w pewnym sensie zasługują na to miano) obrastają kurzem, w działach wznowień, gdy tymczasem "Śmierć nosi żółte podwiązki" w pięćdziesięcio- lub stutysięcznych nakładach dostaje się na półki nowości całego kraju, w dodatku bynajmniej nie po to, żeby zakończyć swoją karierę.
Przyznam się, że sam nie jestem tym zachwycony. Ja również, gdy jestem w nastroju mniej podniosłym, pisuję powieści detektywistyczne, a cała ta wyżej wspomniana nieśmiertelność stwarza dla nich trochę za dużą konkurencję. Nawet Einstein nie zaszedłby daleko, gdyby co roku publikował trzysta traktatów z zakresu fizyki, a kilka tysięcy innych wciąż było w obiegu, na dobitkę ustawicznie czytanych.
Hemingway mówi gdzieś, że dobry pisarz rywalizuje tylko ze zmarłymi. Dobry pisarz powieści detektywistycznych (w końcu musi ich być kilku) rywalizuje nie tylko ze wszystkimi nie pogrzebanymi nieboszczykami, lecz także z hordami żyjących. I to niemal na równych prawach, jedna bowiem z właściwości tego gatunku polega na tym, że to, co skłania ludzi do czytania, nigdy nie traci na aktualności. Krawat bohatera może być trochę niemodny, zacny siwy inspektor może przyjechać dwukółką, nie zaś opływową limuzyną z ogłuszającą syreną, lecz po przybyciu na miejsce stosuje wciąż te same stare chwyty, czyli bada alibi podejrzanych, ogląda przez lupę kawałki zwęglonego papieru i ustala, kto podeptał krzew kwitnący pod oknem biblioteki.
Sprawa interesuje mnie jednak nie tylko ze względów osobistych i merkantylnych. Mam wrażenie, że produkcja powieści detektywistycznych na tak wielką skalę przez pisarzy, których doraźne wynagrodzenie jest niewielkie, a potrzeba uznania ze strony krytyków prawie żadna, byłaby niemożliwa, gdyby wymagała choć odrobiny talentu. W tym sensie pogardliwe miny krytyka i czysto kupiecki stosunek wydawcy do całej sprawy są całkowicie uzasadnione. Przeciętna powieść detektywistyczna nie jest zapewne gorsza od przeciętnej powieści "poważnej", nigdy jednak nie oglądamy przeciętnej powieści. Po prostu nikt jej nie wydaje. Natomiast przeciętna - lub tylko nieco lepsza od przeciętnej - powieść detektywistyczna jest nie tytko wydawana, lecz nabywana w niewielkiej ilości egzemplarzy przez wypożyczalnie książek, a następnie czytana. Znajdzie się nawet niemało optymistów, którzy .kupią ją za całe dwa dolary, bo taka jest nowiutka, a na okładce narysowany jest trup.
A co najdziwniejsze, ten przeciętny, okropnie nudny i wymęczony, a przy tym najwyraźniej nieprawdziwy i prymitywny twór w rzeczywistości tak bardzo się znów nie różni od tego, co uchodzi za, arcydzieło gatunku. Akcja wlecze się trochę wolniej, dialogi są nieco płaskie, papier, z którego wycięto postacie, nieco cieńszy, a oszustwo nieco bardziej widoczne, niemniej jest to książka tego samego rodzaju. Natomiast dobra i zła powieść poważna to rzeczy całkowicie różne. Każda z nich mówi o zupełnie różnych sprawach. Tymczasem powieść detektywistyczna, czy to dobra, czy też zła, mówi właściwie o tym samym i w sposób bardzo zbliżony. (Istnieją po temu powody, jak również powody tych powodów - zresztą powodów zawsze się można doszukać). 
[...] We wstępie do pierwszego tomu antologii Omnibus of Crime Dorothy Sayers pisze: "Powieść kryminalna nie osiąga i przypuszczalnie nie może nawet osiągnąć szczytu doskonałości literackiej". A gdzie indziej ta sama autorka wypowiada pogląd, że dzieje się tak dlatego, że jest to "literatura eskapizmu", nie zaś "literatura ekspresji". Nie wiem, co jest owym szczytem doskonałości literackiej, nie wiedzieli tego ani Ajschylos, ani Szekspir; nie wie tego również pani Sayers. Jeśli pozostałe czynniki są równe -co się nigdy nie zdarza - to im ciekawszy jest temat, tym ciekawiej wypadnie rezultat. A przecież napisano sporo bardzo nudnych książek o Bogu i sporo wręcz doskonałych o tym, jak zarobić na życie, pozostając człowiekiem mniej lub bardziej uczciwym. Wszystko sprowadza się do tego; kto pisze i jakie ma do tego zdolności.
"Literatura eskapizmu" i "literatura ekspresji" to żargon krytyków, w którym używa się pojęć oderwanych, jak gdyby miały one znaczenie bezwzględne. Wszystko pisane z wigorem jest pełne życia, nie ma nudnych tematów, są tylko nudne umysły. Każdy, kto czyta, ucieka od czegoś do tego, co kryją w sobie zadrukowane strony; można dyskutować o wartości marzeń, ale ulga, jaką przynoszą, stała się koniecznością funkcjonalną. Wszyscy ludzie muszą od czasu do czasu uciekać od morderczego rytmu własnych myśli. Jest to część procesu życiowego istot rozumnych. To jedna z rzeczy odróżniających te istoty od trójpalczastego leniwca, który jak się zdaje - bo nigdy nie można mieć zupełnej pewności - jest całkiem zadowolony, gdy wisi sobie ha gałęzi głową na dół i nawet nie czyta Waltera Lippmana. Nie obstaję przy tym, że powieść kryminalna jest doskonałą formą ucieczki. Stwierdzam po prostu, że każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką, bez względu na to, czy będzie to greka, matematyka, astronomia, Benedetto Croce, czy też Diary of the Forgotten Man. Kto twierdzi inaczej, jest snobem intelektualnym i nie ma pojęcia o sztuce życia".

Raymond Chandler Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych [w] Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 307-328.

czwartek, 11 grudnia 2014

"Facet tego typu nie powinien się żenić"


Do Maurice'a Guinnessa 

21 luty 1959 r.

Obawiam się, że niewłaściwie może zrozumiałem Twoje pragnienie, żeby Marlowe się ożenił. Wybrałem chyba nieodpowiednią partnerkę. Bo jeśli chodzi o ścisłość, facet tego typu nie powinien się żenić, jest bowiem człowiekiem samotnym, ubogim, człowiekiem niebezpiecznym, a mimo to budzącym sympatię, i jakoś żadna z tych cech nie predestynuje do małżeństwa. Zawsze będzie miał swoje odrapane biuro, samotny dom, różne miłostki, ale nigdy żadnych trwałych związków. Zawsze o jakiejś nieboskiej porze obudzi go ktoś najzupełniej niepożądany, zmuszając do zajęcia się jakąś niemiłą sprawą. Taki już mu pewno wypadł los - może nie najlepszy los na świecie, ale jego własny. Nikt go nigdy nie pokona, ponieważ z natury jest niezwyciężony. Nikt nie sprawi nigdy, żeby się wzbogacił, bo przeznaczeniem jego jest ubóstwo. ale myślę jakoś, że nie chciałby innego losu, toteż ożenek (zgodnie z Twoim pomysłem), choćby nawet z najmilszą kobietą, według mnie najzupełniej nie leży w jego charakterze. Zawsze widzę go na bezludnej ulicy, samotnego w swoim mieszkaniu, głowiącego się nad jakąś sprawą, ale nie znającego nigdy ostatecznej porażki...

PS Opisuję go ożenionego z bogatą kobietą, obsypanego pieniędzmi, nie sądzę jednak, żeby to małżeństwo miało trwać długo.

Edward Hopper "Nighthawks"

Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 306.


środa, 17 września 2014

Åke Edwardson "Park Marconiego" (info)



Erik Winter znajduje ciało zamordowanego mężczyzny. Trup ma plastikową torbę naciągniętą na głowę. Przy zwłokach leży oddarty kawałek kartonu, a na nim namalowana grubym pędzlem litera.

Ofiar wciąż przybywa. Za każdym razem ciała opatrzone są kawałkiem kartonu z jedną literą. Winter usiłuje poskładać elementy układanki, aby odczytać słowo-przesłanie. Nie ustaje też w poszukiwaniu powiązań między zamordowanymi osobami. Czy zdoła dociec prawdy?

Åke Edwardson jeden z czołowych przedstawicieli szwedzkiej szkoły kryminału, powraca z nową, dwunastą już powieścią serii o komisarzu Winterze.

środa, 10 września 2014

Deja vu

 
 
"Po naradzie pojechali do domu, w którym znaleziono zwłoki mężczyzny. Z fotografiami w rękach, w foliowych ochraniaczach na butach, przeszli z Martinssonem i technikiem przez kolejne pomieszczenia. Nagle Wallander doznał swoistego deja vu. Wydało mu się, że już kiedyś odwiedził ten dom i że dokonał "naocznych oględzin", jakby powiedział Lennart Mattson, miejsca zbrodni. Oczywiście nie była to prawda, złudzenie brało się stąd, że wykonywał tę samą czynność tak wiele razy. Kilka lat wcześniej kupił sobie na przecenie książkę o pewnym procesie karnym z początku XIX wieku. Czytając ją - początkowo pełen wątpliwości, później z coraz większym zaangażowaniem - Wallander miał wrażenie, że mógłby wkroczyć do akcji i razem z komisarzem policji i wójtem rozwiązać zagadkę morderstwa pary robotników folwarcznych na wyspie Vardo w pobliżu Sztokholmu. Człowiek się nie zmienił; przestępstwa najczęściej stanowiły kopię występków wcześniejszych pokoleń. U ich podstaw zawsze leżały spory o pieniądze albo zazdrość, może jeszcze żądza zemsty. Na długo przed nim przeróżni policjanci, komisarze, wójtowie i prokuratorzy poczynili te same obserwacje. Tyle, że oni teraz byli technicznie lepiej wyposażeni i potrafili skuteczniej zabezpieczać ślady. Nadal jednak najważniejsza była umiejętność obserwacji za pomocą własnych oczu".

Henning Mankell "Niespokojny człowiek", przełożyła Beata Walczak-Larsson, WAB, Wydanie III, Warszawa 2010, s. 573.

Jak pisać, czyli Elmore Leonard i jego 10 rad

Elmore Leonard


These are rules I've picked up along the way to help me remain invisible when I'm writing a book, to help me show rather than tell what's taking place in the story. If you have a facility for language and imagery and the sound of your voice pleases you, invisibility is not what you are after, and you can skip the rules. Still, you might look them over.

1. Never open a book with weather.

If it's only to create atmosphere, and not a character's reaction to the weather, you don't want to go on too long. The reader is apt to leaf ahead looking for people. There are exceptions. If you happen to be Barry Lopez, who has more ways to describe ice and snow than an Eskimo, you can do all the weather reporting you want.

2. Avoid prologues.

They can be annoying, especially a prologue following an introduction that comes after a foreword. But these are ordinarily found in nonfiction. A prologue in a novel is backstory, and you can drop it in anywhere you want.

There is a prologue in John Steinbeck's ''Sweet Thursday,'' but it's O.K. because a character in the book makes the point of what my rules are all about. He says: ''I like a lot of talk in a book and I don't like to have nobody tell me what the guy that's talking looks like. I want to figure out what he looks like from the way he talks. . . . figure out what the guy's thinking from what he says. I like some description but not too much of that. . . . Sometimes I want a book to break loose with a bunch of hooptedoodle. . . . Spin up some pretty words maybe or sing a little song with language. That's nice. But I wish it was set aside so I don't have to read it. I don't want hooptedoodle to get mixed up with the story.''
 
3. Never use a verb other than ''said'' to carry dialogue.

The line of dialogue belongs to the character; the verb is the writer sticking his nose in. But said is far less intrusive than grumbled, gasped, cautioned, lied. I once noticed Mary McCarthy ending a line of dialogue with ''she asseverated,'' and had to stop reading to get the dictionary.
 
4. Never use an adverb to modify the verb ''said'' . . .

. . . he admonished gravely. To use an adverb this way (or almost any way) is a mortal sin. The writer is now exposing himself in earnest, using a word that distracts and can interrupt the rhythm of the exchange. I have a character in one of my books tell how she used to write historical romances ''full of rape and adverbs.''
 
5. Keep your exclamation points under control.

You are allowed no more than two or three per 100,000 words of prose. If you have the knack of playing with exclaimers the way Tom Wolfe does, you can throw them in by the handful.
 
6. Never use the words ''suddenly'' or ''all hell broke loose.''

This rule doesn't require an explanation. I have noticed that writers who use ''suddenly'' tend to exercise less control in the application of exclamation points.
 
7. Use regional dialect, patois, sparingly.

Once you start spelling words in dialogue phonetically and loading the page with apostrophes, you won't be able to stop. Notice the way Annie Proulx captures the flavor of Wyoming voices in her book of short stories ''Close Range.''
 
8. Avoid detailed descriptions of characters.

Which Steinbeck covered. In Ernest Hemingway's ''Hills Like White Elephants'' what do the ''American and the girl with him'' look like? ''She had taken off her hat and put it on the table.'' That's the only reference to a physical description in the story, and yet we see the couple and know them by their tones of voice, with not one adverb in sight.
 
9. Don't go into great detail describing places and things.

Unless you're Margaret Atwood and can paint scenes with language or write landscapes in the style of Jim Harrison. But even if you're good at it, you don't want descriptions that bring the action, the flow of the story, to a standstill.

And finally:
 
10. Try to leave out the part that readers tend to skip.

A rule that came to mind in 1983. Think of what you skip reading a novel: thick paragraphs of prose you can see have too many words in them. What the writer is doing, he's writing, perpetrating hooptedoodle, perhaps taking another shot at the weather, or has gone into the character's head, and the reader either knows what the guy's thinking or doesn't care. I'll bet you don't skip dialogue.

My most important rule is one that sums up the 10.

If it sounds like writing, I rewrite it.

Or, if proper usage gets in the way, it may have to go. I can't allow what we learned in English composition to disrupt the sound and rhythm of the narrative. It's my attempt to remain invisible, not distract the reader from the story with obvious writing. (Joseph Conrad said something about words getting in the way of what you want to say.)

If I write in scenes and always from the point of view of a particular character -- the one whose view best brings the scene to life -- I'm able to concentrate on the voices of the characters telling you who they are and how they feel about what they see and what's going on, and I'm nowhere in sight.

What Steinbeck did in ''Sweet Thursday'' was title his chapters as an indication, though obscure, of what they cover. ''Whom the Gods Love They Drive Nuts'' is one, ''Lousy Wednesday'' another. The third chapter is titled ''Hooptedoodle 1'' and the 38th chapter ''Hooptedoodle 2'' as warnings to the reader, as if Steinbeck is saying: ''Here's where you'll see me taking flights of fancy with my writing, and it won't get in the way of the story. Skip them if you want.''

''Sweet Thursday'' came out in 1954, when I was just beginning to be published, and I've never forgotten that prologue.

Did I read the hooptedoodle chapters? Every word.


This article is part of a series in which writers explore literary themes. Previous contributions, including essays by John Updike, E. L. Doctorow, Ed McBain, Annie Proulx, Jamaica Kincaid, Saul Bellow and others, can be found with this article at The New York Times on the Web:

www.nytimes.com/arts 

Źródło zdjęcia: www.thetimes.co.uk

sobota, 30 sierpnia 2014

Analizować i wzorować się

Raymond Chandler

List Raymonda Chandlera do H. H. Harwooda

2 lipca 1951 r

Nie mógłbym nikomu radzić, czy ma zostać pisarzem, czy też nie. Wbrew powszechnemu przekonaniu jest to zawód niewdzięczny, wymagający ciężkiej pracy i tylko drobnej części tych, co go próbują, udaje się zdobyć choćby niewielki stały dochód. Zmierzch tanich czasopism sensacyjnych sprawił, że debiut dla początkujących pisarzy stał się jeszcze trudniejszy niż dawniej, a łatwy nie był nigdy. Wnoszę jednak, że szczególna sytuacja osobista pozwala Panu na uprawianie tego zawodu w sensie fizycznym i mam nadzieję, że długo jeszcze nie będzie Pan musiał zarabiać na życie pisaniem, bo szanse na to są bardzo, bardzo nikłe.

Pisze Pan, że planuje "niezwłocznie rozpocząć naukę podstawowych zasad techniki narracji, które powinien znać każdy początkujący pisarz". Z własnego doświadczenia mogę Pana ostrzec, że pisarza, który nie potrafi sam się uczyć, nie nauczy nikt inny, i wyjąwszy kursy specjalne przy dobrych uniwersytetach, mam bardzo pesymistyczny pogląd na naukę pisania w ogóle, a przede wszystkim na taką naukę, jaką polecają tak zwane pisma dla pisarzy. Nie nauczą Pana niczego, do czego nie dojdzie Pan sam, studiując i analizując książki innych pisarzy. Analizować i wzorować się, innej nauki nie trzeba. Przyznaję, że ocena osób postronnych jest przydatna, czasem nawet niezbędna, ale kiedy ma się za nią płacić, budzi zazwyczaj podejrzenia.

Jeśli chodzi o metody układania i robienia planu akcji, niestety, nic tu nie mogę pomóc, bo nigdy sam żadnych planów nie piszę. Obmyślam akcję w trakcie pisania, zwykle robię to źle i muszę zaczynać wszystko od początku. Wiem, że niektórzy pisarze sporządzają z wielką dokładnością plan swoich wątków, nim zaczną je pisać, ale ja do nich nie należę. Nie układam akcji, narasta u mnie sama. Jeżeli nie narasta, ciskam wszystko do kosza i zaczynam na nowo. Może lepszych rad udzieli Panu ktoś, kto pracuje w oparciu o konspekt. Tego Panu życzę.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 114-115.

Czekam na natchnienie

Źródło
List Raymonda Chandlera do Alexa Barrisa

18 marca 1949 r.

... Jak spędzam dnie? Piszę, kiedy mogę, nie piszę, kiedy nie mogę; zawsze piszę rano albo w pierwszej połowie dnia. Wieczorem ma się bardzo zabawne pomysły, ale potem nie zdają one egzaminu. Dawno się już o tym przekonałem. Musiał się Pan chyba zorientować, że sam piszę na maszynie. Kiedy tutaj zamieszkałem, kupiłem dyktafon i dyktowałem do niego teksty, ale nigdy nie używam dyktafonu do pisania powieści. Prawie wszyscy pisarze, którzy dyktują, cierpią na biegunkę słowną. Kiedy trzeba dołożyć wysiłku, żeby te słowa napisać, człowiek bardziej jest skłonny do oszczędności.
Czytam wciąż wypowiedzi pisarzy, którzy twierdzą, że nie czekają nigdy na natchnienie, po prostu siadają co dzień o ósmej rano przy swoich biureczkach - deszcz czy słońce, kac, złamana ręka, nieważne - oni wystukują na maszynie zaprogramowany kawałek. Niech tam pustka w głowie, niech myśli ciężkie jak kamienie młyńskie - natchnienie to bzdura, oni go nie uznają. Składam im wyrazy szczerego podziwu i starannie unikam czytania ich książek.
Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu, powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie, kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego, tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać, jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się lad w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać. b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.[...]

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 100-101.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Kate Atkinson "Zagadki przeszłości" (informacja)



Dzisiaj tylko informacja o nowej książce Kate Atkinson wydanej przez Wydawnictwo Czarna Owca. Właściwie to nie tak nowej, została już kiedyś wydana w Polsce, zdaje się, że przez Rebis, pod innym tytułem "Historie pewnej sprawy". Książka właściwie  nie zwróciła większej uwagi czytelników i krytyków, a jednak to bardzo dobra powieść. Zdarzają się takie książki, np. "Na oślep" Michaela Frayna. Brzydka okładka, nierzucająca się w oczy, zero reklamy. A w środku wyśmienita treść. Dopiero zaczynam "Zagadki przeszłości", ale widać już jedno, Kate Atkinson potrafi opowiadać historie, książka wciąga od pierwszej strony. Czytałem jakiś czas temu dużo dobrego o tej książce, pierwszej z cyklu kryminałów napisanych przez Kate Atkinson, autorkę bestsellerowej powieści "Jej wszystkie życia". Dlatego też uważam, że to znakomita wiadomość dla wszystkich czytelników i miłośników jej talentu, bowiem już wkrótce ukażą się kolejne części serii kryminalnej z detektywem Jacksonem Brodiem.

Trzymający w napięciu kryminał i gorzka opowieść o przemijaniu.

Nadzwyczaj gorące lato w Cambridge, miejscu, w którym Jackson Brodie, były inspektor policji, a dziś prywatny detektyw nigdy nie czuł się dobrze. Właśnie rozpadło się jego małżeństwo, ponadto wszedł w wiek, w którym mężczyźni zaczynają nagle zauważać, że ich także czeka śmierć, oczywista i nieodwracalna. Otoczony intrygą i nieszczęściami innych Jackson snuje refleksje nad własnym życiem. 

Mimo przygnębienia musi znaleźć rozwiązanie kilku zagadek. Zazdrosny mąż podejrzewa żonę o zdradę. Dwie siostry, stare panny, dokonują szokującego odkrycia. Pewien prawnik prowadzi śledztwo w sprawie dawnego morderstwa. Pewna pielęgniarka traci siostrzenicę, a jakaś wdowa swoje koty... 

Ku swojemu zaskoczeniu Brodie szybko dostrzega związek między sprawami! 

Czy w natłoku nieszczęść podoła wyzwaniom?

Nie tylko najciekawsza powieść, jaką przeczytałem w tym roku [2005], ale również najlepszy kryminał ostatnich czasów.
Stephen King

Zadziwiająco złożona i poruszająca powieść detektywistyczna.

The Guardian

środa, 30 lipca 2014

Åke Edwardson "Dom na końcu świata"



„Dom na końcu świata” Åke Edwardsona to bardzo dobra, ale jednocześnie bardzo mroczna i chłodna książka. I nic dziwnego, w końcu to szwedzki kryminał. Przyznam, że do tej pory nie czytałem jeszcze nic tego autora. Owszem, jego nazwisko obiło mi się tu i ówdzie o uszy, widziałem także kilka tytułów w księgarniach. Teraz dopiero jednak, czytając jedenasty tom cyklu z Erikiem Winterem, mogłem przekonać się i ocenić styl i rzemiosło Åke Edwardsona.

Sytuacja jaką w tym tomie cyklu zastajemy jest następująca: komisarz Erik Winter wycofał się z uprawiania zawodu, wyjechał ze Szwecji i mieszka z rodziną w słonecznej i upalnej Hiszpanii. Miewa jednak dziwne sny, czuje, że coś, albo ktoś wzywa go i postanawia, że musi wrócić do Szwecji i Goeteborga. Przynajmniej na jakiś czas. Wraca sam. Jego rodzina, matka oraz żona z córeczką zostają nadal w Hiszpanii. Winter dziwnie się czuje po powrocie, niby koledzy ci sami, ale szefem jest już ktoś inny i wprowadza nowe porządki. Ciężko znosi także różnicę miedzy Szwecją i Hiszpanią jeśli chodzi o klimat, temperaturę, nasłonecznienie oraz mentalność ludzi. Nie trzeba długo czekać, aby znalazła się dla niego sprawa do rozwiązania. Na jednej z licznych wysepek na obrzeżach Goeteborga, w domu na końcu świata, zostaje popełniona makabryczna zbrodnia. Zamordowana zostaje kobieta i dwójka jej dzieci. Na miejscu zbrodni znaleziono także żywe niemowlę. Morderca nie mógł albo nie chciał go zabić, specjalnie zostawił je żywe? Tak zaczyna się ta historia. A jak się kończy, musicie przekonać się o tym sami.

Åke Edwardson, 2010
Ja zaś mogę Wam opowiedzieć o kilku refleksjach które przyszły mi do głowy podczas czytania tego kryminału. Przy okazji tej książki oraz krwawej, i to dosłownie, historii o jakiej opowiada, dostajemy interesującą opowieść o problemach Szwecji i ludzi ją zamieszkujących. O tym jak podzielone i rozwarstwione jest szwedzkie społeczeństwo. O jego ksenofobi i rasizmie. I o innych problemach, które nękają także wiele europejskich krajów. Szwecja się zmieniła, to nie jest już ten sam kraj, którym była kiedy komisarz Winter był dzieckiem. Ludzie zamykają się w domach ze swoimi problemami, depresją. Trudno prowadzi się śledztwo, przepytuje świadków. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Nie było to dla mnie dużym zaskoczeniem, wiedziałem już sporo o tych sprawach z kryminałów Henninga Mankella. Chcąc, nie chcąc porównywałem ze sobą style pisania tych dwóch szwedzkich autorów kryminałów. Główna różnica to bohater. W obu wypadkach jego nazwisko zaczyna się na W, Winter i Wallander różnią się jednak sposobem myślenia, pracy, działania. Erik Winter to trochę wizjoner, jasnowidz. Chociaż nie przyznaje się do tego, miewa często dziwne, symboliczne czy też prorocze sny. Często zdaje się na swoje zmysły, emocje. Próbuje wczuć się w sposób myślenia mordercy. To bardziej indywidualista w działaniu, podczas gdy Kurt Wallander preferuje pracę zespołową. Obaj natomiast są melomanami i amatorami mocnych trunków. Wallander lubi muzykę klasyczną, Winter natomiast uwielbia Jazz, szczególnie Johna Coltrane’a. Komisarz Winter w trakcie prowadzenia śledztwa czyta biografię tego słynnego amerykańskiego muzyka jazzowego. A Love Supreme, tytuł jednego z albumów, suity jazzowej, Coltrane’a jest mottem, przewija się przez całą książkę niczym mantra i stanowi jej przesłanie. Największa, idealna miłość. Znaczenie tych słów dociera do nas, gdy znamy już zakończenie tej historii.

Podczas czytania „Domu na końcu świata” miałem kilka razy skojarzenia z chyba najlepszym kryminałem Henninga Mankella zatytułowanym „O krok”. Tak jak w tamtym przypadku morderca jest bardzo blisko, zawsze nieuchwytny, o ten jeden krok przed prowadzącymi śledztwo. Cała makabryczność zbrodni  w "Domu na końcu świata" polega dodatkowo na tym, że zabite, zaszlachtowane niczym zwierzęta w rzeźni, zostały dzieci, które w Szwecji są traktowane szczególnie wyjątkowo. Ale dla każdego kto ma wyobraźnię, a tym bardziej posiada dzieci, jest to niewyobrażalna zbrodnia. Trudno sobie wyobrazić motywy jakimi kierował się morderca, że był do tego zdolny. Zakończenie książki jest zaskakujące, może trochę niewiarygodne, straszne i niemożliwe. Ludzie są jednak zdolni do popełniania naprawdę potwornych czynów, także z miłości do kogoś. Nie mogę na sto procent, podobnie jak jeden z kolegów Wintera, powiedzieć, że bym czegoś takiego nigdy w życiu nie zrobił. Tego się nie wie.

Åke Edwardson "Dom na końcu świata", tłum. Inga Sawicka, Wydawnictwo Czarna Owca, Czarna Seria, s. 432.

poniedziałek, 28 lipca 2014

"Trzeci zamach" Piotr Głuchowski


„Trzeci zamach” to moje pierwsze, bardzo udane i mam nadzieję, że nie ostatnie, spotkanie z twórczością Piotra Głuchowskiego. Książka została wydana przez Wydawnictwo Agora, tak jak i poprzednie książki tego autora w serii Kryminał. „Trzeci zamach” to właściwie thriller sensacyjny z udziałem znanej już czytelnikom pary bohaterów: dziennikarza Roberta Pruskiego oraz pięknej i do tego niezwykle inteligentnej hakerki Mai Szalawskiej.

Wszystko zaczyna się dosyć spokojnie, powiedziałbym nawet, że standardowo i banalnie, od skandalu społeczno-religijno-politycznego. Franciszek Kosma Drozd, ksiądz-biznesmen, bardzo wpływowa i ważna dla znacznej części polskiego społeczeństwa osoba, właściciel i prezes katolickiej Telewizji Horeb, Wydawnictwa Arka i wielu innych biznesów (skojarzenia z pierwowzorem są tu dosyć oczywiste) oraz inicjator budowy najwyższego na świecie pomnika papieża Jana Pawla II, zostaje na jednej z hiszpańskich wysepek sfotografowany z Karoliną Koon, celebrytką i gwiazdką porno. Pewne poznańskie wydawnictwo czując możliwość  zarobienia dużych pieniędzy na skandalu, chce wydać wspólną biografię księdza prezesa Franciszka Drozda oraz Karoliny Koon. Dlatego też zwraca się do dziennikarza Roberta Pruskiego, aby ten poprawił i uzupełnił napisaną kiedyś, a nigdy nie wydaną, książkę o gwiazdce oraz dopisał część dotyczącą biografii księdza prezesa. Pruski początkowo niechętny, zgadza się podjąć tego zadania. Ma trudną sytuację finansową i życiową, a pieniądze za książkę mogą ją przynajmniej chwilowo poprawić. Dziennikarz jako researcherkę zatrudnia Maję Szalawską.

Potem jest już jak u Hitchcocka, następuje trzęsienie ziemi, a napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną książki. Pruski i Szalawska, badając życiorys i powiązania księdza prezesa, natrafiają na wiele ciemnych spraw z jego przeszłości, a w końcu na istną puszkę Pandory, podstępną grę obcych wywiadów i największą tajemnicę XX w. Nie chcę psuć nikomu przyjemności czytania, dlatego nie będę tutaj opisywał szczegółowo prowadzonego przez parę bohaterów śledztwa dziennikarskiego. Czytanie, poznawanie nowych faktów i śledzenie odkrywanej przez nich powoli tajemnicy z przeszłości dało mi naprawdę dużą frajdę. Starałem się wczuć w konwencję i uwierzyć w wymyśloną przez autora intrygę. W przypadku wszystkich kryminałów, thrillerów i horrorów to warunek konieczny. Nie możemy co chwilę marudzić, że coś jest niemożliwe. Najwięcej wątpliwości oraz zarzutów dotyczących nierealności i niemożliwości rozwiązań fabularnych może dotyczyć samego zakończenia książki. Ale czy thriller sensacyjny, który rządzi się przecież swoimi prawami, da się zakończyć w taki sposób jak książkę non-fiction lub powieść obyczajową?

„Trzeci zamach” podobał mi się jeszcze z kilku powodów. Przede wszystkim interesujący bohater, czterdziestokilkulatek z problemami rodzinnymi i poczuciem humoru, dziennikarz z zawodu, alkoholik o wyglądzie podstarzałego hipisa. Przyznaję się, bardzo polubiłem Roberta Pruskiego. Muszę poszukać wcześniejszych książek Piotra Głuchowskiego z Pruskim w roli głównej, słyszałem, że są znakomite ("Umarli tańczą", "Lód nad głową"). Po drugie, świetne opisy postaci oraz polskiej rzeczywistości, które dodają książce kolorytu i wiarygodności. I na koniec, po prostu dobrze się to czyta.

Piotr Głuchowski "Trzeci zamach", Wydawnictwo Agora, seria Kryminał, Warszawa 2014, s. 478.

sobota, 17 maja 2014

Normalny ludzki odruch


 


„Doktor Carl Moss był wysokim krzepkim mężczyzną z wąsikiem a la Hitler, wyłupiastymi oczyma i spokojnym usposobieniem góry lodowej. Położył kapelusz i torbę lekarską na fotelu, podszedł i spojrzał nieprzeniknionym wzrokiem na dziewczynę na kanapie.
- Jestem doktor Moss – powiedział – Jak się pani ma?
- Nie jest pan z policji? – spytała.
Pochylił się, zbadał jej puls, a potem wyprostował się i patrzył, jak dziewczyna oddycha.
- Gdzie panią boli, panno…
- Davis – przedstawiłem ją. – Panna Merle Davis.
- Nic mnie nie boli – odparła, patrząc na niego. – ja… ja nawet nie wiem czemu tu leżę. Myślałam, że pan jest policjantem. Bo ja zabiłam człowieka.
- To normalny ludzki odruch – rzekł. – Ja zabiłem ich całe dziesiątki. – Nie uśmiechnął się.”

 
Raymond Chandler "Wysokie okno", przełożył Wacław Niepokólczycki, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 208.

piątek, 21 lutego 2014

Stephen King "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika"

Stephen King, 2007
Książka Stephena Kinga Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika (ang. On Writing: A Memoir of the Craft) opublikowana w 2000 roku ma formę przewodnika i sklada się z trzech części. Część pierwsza przedstawia dzieciństwo Kinga i jego pierwsze próby pisarskie. Ukazuje dążenie do opublikowania pierwszych wydań i przełom, który przyniosło wydanie Carrie. King opisuje tu również swoje problemy z alkoholizmem i narkomanią. Część druga jest typowym przewodnikiem omawiającym warsztat pisarza, począwszy od porad dotyczących gramatyki, po wskazówki dotyczące fabuły. King zwraca tu uwagę, że jedną z podstawowych zasad pisarskich jest unikanie zbędnych szczegółów opisowych. Część trzecia powstała w 1999 roku, po wypadku drogowym, którego King stał się ofiarą. Ma charakter typowo autobiograficzny. Autor opisuje swoje spotkanie ze śmiercią, bolesny powrót do zdrowia i wewnętrzną walkę związaną z powrotem do pracy pisarza.

niedziela, 9 lutego 2014

O tym jak Edgar Allan Poe uśmiercał swoich bohaterów



Przyjrzyjmy się bliżej bujnej wyobraźni Edgara Allana Poego. Wiadomo, że nie był łaskawy dla swoich bohaterów – lubował się w przedstawianiu zbrodni i nie był w tym bynajmniej monotonny. Oto, jak wyglądałoby miejsce pracy detektywów, gdyby ich zadaniem było zbadanie morderstw popełnianych w opowiadaniach autora „Kruka”.

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Gorący wiatr



"Przez cały wieczór wiał wiatr z pustyni. Jeden z tych suchych, ciepłych wiatrów, które przeciskają się przez przełęcze górskie, schodzą w dół, mierzwią przechodniom włosy, wywołują rozstrój nerwowy i swędzenie skóry. W taki wieczór każda pijatyka kończy się burdą. Łagodne, drobne żony sprawdzają palcem ostrość kuchennych noży, przyglądając się szyjom mężów. Wszystko może się zdarzyć. Bywa nawet, że człowiek dostanie w knajpie uczciwie napełnioną szklankę piwa". [s. 229]

środa, 1 stycznia 2014

Belka

Dashiell Hammett
A oto, co mu się przydarzyło. Idąc kiedyś na lunch mijał budowę. Właśnie gdy przechodził, z wysokości ósmego czy dziesiątego piętra spadła belka i wyrżnęła w chodnik obok niego. Upadła tuż przy nim, ale o niego nie zawadziła, tylko odprysk płyty chodnika uderzył go w policzek. Zdarł mu jedynie kawałek skóry, ale Flitcraft miał jeszcze bliznę, gdy go widziałem. Wspominając o tym potarł ją palcem z czułością. Mówił, że był oczywiście śmiertelnie przerażony, ale jeszcze bardziej wstrząśnięty. Czuł się jak ktoś, kto nagle odkrył mechanizm życia.

Flitcraft był dobrym obywatelem, mężem i ojcem nie z jakichkolwiek zewnętrznych pobudek, ale ponieważ należał do ludzi, którzy najlepiej się czują, gdy pozostają w zgodzie z otoczeniem. Tak go wychowano. Tacy byli ludzie, z którymi utrzymywał stosunki. Życie, jakie znał, było czyste, uporządkowane, zdrowe i odpowiedzialne. I oto wobec spadającej belki uświadomił sobie, że wcale tak nie jest. On, ten dobry obywatel, mąż i ojciec, mógł zginąć między biurem a restauracją, trafiony spadającą belką. 

sobota, 22 czerwca 2013

"Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma?"

Raymond Chandler
Do Fredericka Lewisa Allena
 7 maja 1948 r.

[...] Artykuł Audena o prozie detektywistycznej [1] jest znakomity przez swój klarowny, chłodny, klasyczny styl. Ale z jakiej racji wciąga w to mnie? Jestem po prostu facetem, który wziął parę opowiadań z popularnych magazynów i nadał im formę powieści. Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma? Szukam tylko pretekstu do pewnych eksperymentów z żywym dialogiem.
Właśnie dotarłem do połowy powieści o Philipie Marlowe i trochę mnie ta praca bawiła (dopóki nie utknąłem w miejscu), a tu ci zjawia się ten Auden i powiada mi, że interesuje mnie pisanie poważnych rozpraw o środowisku przestępczym. Teraz więc patrzę uważnie na wszystko, co piszę, i mówię sobie: pamiętaj, stary, to ma być poważna rozprawa o środowisku przestępczym. Poważnie mówisz? Nie. Czy to jest środowisko przestępcze? Nie, po prostu zwykłe skorumpowane życie z przejaskrawieniem strony melodramatycznej nie dlatego, że szaleję za melodramatem jako takim, ale dlatego, że mam dość silne poczucie rzeczywistości, aby znać reguły gry.
Dawno temu, kiedy pisywałem do pism brukowych, wtrąciłem do tekstu takie zdanie: "Wysiadł z samochodu i szedł zalanym słońcem chodnikiem, dopóki cień markizy nad wejściem nie padł mu na twarz niczym strumień zimnnej wody". Redakcja to zdanie wykreśliła. Czytelnicy nie lubili takich rzeczy - hamowały tylko bieg akcji.
Postanowiłem udowodnić, że nie mają racji. Zgodnie z moją teorią czytelnikom tylko się zdawało, że nic ich nie obchodzi poza akcją, w rzeczywistości, choć nie zdawali sobie z tego sprawy, przywiązywali wagę, tak samo jak ja, do tworzenia stanów emocjonalnych poprzez dialog i opisy. Tym, co pozostawało im w pamięci, do czego powracali myślą, nie był fakt, że człowieka zabito, ale to, że człowiek ten w chwili śmierci usiłował wziąć z biurka spinacz, który mu się wyślizgiwał, toteż jego twarz wyrażała napięcie, usta miał półotwarte w grymasie udręki, o śmierci zaś w ogóle nie myślał. Nie słyszał nawet, że śmierć puka już do drzwi. Ten cholerny mały spinacz wciąż wymykał mu się z palców.

[1] W.H.Auden: The Guilty Vicarage, "Harper's Magazine", maj 1948.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 266-267.