Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satyra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satyra. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Biurokrata na wakacjach




Teatrzyk Zielona Gęś ma zaszczyt przedstawić:

"Biurokratę na wakacjach" 

Osoby:

Biurokrata i Amator Kąpieli 

Amator Kąpieli
(pośrodku jeziora): Ratunku! 

niedziela, 9 października 2016

Zupa fasolowa i koniec





"Okryta czernią postać przemknęła przez ciemne uliczki, skacząc od bramy do bramy, aż dotarła do posępnego, mrocznego portalu. Od razu było widać, że żadne zwykłe wrota nie stają się tak posępne bez szczególnego wysiłku. Wyglądały, jakby architekt otrzymał specjalne instrukcje. Chcemy czegoś groźnego, w ciemnym dębie, usłyszał. Dlatego proszę umieścić jakiegoś niemiłego gargulca nad bramą, docisnąć łuk, jakby nastąpił na niego olbrzym, i każdemu jasno dać do zrozumienia, że te wrota nie odpowiadają „dzyń dzyń", kiedy się przyciśnie dzwonek.

Postać wystukała skomplikowany kod na ciemnym drewnie. We wrotach otworzyło się małe zakratowane okienko i wyjrzało podejrzliwe oko.
- „Poważna sowa pohukuje wśród nocy" - powiedział przybysz, usiłując wykręcić z wody swoją szatę.
- „Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez władców" - zaintonował głos z drugiej strony kratki.
- „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny" - odparowała ociekająca wodą postać.
- „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".
- „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu".
- „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna". Zapadła cisza, zakłócana jedynie szumem deszczu.
- Co? - zapytał po chwili przybysz.
- „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna".
Tym razem cisza trwała dłużej. Wreszcie mokra postać zapytała ponownie:
- Jesteś pewien, że źle zbudowana wieża nie drży cała od przelotu motyla?
- Nie. Zupa fasolowa i koniec. Przykro mi.
Krople deszczu opadały z sykiem wśród krępującego milczenia.
- A co z uwięzionym wielorybem? - spróbował jeszcze przemoczony gość, usiłując wykorzystać skromną osłonę mrocznego portalu.
- Co z nim?
- Nie powinien znać głębin przepastnych, skoro już musisz wiedzieć.
- Aha... Uwięziony wieloryb... Szukasz Świetlistego Bractwa Hebanowej Nocy. To trzecia brama stąd.
- A kim ty jesteś?
- Jesteśmy Oświeconym i Starożytnym Bractwem Ee.
- Myślałem, że spotykacie się przy Melasowej - stwierdził po namyśle przemoczony gość.
- Niby tak. Ale sam wiesz, jak to jest. We wtorki przychodzi tam klub płaskorzeźby . Trochę pomieszali rozkład.
- No tak. Bywa. W każdym razie dziękuję.
- Nie ma za co.
Okienko zatrzasnęło się.
Postać w czerni przez chwilę spoglądała na nie gniewnie, po czym pobrnęła wzdłuż ulicy. Rzeczywiście, znalazła kolejny portal. Jego budowniczy nie trudził się ze zmianą planów.
Zapukał. Otworzyło się małe, zakratowane okienko.
-Tak?
- Słuchaj no: „Poważna sowa pohukuje wśród nocy", zgadza się?
- ,Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez władców".
- „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny", tak?
- „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".
- „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu". Na dworze leje jak z cebra. Wiesz o tym, prawda?
- Owszem — przyznał głos tonem kogoś, kto wie, ale to nie on stoi na deszczu.
Przybysz westchnął.
- „Uwięziony wieloryb nie zna głębin przepastnych" - powiedział. - I co, lepiej ci teraz?
- „Źle zbudowana wieża drży cała od przelotu motyla". Gość chwycił pręty kraty, podciągnął się i syknął:
- A teraz mnie wpuść. Jestem przemoczony. Minęła kolejna wilgotna chwila.
- Te głębiny... Powiedziałeś „przepastne" czy „przejasne"?
- Przepastne. Tak powiedziałem. Przepastne głębiny. Ponieważ leżą, najkrócej mówiąc, głęboko. To ja, brat Palcy.
- Dla mnie brzmiało to jak „przejasne" - mruknął z powątpiewaniem niewidoczny odźwierny.
- Chcecie tę przeklętą książkę czy nie? Mnie nie zależy. Mogę wracać do domu, do łóżka.
-Jesteś pewien, że były przepastne?
- Posłuchaj uważnie - rzekł z naciskiem brat Palcy. - Dobrze wiem, jakie głębokie są te piekielne głębiny. Wiedziałem, jak są przepastne, kiedy ty byłeś jeszcze żałosnym neofitą. A teraz otwierasz czy nie?
- No... No dobrze. Szczęknęły zdejmowane sztaby.
- Mógłbyś je trochę popchnąć? - odezwał się głos. - Wrota Wiedzy, Przez Które Nie Mogą Przejść Nie Znający Prawdy, strasznie się zacinają od wilgoci".

Terry Pratchett "STRAŻ! STRAŻ!"

Grafika: Marc Simonetti

czwartek, 26 lutego 2015

Nierozmienna pięciokopiejkówka

"Kupiłem przedwczorajszą “Prawdę", napiłem się wody mineral­nej i usiadłem na ławce w cieniu Tablicy Honorowej. Była go­dzina jedenasta. Uważnie przejrzałem gazetę. Na tej czynności zeszło mi siedem minut. Przeczytałem więc artykuł o hydroponii, felieton o łapownikach z Kańska oraz długi list do redakcji od robotników zakładów chemicznych. Zajęło mi to raptem dwadzie­ścia dwie minuty. Może by pójść do kina? “Kozarę" widziałem już raz w kinie i raz w telewizji. Postanowiłem napić się wody, złożyłem gazetę i wstałem. Z miedziaków babki pozostał mi w kie­szeni tylko piątak. Przepiję go - pomyślałem i poprosiłem o szklankę wody z sokiem. Za kopiejkę, którą mi wydano, kupi­łem w sąsiednim kiosku pudełko zapałek. Nie miałem już nic wię­cej do roboty w centrum miasta. Ruszyłem więc przed siebie, skrę­ciwszy w niezbyt szeroką ulicę pomiędzy sklepem nr 2 a jadłodajnią nr 11.[...]

wtorek, 22 kwietnia 2014

Gavin Extence "Wszechświat kontra Alex Woods"


Raz na jakiś czas, jak dla mnie jednak zbyt rzadko, pojawia się na rynku czytelniczym wyjątkowa, zabawna i jednocześnie smutna, niezwykle mądra książka. Po pewnym czasie staje się ona książką kultową. Do takich właśnie książek zalicza się wydana ostatnio przez Wydawnictwo Literackie debiutancka powieść Gavina Extence'a "Wszechświat kontra Alex Woods". 

Tę książkę powinno się umieścić na jednej półce z takimi, klasycznymi, już w tej chwili, utworami jak: "Modlitwa za Owena" i "Świat według Garpa" Johna Irvinga, "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya, "Paragraf 22" Josepha Hellera, "Buszujący w zbożu" J.D.Salingera, "Dziwny przypadek psa nocną porą" Marka Haddona czy też z dziełami zebranymi Kurta Vonneguta. Powieść Extence'a sporo zawdzięcza wszystkim wymienionym tytułom, bez których być może nigdy by nie powstała, najbardziej zaś książkom Kurta Vonneguta, którego filozofia, poczucie humoru oraz sposób patrzenia na świat są w niej wyraźnie obecne. Fani tego pisarza nie powinni, wręcz nie mogą, przejść obok tej książki obojętnie.

"Wszechświat kontra Alex Woods" to historia, której narratorem i zarazem głównym bohaterem jest siedemnastolatek, Alex Woods, wychowywany przez samotną i dosyć niekonwencjonalną matkę prowadzącą sklep z ezoteryką i zawodowo zajmującą się wróżeniem z kart Tarota. Alex jako dziesięcioletni chłopiec został trafiony w głowę przez spadający z nieba meteoryt. Na szczęście udało mu się przeżyć ten niezbyt często spotykany wypadek, swego rodzaju bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Zderzenie z meteorytem doprowadziło jednak do szeregu istotnych zmian w jego życiu: zaczął od tamtej pory chorować na padaczkę oraz dosyć poważnie zainteresował się astronomią, fizyką i neurologią (szczególnie działaniem mózgu). Jednym słowem Alex stał się dosyć nietypowym nastolatkiem, marzącym o odkryciach naukowych i stworzeniu przez siebie Ogólnej Teorii Wszystkiego w fizyce wyjaśniającej zachowanie się wszechświata. Alex staje się także inny, bo zaczyna czytać książki. Lubi czytanie i książki zaczynają odgrywać ważna rolę w jego życiu. Wszystko to razem powiększa jeszcze jego, i tak już dużą odmienność w stosunku do kolegów ze szkoły. Jego inność nie podoba im się, rodzi u nich niepokój i agresję. W końcu, dzięki szeregowi zbiegów okoliczności, Alex spotyka pewnego staruszka, pana Petersona, i zaprzyjaźnia się z nim dzięki ich wspólnej miłości do książek Kurta Vonneguta.

"Wszechświat kontra Alex Woods" to powieść o rodzinie, przyjaźni, tolerancji i wolności człowieka do stanowienia o sobie. Przypomina nam o pewnych podstawowych ludzkich wartościach, o których często w życiu zapominamy, na przykład aby być zawsze człowiekiem i że mieć nie zawsze znaczy być.

Powieść Gavina Extence'a to także satyra na panujący w Wielkiej Brytanii, chociaż niestety pewnie nie tylko tam, system edukacyjny, w którym liczą się tylko oceny z egzaminów. Coś czego nie ma na egzaminie jest po prostu nieważne i nie warto się tego uczyć. Szkoła Alexa nawet nie próbuje zainteresować czymś uczniów i zachęcić ich do samodzielnego zdobywania wiedzy. To nie jest miejsce, które w pozytywny sposób wpływa na rozwój intelektualny i emocjonalny młodego człowieka. Dostaje się w tej książce również mediom, policji oraz bezdusznemu, nieliczącemu się z człowiekiem, często absurdalnemu prawu tworzonemu przez polityków i władze. 

"Wszechświat kontra Alex Woods" to pełna ciepła, bardzo ludzka, zabawna i zarazem smutna książka, która opowiada w prosty sposób o trudnych sprawach stanowiących często dylematy współczesnego człowieka i mówiących wiele o jego kondycji.

Alex w powieści zastanawia się kim, jakim człowiekiem byłby, gdyby nie trafił w niego meteoryt. Jest pewny jednej rzeczy, byłby zupełnie kimś innym. Wszystko w jego życiu potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ale czy lepiej? 

Historia chłopca, który został trafiony meteorytem daje do myślenia, zmusza czytelnika do zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad życiem i jego podstawowymi wartościami. Autor nie zmusza nikogo do przyjmowania jego poglądów na różne sprawy, przedstawiając jedynie opis pewnego indywidualnego przypadku. Nie daje prostych i jedynie słusznych odpowiedzi. Czytając tę wspaniałą książkę każdy musi sam odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Czy we mnie także, jak w Alexa Woodsa, musi trafić meteoryt aby mnie zmienić, wyrwać z utartych kolein życia i pokazać inną jego stronę, z której istnienia nie zdawałem sobie dotąd sprawy? Co ja zrobiłbym na jego miejscu, czy byłbym tak samo dzielny i zachowałbym się podobnie jak on?

Fot. Alix Extence
Gavin Extence (ur. 1982) – urodził się w niewielkim brytyjskim miasteczku. Jako dzieciak był zapalonym szachistą, nawet jeździł do Moskwy i St. Petersburga na turnieje, gdzie mierzył się z najtęższymi szachowymi głowami. Raz nawet wygrał. Obecnie Gavin mieszka w Sheffield z żoną, dzieckiem i kotem. Pracuje nad swoją następną książką. A gdy nie pisze, lubi gotować i po amatorsku zajmuje się astronomią.

Gavin Extence "Wszechświat kontra Alex Woods" (The Universe Versus Alex Woods), przełożył Łukasz Malecki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 422.


środa, 8 stycznia 2014

Potocznica

Wieża Babel, Zbigniew Hinc

Język potoczny – język mieszkańców potoku. Bardzo rozpowszechniony wśród ludzi. Charakteryzuje się występowaniem partykuł se i weź. Stosuje się go do wielokrotnego wydłużania tekstów mówionych, rzadziej pisanych ze względu na nieuznawanie tych wyrażeń przez Radę Języka Polskiego. 


Zasady gramatyczne

W potocznicy, są pewne przyjęte reguły, normy i zasady m. in. stosowanie partykuł „se” i „weź”. Partykuła „se” występuje zawsze obok czasowników osoby I i II liczby pojedynczej i mnogiej. Natomiast partykuła „weź” występuje zawsze w zdaniach trybu rozkazującego np. Weź se zasłoń te okno!, Weź uwal se konika!. Ważną zasadą w tworzeniu pytań jest dodanie na końcu wyrażenia „c`nie" np. jak se wabisz, c`nie?.


piątek, 3 stycznia 2014

Ostatni z rodu


"Trzymanie rąk wysoko ponad głową nie jest ani miłe, ani wygodne, zwłaszcza jeśli w oczy bije światło reflektora, a obcy głos brzmi rozkazująco i stanowczo. Głupia sytuacja! Meff upuścił świeżo odzyskany neseser i zmrużył oczy. W krąg światła wszedł mężczyzna, który mimo tubylczej fufajki i gumiaków wydał się podróżnemu dziwnie znajomy. Ależ tak! Portorykańczyk, doręczyciel koperty. Tu, w tej górskiej, środkowoeuropejskiej głuszy? Południowiec sprawnie obmacał Amerykanina, wyłuskał mu spod pachy broń i pchnąwszy go energicznie w plecy, zakomenderował:
– Idziemy!
Reflektory pogasły. Mimo to nie zapadł kompletny mrok, parę metrów dalej zamajaczyła furtka, a za nią niski, brzydki dom z siporeksu, którego pretensjonalne schody (lastriko) oświetlała jedna żarówka na drucie. Na schodach stało jeszcze dwóch smagłolicych, chyba bliźniaków rzekomego Portorykańczyka, przy czym, mimo identyczności rysów, jeden był odrobinę bardziej żółty, a drugi dwa tony czarniejszy.
Weszli. Już od progu uderzył przybysza zaduch dawno nie wietrzonego wnętrza. Bukiet woni wzbogacał dodatkowo odór medykamentów oraz lekko odczuwalny, acz wszechobecny zapach siarki. Cały budynek wypełniała jedna obszerna izba z rozwalonym wyrem, na którym Meff dostrzegł śpiącego psa. Kuchnia musiała mieścić się w przybudówce. Na głos kroków wychynęła z niej baba w halce, rozczochrana, w wieku nieokreślonym, ale płci intensywnej.

niedziela, 29 grudnia 2013

Pantofelki z flądry

– Słyszałeś pan, panie Krówka, podobnież mamy w te zimę nosić buty z rybiej skóry.
– Co pan mówisz?
– To, co pan słyszysz. Już w Gdyni garbarnie otworzyliśmy, gdzie się węgorze, dorsze i insze sardynki na chrom i giemze przerabia. Ryba, panie szanowny, w ogóle karierę po wojnie u nas robi. Dawniej najwyżej w wilię wrąbałeś pan kawałek szczupaka po żydowsku, a przy piątku dzwonko „katolika” z cybulką tylko i wyłącznie przez szaconek dla postu. A teraz stale i wciąż rybę się opycha.
– Bo teraz krugom post – trzy razy na tydzień piątek.
– Ryba głowe do inicjatywy prywatnej podobnież wyrabia.
– Ale na buty po mojemu kwalifikacji nie posiada.
– Mówisz pan jak żłób z prowincji, któren gazet nie czytuje. Z węgorza – węża na damskie pantofelki podobnież takiego robią, że niech się najdziksza afrykańska żmija schowa. Z wędzonego łososia masz pan znowuż dla żony kapcie w kolorze cielistem do różowej sukni na lato. Z sardynek i szprotek obuwie dziecinne.

sobota, 6 kwietnia 2013

Ze starych szpargałów



Co człowiek może zrobić przez jedną minutę?

W pewnym starym romansie znajduje się taki ustęp:
Teodor podjechał do ogrodu, zeskoczył z konia, przelazł przez płot, pobiegł do altany, gdzie spoczywała Elwira, wszedł tam ostrożnie i rzucił się do stóp swej bogdanki. Ona z wykrzykiem radości podniosła go, Teodor usiadł przy jej boku, rzucił się na jej łono i zatonął w oceanie szczęścia. Wszystko to było dziełem jednej minuty.
("Kurier Świąteczny", 1873, nr 48.)

Ze starych szpargałów

Z rzadkich dziś książek, pism i broszur polskich z pierwszej połowy ubiegłego stulecia wypisujemy garstkę anegdot i osobliwości.
Profesor zoologii, zapytany przez panienkę, jaka jest różnica między bykiem a wołem, odpowiedział: "Widzisz te cielęta na łące? Byki to ich ojcowie, a woły stryjowie".
Książę pewien, widząc filozofa, zajadającego przysmaki, zapytał: "Cóż to, i filozofowie lubią także łakotki?" "Czemu nie? - odrzekł filozof - Alboż natura dla samych tylko nieuków dobre rzeczy stworzyła?"
Z pośpiechem ubierano pewną damę, która miała się udać do obserwatorium dla widzenia zaćmienia Księżyca. "Nie śpieszcie się znów tak bardzo - rzekła do obecnych - pan Argo (słynny astronom) jest tak uprzejmy, że jeśli się spóźnię, to jeszcze raz powtórzy dla mnie zaćmienie."
Król Kongo w Afryce dzień wybiera sobie do przechadzki, gdy największe panują wiatry. W czasie promenady zawiesza czapkę na jednym tylko uchu, a gdy wiatr zrzuci ją na ziemię, wkłada podatek na poddanych mieszkających w tej stronie, z której wiatr ów zawiał.
Hirygnanie, naród Ameryki Południowej, nadzy pospolicie chodzą, jednak ma każdy spodnie, ale te nosi w ręku, albo pod pachami, tak jak u nas w Europie kapelusze lub czapki.


Transkrypcje

Wydany w 1951 w Nowym Jorku "The American Oxford Atlas" podaje na str. 68 rejestr państw i miast następujące transkrypcje fonetyczne:
Świnoujście - shveno-ooish-tsiay.
Szczebrzeszyn - sh-tcheb-zeshin.
Sztrzyżów - st-zhizhoof.
Szczecin - shtchetcheen.
Zabrze - zaab-zhay.
Miasto Łódź podane jest bez transkrypcji. Dlaczego takie lekceważenie? Proponujemy: woodsh.
W trakcie przeglądania tego rejestru nasunęły się nam pewne imperialistyczne idee. Upominamy się o przyłączenie do Polski miejscowości: Sambor (Kambodża), Mara i Siwa (Celebes), Naga (Luzon, Filipiny), Raba (na wyspie Soambwa; w sąsiedztwie Jawy), Bida (Nigeria, Afryka) - no i Serdeles (Libia). Na gorąco o oczywiście i z musztardą.

Galimatias rodzinny

Żart stary, ale dobry. Przytaczamy go za warszawskim "Bazarem" z r. 1865.
Poznałem młodą wdowę, posiadającą dorosłą pasierbicę. Z wdową ożeniłem się wkrótce ja, z pasierbicą mój ojciec. W ten sposób moja żona została świekrą swego teścia, moja pasierbica moja macochą, mój ojciec zaś moim pasierbem. Macocha moja, pasierbica mojej żony, powiła syna, przybył mi zatem brat, jako syn mego ojca i macochy, ale ponieważ był on jednocześnie synem mojej pasierbicy, żona moja została babką, a ja dziadkiem mego przyrodniego brata. Ponieważ i mnie wkrótce urodził się syn, macocha moja, przyrodnia siostra tego chłopca, została nadto jego babką, gdyż był on synem jej pasierba, a ojciec nasz został szwagrem naszego dziecka, jako mąż jego siostry. Jestem przeto bratem mego własnego syna i szwagrem mojej matki, moja żona jest ciotką własnego syna, a ja swoim własnym dziadkiem.

Julian Tuwim "Cicer cum caule, czyli groch z kapustą", Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2009.

piątek, 5 kwietnia 2013

Młodzieniec źle wychowany


W celu ustrzeżenia naszych Czytelników przed rozmaitymi złymi manierami i nawykami, przytaczamy poniżej wyjątki z książeczki "Rysy charakterystyczne złego wychowania czyli uczynki i mowy przeciwne grzeczności, które moraliści, tak starożytni jako i nowożytni, za takie uznali". Pożyteczne to dziełko przełożył z francuskiego Stanisław Borodzicz, "były guwerner w chełmińskim Korpusie Kadetów", i ogłosił drukiem w Warszawie w r. 1817. Rysów tego złego wychowania podaje autor aż 555. Oto celniejsze z nich. Pamiętaj młodzieży polska, abyś nie naśladowała takiego "typka" który: 

Zdmuchywa świecę przed nosem osoby blizko niego będącey.
Otwiera na wietrze tabakierkę, którą porwał drugiemu, i zaprusza ci oczy tabaką.
Daje osobie, którą mało co zna, cukierki w których są gorzkie rzeczy.
Nanosi do domu swędu stajennego.
Słysząc śpiewanie, daje takt po kolanach lub barkach osób przy sobie będących.
Dotykając się nożów, kamieni, kawałków szkła wzbudza dreszcz albo zgrzytanie zębów.
Śpiewa poziewując, poziewa mówiąc, cedzi słowa przez zęby i wydaje krzyk długi i żałosny.
Kładzie wszystko do gęby, co ma w ręku, rękawiczki, pióro, kwiatek, papier itp.
Sięga częstokroć ręką nieprzyzwoicie do swych piersi itd.
Zbliża nos do rzeczy przykry zapach maiącey i wrzeszczy krzywiąc się: "Ach jak to śmierdzi!".
Wyciera sobie ręce chlebem, a potem go je.
Ma nos w talerzu, można powiedzieć jak baran pasący się na trawie.
Ociera czoło, oczy i nos serwetą lub obrusem, a nawet i ręką.
Zaprasza kogo złośliwie, aby jadł gorącą potrawę.
Nakłada sobie do kieszeni owocu, cukierków i innych łakotek stołowych.
Chowa między policzki głowę.
Nadyma policzki, a potem dmucha.
Wyrywa niespodzianie z rąk chustkę osobie nos ucierającey.
Gdy ktoś ma usiąśdź, usuwa krzesło, ażeby ten upadł.

Inna sprawa, że redaktor Tego Działu, z wrodzonej ciekawości, chętnie by spędził kwadransik w towarzystwie młodzieńca obdarzonego wszystkimi powyższymi rysami....