Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rady pisarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rady pisarzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

Jak pisać, czyli Elmore Leonard i jego 10 rad

Elmore Leonard


These are rules I've picked up along the way to help me remain invisible when I'm writing a book, to help me show rather than tell what's taking place in the story. If you have a facility for language and imagery and the sound of your voice pleases you, invisibility is not what you are after, and you can skip the rules. Still, you might look them over.

1. Never open a book with weather.

If it's only to create atmosphere, and not a character's reaction to the weather, you don't want to go on too long. The reader is apt to leaf ahead looking for people. There are exceptions. If you happen to be Barry Lopez, who has more ways to describe ice and snow than an Eskimo, you can do all the weather reporting you want.

2. Avoid prologues.

They can be annoying, especially a prologue following an introduction that comes after a foreword. But these are ordinarily found in nonfiction. A prologue in a novel is backstory, and you can drop it in anywhere you want.

There is a prologue in John Steinbeck's ''Sweet Thursday,'' but it's O.K. because a character in the book makes the point of what my rules are all about. He says: ''I like a lot of talk in a book and I don't like to have nobody tell me what the guy that's talking looks like. I want to figure out what he looks like from the way he talks. . . . figure out what the guy's thinking from what he says. I like some description but not too much of that. . . . Sometimes I want a book to break loose with a bunch of hooptedoodle. . . . Spin up some pretty words maybe or sing a little song with language. That's nice. But I wish it was set aside so I don't have to read it. I don't want hooptedoodle to get mixed up with the story.''
 
3. Never use a verb other than ''said'' to carry dialogue.

The line of dialogue belongs to the character; the verb is the writer sticking his nose in. But said is far less intrusive than grumbled, gasped, cautioned, lied. I once noticed Mary McCarthy ending a line of dialogue with ''she asseverated,'' and had to stop reading to get the dictionary.
 
4. Never use an adverb to modify the verb ''said'' . . .

. . . he admonished gravely. To use an adverb this way (or almost any way) is a mortal sin. The writer is now exposing himself in earnest, using a word that distracts and can interrupt the rhythm of the exchange. I have a character in one of my books tell how she used to write historical romances ''full of rape and adverbs.''
 
5. Keep your exclamation points under control.

You are allowed no more than two or three per 100,000 words of prose. If you have the knack of playing with exclaimers the way Tom Wolfe does, you can throw them in by the handful.
 
6. Never use the words ''suddenly'' or ''all hell broke loose.''

This rule doesn't require an explanation. I have noticed that writers who use ''suddenly'' tend to exercise less control in the application of exclamation points.
 
7. Use regional dialect, patois, sparingly.

Once you start spelling words in dialogue phonetically and loading the page with apostrophes, you won't be able to stop. Notice the way Annie Proulx captures the flavor of Wyoming voices in her book of short stories ''Close Range.''
 
8. Avoid detailed descriptions of characters.

Which Steinbeck covered. In Ernest Hemingway's ''Hills Like White Elephants'' what do the ''American and the girl with him'' look like? ''She had taken off her hat and put it on the table.'' That's the only reference to a physical description in the story, and yet we see the couple and know them by their tones of voice, with not one adverb in sight.
 
9. Don't go into great detail describing places and things.

Unless you're Margaret Atwood and can paint scenes with language or write landscapes in the style of Jim Harrison. But even if you're good at it, you don't want descriptions that bring the action, the flow of the story, to a standstill.

And finally:
 
10. Try to leave out the part that readers tend to skip.

A rule that came to mind in 1983. Think of what you skip reading a novel: thick paragraphs of prose you can see have too many words in them. What the writer is doing, he's writing, perpetrating hooptedoodle, perhaps taking another shot at the weather, or has gone into the character's head, and the reader either knows what the guy's thinking or doesn't care. I'll bet you don't skip dialogue.

My most important rule is one that sums up the 10.

If it sounds like writing, I rewrite it.

Or, if proper usage gets in the way, it may have to go. I can't allow what we learned in English composition to disrupt the sound and rhythm of the narrative. It's my attempt to remain invisible, not distract the reader from the story with obvious writing. (Joseph Conrad said something about words getting in the way of what you want to say.)

If I write in scenes and always from the point of view of a particular character -- the one whose view best brings the scene to life -- I'm able to concentrate on the voices of the characters telling you who they are and how they feel about what they see and what's going on, and I'm nowhere in sight.

What Steinbeck did in ''Sweet Thursday'' was title his chapters as an indication, though obscure, of what they cover. ''Whom the Gods Love They Drive Nuts'' is one, ''Lousy Wednesday'' another. The third chapter is titled ''Hooptedoodle 1'' and the 38th chapter ''Hooptedoodle 2'' as warnings to the reader, as if Steinbeck is saying: ''Here's where you'll see me taking flights of fancy with my writing, and it won't get in the way of the story. Skip them if you want.''

''Sweet Thursday'' came out in 1954, when I was just beginning to be published, and I've never forgotten that prologue.

Did I read the hooptedoodle chapters? Every word.


This article is part of a series in which writers explore literary themes. Previous contributions, including essays by John Updike, E. L. Doctorow, Ed McBain, Annie Proulx, Jamaica Kincaid, Saul Bellow and others, can be found with this article at The New York Times on the Web:

www.nytimes.com/arts 

Źródło zdjęcia: www.thetimes.co.uk

wtorek, 2 września 2014

Siedem powodów, żeby nie pisać powieści (i jeden, żeby to robić) wg Javiera Maríasa



„Jest zbyt wiele powieści i zbyt wiele osób je pisze” – twierdzi jeden z najpopularniejszych hiszpańskich pisarzy, Javier Marías. 

1. Jest zbyt wiele powieści i zbyt wiele osób je pisze. Nie tylko te napisane nadal istnieją i domagają się, aby je przeczytać, ale i tysiące całkowicie nowych powieści nadal pojawia się w katalogach wydawców i w księgarniach na całym świecie; są także tysiące tych odrzuconych przez wydawców, które nigdy nie docierają do księgarń, ale jednak istnieją. Pisanie to popularna czynność, taka, która – w teorii – jest w zasięgu każdego, kto nauczył się pisać w szkole, i do której żadne wyższe wykształcenie i specjalne przeszkolenie nie jest potrzebne.

2. I właśnie dlatego, że każdy, bez względu na profesję, może napisać powieść, jest to czynność, która się niczym nie wyróżnia i której brakuje tajemniczości. Zajmują się tym poeci, filozofowie i dramaturdzy; robią to też socjologowie, językoznawcy, wydawcy i dziennikarze; politycy i piosenkarze, prezenterzy telewizyjni i trenerzy piłkarscy; inżynierowie, nauczyciele, urzędnicy państwowi i aktorzy filmowi; krytycy, arystokraci, księża i gospodynie domowe; psychiatrzy, profesorzy uniwersyteccy, żołnierze i pasterze kóz. Wydaje się jednak, że pomimo tego, iż pisanie niczym się nie wyróżnia i brakuje mu tajemniczości, nadal jest coś dziwnie pociągającego w powieści – może po prostu jest pożądaną ozdobą? Ale co jest takiego pociągającego w czymś, co jest w zasięgu każdej profesji, bez względu na wcześniejsze szkolenie, prestiż czy zdobytą władzę? Co takiego jest w tej powieści?

3. Pisanie powieści na pewno nie uczyni cię bogatym: w rzeczywistości tylko jedna na sto opublikowanych powieści – i jest to optymistyczna proporcja – zarabia przyzwoitą ilość pieniędzy. To mało prawdopodobne, aby zarobione pieniądze zmieniły życie pisarza, a już z pewnością nie wystarczą, aby przejść na emeryturę. Co więcej, napisanie średniej długości powieści, którą jacyś ludzie zechcą może potem przeczytać, zajmuje miesiące lub nawet lata pracy. Inwestowanie całego tego czasu w przedsięwzięcie, które ma tylko jeden procent szans na zarobek, jest absurdalne, szczególnie pamiętając o tym, że w tych czasach nikt – nawet arystokraci i gospodynie domowe – nie ma wolnego czasu do poświęcenia. Markiz de Sade i Jane Austen mieli, ale ich współczesne odpowiedniki nie mają; co gorsza, nawet gospodynie domowe i arystokraci, którzy nie piszą, ale czytają, nie mają wystarczająco dużo czasu, aby czytać, co ich piszący koledzy napiszą.

4. Powieść nie gwarantuje sławy, ewentualnie niewielką sławę, którą można by osiągnąć dużo szybszymi i mniej pracochłonnymi metodami. Jak każdy wie, prawdziwa sława pochodzi z telewizji, gdzie powieściopisarze są coraz rzadszym widokiem, chyba że autor pojawi się tam nie z powodu zainteresowania lub doskonałości jego powieści, ale w roli głupca lub klauna, razem z innymi klaunami z różnych dziedzin, artystycznych bądź nie. Powieści napisane przez naprawdę sławnego powieściopisarza, który stał się gwiazdą telewizji, stanowią jedynie żmudny i szybko zapominany pretekst do jego popularności, która mniej będzie zależała od jakości jego przyszłych dzieł, o które i tak nikt nie dba, a dużo bardziej od jego umiejętności podpierania się laską, ubierania stylowych szalików, hawajskich koszul lub ohydnych kamizelek i wyjaśnień, jak komunikuje się ze swoim nieszablonowym Bogiem lub jak bezstresowo i prawdziwie można żyć pośród Maurów.

5. Powieść nie zapewni nieśmiertelności w dużej mierze dlatego, że nieśmiertelność praktycznie już nie istnieje. Tak samo oczywiście jest z potomnością, jeśli ktoś rozumie przez to potomność każdej jednostki: wszyscy zostają zapomniani, jeśli tylko są martwi od kilku miesięcy. Każdy powieściopisarz, który wierzy, że jest inaczej, żyje przeszłością i jest albo bardzo zarozumiały, albo bardzo naiwny. Biorąc pod uwagę, że powieści żyją przez najwyżej sezon, nie tylko dlatego, że czytelnicy i krytycy zapominają o nich, ale dlatego, że po zaledwie kilku krótkich miesiącach od powstania są zdejmowane z półek księgarskich (zawsze przyjmując, że nadal są księgarnie), absurdem jest wyobrażanie sobie, że nasze dzieła nigdy nie zginą. Jak to możliwe, żeby były nieprzemijające, skoro większość z nich znika, jeszcze zanim powstanie, albo pojawiają się z przewidywaną długością życia równą owadowi? Nie można dłużej liczyć na osiągnięcie nieprzemijającej sławy.

6. Pisanie powieści nie schlebia ego, nawet chwilowo. W przeciwieństwie do reżyserów i malarzy lub muzyków, którzy mogą zobaczyć reakcję publiczności na swoje dzieła lub nawet usłyszeć ich aplauz, powieściopisarz nigdy nie widzi czytelników czytających jego książkę i nigdy nie jest świadkiem ich aprobaty, ekscytacji lub przyjemności. Jeśli ma dość szczęścia i sprzeda dużo egzemplarzy, może będzie mógł pocieszyć się liczbą, która, nawet jeśli jest duża, pozostaje tylko bezosobową, abstrakcyjną liczbą. Powieściopisarz powinien być także świadomy, że podziela pocieszające liczby dotyczące sprzedaży z: kucharzami telewizyjnymi oraz ich książkami z przepisami, plotkarskimi biografami trzpiotowatych gwiazd, futorologami w łańcuchach, koralikach a nawet pelerynach lub szatach, toksycznymi córkami aktorek, faszystowskimi felietonistami, którzy widzą faszyzm wszędzie oprócz siebie, nadętymi głupkami dającymi lekcje manier oraz z innymi równie wybitnymi pisarzami.

7. Wymienię tu wszystkie nudne, zwyczajne powody, takie jak izolacja, w której powieściopisarz pracuje, jego cierpienie, kiedy walczy ze słowami, a przede wszystkim ze składnią, jego lęk przed pustą stroną, jego nieprzyjemna relacja z głównymi prawdami, które zdecydowały się mu ujawnić, jego wieczna walka z siłami, które istnieją, jego niejednoznaczne relacje z rzeczywistością, które mogą doprowadzić do pomieszania u niego prawdy z kłamstwem, jego tytaniczne zmagania ze swoimi własnymi bohaterami, którzy czasami zaczynają żyć własnym życiem i mogą nawet oddalić się od niego (chociaż pisarz musiałby być trochę tchórzem, jeśliby tak się stało), ogromna ilość alkoholu, jaką spożywa, wyjątkowe i zasadniczo nienormalne życie, które musi wieść jako artysta i inne takie drobiazgi, które zwodziły niewinne lub głupiutkie dusze zbyt długo, prowadząc je do wiary, że jest wielka doza namiętności i męczarni, i romantyzmu w raczej skromnej i przyjemnej sztuce wymyślania i opowiadania historii.

To sprowadza mnie do jednego powodu, który dostrzegam, aby pisać powieści. Może to się wydawać niewiele w porównaniu z powyższą siódemką i bez wątpienia zaprzecza jednemu lub drugiemu z nich.

Pierwszy i ostatni: Pisanie powieści pozwala pisarzowi spędzać wiele czasu w fikcyjnym świecie, który jest w rzeczywistości jedynym lub przynajmniej najbardziej znośnym miejscem, w którym można być. Oznacza to, że może żyć w krainie tego, co mogło być i nigdy nie było, i w świecie, który nadal jest możliwy, w którym coś może się stać, coś, co się jeszcze nie wydarzyło albo o czym każdy wie, że nie wydarzy się nigdy. Tzw. realistyczny powieściopisarz, który w trakcie pisania pozostaje twardo w prawdziwym świecie, pomylił swoją rolę z historykiem, dziennikarzem lub dokumentalistą. Prawdziwy powieściopisarz nie pokazuje rzeczywistości, ale nierzeczywistość, jeśli uznamy że nie chodzi tu o mało prawdopodobną lub fantastyczną, ale po prostu o to, co mogło się wydarzyć lub nie, sprzeczne z faktami, zdarzeniami i incydentami, sprzeczne z tym”co dzieje się teraz”. Wcześniej napisałem, że fikcja jest najbardziej znośnym ze światów, ponieważ oferuje ucieczkę i pocieszenie dla tych, którzy z niej skorzystają. Oferuje również coś innego: poza zapewnieniem nam fikcyjnej teraźniejszości, daje także potencjalną przyszłą rzeczywistość. I chociaż nie ma to nic wspólnego z osobistą nieśmiertelnością, oznacza dla każdego powieściopisarza możliwość – znikomą, ale nadal możliwość – że to, co pisze, zarówno kształtuje, jak i może nawet stać się przyszłością, której on nigdy nie zobaczy.


Tłumaczenie i opracowanie: Estera Rdzak, Artur Maszota

Źródło: The Threepenny Review

poniedziałek, 1 września 2014

6 zasad, o których należy pamiętać przy pisaniu powieści wg Johna Steinbecka



Któż może być lepszym autorytetem dla początkujących powieściopisarzy niż autor klasycznych bestsellerów, a zarazem laureat Literackiej Nagrody Nobla? Jesienią 1975 roku John Steinbeck podzielił się z czytelnikami „The Paris Review” swoimi spostrzeżeniami odnośnie trudnej sztuki pisania powieści, sporządzając listę 6 najważniejszych zasad, których sam trzymał się, aby nie zwariować podczas żmudnego procesu tworzenia.

„Wiem, że nikt tak naprawdę nie chce korzystać z czyjegoś doświadczenia, dlatego prawdopodobnie jest ono tak szczodrze oferowane” – wyznał z ironią, decydując się na zwięzłe przedstawienie najważniejszych rad, o których musi pamiętać każdy pisarz próbujący zmierzyć się z nienapisaną jeszcze, kilkusetstronicową powieścią.

Oto 6 zasad, o których należy pamiętać przy pisaniu powieści wg Johna Steinbecka:

1. Porzuć pomysł, że kiedykolwiek skończysz pisać książkę. Zapomnij o idei czterystu stron i pisz tylko jedną stronę każdego dnia, to pomaga. Wówczas, gdy skończysz, będziesz zawsze pozytywnie zaskoczony.
2. Pisz swobodnie i tak szybko, jak to możliwe. Przelewaj wszystko na papier. Nigdy nie poprawiaj ani nie przerabiaj tekstu, zanim nie skończysz wszystkiego. Przerabianie w trakcie często okazuje się wymówką, aby nie pisać dalej. Zakłóca to również płynność i rytm, które mogą wynikać jedynie z pewnego rodzaju nieświadomego obcowania z materiałem.
3. Zapomnij o uogólnionej publiczności. Po pierwsze, bezimienna i bezosobowa publiczność wystraszy cię na śmierć, a po drugie – w literaturze, w przeciwieństwie do teatru, ona nie istnieje. Gdy piszesz, twoją publicznością jest jeden pojedynczy czytelnik. Przekonałem się, że czasami pomaga wybranie jednej osoby – prawdziwej, którą znasz, lub wymyślonej – i pisanie dla niej.
4. Jeśli scena lub fragment przerasta ciebie, a nadal uważasz, że jest ci potrzebna, pomiń to i pisz dalej. Po skończeniu całości możesz wrócić do tego miejsca i dojść do wniosku, że sprawiało ci to kłopoty, ponieważ wcale tam nie pasowało.
5. Uważaj na scenę, która staje się dla ciebie zbyt cenna, cenniejsza niż reszta. Zazwyczaj okazuje się, że nadaje się ona do wyeliminowania.
6. Jeśli używasz dialogów, wypowiadaj je na głos, gdy piszesz. Tylko wtedy będą brzmieć jak język mówiony.

John Steinbeck to jeden z najwybitniejszych i zarazem najpopularniejszych pisarzy XX wieku. W 1962 roku autorowi przyznano Literacką Nagrodę Nobla w uznaniu za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw socjalnych”. Do najsłynniejszych jego powieści należą „Grona gniewu”, „Na wschód od Edenu”, „Myszy i ludzie” i „Tortilla Flat”. Każda z nich doczekała się klasycznej adaptacji kinowej w gwiazdorskiej obsadzie.

Źródło: Booklips.pl

sobota, 30 sierpnia 2014

Czekam na natchnienie

Źródło
List Raymonda Chandlera do Alexa Barrisa

18 marca 1949 r.

... Jak spędzam dnie? Piszę, kiedy mogę, nie piszę, kiedy nie mogę; zawsze piszę rano albo w pierwszej połowie dnia. Wieczorem ma się bardzo zabawne pomysły, ale potem nie zdają one egzaminu. Dawno się już o tym przekonałem. Musiał się Pan chyba zorientować, że sam piszę na maszynie. Kiedy tutaj zamieszkałem, kupiłem dyktafon i dyktowałem do niego teksty, ale nigdy nie używam dyktafonu do pisania powieści. Prawie wszyscy pisarze, którzy dyktują, cierpią na biegunkę słowną. Kiedy trzeba dołożyć wysiłku, żeby te słowa napisać, człowiek bardziej jest skłonny do oszczędności.
Czytam wciąż wypowiedzi pisarzy, którzy twierdzą, że nie czekają nigdy na natchnienie, po prostu siadają co dzień o ósmej rano przy swoich biureczkach - deszcz czy słońce, kac, złamana ręka, nieważne - oni wystukują na maszynie zaprogramowany kawałek. Niech tam pustka w głowie, niech myśli ciężkie jak kamienie młyńskie - natchnienie to bzdura, oni go nie uznają. Składam im wyrazy szczerego podziwu i starannie unikam czytania ich książek.
Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu, powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie, kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego, tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać, jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się lad w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać. b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.[...]

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 100-101.

środa, 21 sierpnia 2013

30 rad Jacka Kerouaca dla początkujących pisarzy

Jack Kerouac

W 1959 roku Jack Kerouac stworzył 30-punktową listę przykazań dla początkujących pisarzy. Nie jest to jednak typowy zestaw podpowiedzi, co do samego procesu pisania, ale także obraz filozofii tworzenia bliski kultowemu beatnikowi. Można by się odważyć i stwierdzić, że każdy z punktów jest swego rodzaju krótką medytacją nad procesem twórczym, jak i samym życiem. Wystarczy spojrzeć na sam tytuł listy.

Przekonanie i technika współczesnej prozy:

01. Gryzmolić w sekretnych notatnikach i dziko zapisywać strony na maszynie, dla własnej przyjemności.
02. Pokorny wobec wszystkiego, otwarty, słuchający.
03. Staraj się nigdy nie upijać poza własnym domem.
04. Zakochaj się w swoim życiu.
05. Coś, co czujesz, znajdzie swą własną formę.
06. Bądź szalonym świętym-prostaczkiem rozumu.
07. Ciągnij tak mocno, jak masz ochotę ciągnąć.1
08. Pisz to, co chcesz napisać, bezdennie, z dna swego umysłu.
09. Niewysłowione wizje jednostki.
10. Nie czas na poezję, lecz dokładnie na to, co jest.
11. Wizjonerskie tiki drżące w piersi.
12. W transowej fiksacji śnij o przedmiocie przed tobą.
13. Usuń literackie, gramatyczne i składniowe nawyki.
14. Niczym Proust bądź starym ćpunem czasu.
15. Opowiadaj prawdziwą historię o świecie wewnętrznym monologiem.
16. Centralnym klejnotem zainteresowania jest oko w oku.
17. Pisz wspominając i zdumiewając się nad samym sobą.
18. Zacznij od zwięzłego wewnętrznego oka, pływając po morzu języka.
19. Zaakceptuj porażkę raz na zawsze.
20. Uwierz w święty kontur życia.
21. Walcz, by naszkicować potok słów, który istnieje już w twoim umyśle.
22. Gdy przerwiesz, nie myśl o słowach, ale przyjrzyj się lepiej obrazowi.
23. Pamiętaj o każdym dniu, który data oznajmiła ci o poranku.
24. Żadnego strachu i wstydu w godności twego doświadczenia, języka i wiedzy.
25. Pisz dla świata, aby przeczytał i zobaczył twój dokładny jego obraz.
26. Książkofilm jest filmem w słowach, amerykańską formą wizualną.
27. By wychwalać Postać w ponurej, nieludzkiej Samotności.
28. Dzika kompozycja, niezdyscyplinowana, czysta, pochodząca z samego dna, im bardziej szalona tym lepsza.
29. Jesteś geniuszem przez cały czas.
30. Jesteś Scenarzystą-Reżyserem Ziemskich filmów Finansowanych i Otoczonych opieką w Niebie.
________________________
1Użyty w oryginale zwrot może sugerować, że chodzi zarówno o wciąganie kokainy, obciąganie komuś jak i zaciąganie się dymem z cygara, żeby wymienić trzy doświadczenia nieobce pisarzowi.

Źródło: Booklips.pl

sobota, 1 czerwca 2013

6 zasad pisania powieści wg Johna Steinbecka

John Steinbeck

Któż może być lepszym autorytetem dla początkujących powieściopisarzy niż autor klasycznych bestsellerów, a zarazem laureat Literackiej Nagrody Nobla? Jesienią 1975 roku John Steinbeck podzielił się z czytelnikami „The Paris Review” swoimi spostrzeżeniami odnośnie trudnej sztuki pisania powieści, sporządzając listę 6 najważniejszych zasad, których sam trzymał się, aby nie zwariować podczas żmudnego procesu tworzenia.

„Wiem, że nikt tak naprawdę nie chce korzystać z czyjegoś doświadczenia, dlatego prawdopodobnie jest ono tak szczodrze oferowane” – wyznał z ironią, decydując się na zwięzłe przedstawienie najważniejszych rad, o których musi pamiętać każdy pisarz próbujący zmierzyć się z nienapisaną jeszcze, kilkusetstronicową powieścią.

Oto 6 zasad, o których należy pamiętać przy pisaniu powieści wg Johna Steinbecka:

1. Porzuć pomysł, że kiedykolwiek skończysz pisać książkę. Zapomnij o idei czterystu stron i pisz tylko jedną stronę każdego dnia, to pomaga. Wówczas, gdy skończysz, będziesz zawsze pozytywnie zaskoczony.
 
2. Pisz swobodnie i tak szybko, jak to możliwe. Przelewaj wszystko na papier. Nigdy nie poprawiaj ani nie przerabiaj tekstu, zanim nie skończysz wszystkiego. Przerabianie w trakcie często okazuje się wymówką, aby nie pisać dalej. Zakłóca to również płynność i rytm, które mogą wynikać jedynie z pewnego rodzaju nieświadomego obcowania z materiałem.
 
3. Zapomnij o uogólnionej publiczności. Po pierwsze, bezimienna i bezosobowa publiczność wystraszy cię na śmierć, a po drugie – w literaturze, w przeciwieństwie do teatru, ona nie istnieje. Gdy piszesz, twoją publicznością jest jeden pojedynczy czytelnik. Przekonałem się, że czasami pomaga wybranie jednej osoby – prawdziwej, którą znasz, lub wymyślonej – i pisanie dla niej.
 
4. Jeśli scena lub fragment przerasta ciebie, a nadal uważasz, że jest ci potrzebna, pomiń to i pisz dalej. Po skończeniu całości możesz wrócić do tego miejsca i dojść do wniosku, że sprawiało ci to kłopoty, ponieważ wcale tam nie pasowało.
 
5. Uważaj na scenę, która staje się dla ciebie zbyt cenna, cenniejsza niż reszta. Zazwyczaj okazuje się, że nadaje się ona do wyeliminowania.
 
6. Jeśli używasz dialogów, wypowiadaj je na głos, gdy piszesz. Tylko wtedy będą brzmieć jak język mówiony.

John Steinbeck to jeden z najwybitniejszych i zarazem najpopularniejszych pisarzy XX wieku. W 1962 roku autorowi przyznano Literacką Nagrodę Nobla w uznaniu za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw socjalnych”. Do najsłynniejszych jego powieści należą „Grona gniewu”, „Na wschód od Edenu”, „Myszy i ludzie” i „Tortilla Flat”. Każda z nich doczekała się klasycznej adaptacji kinowej w gwiazdorskiej obsadzie.

Źródło: Booklips.pl

piątek, 21 grudnia 2012

The Daily Routines of Famous Writers

Kurt Vonnegut
The Daily Routines of Famous Writers by Maria Popova

A writer who waits for ideal conditions under which to work will die without putting a word on paper.

Kurt Vonnegut’s recently published daily routine made we wonder how other beloved writers organized their days. So I pored through various old diaries and interviews — many from the fantastic Paris Review archives — and culled a handful of writing routines from some of my favorite authors. Enjoy.

Ray Bradbury, a lifelong proponent of working with joy and an avid champion of public libraries, playfully defies the question of routines in this 2010 interview:

My passions drive me to the typewriter every day of my life, and they have driven me there since I was twelve. So I never have to worry about schedules. Some new thing is always exploding in me, and it schedules me, I don’t schedule it. It says: Get to the typewriter right now and finish this.

[…]

I can work anywhere. I wrote in bedrooms and living rooms when I was growing up with my parents and my brother in a small house in Los Angeles. I worked on my typewriter in the living room, with the radio and my mother and dad and brother all talking at the same time. Later on, when I wanted to write Fahrenheit 451, I went up to UCLA and found a basement typing room where, if you inserted ten cents into the typewriter, you could buy thirty minutes of typing time.

Joan Didion creates for herself a kind of incubation period for ideas, articulated in this 1968 interview:

I need an hour alone before dinner, with a drink, to go over what I’ve done that day. I can’t do it late in the afternoon because I’m too close to it. Also, the drink helps. It removes me from the pages. So I spend this hour taking things out and putting other things in. Then I start the next day by redoing all of what I did the day before, following these evening notes. When I’m really working I don’t like to go out or have anybody to dinner, because then I lose the hour. If I don’t have the hour, and start the next day with just some bad pages and nowhere to go, I’m in low spirits. Another thing I need to do, when I’m near the end of the book, is sleep in the same room with it. That’s one reason I go home to Sacramento to finish things. Somehow the book doesn’t leave you when you’re asleep right next to it. In Sacramento nobody cares if I appear or not. I can just get up and start typing.

E. B. White, in the same fantastic interview that gave us his timeless insight on the role and responsibility of the writer, notes his relationship with sound and ends on a note echoing Tchaikovsky on work ethic:

I never listen to music when I’m working. I haven’t that kind of attentiveness, and I wouldn’t like it at all. On the other hand, I’m able to work fairly well among ordinary distractions. My house has a living room that is at the core of everything that goes on: it is a passageway to the cellar, to the kitchen, to the closet where the phone lives. There’s a lot of traffic. But it’s a bright, cheerful room, and I often use it as a room to write in, despite the carnival that is going on all around me. A girl pushing a carpet sweeper under my typewriter table has never annoyed me particularly, nor has it taken my mind off my work, unless the girl was unusually pretty or unusually clumsy. My wife, thank God, has never been protective of me, as, I am told, the wives of some writers are. In consequence, the members of my household never pay the slightest attention to my being a writing man — they make all the noise and fuss they want to. If I get sick of it, I have places I can go. A writer who waits for ideal conditions under which to work will die without putting a word on paper.

Jack Kerouac describes his rituals and superstitions in 1968:

I had a ritual once of lighting a candle and writing by its light and blowing it out when I was done for the night … also kneeling and praying before starting (I got that from a French movie about George Frideric Handel) … but now I simply hate to write. My superstition? I’m beginning to suspect the full moon. Also I’m hung up on the number nine though I’m told a Piscean like myself should stick to number seven; but I try to do nine touchdowns a day, that is, I stand on my head in the bathroom, on a slipper, and touch the floor nine times with my toe tips, while balanced. This is incidentally more than yoga, it’s an athletic feat, I mean imagine calling me ‘unbalanced’ after that. Frankly I do feel that my mind is going. So another ‘ritual’ as you call it, is to pray to Jesus to preserve my sanity and my energy so I can help my family: that being my paralyzed mother, and my wife, and the ever-present kitties. Okay?

He then adds a few thought on the best time and place for writing:

The desk in the room, near the bed, with a good light, midnight till dawn, a drink when you get tired, preferably at home, but if you have no home, make a home out of your hotel room or motel room or pad: peace.


Susan Sontag resolves in her diary in 1977, adding to her collected wisdom on writing:

Starting tomorrow — if not today: 

I will get up every morning no later than eight. (Can break this rule once a week.)

I will have lunch only with Roger [Straus]. (‘No, I don’t go out for lunch.’ Can break this rule once every two weeks.)

I will write in the Notebook every day. (Model: Lichtenberg’s Waste Books.)

I will tell people not to call in the morning, or not answer the phone.

I will try to confine my reading to the evening. (I read too much — as an escape from writing.)

I will answer letters once a week. (Friday? — I have to go to the hospital anyway.)

Then, in a Paris Review interview nearly two decades later, she details her routine:

I write with a felt-tip pen, or sometimes a pencil, on yellow or white legal pads, that fetish of American writers. I like the slowness of writing by hand. Then I type it up and scrawl all over that. And keep on retyping it, each time making corrections both by hand and directly on the typewriter, until I don’t see how to make it any better. Up to five years ago, that was it. Since then there is a computer in my life. After the second or third draft it goes into the computer, so I don’t retype the whole manuscript anymore, but continue to revise by hand on a succession of hard-copy drafts from the computer.

[…]

I write in spurts. I write when I have to because the pressure builds up and I feel enough confidence that something has matured in my head and I can write it down. But once something is really under way, I don’t want to do anything else. I don’t go out, much of the time I forget to eat, I sleep very little. It’s a very undisciplined way of working and makes me not very prolific. But I’m too interested in many other things.

In 1932, under a section titled Daily Routine, Henry Miller footnotes his 11 commandments of writing with this wonderful blueprint for productivity, inspiration, and mental health:

MORNINGS:

If groggy, type notes and allocate, as stimulus.

If in fine fettle, write.

AFTERNOONS:

Work of section in hand, following plan of section scrupulously. No intrusions, no diversions. Write to finish one section at a time, for good and all.

EVENINGS:

See friends. Read in cafés.

Explore unfamiliar sections — on foot if wet, on bicycle if dry.

Write, if in mood, but only on Minor program.

Paint if empty or tired.

Make Notes. Make Charts, Plans. Make corrections of MS.

Note: Allow sufficient time during daylight to make an occasional visit to museums or an occasional sketch or an occasional bike ride. Sketch in cafés and trains and streets. Cut the movies! Library for references once a week.


In this 1965 interview, Simone de Beauvoir contributes to dispelling the “tortured-genius” myth of writing:

I’m always in a hurry to get going, though in general I dislike starting the day. I first have tea and then, at about ten o’clock, I get under way and work until one. Then I see my friends and after that, at five o’clock, I go back to work and continue until nine. I have no difficulty in picking up the thread in the afternoon. When you leave, I’ll read the paper or perhaps go shopping. Most often it’s a pleasure to work.

[…]

If the work is going well, I spend a quarter or half an hour reading what I wrote the day before, and I make a few corrections. Then I continue from there. In order to pick up the thread I have to read what I’ve done.

Ernest Hemingway, who famously wrote standing (“Hemingway stands when he writes. He stands in a pair of his oversized loafers on the worn skin of a lesser kudu—the typewriter and the reading board chest-high opposite him.”), approaches his craft with equal parts poeticism and pragmatism:

When I am working on a book or a story I write every morning as soon after first light as possible. There is no one to disturb you and it is cool or cold and you come to your work and warm as you write. You read what you have written and, as you always stop when you know what is going to happen next, you go on from there. You write until you come to a place where you still have your juice and know what will happen next and you stop and try to live through until the next day when you hit it again. You have started at six in the morning, say, and may go on until noon or be through before that. When you stop you are as empty, and at the same time never empty but filling, as when you have made love to someone you love. Nothing can hurt you, nothing can happen, nothing means anything until the next day when you do it again. It is the wait until the next day that is hard to get through.

Don DeLillo tells The Paris Review in 1993:

I work in the morning at a manual typewriter. I do about four hours and then go running. This helps me shake off one world and enter another. Trees, birds, drizzle — it’s a nice kind of interlude. Then I work again, later afternoon, for two or three hours. Back into book time, which is transparent — you don’t know it’s passing. No snack food or coffee. No cigarettes — I stopped smoking a long time ago. The space is clear, the house is quiet. A writer takes earnest measures to secure his solitude and then finds endless ways to squander it. Looking out the window, reading random entries in the dictionary. To break the spell I look at a photograph of Borges, a great picture sent to me by the Irish writer Colm Tóín. The face of Borges against a dark background — Borges fierce, blind, his nostrils gaping, his skin stretched taut, his mouth amazingly vivid; his mouth looks painted; he’s like a shaman painted for visions, and the whole face has a kind of steely rapture. I’ve read Borges of course, although not nearly all of it, and I don’t know anything about the way he worked — but the photograph shows us a writer who did not waste time at the window or anywhere else. So I’ve tried to make him my guide out of lethargy and drift, into the otherworld of magic, art, and divination.
Haruki Murakami shares the mind-body connection noted by some of history’s famous creators:

When I’m in writing mode for a novel, I get up at 4:00 am and work for five to six hours. In the afternoon, I run for 10km or swim for 1500m (or do both), then I read a bit and listen to some music. I go to bed at 9:00 pm. I keep to this routine every day without variation. The repetition itself becomes the important thing; it’s a form of mesmerism. I mesmerize myself to reach a deeper state of mind.

William Gibson tells the Paris Review in 2011:

When I’m writing a book I get up at seven. I check my e-mail and do Internet ablutions, as we do these days. I have a cup of coffee. Three days a week, I go to Pilates and am back by ten or eleven. Then I sit down and try to write. If absolutely nothing is happening, I’ll give myself permission to mow the lawn. But, generally, just sitting down and really trying is enough to get it started. I break for lunch, come back, and do it some more. And then, usually, a nap. Naps are essential to my process. Not dreams, but that state adjacent to sleep, the mind on waking.

[…]

As I move through the book it becomes more demanding. At the beginning, I have a five-day workweek, and each day is roughly ten to five, with a break for lunch and a nap. At the very end, it’s a seven-day week, and it could be a twelve-hour day.

Toward the end of a book, the state of composition feels like a complex, chemically altered state that will go away if I don’t continue to give it what it needs. What it needs is simply to write all the time. Downtime other than simply sleeping becomes problematic. I’m always glad to see the back of that.

Maya Angelou shares her day with Paris Review in 1990:

I write in the morning and then go home about midday and take a shower, because writing, as you know, is very hard work, so you have to do a double ablution. Then I go out and shop — I’m a serious cook — and pretend to be normal. I play sane — Good morning! Fine, thank you. And you? And I go home. I prepare dinner for myself and if I have houseguests, I do the candles and the pretty music and all that. Then after all the dishes are moved away I read what I wrote that morning. And more often than not if I’ve done nine pages I may be able to save two and a half or three. That’s the cruelest time you know, to really admit that it doesn’t work. And to blue pencil it. When I finish maybe fifty pages and read them — fifty acceptable pages — it’s not too bad. I’ve had the same editor since 1967. Many times he has said to me over the years or asked me, Why would you use a semicolon instead of a colon? And many times over the years I have said to him things like: I will never speak to you again. Forever. Goodbye. That is it. Thank you very much. And I leave. Then I read the piece and I think of his suggestions. I send him a telegram that says, OK, so you’re right. So what? Don’t ever mention this to me again. If you do, I will never speak to you again. About two years ago I was visiting him and his wife in the Hamptons. I was at the end of a dining room table with a sit-down dinner of about fourteen people. Way at the end I said to someone, I sent him telegrams over the years. From the other end of the table he said, And I’ve kept every one! Brute! But the editing, one’s own editing, before the editor sees it, is the most important.

Anaïs Nin simply notes, in a 1941 parenthetical comment, in the third volume of her diaries:

I write my stories in the morning, my diary at night.

She then adds in the fifth volume, in 1948.

I write every day. … I do my best work in the morning.

Lastly, the Kurt Vonnegut routine that inspired this omnibus, recorded in a letter to his wife in 1965:

In an unmoored life like mine, sleep and hunger and work arrange themselves to suit themselves, without consulting me. I’m just as glad they haven’t consulted me about the tiresome details. What they have worked out is this: I awake at 5:30, work until 8:00, eat breakfast at home, work until 10:00, walk a few blocks into town, do errands, go to the nearby municipal swimming pool, which I have all to myself, and swim for half an hour, return home at 11:45, read the mail, eat lunch at noon. In the afternoon I do schoolwork, either teach of prepare. When I get home from school at about 5:30, I numb my twanging intellect with several belts of Scotch and water ($5.00/fifth at the State Liquor store, the only liquor store in town. There are loads of bars, though.), cook supper, read and listen to jazz (lots of good music on the radio here), slip off to sleep at ten. I do pushups and sit-ups all the time, and feel as though I am getting lean and sinewy, but maybe not. Last night, time and my body decided to take me to the movies. I saw The Umbrellas of Cherbourg, which I took very hard. To an unmoored, middle-aged man like myself, it was heart-breaking. That’s all right. I like to have my heart broken.

For more wisdom from beloved authors, complement with Kurt Vonnegut’s 8 rules for a great story, Joy Williams on why writers write, David Ogilvy’s 10 no-bullshit tips, Henry Miller’s 11 commandments, Jack Kerouac’s 30 beliefs and techniques, John Steinbeck’s 6 pointers, and Susan Sontag’s synthesized learnings.


czwartek, 20 grudnia 2012

Reguły i rytuały pisarskie



Zamknij się i pracuj

„Aby szybko pisać, trzeba dużo myśleć – trzeba taszczyć temat z sobą na spacer, do kąpieli, do restauracji, a choćby i do kochanki” – pisał Baudelaire. – Kiedy piszę, z konieczności siedzę, ale myśli biorą się z ruchu – mówi Grażyna Plebanek. – Z mięśni bierze się wena, i to nie ta skwaśniała, tylko zawierająca elementy zbawiennego dystansu. Niektórzy opowiadają innym o swoim pomyśle, inni właśnie tego unikają jak ognia. – Nigdy nie opowiadaj o tym, co piszesz, choć trudno ci się będzie powstrzymać. Staraj się nie mówić, bo im więcej i lepiej opowiesz, tym mniej i gorzej napiszesz. Jest to tzw. zasada zachowania masy literackiej – zaleca Olga Tokarczuk.

Helen Simpson, brytyjska autorka opowiadań, nad biurkiem powiesiła sobie zdanie Flauberta „Faire et se taire”, co tłumaczy sobie: „Zamknij się i zabierz się do roboty”. W końcu pisarz zasiada. – Pisząc, muszę mieć przed oczyma coś jednolitego, żadnych obrazków, najlepsza jest pomalowana na jakiś kolor ściana (moja ściana jest zielona) – mówi Ignacy Karpowicz, autor „Balladyn i romansów”. Biurko musi być ogromne według noblistki Toni Morrisom i czyste (Jerzy Pilch opowiadał o pastowaniu biurka).

Joanna Bator opowiada: – Piszę tylko przy biurku, które stoi w miejscu, gdzie akurat mieszkam. Gdy jestem w drodze, nie piszę, nic nie notuję. To, co ważne, zapamiętam. Biurko musi stać naprzeciwko okna. Okno musi być odsłonięte. Żadnych firan i zasłon. Biurko musi być czyste, klawiatura przed pisaniem wypolerowana i lśniąca. Nigdy nie mam na biurku przypadkowych rzeczy i bałaganu. Zaczęłam pisać, gdy znalazłam harmonię i spokój, moje biurko to odzwierciedla. Przed pisaniem sprawdzam, czy wszystko jest na swoim miejscu. Na warszawskim biurku araukaria rośnie w starej chińskiej wazie, obok kocia czaszka, która przypomina mi o innych zwierzętach, które zżarłam, zanim zostałam wegetarianką. Na tokijskim – dwie laleczki kokeshi ze szkoły mistrza Usaburo Okemoto. Zanim otworzę tekst, odkurzam ich czarne gładkie główki. Na każdym biurku muszę mieć do pisania dzban zielonej japońskiej herbaty. Nigdy niczego nie jem przy pisaniu, nie podjadam. Nie piję alkoholu. Przyjemność pisania tekstu ma charakter erotyczny – do seksu i pisania przydaje się kąpiel i dbałość o ciało, piękny strój, choć akurat do pisania się z niego nie rozbieram. Mój strój roboczy to yukata, lekkie bawełniane kimono. Mam dużą zdolność koncentracji, ale wytrąca mnie z niej parę rzeczy, które są w moim domu stanowczo zakazane: gadający telewizor, zła muzyka, zapach smażonego mięsa. Gdy piszę, muszę mieć tekst wyjustowany z prawej i lewej strony, jak wezbrana sunąca szybko rzeka. Każdy inny układ mnie irytuje. Dopiero gdy książka jest gotowa, robię akapity i marginesy, ale pisząc zawsze wiem, gdzie powinny być.

Nie tylko pisz, czasem czytaj

Wśród narzędzi pisarskich ciągle niepokonany jest zwykły ołówek. Wiesław Myśliwski nie używa niczego innego. „Nie lubię skreślać – mówił w wywiadzie dla POLITYKI. – Wolę wymazywać, żeby po nieudanym zdaniu nie został żaden ślad. Może to jakiś mój uraz, ale widok skreślonego zdania, czy choćby słowa, źle na mnie wpływa, jakby odbierał mi inwencję w tworzeniu innego zdania. Toteż często mówię, że piszę bardziej gumką niż ołówkiem”.

Żaden pisarz nie rusza się z domu bez czegoś do pisania. – Notes i długopis mam zawsze pod ręką – w samochodzie, w łazience. Jeśli się zagapię i go nie wezmę, w desperacji zapisuję zdania w telefonie i wysyłam je sobie jako esemesy – opowiada Grażyna Plebanek. – Nigdy nie ruszaj się (a jakże!) bez zeszyciku i długopisu (w samolocie – ołówka, bo pióro ci się „posika”). Pomysły na zdania, żarty lub powiedzonka przychodzą i odchodzą nagle – dodaje Michał Witkowski.

Potem czytanie. Karpowicz: – Pisząc albo raczej czytając to, co napisałem, zwykle trzymam w dłoniach książkę miłą w dotyku, zazwyczaj jest to któraś z powieści Sebalda; tomiki poetyckie się nie nadają, są za cienkie i źle leżą w dłoni. Myśliwski oddaje tekst w ręce żony, która jest najsurowszym krytykiem. Mrożek nie lubił przeróbek, wolał pisać od razu na czysto, tak jak artyści, którzy zaczynali rysunek i kończyli podpisem na dole. Różewicz nieustannie przerabia swoje już opublikowane teksty. Interesuje go nie tyle ukończony tekst, co forma w ruchu.

Jedni przy pisaniu dużo czytają, inni przeciwnie, unikają lektur, by nie „zarazić się” czyimś stylem. – Czytaj to, co ci pasuje stylem. Jak będziesz w trakcie rockandrollowej prozy czytał coś ospałego i staroświeckiego, nie będzie to współgrało i od czytania złych rzeczy może ci się pogorszyć, a nawet może dojść do przerzutów na twoją prozę – doradza Witkowski.

– Piszę od poniedziałku do piątku, od stycznia do połowy lipca – zdradza Marek Krajewski. – Jesienią i zimą jeżdżę na spotkania autorskie. Oprócz pisania czy wieczorów autorskich przez 2–4 godziny dziennie doskonalę mój warsztat poprzez czytanie wielkich dzieł literatury światowej (ostatnio „Nędznicy” Wiktora Hugo).

Najlepsza pora pisania? Plebanek: – Nigdy nie piszę nocą. Günter Grass uważał, że nocą pisze się zbyt łatwo. Philip Roth zaś pisze wtedy, kiedy chce. Mieszka sam. Jest cały czas do swojej dyspozycji. Powtarza sobie maksymę: „Męka jest częścią tego zawodu”. Kiedy coś mu przyjdzie do głowy, wstaje w nocy i zapisuje. „Jestem jak lekarz na ostrym dyżurze” – gotowy w każdej chwili wszystko rzucić i zająć się książką.

Nie bądź z siebie zadowolony

Kiedy książka już jest napisana, dobrze jest ją odłożyć na jakiś czas do szuflady. „Tylko kiepscy pisarze sądzą, że napisali coś naprawdę dobrego” – twierdzi Anne Enright. Kiedy Zadie Smith wracała po latach do swoich książek, zamiast zadowolenia czuła lekkie zażenowanie. Stefan Chwin również mówi podobnie: – Zawsze wstydzimy się tego, cośmy napisali, nawet jeśli nie mamy żadnych powodów do wstydu. Wiesław Myśliwski nie zna poczucia zadowolenia po ukończeniu książki. Zamiast tego jest pustka, wydaje się, że już nic więcej nie napisze. „Musi przede wszystkim minąć jakiś okres, żebym całkiem oderwał się od tego, co napisałem, nawet zaczął nie lubić tego, co napisałem, żebym doszedł do takiego stanu, jakbym miał znów zacząć od początku, od tego pierwszego w życiu zdania. Pełen obaw, niepewności, niewiary w siebie” – mówił we wspominanym już wywiadzie dla POLITYKI.

– Wiem, że nigdy nie można być zadowolonym z fragmentu tekstu, który wydaje się dobrze napisany; gdy jestem zadowolony z tego, co napisałem, oznacza to, że muszę popracować więcej; zadowolenie usypia czujność – twierdzi Ignacy Karpowicz. Stefan Chwin też nie ma złudzeń: – Kto pisze, uprawia zawód wysokiego ryzyka. Cokolwiek byś napisał, jedni będą ci klaskać, drudzy krzywić się, a trzeci rozmyślać nad tym, jak zamknąć ci usta. Dobry pisarz to ten, kto umie przeciągnąć na swoją stronę większość.

Gdyby więc szukać jednej uniwersalnej rady dla pisarzy, brzmiałaby ona: „Bądź pełen nadziei, ale spodziewaj się wszystkiego najgorszego” (Joyce Carol Oates). I pisz. Mimo wszystko.

Autor: Justyna Sobolewska

Źródło: polityka.pl