 |
| Triumf śmierci Peter Bruegel (starszy), ok. 1562 |
Usiadłem w głębi kościoła, skuliłem się w
sobie, by pokonać chłód. Poczułem odrobinę ciepła, poruszyłem wargami, by
dołączyć do chóru modlących się konfratrów. Powtarzałem wraz z nimi słowa,
prawie nie zdając sobie sprawy z tego, co mówią moje wargi, i głowa mi się
kiwała, a oczy same się zamykały. Potem chór zaintonował Dies irae... Monotonny
śpiew podziałał na mnie jak narkotyk. Zasnąłem na dobre. Albo być może nie
zasnąłem, lecz popadłem ze znużenia w niespokojne odrętwienie, skulony,
zwinięty jak stworzenie zamknięte jeszcze w brzuchu matki. Duszę mą ogarnęła
mgła i znalazłem się jakby w rejonach, które nie były z tego świata, miałem
wizję lub sen
Wąskimi schodami schodziłem do niskiej i
wąskiej sieni, jakby do krypty z skarbcem, ale ciągle schodząc, dotarłem
do krypty obszerniejszej, która okazała się kuchnią Gmachu. Była to z pewnością
kuchnia, aczkolwiek wyposażona nie tylko w piece i rondle, lecz również w
miechy i młoty, jakby wyznaczyli tu sobie spotkanie także kowale Mikołaja.
Migotały czerwonym blaskiem duchówki, kotły i rondle, w których coś
gotowało się, dobywał się dym, a na powierzchni płynów tworzyły się z trzaskiem
wielkie pęcherze i pękały nagle z głuchym i nieustannym odgłosem. Kucharze
wymachiwali wysoko trzymanymi rożnami, zaś nowicjusze, którzy zebrali się tu
wszyscy, podskakiwali, by złapać kury i inne ptactwo nadziane na te rozpalone
żelaza. A na boku kowale kuli z taką siłą, że aż powietrze drgało, i chmury
iskier wzbijały się z kowadeł, mieszając się z tymi, które dobywały się z dwóch
pieców.
Nie wiedziałem, czy jestem w piekle czy w
raju pojmowanym tak, jak mógłby pojmować go Salwator, ociekającym sosami i
rozedrganym salcesonami. Nie miałem czasu, by zastanowić się, gdzie jestem,
albowiem zgraja człeczków, karłów z wielkimi głowami w kształcie
kociołków, wbiegła, porwała mnie w swoim pędzie, by wepchnąć na próg refektarza
i zmusić do wejścia.
Sala była odświętnie przybrana. Wielkie
opony i chorągwie zwieszały się ze ścian, ale zdobiące je obrazy nie były
tymi, które zazwyczaj zachęcają wiernych do pobożności albo głoszą chwałę
królów. Zdawały się raczej czerpać natchnienie z marginaliów Adelmusa i
wśród innych postaci odtwarzały najmniej przerażające i najbardziej
błazeńskie: zające, które tańczyły wokół drzewa obfitości, rzeki pełne ryb,
które z własnej woli rzucały się na patelnię trzymaną przez małpy przebrane za
biskupów-kucharzy, potwory o tłustych brzuchach tańczące wokół dymiących
rondli.
Pośrodku stołu siedział opat w odświętnych
szatach, w wielkiej sukni z haftowanej purpury, a w ręku trzymał swój
widelec niby berło. Obok niego Jorge pił z ogromnego dzbana wino, a klucznik,
ubrany jak Bernard Gui, czytał cnotliwie z księgi w kształcie skorpiona
żywoty świętych i ustępy z Ewangelii, lecz te opowieści mówiły o Jezusie, który
żartował z apostołem, przypominając mu, że ów jest kamieniem i że na tym
bezwstydnym kamieniu, co toczy się przez równinę, zbuduje swój Kościół, albo
opowieść świętego Hieronima, który komentował Biblię mówiąc, że Bóg chce
obnażyć pośladki Jerozolimie. I przy każdym zdaniu klucznika Jorge śmiał się,
walił pięścią w stół i krzyczał: „Ty będziesz następnym opatem, brzuchu Boży!”
Tak właśnie mówił, oby Bóg mi wybaczył.
Na swawolne skinienie opata wkroczył
zastęp dziewic. Był to promienny pochód bogato ubranych niewiast, wśród których
dostrzegłem, a w każdym razie tak wydało mi się na pierwszy rzut oka, moją
matkę, potem zdałem sobie sprawę z pomyłki, chodziło bowiem z pewnością o
dziewczę straszliwe jak uszykowane wojsko. Tyle jeno, że miało na głowie diadem
z białych pereł, dwa sznury, a inne dwa opadały po obu stronach twarzy, łącząc
się z dwoma kolejnymi sznurami, które zwieszały się jej na pierś, i każda perła
była obciążona diamentem wielkim niby śliwka. Poza tym z obu uszu spływały
sznury pereł błękitnych i łączyły się w naszyjnik u dołu szyi, białej i
prostej jak wieża Libanu. Płaszcz miała barwy szkarłatnej, a w dłoni trzymała
złoty, zdobiony diamentami puchar, który — wiedziałem, choć nie wiem skąd —
zawierał śmiercionośną maść skradzioną kiedyś Sewerynowi. Za tą niewiastą,
piękną niby jutrzenka, szły inne postacie niewieście, jedna z nich w białym
haftowanym płaszczu, nałożonym na ciemną suknię, ozdobioną podwójną złotą
etolą przybraną polnymi kwiatami; druga w płaszczu z żółtego adamaszku,
nałożonym na suknię bladoróżową, usianą zielonymi liśćmi, i z dwoma wielkimi
kwadratami naszytymi w kształt brązowego labiryntu; a trzecia w płaszczu
czerwonym a sukni szmaragdowej, haftowanej w małe czerwone zwierzątka,
i trzymała w rękach haftowaną białą etolę; płaszczom innych nie
przyglądałem się, ponieważ starałem się pojąć, kim były te, które towarzyszyły
dziewczęciu, jakże podobnemu teraz do Maryi Panny; i było tak, jakby każda z
nich pokazywała trzymany w dłoni kartusz lub jakby ten kartusz dobywał się z
ust, albowiem wiedziałem, że były to Rut, Sara, Zuzanna i inne niewiasty z
Pisma Świętego.
W tym momencie opat krzyknął: „Wnijdźcie,
dzieci wszetecznicy!”, i wkroczył do refektarza inny, pięknie uładzony
orszak świętych osób, które doskonale rozpoznałem, ubranych z prostotą, ale i
świetnie; a w środku grupy był zasiadający na tronie Pan Nasz i zarazem Adam,
okryty purpurowym płaszczem, i wielka, czerwona i biała od rubinów i
pereł, spinka trzymała płaszcz na ramionach; na głowie miał diadem podobny do
diademu dziewczęcia, w ręku spory puchar pełen krwi wieprzków. Inne nader
święte osobistości, o których powiem, a wszystkie znane mi doskonale, otaczały
go kręgiem, i był też oddział łuczników króla Francji, ubranych na zielono bądź
czerwono, ze szmaragdowymi tarczami opatrzonymi monogramem Chrystusa. Dowódca
tej grupy ruszył, by złożyć hołd opatowi, podając mu puchar i mówiąc: „Wim, ać
sia włość w istej graniej abrysie trzydźci roków beła w włodaniu Sancti
Benedicti.” Na co opat odparł: „Age primum et septimum de quatuor",
pozostali zaś zaintonowali: „In finibus Africae, amen." Potem
wszyscy sederunt.
Kiedy rozproszyły się oba przeciwne
oddziały, padł rozkaz opata i Salomon zabrał się do nakrywania stołu, Jakub i
Andrzej przynieśli wiązkę siana, Adam rozsiadł się pośrodku, Ewa położyła się
na liściu, Kain wszedł ciągnąc za sobą pług, Abel ze skopkiem, by wydoić
Brunellusa, Noe tryumfalnie przybył w arce, wiosłując, Abraham usiadł pod
drzewem, Izaak położył się na złotym ołtarzu kościelnym, Mojżesz przycupnął na
kamieniu, Daniel ukazał się na pogrzebowym podwyższeniu u ramienia
Malachiasza, Tobiasz wyciągnął się na łożu, Józef rzucił się na korzec zboża,
Beniamin wyciągnął się na worku, a później jeszcze, ale w tym miejscu wizja
stała się niewyraźna, Dawid trwał na pagórku, Jan na ziemi, faraon na piasku
(naturalnie, powiedziałem sobie, ale dlaczego?), Łazarz na stole, Jezus na
cembrowinie studni, Zacheusz na gałęzi drzewa, Mateusz na stołku, Rahab na
pakułach, Rut na słomie, Tekla na parapecie okna (z zewnątrz pojawiła się blada
twarz Adelmusa, który ostrzegał ją, że może runąć w przepaść), Zuzanna w ogrodzie,
Judasz pośród grobowców, Piotr na katedrze, Jakub na sieci, Eliasz na siodle,
Rachel na zawiniątku. A apostoł Paweł, odłożywszy miecz, słuchał zrzędzącego
Ezawa, gdy tymczasem Hiob kwilił na kupie gnoju i przybiegli mu na pomoc Rebeka
z suknią, Judyta z okryciem, Hagar z płótnem pogrzebowym, a kilku nowicjuszy
niosło wielki dymiący kocioł, z którego wyskoczył Wenancjusz z Salvemec, cały
czerwony, i zaczął rozdawać wieprzową kiszkę.
W refektarzu było coraz tłumniej i wszyscy
jedli ile wlezie, Jonasz podał do stołu dynię, Izajasz warzywa, Ezechiel morwy,
Zacheusz kwiaty sykomoru, Adam cytryny. Daniel łubin, faraon paprykę, Kain
kardy, Ewa figi, Rachela jabłka, Ananiasz śliwki wielkie jak diamenty, Lia
cebulę, Aaron oliwki, Józef jajko, Noe winogrona, Symeon pestki brzoskwiń,
podczas gdy Jezus śpiewał Dies irae i wesoło skrapiał wszystko to pożywienie
octem, wyciskając go z małej gąbki, którą wziął z włóczni jednego z łuczników
króla Francji.
— Synowie moi, owieczki moje wszystkie —
powiedział w tym momencie pijany już opat — nie możecie wieczerzać tak, ubrani
niby żebracy, chodźcie, chodźcie. — I uderzył w pierwszego i siódmego z
czterech, którzy wyłaniali się bezkształtni jak zjawy z głębi zwierciadła, a
zwierciadło rozpadło się na kawałki i rozsypały się na ziemi po salach
labiryntu wielobarwne suknie inkrustowane kamieniami, wszystkie zbrukane i
postrzępione. I Zacheusz wziął suknię białą, Abram pstrą, Lot siarkową, Jonasz
błękitną, Tekla czerwonawą, Daniel cętkowaną, Jan tęczową, Adam futrzaną,
Judasz w srebrniki, Raab szkarłatną, Ewa koloru drzewa wiadomości dobrego i
złego, i ten brał wielobarwną, ów spartańską, inny purpurową, inny morską, inny
hiacyntową, barwy ognia i siarki albo rdzawą i czarną, a Jezus pysznił się
suknią gołębią i, śmiejąc się, oskarżał Judasza, że ten nigdy nie potrafi
żartować w świętej wesołości.
W tym momencie Jorge, zdjąwszy szkiełka ad
legendum, rozpalił krzak gorejący, do którego Sara dorzucała drew, co
zebrał je Jefte, Izaak wyładował, Józef porąbał, i kiedy Jakub odkrywał
studnię, a Daniel siadał nad jeziorem, słudzy nieśli wodę, Noe wino, Hagar
bukłak, Abram wiódł cielca, którego Raab przywiązał do palika, a Jezus podawał
sznur i Eliasz wiązał mu kopyta; potem Absalom powiesił go za włosy, Piotr
podał miecz, Kain zabił, Herod spuścił krew, Sem wyrzucił trzewia i łajno,
Jakub dodał oliwy, Molesadon soli, Antioch położył na ogniu, Rebeka upiekła, a
Ewa spróbowała jako pierwsza i źle przełknęła, ale Adam powiedział, żeby o tym
nie myślała, i walił w plecy Seweryna, który radził dodać wonnych ziół. Wtedy
Jezus przełamał chleb, rozdzielił rybę, Jakub krzyczał, ponieważ Ezaw wyjadł mu
całą soczewicę, Izaak pożerał koźlę z rusztu, Jonasz gotowanego wieloryba, a
Jezus zachowywał post przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy.
W tym czasie wszyscy wchodzili i
wychodzili, wnosząc wyborną dziczyznę wszelkiego kształtu i maści, i Beniamin
brał sobie zawsze część największą, Maria najsmakowitszą, Marta zaś skarżyła
się, że zawsze musi myć wszystkie talerze. Potem podzielili cielę, które
tymczasem ogromnie się powiększyło, i Jan miał z niego łeb, Absalom kark, Aaron
język, Samson szczękę, Piotr ucho, Holofernes też łeb, Lia zadek, Saul szyję,
Jonasz brzuch, Tomasz żółć, Ewa żebro, Maria pierś, Elżbieta srom, Mojżesz
ogon, Lot nogi, a Ezechiel kości. W tym czasie Jezus zjadał osła, święty
Franciszek wilka, Abel owcę, Ewa murenę, Chrzciciel szarańczę, Faraon
ośmiornicę (naturalnie, powiedziałem sobie: ale właściwie dlaczego?), a Dawid
zjadał kantarydę, rzucając się na dziewczę nigra sed formosa[i],
gdy tymczasem Samson wbijał zęby w szynkę lwa, a Tekla uciekała wrzeszcząc,
bo gonił ją czarny i włochaty pająk.