Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notatki z podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą notatki z podróży. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2013

Miron i Ameryka (4), czyli o tym jak trudno znaleźć siusialnię na Manhattanie


czwartek 14 paźdz. 1982

Jazda samodzielna metrem z przesiadką do Queensu. Tam czekał Lech Michał Brodacz. Iście do banku. Bez wyniku. U Brodacza w domu. Herbaty, mocne. Telefony. Żona Brodacza, Julita, załatwiła z bankiem, tym od czeku, że mi wypłacą jutro. Jazda metrem. Czekanie na zreperowanie taksówki Brodacza. Obwoził mnie potem po Harlemie i dzielnicach bogaczy. Na siedząco, po wyspaniu nowy odbiór miasta. Dziś wydało mi się niesłychane, monumentalne. Szersze ulice. Okna czarnych wieżowców świecą jak ze złota.
W gościach u lekarki, pani Piaseckiej, która jako dziewczynka z matką przekradła się przez granice socjalizmu zasznurowanym wozem UNRRY, zresztą ileś wozów z ilomaś ludźmi. Za grube pieniądze. Pojechały do ojca i męża w Anglii, wyjazd do Argentyny, tam ciężkie prace, ona na studiach i do USA. Mieszka z córeczką w 12-piętrowej starej kamienicy. W środku przestronnie, ładnie. Sporo obrazów polskich malarzy, m.in. Tetmajera, jak Królowa Jadwiga odwiedza żniwiarzy. Ładne w kolorach i ruchu.
Wymaniłem od niej codeinę i efedrynę. Ta ostatnia - jak się okazało - bez recept, trzeba znać nazwę, a jej etykietkę mi dała.
Herbaciarnia. Z nią i jej wujem, który też jest gościem z Polski.
Pokazywała mi po drodze kilka osobliwości. M.in. - obok jej domu - kino dla homoseksualistów.
Po pożegnaniu się z nią i wujem pod jej bramą szybko wdałem się w to kino. Tylko 6 dolarów, a ogląda się i ogląda. Na widowni tu i ówdzie ktoś siedzi, przesiada się, coś czasem się dzieje.
Pijak za mną palił papierosy, komentował na głos to, co szło na ekranie, w końcu podmacał mnie, potem gadał, przesiadał się. Po długim czasie, po iluś filmach Murzyn powiedział
- gut najt
Spojrzałem na zegarek: wpół do drugiej w nocy, i choda 7 Avenue trzy czy cztery kilometry. Ludzie tu i ówdzie, troszkę zaśmiecone, mijałem dwóch leżących żebraków, jeden z nogą w gipsie, Murzynów kopiących puszki. I tylko przelatywałem Poprzeczne, leżące postaci podnoszone jak glissando po klawiaturze.
53-cia
52-ga
51-a
50-a
49-ta
Tak dobrnąłem w pół godziny do swojej 23, skręt, minięcie 8 Avenue i ze strachem pod daszek hotelu zakonnic. Czy mnie wpuszczą? Dziad wydzwoniony ukazał się między podwójnymi drzwiami, machał ręką, wołał
- noł, noł
- noł noł
Wreszcie napisałem 711 i pokazałem kartkę. Wpuścił, wymyślał, ale wpuścił. Wyciągnąłem dolara
- noł noł
i piechotą na 7 piętro w siódmych potach, uszczęśliwiony.

Nowojorczycy w wagonie metra w 1981 roku.
Autor nieznany. Źródło.

Trudno tu znaleźć siusialnię na Manhattanie. Kiedy po odstawieniu taksówki poszliśmy się trochę przejść, szukałem siusialni.
Metro zawiodło. Wychodek zamknięty. Na wielu stacjach tak jest. Wreszcie wleciałem do restauracji, tam się udało. Kiedy wyszedłem, Brodacz wyczytał napis na szybie tej restauracji, że nie wolno korzystać z ubikacji nie-klientom.
Brodacz pokazał mi kwartał Rockefellera i stację metra na utrzymaniu Rockefellera. Elegancka i pucowana. Inne zaniedbane. Kolejki w metro nadjeżdżają obsmarowane całe od wierzchu i od środka. Od niedawna nie wolno ich obsmarowywać, kara.

 Fot. Matt Weber. Źródło.

W Harlemie widziałem ze 3 białych zaledwie. Mijaliśmy wypalone domy, ruchliwe sklepy, dziadowszczyznę.
Brodacz do taksówki Murzynów zabiera tylko wyglądających porządnie. Mogą go oszukać albo kazać gdzieś jechać i obrabować, a nawet zabić. Jego kolega Polak został obrabowany i zadźgany przez Portorykańczyków. Julita zabroniła mu szoferować po tym wypadku, ale wrócił do owego zajęcia, dobry zarobek. Przedtem sprzątał na 12 piętrze, mało płatne. I buchalterował, nuda i mało płatne. Teraz jeździ na zmianę z dziewczyną. On w dzień, ona w nocy, taki układ. Podobno ona się nie boi.
Pożary, mimo zabezpieczeń i pilnowaczy, zdarzają się. Niedawno na b. wysokim pietrze młodzieniec ukazał się w oknie na tle płonącego mieszkania. Tylko to jedno mieszkanie się paliło, ale od drzwi odcięty odwrót. Na pomoc za mało czasu. Na oczach ludzi owinął się w koc i rzucił z okna w dół miasta. Wolał to szybkie niż spalenie się żywcem.
Napisałem dziś nowojorską Kicię Kocię, co mi od razu dodało pewności siebie.

Książka jest dostępna TUTAJ

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

 

piątek, 27 września 2013

Podróż jest jak małżeństwo

Kiedy byłem bardzo młody i czułem natarczywe pragnienie znalezienia się gdzie indziej, ludzie dojrzali zapewniali mnie, że dojrzałość uleczy te zachcianki. Kiedy zaś lata określiły mnie jako dojrzałego, przepisanym lekarstwem miał być wiek średni. W średnim wieku zapewniano mnie, że starszy wiek uśmierzy moją gorączkę, a teraz, kiedy mam lat pięćdziesiąt osiem, może załatwi to zgrzybiałość. Nic nie poskutkowało. Cztery chrapliwe ryki syreny okrętowej nadal jeżą mi włosy na karku i wprawiają moje stopy w ruch. Odgłos odrzutowca, rozgrzewanego motoru, nawet klapotanie podkutych kopyt na bruku wywołuje dawny dreszcz, suchość ust i zmęczenie oka, rozpala dłonie i wywraca żołądek wysoko pod żebrami. Inaczej mówiąc, nie poprawiam się; a mówiąc dalej, jak ktoś raz jest włóczęgą, zawsze będzie włóczęgą. Obawiam się, że ta choroba jest nieuleczalna. Stwierdzam to, nie żeby pouczać innych, ale poinformować siebie samego.
 

poniedziałek, 23 września 2013

Samotny Harry

John Steinbeck

Pokoju nie ruszono od wyjazdu poprzedniego lokatora. Opadłem na wygodny fotel, ażeby ściągnąć buty, i nawet już jeden zdjąłem, kiedy zacząłem dostrzegać pewne rzeczy, a potem inne i jeszcze inne. W zadziwiająco krótkim czasie zapomniałem o kąpieli i spaniu i stwierdziłem, że jestem głęboko zaprzątnięty Samotnym Harrym.
 

czwartek, 19 września 2013

"Smętna dusza może nas zabić prędzej niż zarazek"

Niedaleko za Bangorem zatrzymałem się na postoju i wziąłem sobie pokój. Nie był kosztowny. Szyld oznajmiał: „Znaczna obniżka cen na zimę”. Było tam niepokalanie czysto: wszystko plastykowe - podłogi, zasłony, blaty stołów z nie plamiącego się, niepalnego plastyku, abażury z plastyku. Tylko pościele i ręczniki były z naturalnego materiału. Poszedłem do prowadzonej łącznie z motelem małej restauracji. Ona też była cała plastykowa - obrusy, maselniczki. Cukier i sucharki poowijane w celofan, dżem w malutkiej plastykowej trumience, opieczętowanej celofanem. Był wczesny wieczór, a ja byłem jedynym klientem. Nawet kelnerka miała na sobie zmywalny fartuch. Nie wyglądała na zadowoloną, ale i nie na niezadowoloną. Po prostu była nijaka. Ale nie sądzę, żeby ktokolwiek był nijaki. Coś musi tkwić w człowieku, chociażby po to, by skóra się nie zapadła. To obojętne oko, apatyczna ręka, ten atłasowy policzek przyprószony jak pączek plastykowym pudrem - musiały mieć jakieś wspomnienia czy marzenia. Spytałem na chybił trafił:


sobota, 6 lipca 2013

"Przyszedłem na świat tylko po to, by podróżować"


Z listu markiza de Custin

Travemünde, 4 lipca 1839.

Dziś rano w Lubece właściciel zajazdu, dowiedziawszy się, że mam wsiąść na statek płynący do Rosji, wszedł do mego pokoju ze współczującą miną, która mnie rozbawiła. Ten człowiek jest sprytniejszy, umysł ma żywszy, bardziej szyderczy niż by można przypuszczać po płaczliwym tonie jego głosu i po jego francuskiej wymowie.
Dowiedziawszy się, że podróżuję tylko dla przyjemności, zaczął mi perswadować z niemiecką dobrodusznością, abym zrezygnował ze swego projektu.
— Znasz pan Rosję? — zapytałem.
— Nie, panie, ale znam Rosjan. Wielu ich przejeżdża przez Lubekę, a ja sądzę o kraju podług fizjognomii jego mieszkańców.
— Cóż więc takiego znajdujesz pan w wyrazie ich twarzy, co by .powinno mnie powstrzymać od udania się do nich?
— Panie, oni mają dwie fizjognomie — nie mówię o sługach, ci nie mają żadnej, mówię o panach; ci, gdy zsiadają ze statku, żeby się udać do Europy, mają minę swobodną, wesołą, zadowoloną — to konie, co zerwały uzdę, ptaki wypuszczone z klatki. Mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi — wszyscy się cieszą jak uczniowie w czasie wakacji. Wracając, te same osoby mają twarze wydłużone, ponure, cierpiące; mówią krótko, strzępami zdań, czoło mają stroskane. Z tej różnicy wywnioskowałem, że kraj, który się opuszcza z taką radością, a do którego się wraca z takim żalem, to niedobry kraj.— Może masz pan rację — odparłem — ale pańskie uwagi świadczą o tym, że Rosjanie nie są tak skryci, jak się nam ich maluje; myślałem, że są nieprzeniknieni.
—  Są tacy u siebie, ale nie czują nieufności do nas, poczciwych Niemców — rzekł oberżysta wychodząc i uśmiechając się sprytnie.
Oto człowiek może nawet poczciwy, który bardzo się boi, by go nie wzięto za poczciwca! — pomyślałem śmiejąc się do siebie... Trzeba podróżować samemu, żeby wiedzieć, jak bardzo na charaktery wpływają reputacje, wyrabiane różnym narodom przez podróżników, często lekkomyślnych w swoich sądach z powodu lenistwa umysłowego. Każda jednostka usiłuje osobiście protestować przeciwko utartej opinii o swoich rodakach.
Jutro wsiadam na statek i zniosę z radością wszystkie niewygody związane z podróżą, byleby mnie niósł w stronę pustkowi i stepów... Stepy! Ta wschodnia nazwa sama przez się budzi we mnie przeczucie niezmiernej a cudownej przyrody, nieci we mnie pragnienie zastępujące mi młodość, odwagę i przypominające mi, że przyszedłem na świat tylko po to, by podróżować; to przeznaczenie mojej natury. Ale czy mam coś wyznać? Może nigdy bym nie przedsięwziął tej podróży, gdyby w Rosji nie było stepów. Doprawdy obawiam się, że jestem za młody na nasze stulecie i na kraj, gdzie żyjemy...
Mój powóz już się znajduje na statku; jest to, twierdzą Rosjanie, jeden z najpiękniejszych parowców świata. Nazywa się „Mikołaj I". Statek ten palił się w zeszłym roku podczas rejsu z Petersburga do Travemünde, przerobiono go i od czasu tej naprawy jest to jego druga podróż. Wspomnienie o tej katastrofie, która zdarzyła się podczas pierwszej podróży, budzi teraz tylko lekki niepokój u pasażerów.
...Po przebudowie nasz piękny statek tak przecieka, że nie może dopłynąć do Petersburga — przesiądziemy się na inny w Kronsztadzie, a dwa dni później odzyskamy nasze powozy, które nam przyślą na trzecim statku, płaskodennym. Mnóstwo kłopotów, ale ciekawość, główna cecha podróżnika, jest silniejsza niż wszystko...

Markiz de Custine, Listy z Rosji, tłum. Marian Górski, Wydawnictwo Aramis 1989, s. 14—15.

Źródło: Płaszcz zabójcy

środa, 5 grudnia 2012

Amazonia jest jedna, a ludzie są różni

Źródło

[...] Przypomniał mi się jeden z poszukiwaczy Fawcetta z lat trzydziestych, który dzielił ludzi na kategorie w zależności od reakcji na jego plany.

Byli Ostrożni, którzy mówili: "To niebywała głupota". Byli też Mądrzy, mówiący: "To niebywała głupota, ale przynajmniej następnym razem nabierzesz rozumu". Byli też Bardzo Mądrzy, którzy mówili: "To niebywała głupota, ale nie aż tak głupia, jak się wydaje". Byli też Romantycy, którzy najwyraźniej wierzyli, że gdyby wszyscy robili tego rodzaju rzeczy, świat byłby lepszym miejscem. Byli Zazdrośni, dziękujący Bogu, że nie jadą, i inni ludzie, którzy mówili mniej lub bardziej nieszczerze, że oddaliby wszystko, by pojechać. Byli Poprawni - ci pytali, czy znam kogoś w ambasadzie. Byli też Praktyczni - oni rozwodzili się nad szczepieniami i kalibrami. [...] Dalej Bojaźliwi, którzy pytali, czy spisałem testament. I ludzie typu: "W swoim czasie robiło się co nieco takich rzeczy, wie pan". Ci dzielili się ze mną rozwlekle sposobami na to, jak uporać się z mrówkami, i mówili, że małpa jest znakomita w smaku, podobnie jak jaszczurki i papugi, wszystkie smakują mniej więcej jak kurczak".[1][2]

Ja myślę, że podpadam pod kategorię Ostrożnych, w ostateczności Bojaźliwych. A Wy jak zareagowalibyście na plany wyprawy poszukiwawczej w rejon Amazonki, śladami człowieka, który zaginął kilkadziesiąt lat temu, wiedząc, że wszystkie wcześniejsze wyprawy poszukiwawcze, z wyjątkiem jednej, kończyły tragicznie dzieląc los poszukiwanego? Do której kategorii ludzi należycie?
_________________
[1] Peter Fleming Brazilian Adventure, s. 32. [w]: David Grann "Zaginione miasto Z", przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, s. 89-90.
[2] David Grann "Zaginione miasto Z", przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, s. 89-90.

Podróż po Ameryce i Meksyku (2)

Eva Karpati Sandor Marai
1959

Rosarita

Obok szlabanu granicznego, nad sklepioną bramą komory celnej napis informuje wielkimi literami: MEXICO. Straż graniczna niewidoczna, wszyscy swobodnie przechodzą przez granicę w tę i z powrotem. Napis jest prowincjonalny, wędrowiec wkracza do wielkiego kraju przez furtkę. W autobusie, który z Tijuany, przygranicznego miasta, wiezie pasażerów do letniska nad oceanem, zaduch: mieszanka zapachu mięsa, tłuszczu, oleju i zwierzęcego ciepła. Pasażerowie siedzą nieruchomo w tym stajennym smrodzie, wszyscy milczą, nawet dzieci. To południowa cisza - zwierzęcy bezruch, gnuśność pełna napięcia. Tak leży na słońcu wąż, nieruchomy, lecz w każdej chwili gotów zadać śmiertelną ranę. Wysłużony autobus kołysze się powoli wśród przydrożnych skał. Wszędzie dookoła spalone słońcem kamienie, łyse góry rdzawej barwy. Budynki nadmorskie jak wymarłe. Do pokoju prowadzi przybysza pies, ogrzewanie tu podłogowe, opalają gazem ziemnym. Rankiem gwałtowny blask słoneczny jak uderzenie biczem. Tuż przed drzwiami szum przypływu, fale Oceanu Spokojnego spryskują pianą próg domu. Światło tu palące, gna człowieka do cienia, piecze w oczy. Pustkowie nadbrzeża. Kilka drzew palmowych i domów z suszonej na słońcu cegły. Pies jest przyjazny i zachowuje się jak cicerone. W pobliżu znajduje się większe osiedle, Ensenada, tam prowadzi przybysza. Około południa przypływ się kończy. Fale wyrzucają na brzeg muszle, zdechłe morskie pająki, pancerze rozmaitych skorupiaków. Pies pogodnie bawi się muszlami i pancerzami raków. Potem siada u stóp pagórka i znieruchomiały długo wpatruje się w ocean, w to ucieleśnienie nieskończonego Ruchu. Węszy obojętnie i okrutnie konsekwentną, zawsze miękką, a jednak bardziej zwartą niż jakiekolwiek ciała stałe Siłę. Wraz z odpływem pojawiają się małe ptaszki wodne, myszkują, przeszukują wilgotny piasek nadbrzeżny. W tle góry krasowe. Słońce świeci, ale teraz już nie pali tak gorąco, raczej otula jak flanelowy pled.

W Meksyku nie jest źle. Gdy przemieszka się kilka lat w Stanach Zjednoczonych, tu nagle znów nie czuje się proletariackiego otoczenia. Pomocną część Ameryki zajęli proletariusze obdarzeni awanturniczą żyłką, ludzie biedni i umiejący zmagać się z losem, którzy opanowali ten kontynent, walcząc z niezwykle twardymi warunkami życiowymi. Rewolucja przemysłowa błyskawicznie stworzyła tu cywilizację, w miejsce proletariusza-pioniera pojawił się w Stanach Zjednoczonych proletariacki parweniusz, który wsiadł do wielkiego auta, zaś Wielkie Organizacje umeblowały - na kredyt -jego dom elektrycznie napędzaną wygodą. Ten północnoamerykański proletariusz, „bogaty biedak", pędzi swój parweniuszowski żywot pogrążony w konfuzji i napięciu. W Meksyku są żebracy, ale nigdzie nie widać proletariusza. Fakt posiadania lub nie, proporcje w posiadaniu tu także tworzą duże różnice społeczne, ale nie jest to linia odgraniczająca od siebie ludzi tak nieodwołalnie jak w Stanach Zjednoczonych.

W nocy w Tijuana ta „inna ludzkość" stroi grymasy. Meksykańczycy nie są proletariuszami w klasycznym sensie tego słowa, lecz nie są też harmonijni. W zachowaniu, spojrzeniu, gestach ludzi wyczuwa się swoistą wytworność, ale owa maniana - gęsta krew dawnych ras, klimat, zmieszanie krwi hiszpańskiej z indiańską i postawa obojętnej gnuśności - nie są wytworne, raczej chore. To choroba hiszpańska, pozostawiają ją wszędzie, gdzie postawią stopę, w Neapolu, w Meksyku, w ludzkiej krwi i postawach. W Tijuanie zapach cygańskiej fermentacji nadgranicznej siedziby. Noc ciepła i najwyraźniej wszyscy wylegli na ulice. W barokowym kościele, przestronnym i zwieńczonym kopułą -ściany pobielone na śnieżny i błękitny kolor, podłoga starannie wymieciona i umyta, w niszach ściennych zezowaci, pstro odziani święci - wierni nie kroczą po kamiennej podłodze, lecz posuwają się na kolanach. Dziwne spojrzenia: Indianka, stara kobieta, z płonącymi oczyma, patrzy dziko i ponuro. Spojrzenia kobiet gdzie indziej takie same - na ulicy, w sklepach: bezlitosne, atakujące i pożądliwe. W tak jednoznaczny, drapieżny sposób spoglądają nie tylko młode kobiety; także stare patrzą tak spod czarnych chust, których końce zarzucają na ramiona - w ich spojrzeniu czai się wieczna gotowość Kreatury, by schwycić każdy okruch. Ale w tych surowych spojrzeniach nie ma żądzy zysku. Czekają na „szansę", nie na zysk. Na ulicy nie widać księży. Mówi się, że antyklerykalizm wierzącego zabobonnie ludu meksykańskiego po dziś dzień pozostał żywy i porywczy. Około północy adwokaci i prostytutki pełnią dyżur wzdłuż całej długości ulicy. Autobus ruszający późną nocą w kierunku Ensenady j est brudny i nieoświetlony. Na siedzeniach ludzie pogrążeni we śnie, pootulani w łachmany. W pustej jadłodajni po północy chiński kucharz podaje meksykańską kolację, ale trudno rozróżnić jej składniki, bo ostre, palące przyprawy tłumią wszystkie inne smaki: ryby, mięsa i jarzynowego puree, wszystko płonie mi w ustach, jakbym był połykaczem ognia

San Diego

Z powrotem do Stanów Zjednoczonych w skrzącym się świetle, pomiędzy przykrytymi folią milowymi plantacjami pomidorów. Czysty, chłodzony autobus. Woda w przydrożnej gospodzie, której można się spokojnie napić, „zemsta Montezumy" nie zagraża. Opiekuńcza, udzielająca schronienia ochrona cywilizacji. Z pięknego, dzikiego, butnego Meksyku z powrotem do proletariacko-parweniuszowskich Stanów Zjednoczonych, gdzie w ciągu minionych stu lat pomimo surowych warunków pokolenie silnych ludzi Zachodu stworzyło masom taki poziom życia, jakiego w Meksyku tamtejsi mieszkańcy, pomimo istnienia refleksów wielkiej, dawnej kultury, nie byli w stanie stworzyć przez stulecia. Południowokalifornijskie miasto od pierwszego wejrzenia robi uspokajające, przyjazne wrażenie. Powietrze jest chłodne, słodkie i słone naraz. Przy szerokich alejach duże, ale nie luksusowe sklepy, spojrzenie przyciągają pobudowane na okolicznych wzgórzach gustowne, lecz nie wielkopańskie osiedla niewielkich rezydencji. Miasto amerykańskie, w którym wszystko jest łatwo dostępne, kojąco bliskie. I eleganckie na sposób południowy, jak Palermo. Park Balboa, miasto nad zatoką z budynkami w stylu hiszpańskiego renesansu, pod arkadami - to w Ameryce rzadkość. Budynki, które mówią o czymś więcej niż tylko o swoim przeznaczeniu, korzystają z luksusowych możliwości ornamentyki. W cienistym, wielkim parku, w szeregu pałaców pod arkadami kilka muzeów. W galerii obrazów niewiele dobrze wybranych płócien: kilku Flamandów, ale jest Goya, Greco, Tycjan i Rembrandt. W parku chłodne i wonne cienie. W „Cafe del Rey Moro", w niewielkim renesansowym pałacyku, pośród rzadkich krzewów, za kamienistą bramą o szlachetnym rysunku ciche patio i bezszelestny, uprzejmy personel. Do świetnej herbaty dają chłód, woń roślin i nade wszystko czas — nie pospieszają gościa. Na brzegu Oceanu Spokojnego nagle odzywa się tu cicho Europa -dawna Europa, ze swoimi zwyczajami i formami. W jednym z porośniętych magnoliami kątów parku parterowe domki jak z piernika. Całe ich urządzenie: w jednym fortepian, w innym ekspres do kawy. Nazwa tego miniaturowego osiedla: House of Pacific Relations, jest grą słowną o podwójnym znaczeniu. Nad drzwiami wejściowymi domków z piernika napisy: Chiny, Dania, Anglia, Węgry. Zamieszkali w okolicach San Diego przybysze z daleka w niedziele mają zwyczaj odwiedzać domki tej cottage. Tablica na ścianie powiadamia, że domki i urządzane tu spotkania to living symbol of the vitality of a vibrating lifeblood of many lands and owing loyality to one flag and one country. Jest w tym coś z poczciwości kółek śpiewaczych i męskich stowarzyszeń. Ale obok dyletantyzmu jest w tym prawdziwy idealizm: duch tolerancji i zdyscyplinowanej współpracy, a to sekret Ameryki. The lifeblood of many lands, krążenie tych rozmaitych rodzajów krwi w wielkim ciele, gotowość wtopienia się w całość i przyjęcia roli. To nie gładki frazes z niedzielnych kazań - to także dziś sekret prawdziwej wielkości Ameryki. Kto wyklucza, odgradza się, chroni czystość rasy, zawsze obumiera. Żyć i być wielkim potrafi tylko ten, kto zechce otworzyć się na świat.

Phoenix

Tablica umieszczona na fasadzie hotelu wielkimi literami obwieszcza, że w pokojach hotelowych i w całym budynku przez okrągły rok utrzymywana jest temperatura siedemdziesięciu stopni Fahrenheita. Ta stała temperatura jest tu na pustyni ogromnym luksusem. Miasto pełne jest bujnych ogrodów, kwiatów o krzyczących kolorach. Zauważalnie wiele prywatnych banków, które obiecują rozmaite „pożyczki" -piaski czekają na przedsiębiorczych pionierów. Przybysz z Europy byłby niesprawiedliwy, gdyby kręcił tu nosem na brak „kultury". W ciągu minionych pięćdziesięciu lat pionierom, którzy tu zawędrowali, przychodziło rozwiązywać na co dzień zupełnie inne problemy, nie mieli czasu prowadzić dysput o poezji francuskich symbolistów. Były to codzienne, dzikie zmagania z klimatem, skalistym, piaszczystym gruntem i z ludźmi. Połowa tutejszych gruntów to piasek, druga połowa - skały. Jest trochę kopalń i ziemi ornej. Teren jest ubogi w wodę, na zboczach wzgórz widać wielkie cysterny, w które chwytają wodę z tamtejszych źródeł. Mówi się, że Indianie po dziś dzień nie spieszą się do wzięcia udziału w tej wspólnej pracy. Latem wszystko tu zostaje wypalone. Powietrze jest zupełnie pozbawione pary, a deszcze rzadkie, tropikalne. W tym suchym klimacie nerkowcy niemal zdrowieją, podobnie jak w Egipcie.

Pogórze Zabobonów

W rozświetlonym oceanie pustyni oazy, rancza - kaktusy, ogrody pełne palm i pstrych kwiatów, wyposażone w praktyczne udogodnienia parterowe pałace, które pobudowali tu jako zimowe rezydencje kacykowie Ameryki, tutejsi „arystokraci". Kto jest „arystokratą"? Z pewnością nie decyduje tu pochodzenie, ale też i nie majątek, choć deklaracja podatkowa pełni tu taką rolę, jaką w Europie dyplom szlachecki. Hotele wzniesione pośrodku morza piasku. Na jasnozielonym trawniku podlewanym drogocenną wodą hotelowi goście grają w golfa w nabożnym, liturgicznym skupieniu sekty religijnej. Na kolorowych leżakach rozłożonych wzdłuż pola golfowego wylegują się ze szklaneczką whisky wielcy darmozjadzi Ameryki. Bizantyńskie towarzystwo: stroje, jakie noszą, już nawet nie są „feministyczne", przypominają po prostu liturgiczne szaty kapłanów jakiegoś Tajemnego Wyznania. Pieniądz to Potęga - w nowym Bizancjum, a więc nie tylko w salach pancernych nowojorskich kanionów przy Wall Street, ale także tu, pomiędzy Oceanem Atlantyckim a Spokojnym, w luksusowym hotelu w Arizonie, wierzą w to kapłani należący do kleru tej pogańskiej religii. Czerwone spodnie, liliowa koszula, żółte safianowe trzewiki, jasnoniebieska chustka na szyi - tak ubierają się członkowie tego stanu, a więc Wzięty Reporter, Znany Producent Artykułów Wędliniarskich, Wybitny Agitator Partyjny. Nie wydaje mi się, że wybór podobnego przebrania musi być oznaką skłonności homoseksualnych. To objaw czegoś bardziej skomplikowanego. To kostium na sekretną zabawę maskową, strój Wielkiego Wtajemniczenia. Co się za nim kryje? Wspólnota Władzy. Jak Nerona niosła po Via Appia kwadryga, tak tych współczesnych Neronów przenoszą po amerykańskich lustrzanych szosach luksusowe samochody napędzane siłą trzystu koni mechanicznych. A kardynałowie religii pieniądza w swych żółtych, czerwonych, niebieskich, zielonych jedwabnych szatach ponuro siedzą za kierownicą. W drugiej połowie XX wieku, w świecie mas ich widok jest niepokojący. Kiedy słońce gaśnie, Phoenix, skąpane w świetle miasto w Arizonie, traci swoje pustynne lśnienie i zmienia się w bezduszne amerykańskie prowincjonalne osiedle. Nowoczesne miasto nieruchomieje w nocy niczym zimą jaszczurka w chłodnym piasku. O czym myśli w nocy Amerykanin? Dni upływają mu na odrabianiu wielkiego zadania  biznesu. Ale o czym myśli nocą, kiedy już skończył z whisky i telewizją? Ile prawdy jest w tym „stałym optymizmie", którym - podobno - nasączona jest świadomość Amerykanów zamieszkałych pomiędzy trzema oceanami? Miejsca, mieszkań, żywności starczy tu dla jeszcze setek milionów ludzi. Możliwości rozwoju są nieogarnione. Cywilizacja amerykańska i świetne metody organizacyjne na długi czas zapewnią Ameryce przewagę i przywódczą rolę. Wierzą w bezwarunkową skuteczność reklamy. Czy dobrze się przy tym czują? Europejskie przysłowie uczy, że bywają sytuacje, w których drzewa zasłaniają las. Tu, w Ameryce, las zasłania drzewa: Statystyka przesłania Jednostkę, zza rozmaitych Wielkich i Licznych nie widać Małego. Ameryka zasłania Amerykanów. Wszystkie stacje radiowe i telewizyjne, wszystkie gazety dniem i nocą huczą od informacji, że trzydzieści milionów ludzi pali takie papierosy, czterdzieści milionów Amerykanów coś tam je albo pije, pięćdziesiąt milionów wierzy w to i tamto, do tego i owego jest przekonane... Ale las składa się przecież z drzew. Poeci w tych stronach muszą być przeraźliwie samotni.

Nowy Meksyk

Od świtu do późnego wieczora szosą przecinającą Nowy Meksyk. Czterysta mil drogi, głównie górskich serpentyn wyciętych w skalistym gruncie. W głębi, pod skałami - pustynia, ponure pustkowie bez kaktusów i roślinności. Położona wysoko droga pokryta jest szronem, śliska, autobus kręci po górskich serpentynach, ślizga się, zgrzytają hamulce. Słońce Arizony nagle zgasło, jakby w operze pogaszono światła do zmienionych dekoracji następnej sceny. Na niebie ciemnoniebieskie chmury, lodowaty wiatr. Rzadko widzi się przydrożną gospodę, gdzie można dostać coś gorącego do picia. Nie widać też ludzi ani zwierząt. W przeciągu kilku godzin następuje tak ogromna zmiana klimatyczna, jakby człowiek przeniósł się z Grecji do Norwegii. I oba te klimaty - suchy i gorący Arizony i wietrzny, zimny Nowego Jorku -stykają się w bezpośrednim sąsiedztwie. Przy kasie na poczcie siedzi starsza, starannie umalowana, platynowa blondynka. Czyta tanią zeszytową powieść. W zamyśleniu spogląda na kręcących się po pomieszczeniu klientów. Z daleka od wszystkiego, co może być jej bliskie, pogrążona w wielkiej samotności, wśród skał Nowego Meksyku, ośnieżonych, oblodzonych górskich szczytów, kowbojów: miejscowa Pani Bovary. Krótkowzrocznie, z odrazą mierzy wzrokiem pasażerów. Bardzo samotna.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Podróż po Ameryce (1)

1959

San Francisco

Na lotnisku w Nowym Jorku swojskość krzątaniny prowincjonalnych poczekalni. Nad kontynentami, chmurami i oceanami pojawił się nowy typ pasażera; większość ludzi podróżuje dziś tak samo obładowana tobołami, przybrudzona, ciągle coś podjadając, jak dawniej na prowincji podróżowała krytymi wozami. Świat zaczyna się robić prowincjonalny w kosmicznym sensie tego słowa.

Na Sutter Street na wystawie fotografa zdjęcia debiutantek: miejscowe ladies w balowych krynolinach, w wyszukanych kreacjach, wysztafirowane na pierwszy bal. Przed stu laty w tym mieście żyli niemal tylko awanturnicy. Kobiet prawie nie było. Gdy z rzadka przybijał tu statek z pasażerkami - bo czasami z portowych miast nad Morzem Śródziemnym grupy kobiet wypuszczały się w drogę ku dalekiemu, nowemu kontynentowi, skąd nadchodziły wieści, że poszukiwacze złota obsypują tam swoje damy złotym proszkiem - ludzie wybiegali na ulice, gapili się, palcami pokazywali sobie te pramatki. Większość balowych debiutantek jest prawnuczkami tych kobiet.

Telegraph Hill

W kilku miejscowych knajpach gromadzi się bohema San Francisco, to tutejszy Montparnasse. Pokolenie „mocnego uderzenia" - tak ich tu ironicznie nazywają- nie buntuje się, tylko neguje. Negacja jest dla nich nie środkiem, lecz celem. Ale partyzantka umysłowa prowadzona w regionalnych wymiarach zawsze się w końcu rozpada. W Ameryce nie istnieje „stolica" w umysłowym sensie tego słowa. Waszyngton jest centrum politycznym i administracyjnym i nie widać w nim śladu umysłowej gry zespołowej. Nowy Jork natomiast to wielki market, literacki i teatralny perski rynek, w którym obrotni kupcy handlują „artykułami umysłowymi". Jeśli kraj nie posiada intelektualnej stolicy - takiej, jaką był niegdyś Berlin i jaką do dziś jest Paryż - na okazjonalnych, regionalnych Parnasach panoszy się arogancki prowin-cjonalizm.

China Town

Obok Formozy i Hongkongu to największe skupisko Chińczyków za granicą. Zarejestrowanych jest tu ich oficjalnie trzydzieści tysięcy, ale dokładnych danych nie zna nikt, ponieważ do portu stale zawijają i odpływają z niego Chińczycy, z dokumentami lub bez. Niedawno aresztowano tu miejscowego szefa bandy przemytników ludzi, który w minionych latach przeszwarcował tu przez Hongkong bez wiz i paszportów ponad dwustu członków swojej rodziny.

Ulice tu strome i oślepiająco pstrokate. Pagodowe domki przypominają dekoracje w operze, poprzyklejano do nich od zewnątrz balkony jak ogon jaskółki, szpiczaste daszki, ozdobne wschodnie ornamenty. Smoki, demony i papierowe tygrysy szczerzą zęby ze ścian. Nazwy ulic wypisane znakami chińskimi. Dzielnica ma własną chińską centralę telefoniczną.

O północy głośno na ulicach. Wszystkie sklepy w blasku neonów, mnóstwo kupujących. Apteka, w której sprzedają zarówno penicylinę, jak i smocze zęby. Restauracje, w których karcie obok zupy z jaskółczych gniazd i bambusa na słodko widnieje schab z czerwoną kapustą. Na wystawie delikatesów różnokolorowe pudełeczka z dalekowschodnimi przyprawami. Na rogu ulicy krzykliwi gazeciarze sprzedają gazety pełne chińskich znaków. Wszystko jest tu butnie, demonstracyjnie chińskie, odrębne. Nie mają kompleksu niższości. Przy skrzyżowaniu dwóch alej bielona świątynia buddyjska, o pomocy pełna jest wiernych, którzy stale wchodzą i wychodzą. Chińczycy z San Francisco są lojalnymi obywatelami amerykańskimi. Lecz jednocześnie w głębi duszy pozostali Chińczykami i zachowali poczucie wyższości. Nie chodzi tu o kolor skóry, lecz o samoświadomość. Nie mają zamiaru się mieszać z Amerykanami, nie chcą „zjankesieć". Wielki Mur, który dawniej oddzielał Wschód od Zachodu, kończy się właśnie tu, na rogu jednej z ulic San Francisco. Są godnymi zaufania, doskonałymi rzemieślnikami i kupcami. Ale w granicach swego żółtego przygranicznego zamku żyją skierowani do wewnątrz, rządzą się własnymi prawami, mają niewidzialne, ale skutecznie działające ogranizacje sądownicze, a nawet -jak powiedział pewien tutejszy mieszkaniec, który jest dość zorientowany w ich życiu - własne więzienie. Władze amerykańskie nie są w stanie sięgnąć w głąb tej żółtej termitiery. Biznes, wychowanie, życie rodzinne, system praw, wszystko jest całkowicie niezależne od otaczającego ich życia amerykańskiego.

W jadłodajni o północy biedni Chińczycy jedzą pałeczkami z miseczek bez ucha wieprzowinę i smażony ryż. Właścicielka - wymalowana, gruba niewiasta - przechadza się w tę i z powrotem po brudnym pomieszczeniu. Tę potężną burdelmamę na pewno bardziej interesują plotki z Nankinu niż pikantne opowieści z Waszyngtonu. Siedzą tu wszyscy jak na progu, za którym zaczyna się ich świat, świat kolorowych. Plotki, sekretne i niewidoczne mrugnięcia okiem przenoszą wieści z Zachodu na Wschód. Możliwe, że kulisi Mao nie wierzą w zachodnie rozwiązania społeczne. Ale swoim krewniakom z San Francisco pewnie wierzą. Ich decyzja - jeśli kiedykolwiek ją podejmą - na długi czas zdeterminuje los połowy świata.

Wielkie Wahadło kołysze się i niewykluczone, że właśnie teraz i poza Europą przygotowuje w teraźniejszości i dla przyszłości coś, co na Zachodzie zwykło się nazywać historią. Coś się obraca, odmienia. Wielki kapitał amerykański - nie ten spekulacyjny, tylko Wielkie Pieniądze, a więc energia, energia napędu elektrycznego - powoli migruje ze Wschodu, ze wschodniego brzegu Oceanu Atlantyckiego, na Zachód, w kierunku Oceanu Spokojnego. Przemysłowe i handlowe centra San Francisco i Kalifornii stanowią dziś taki magnes dla kapitału, jak sto lat temu, w epoce pionierskiej, hasło Young man go West!1. Zarysy Wielkiego Przedsięwzięcia przyszłego wieku urzeczywistniają się na Wschodzie. A kapitał zachodni powoli, sukcesywnie przesuwa się w stronę brzegów Oceanu Spokojnego.

Highway No. 1. O świcie, wczesnym rankiem, gdy wyruszamy, dusząca mgła. Palo Alto było własnością pewnego Kalifornijczyka nazwiskiem Stanford. Dla uczczenia pamięci zmarłego syna ustanowił tu około 1880 roku uniwersytet i pozostawił mu trzydzieści milionów twardych dolarów, ponieważ - jak napisał w liście donacyjnym - chciał, żeby studenci „...poznali, jak błogosławiona jest wolność, którą reguluje prawo". W centrum kampusu wielki budynek kościelny w stylu romańsko-mauretańskim, jak w tej okolicy wszystkie klasztory i kościoły misji. Budynki kościoła, biblioteki, fakultetów charakteryzuje demonstracyjny przepych. Ta laicka odmiana dawnego ducha misyjnego dziś chce wychowywać już nie pionierów, lecz fachowców, którzy będą kontynuować misję cywilizacyjną w duchu pryncypium użyteczności.

Mgła podnosi się. Szosa numer 1 na brzegu oceanu przechodzi w El Camino Real, trasę pierwszych hiszpańskich misjonarzy i ich towarzyszy, wędrownych żołnierzy, awanturników spragnionych krwi i złota. W drugiej połowie XVIII wieku po ówczesnych bezdrożach wędrował - raz boso, innym razem obuty - Padre Serra, franciszkanin, założyciel nadbrzeżnych misji. Musiał być wyjątkowym człowiekiem: posiadał zmysł strategiczny i administracyjny i - podobnie jak święty Stefan - dostrzegł na pustkowiu miejsca, na których trzeba budować, łączył zalety wodza i inżyniera. Pozostała po nim ta droga z betonu, biegnąca wzdłuż brzegu oceanu.

W amerykańskiej przestrzeni zdumiewa, z jaką siłą i w jak krótkim czasie zajęli i poznali ten kontynent przybysze z Europy. Podbój ojczyzny przez budowę dróg jest jednym z wergiliuszowych rozdziałów bohaterskiego eposu Ameryki.

W Europie są doskonałe drogi, ale zaczynano je budować przed dwoma tysiącami lat, razem z Via Appia. Natomiast w Ameryce tę niezmierzoną i doskonałą sieć dróg ludzka wola wyczarowała z pustkowia i dzikiego stepu w przeciągu kilku dziesięcioleci.

Wzdłuż krętej nadbrzeżnej Camino Real wszędzie winiarnie i przydrożne budki, w których sprzedają świeżo zerwane awokado, pomarańcze, cytryny, rozmaitego rodzaju renklody, jabłka, gruszki, figi. Dostatek kanaański, porównywalny z bogactwem sadów Kampanii, okolic Neapolu. Drzewa rosnące przy drodze - eukaliptusy, magnolie, bananowce, cała ta roślinna grupa Laokoona - budzą dziwnie antropologiczne skojarzenia, jak drzewa figowe w Italii. Świeci słońce, ocean prawie nieruchomy, dosłownie „spokojny". Praciało wodne lśni w świetle niczym rtęć. Skaliste wybrzeże pełne patosu, jak okolice Włoskiej Riwiery koło Ravello. Ale nadbrzeżna roślinność nie jest tak swojska jak w okolicach Morza Śródziemnego. Natura jeszcze tu nie złagodniała, jak na ogół w krajobrazie europejskim. Dziwne te drzewa podczas nadbrzeżnych wichur gną się i opierają ze świstem i wyciem. Mimozy drżą i zasypują drogi wełnistymi, puszystymi lokami swych żółtych włosów.

Monterey

Miasteczko ma historyczną rangę: przed stu laty, kiedy Kalifornia, opuściwszy hiszpańsko-meksykański świat, przeszła na status janke-ski, to osiedle było stolicą, tu wciągnięto po raz pierwszy na maszt sztandar Unii. Przedziały czasowe są tu inne niż w Europie: wydarzenia sprzed stu lat grubo pokrywa mech historii. Komora celna w porcie, gdzie władze meksykańskie przesłuchiwały przemytników, domek, w którym podczas gorączki złota poszukiwacze kruszcu przechowywali zdobycz, złoty proszek, wszystko to przebrzmiała przeszłość tu, gdzie nie ma jeszcze przeszłości. Wielu intelektualistów schroniło się tu przed pustką biznesu właściwą amerykańskiej cywilizacji miejskiej. Ale ich idylla już się kończy: miasto zajmują zamożni emeryci, a spekulanci nieruchomościami zwąchali zysk „historycznego miejsca".

Jednak w Monterey pozostał swoisty historyczny zapach: po dziś dzień wyczuwa się tu hiszpańskość, inność. W porcie rybacy w czółnach o szklanym dnie obserwują podwodny świat. Powietrze można tu gryźć, kroić, jest czyste i ma dobry smak, jak gazowany, dobrze zamrożony napój orzeźwiający. Po rozgrzanym przez Golfstrom niczym pralnia, wilgotnym klimacie nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego to powietrze działa tak jak kieliszek szampana na czczo.

Po drodze do Carmelu widoki sławnej „siedemnastomilowej drogi". W popołudniowym słońcu na nadbrzeżnych skałach wygrzewają się foki. Za jednym z zakrętów daje się słyszeć sławna „podwójna fala" oceanu: uderzenie fal nadchodzi z dwóch kierunków, podobnie jak na północy przy końcu wyspy Long Island, w zakątku Montauk Point. Kąpiel tu jest ogromnie niebezpieczna, dwie fale nieustannie zmagają się ze sobą, pędzą ku sobie i razem opadają na brzeg, jak gladiatorzy.

Carmel

To miejsce jest czymś w rodzaju Capri nad Pacyfikiem. Ma charakter hiszpański, patia domów, sklepy pełne delikatnego meksykańskiego srebra i wyrobów wyplatanych, tarasy kawiarni, wszystko hiszpańskie. Obsiadła je bohema, która przy kawie i czerwonym kalifornijskim winie tkwi w pełnym urazy i bezradnym oczekiwaniu. Na ścianach kawiarni obrazy - a właściwie „bezobrazy" - tak zwane abstrakcyjne, które wyemigrowały z piwnicznych pracowni dzikich artystów dzielnicy bohemy nowojorskiej, Greenwich Village, i przybyły tu na brzeg oceanu. Żyją tu jak Indianie w rezerwatach. Brodaci młodzieńcy w beretach trwonią czas na niczym, w kominku dymią żywiczne polana. Całe towarzystwo spowija aura wielkiej samotności. W przybrzeżnej zatoce pelikany stoją pogrążone w takiej samej pełnej oczekiwania samotności. W głębi zielonej wody oceanu wieloryby puszczają fontanny.

Droga pomiędzy Monterey a Santa Barbara, pewnie ze dwieście kilometrów nadbrzeżem, jest jednym z odurzająco pięknych nadmorskich krajobrazów kalifornijskich. Gdzieniegdzie zielone trawniki obok plaż, słynne pola golfowe, jak Pebble Beach. Cała okolica skrzy się w słonecznym blasku. Spokojna wyższość oceanu, uderzenia zielonej piany fal o brzeg, śnieżyca białych ptaków na skałach, wszędzie na granitowych głazach foki, a w spienionej wodzie wieloryby: wszystko to jest uroczyste i wielkoświatowe. Porośnięte trzciną wydmy nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego nie są tak poetyckie. Wszędzie kwitnące drzewa mimozy. Wieje silny wiatr, surowy i słony wiatr zachodni, patetyczny jak pierwsze wersy ody Shelleya. Wzdłuż drogi na jednej ze skrzynek pocztowych wypisano białą farbą nazwisko: „Miller". Pisarz, którego książki o tematyce erotycznej mogły się przez długi czas ukazywać jedynie w Europie - Henry Miller - jest teraz wiodącym autorem rynku seksualnej powieści brukowej. Jego utwory napisane z wymuszoną dosłownością, pełne mętnych wywodów, udające erotomanię, sprzedawane są teraz w tanich wydaniach, a turyści z przejęciem zwiedzają osadę o nazwie Big Sur, gdzie ów seksuolog znalazł schronienie na stare lata. Ale to wszystko tylko interes, starannie obliczony na zbijanie pieniędzy.

W ciemnej głębi ogrodów zdarzają się budowane z kamienia, samotne domy w hiszpańskim stylu. Po drodze miejscowość San Simeon, w której Hearst, wielki mistrz amerykańskiej prasy bulwarowej, wybudował sobie szczególne wesołe miasteczko: posprowadzał z Europy kamienie z rozmaitych zamków, wieże kościelne, balkony, rzadkie meble i wzniósł na szczycie góry spektakularną stupokoj ową rezydencję, z basenem, katedrą, importowanymi palmami i kaktusami. Okolica jest pagórkowata, porośnięta cyprysami, przypomina Toskanię. W pobliżu Santa Maria w przybrzeżnych wodach stoją off-shore--oil \ jak wielkie metalowe komary, które spod wody, z głębi przybrzeżnego mułu wysysają ropę naftową. Potem jeszcze wioska duńska, gdzie na wydrążonych w skałach półkach przechowują obrośnięte pajęczyną butelki, rzadkie wina kalifornijskie. Właściciel, wzruszając ramionami, powiada, że mieszkańcy Kalifornii po dziś dzień chętniej piją mocny alkohol niż wino, bo „szybciej działa". „Nie piją tak, jak powinno się pić", powiada z przyganą.

Droga robi się stroma, przybrzeżne skały są kruche. Zimny wiatr znad oceanu z wyciem szarpie listowie cytrynowych gajów. Potem widać pola karczochów, potężna wzgórze porośnięte winoroślą, posadzonymi w równiuteńkich rzędach suchymi krzewami winorośli.

W hotelu w Santa Barbara rozgadany tłum: zjazd komiwojażerów, tych hałaśliwych statystów amerykańskiego prowincjonalnego życia hotelowego, którzy pod pozorem kolejnej kursokonferencji co jakiś czas wyjeżdżają, by - ryczałtem i grupowo - uwolnić się na kilka dni od swoich żon. Przeżuwające, pewne siebie istoty stadne, a przy tym aż do śmieszności, przesadnie wymagające. Amerykańscy turyści są prawie zawsze skromni, uprzejmi i cisi, wszędzie posłusznie czekają na swoją kolej, a za duże pieniądze, które płacą, nie żądają niczego ekstra, są dobrze wychowani i cierpliwi. Natomiast uczestnik kursokonferencji - siła w masie! -jest hałaśliwy i wulgarny.

Pasadena

Wysoko nad Los Angeles, w muzeum Huntingtona Biblia pauperum. Księga dla niepiśmiennych księży i wiernych powstała w jednym czasie z Biblią Gutenberga. Na jej stronicach małe obrazki przedstawiają najbardziej charakterystyczne momenty wydarzeń z Pisma Świętego. Prosty lud na podstawie takich właśnie obrazków dowiadywał się o sensie słów Pisma - Jonasz ukazany w brzuchu ryby. Podobnie jak dziś, kiedy w dodatkach do gazet głupawe rysunki comic strip opowiadają prymitywnemu czytelnikowi historyjki ze świata mas. Pewnego dnia te klocki z rysunkami ożyły. Potomkiem Biblii pauperum jest kino, tak jak je urzeczywistnia Hollywood. Z okien muzeum Huntingtona widać w dole miasto, do którego pielgrzymują ludzie najrozmaitszego autoramentu, kupcy i geniusze, błędni rycerze i awanturnicy ze świata fantazji, by robić filmy, nową biblię dla ubogich duchem.

Pewien tutejszy dziennikarz, urodzony w Los Angeles i zapalony patriota miasta, powiada: „W minionych dziesięcioleciach inteligencję amerykańską kusiły dwa kierunki życia intelektualnego - komunizm i psychoanaliza. Potomkowie tak jeszcze niedawnego pokolenia pionierów, ludzi twardych i rzetelnych, mogli zamiast postawy indywidualnego przetrwania wybrać bezosobową odpowiedzialność". Powiada też, że w Ameryce żołnierz zawodowy nie ma tak wysokiej rangi społecznej, jak osiągający sukcesy człowiek interesu. „To naturalne - dodaje z powagą - ponieważ tak naprawdę uchyla się on od walki. Nie chodzi o czas wojny, bo wtedy żołnierze zawodowi trwają na swoich posterunkach jak wszyscy na polu walki. Ale w czasie pokoju uchylają się od walki, wybierając stałą pensję i nęcący dobrą emeryturą status żołnierza zawodowego. W czasie pokoju trudniej jest sprzedać elektroluks, niż być żołnierzem". Pokazuje mi osiedle domków, w nich drogie mieszkania, pobudowane dla podstarzałych małżeństw żyjącej w dostatku klasy średniej; ci ludzie opuszczają swoje domy w okolicy, bo ich dzieci są już dorosłe, a życie na prowincji jest nudne. Dziennikarz informuje mnie, że w całym Los Angeles na takie domy przypada największa liczba samobójstw - bogaci starcy nie mają czym wypełnić swych ostatnich lat. Cytuje jednego z miejscowych lekarzy psychiatrów, który powiedział: „Nie wystarczy dodać życiu lat. Do tych lat potrzeba jeszcze dać życie. A to bardzo trudne".

Sandor Marai "Dziennik".

sobota, 24 listopada 2012

Podróż Sandora Marai po Ameryce Północnej

Kanada

Kiedy podróżny przybywający ze Stanów Zjednoczonych przekracza granicę kanadyjską i z jednego ogromnego kraju przyjeżdża do drugiego ogromnego kraju, ani przez chwilę nie czuje, że podróżuje pomiędzy „różnymi krajami". Wciąż przemieszcza się po kontynencie i ten kontynent, Ameryka, jest w większym stopniu kontynentem niż cokolwiek, co pomiędzy brzegami oceanu dzieli granica między oboma państwami. W Europie tego się nie czuje, tam zawsze podróżuje się z kraju do kraju.

W Montrealu Army Day. Po głównej ulicy defiluje jak jeden mąż armia kanadyjska, z czołgami, z kozą o złotych rogach, z grubym tam-burmajorem, Murzynem, który z mocarstwową dumą podnosi do góry laskę dyrygencką, i orkiestrą Szkotów w kraciastych spódnicach. Kanadyjczycy są świetnymi żołnierzami, bitni, zdyscyplinowani, poważni, podczas obu wojen światowych pokazali, co umieją. A jednak ta świetnie uzbrojona armia robi tak przedatomowe wrażenie... Jak dziś chyba każda armia.

Toronto

Droga prowadzi przez ponury krajobraz, tysiącami kilometrów same pastwiska. Toronto niczym wielka wieś o milionie mieszkańców, z wielopiętrowymi domami. W tavern, w której smutni ludzie popijają kwaśne piwo, napis: Entrance (a dokładniej end ranee) only for men'. Niedawno popełnił tu samobójstwo pewien emigracyjny aktor węgierski. Nowi emigranci źle znoszą tutejszy nastrój małego angielskiego miasteczka.

Niagara

Przejeżdżam taksówką most oddzielający Kanadę od Stanów Zjednoczonych, amerykański oficer graniczny zagląda przez okno, pyta, kim jestem - tak wygląda tu kontrola graniczna. Po europejskich scenach granicznych bardzo mi to odpowiada. Od lat dzieciństwa nie podróżowałem z kraju do kraju tak, jak kiedyś nasi ojcowie podróżowali po Europie: z wizytówką i wiarygodnością wypowiedzianego słowa. Ale szoferowi kanadyjskiemu amerykański żołnierz graniczny już nie wierzy i każe mu otworzyć bagażnik: Maybe, there is somebody, mówi ze śmiechem. Coś takiego czasem się przydarza.

Popołudnie na Koziej Wyspie. To tutejsze Capri. Przez kilka godzin leżę w trawie na brzegu wodospadu. Wielka gra wody, której nie potrafi zbanalizować turystyczna reklama, obserwowana bezpośrednio, z bliska, przemawia do mnie z dziką konsekwencją. Słońce mocno świeci, cień drzew jest głęboki, trawa pachnąca. Wielka woda tuż obok mnie opada w głąb. Rzeczywistość tego wodospadu w epoce atomowej przynosi szczególne skojarzenia. Leniwie kołysząca się, wolno płynąca rzeka zmienia się naraz w dziki, buchający wodospad... tak zmienia się wszystko, co istniało w chwili moich urodzin. Tak zmieniła się Epika, Tryb Życia, Odczucie Życia... Toczyły się leniwie jak rzeka, a dziś niepowstrzymanie kłębią się, szumią i buchają jak wodospad.

Buffalo

Miasto na brzegu wielkiego jeziora jest wieczorem dziwnie puste: błyszczą neony, na ulicach ludzie, ale to wielkie, prowincjonalne miasto pozostaje jednak niepojęcie „puste"; nie na zewnątrz, lecz od wewnątrz. Za mlecznymi, żółto świecącymi, zakratowanymi oknami wielkiego budynku cienie spacerują w tę i z powrotem. Siedzę na ławce i długo obserwuję te cienie. To więzienie. Dekoracja i nastrój jak z E.T. A. Hoffmanna. Ale jeszcze bardziej niepokojący, tajemniczy.

Nowy Jork

Nocny przylot do Nowego Jorku zawsze coś we mnie budzi. To miasto mówi do mnie tylko nocą, milionami kolorowych świateł, ich blaskiem. Nie sposób określić, „gdzie" się zaczyna czy kończy Nowy Jork. Wszystko skrzy się, bez żadnego celu, niebezpiecznie, nadludzko. Czuję tylko, że przyjechałem... ale dokąd? Prawie wypowiedziałem: „do domu".

L. powiada, że „sny zmieniają się stosownie do kontynentów" - człowiek nie śni „tego samego" w Ameryce, co w Europie.

Możliwe, że Proust miał rację, gdy sądził, że artysta, pisarz tak naprawdę pracuje ciągle nad jednym i tym samym tematem, pisze zawsze „tę samą" książkę, maluje wiecznie ten sam temat. On sam może się zmienić, ale temat i gatunek, który przynależy tylko do niego, pozostanie niezmienny.

Znowu sen o powrocie do kraju, zmieniają się tylko postaci, ale sen pozostaje ten sam. Strach, który opada mnie pod koniec snu - że wróciłem do domu i że już nigdy nie będę mógł stamtąd wyjechać - był tej nocy około wpół do czwartej nad ranem silniejszy niż kiedykolwiek dotąd. I przebudzenie pełne poczucia winy i ulgi, ocknięcie się, „że to tylko sen", co przynosi naraz uspokojenie i rozczarowanie.

W tych miesiącach kilka osób pisało mi: „Dobrze, że nie było pana w kraju, bo komuniści na pewno spróbowaliby zrobić z pana poputczyka - ale też żałujemy, że nie był pan tu z nami w dniach rewolucji". Tak właśnie jest chyba naprawdę.

Sandor Marai "Dziennik".

wtorek, 13 listopada 2012

Zima

"Zima! Sądzę, że większość ludzi uważa tę porę roku jedynie za okres burz, zimna i wszelakich przykrości, że godzi się z nią jako ze złem koniecznym. Wprawdzie nadzieja na parę potańcówek trochę rozjaśnia ich horyzonty, ale mimo wszystko — zimno i ciemności — nie, dziękuję! Stanowczo wolę lato!

Nie potrafię powiedzieć, co myśleli i czuli moi współtowarzysze wobec zbliżającej się zimy; ja sam oczekiwałem jej z przyjemnością. Kiedy stałem na ośnieżonym pagórku i widziałem przyjazny promyk światła padający przez nasze kuchenne okno, przenikało mnie uczucie nieopisanego zadowolenia. Niech srożą się choćby najgorsze burze; niech noce zimowe będą jeszcze ciemniejsze — tym przytulniej i wygodniej będzie w naszym wspaniałym domku! Drodzy moi czytelnicy! Widzę dokładnie wyraz powątpiewania na waszych twarzach i wiem, co chcecie powiedzieć! „No dobrze, ale czy się pan nie bał, że część płyty lodowej może się oderwać i popłynąć wraz z wami na pełne morze?" Chcę odpowiedzieć na to pytanie możliwie szczerze i uczciwie. Z wyjątkiem jednego z nas doszliśmy do przekonania, że w tym miejscu, gdzie stoi nasz dom, lód spoczywa na trwałej podstawie. Dlatego dalecy byliśmy od wszelkich obaw co do nie zamierzonej podróży morskiej. Ale i ten spośród nas, który uważał, że lód jest zanurzony w wodzie, nie odczuwał strachu wiem to z całą pewnością. Zresztą sądzę, że i on z biegiem czasu przyłączył się do poglądu pozostałych.

Wódz, który chce wygrać bitwę, musi być stale w pogotowiu. Gdy jego przeciwnik zrobi jakieś posunięcie, winien on umieć natychmiast wystąpić z właściwym kontrposunięciem; wszystko musi być z góry dokładnie obliczone, nic nie przewidzianego nie powinno mu pomieszać szyków. My znajdowaliśmy się w położeniu takiego właśnie wodza. Musieliśmy z góry dokładnie rozważyć, co nam przyszłość może przynieść, i zawczasu się na to przygotować. Kiedy słońce nas opuści i zapadnie długotrwała ciemność, wówczas będzie już za późno. [...]

Coraz niżej i niżej odbywało słońce swą codzienną wędrówkę po niebie. Już w pierwszych dniach po powrocie z ostatniej wyprawy niewiele go było widać, 11 kwietnia zaś ukazało się i znikło prawie w tym samym momencie. Dopiero jednak od 21 kwietnia słońce skryło się na dobre.

Co się tyczy naszego domu, to wszystko było tam w jak najlepszym stanie i lepiej już być nie mogło. Natomiast przedsionek, który pierwotnie pomyślany był jako pomieszczenie robocze, okazał się wkrótce o wiele za mały, za ciemny i za zimny. Oprócz tego trwał tam ciągły ruch, co często przeszkadzało w pracy, a niekiedy na dłuższy czas całkiem ją uniemożliwiało. Prócz tej ciemnej dziury nie mieliśmy żadnego innego miejsca do pracy, a tymczasem pozostało nam jeszcze tak wiele do zrobienia. Można było wprawdzie wykorzystać naszą izbę, ale tam przez cały dzień jeden drugiemu wchodziłby w drogę i wszyscy by sobie przeszkadzali. Nie miałem zresztą ochoty przeznaczać na warsztat jedynego pomieszczenia, które zapewniało nam spokój i wygodę. Wiem wprawdzie, że zwykle tak się robi, ale zawsze wydawało mi się to niewłaściwe. W tej sytuacji naprawdę trudno było o dobrą radę. Na szczęście przyszły nam z pomocą okoliczności. Zapomnieliśmy mianowicie, muszę się do tego otwarcie przyznać, zabrać ze sobą jedno z narzędzi, które w czasie wypraw polarnych odgrywa pierwszorzędną rolę, a mianowicie szufle do śniegu. Dobrze wyposażony zespół podróżników, jakim do pewnego stopnia byliśmy, powinien posiadać co najmniej tuzin grubych, mocnych żelaznych łopat; tymczasem nie posiadaliśmy ani jednej. Znalazły się wprawdzie dwie stare, nieduże szufle, ale to nam niewiele pomogło. Na szczęście mieliśmy mocną płytę żelazną i nasz kowal Bjaaland sporządził z tego cały tuzin pokazowych łopat; Stubberud dorobił drzewce i wszystko poszło gładko niczym w wielkiej fabryce. Jak wkrótce zobaczymy, początkowy brak łopat miał ogromne znaczenie dla przyszłego powodzenia naszej wyprawy. Gdybyśmy mieli je od początku, jako ludzie zamiłowani w porządku każdego ranka odgarnialibyśmy śnieg sprzed drzwi. Ale ponieważ ich nie było, z każdym dniem coraz więcej śniegu gromadziło się przed wejściem. Kiedy Bjaaland był wreszcie gotów z łopatami, utworzyła się już olbrzymia zaspa, ciągnąca się od drzwi wejściowych wzdłuż zachodniej ściany domu. Mocno drapaliśmy się w głowę na widok tej zaspy, która w wielu miejscach miała wysokość domu. Uzbrojeni w nowe łopaty zamierzaliśmy odrzucić śnieg i przebić drogę. Gdy staliśmy, ogarnięci przerażeniem na myśl o czekającej nas robocie, jednemu z nas — chyba Lindströmowi albo Hanssenowi, a może i mnie samemu, zresztą to nieważne, komu — przyszła do głowy wspaniała myśl, aby pójść ręka w rękę z przyrodą, zamiast się jej przeciwstawiać. Projekt polegał na tym, aby w zaspie wyżłobić jamę na warsztat stolarski i połączyć ją z domem. Projekt został przyjęty natychmiast i jednomyślnie, po czym rozpoczęło się kopanie, które miało poważne następstwa, gdyż w ślad za pierwszym przekopem poszły następne i rzecz zakończyła się dopiero wtedy, gdy zbudowaliśmy całe podziemne miasto. Prawdopodobnie była to jedna z najbardziej pasjonujących prac, jakie kiedykolwiek podejmowano na terenie obozu polarnego.

Amundsen i jego załoga

Działo się to w czwartek, 20 kwietnia 1911 roku. Podczas gdy trzech z nas drążyło w zaspie korytarz w kierunku zachodnim od drzwi domu, trzej inni równie pilnie pracowali nad połączeniem zaspy z domem. Przeprowadziliśmy to w ten sposób, że deski, których używaliśmy na statku jako pomostu dla psów, ułożyliśmy pomiędzy zaspą a dachem przedsionka. Od strony północnej, pomiędzy zaspą a przedsionkiem, wznieśliśmy mocną ścianę, ze śniegu, sięgającą aż do dachu. Po stronie południowej przestrzeń między przedsionkiem a zaspą śnieżną pozostawiono wolną; miała służyć jako wyjście. Opanowała nas teraz prawdziwa gorączka budowania, jeden przez drugiego wysuwał coraz wspanialsze projekty. W końcu postanowiliśmy przekopać wzdłuż całej zaspy korytarz, który kończyć się miał wielką chatą ze śniegu, w której zamierzaliśmy urządzić łaźnię parową. Wspaniałe to były plany! Łaźnia parowa pod 79° S! Hanssen, który z powołania okazał się budowniczym chat ze śniegu, podjął się tego dzieła. Na początek wybudował on chatkę małą, ale mocną, a później tak ją powiększył, że kiedy była wreszcie gotowa, mierzyła od podłogi do pułapu cztery metry. Mieliśmy tutaj istotnie dość miejsca na urządzenie łaźni! W tym czasie słychać było, jak kopacze chodnika posuwają się naprzód, i można było poznać, że odgłos ich motyk i łopat dochodzi z coraz to mniejszej odległości.

Gdy Hanssen był gotów ze swoją chatą, wziął się z zapałem do drążenia tunelu z drugiego końca, a kiedy już raz do czego się zabrał, robota paliła mu się w rękach Było wyraźnie słychać, jak oba oddziały zbliżały się coraz bardziej ku sobie. Spotkają się czy też się rozminą? Przyszedł mi na myśl tunel simploński, tunel Gravehals i tym podobne prace. Jeżeli tamci mogli spotkać się ze sobą we wnętrzu gór, to i nam musi się to udać. Hola! Rozpromienione oblicze, które ukazało się dokładnie w tym miejscu, gdzie właśnie zamierzałem zagłębić łopatę, wyrwało mnie z rozmyślań. Wisting był tym, który przebił tunel Framheimu. Miał szczęście, że nie utracił przy okazji nosa. O mały włos byłbym mu go wziął na łopatę! Długi, biały tunel zakończony wysoką, połyskliwą kopułą — był to doprawdy piękny widok!

Drążąc coraz dalej wkopywaliśmy się jednocześnie w głąb gruntu, aby nie osłabić sklepienia tunelu. W tym kierunku było śniegu i lodu aż nadto. Po ukończeniu tej pracy zabraliśmy się do urządzania warsztatu stolarskiego. Musieliśmy teraz kopać znacznie głębiej, ponieważ z tej strony zaspa trochę się zaokrąglała. Najpierw wkopywaliśmy się w zaspę z prawej strony chodnika, może nieco bliżej łaźni, a potem dopiero prosto w dół. O ile sobie przypominam, zagłębiliśmy się tam prawie na dwa metry poniżej powierzchni lodu.
Warsztat był bardzo przestronny, dostatecznie szeroki dla dwóch stolarzy i dość długi, żeby zmieścić sanki. W ścianie wycięto miejsca na strugarki i wyłożono je deskami. Od zachodu przytykało do warsztatu maleńkie pomieszczenie, w którym stolarze przechowywali bardziej precyzyjne narzędzia. Z warsztatu wychodziło się na piękne szerokie schody, wycięte w śniegu i obłożone deskami; prowadziły one do tunelu. Gdy tylko warsztat był gotów, natychmiast wprowadzili się tam nasi rzemieślnicy, występujący odtąd pod nazwą „spółdzielni stolarzy".


poniedziałek, 1 października 2012

O podróżowaniu

Sándor Márai 

1 sierpnia 1938 roku

W tych gorących dniach, kiedy poczta codziennie przynosi kolorowe widokówki to z gór, to znad morza, kiedy ludzie uganiają się za nowoczesnymi sposobami podróżowania i przeżywania świata, przypomniał mi się stary album. Odszukałem go i długo przeglądałem.

Ten album ma sto lat, pochodzi z tajemniczej rodzinnej rupieciarni. (Każda rodzina ma coś takiego). Minęło sto lat od czasu, kiedy człowiek, który wykleił te karty fotografiami, wycinkami z gazet i pamiątkami, co jakiś czas wyjeżdżał i zwiedzał świat. Znał już pociąg i statek parowy, ale najczęściej podróżował powozem. Musiał być kimś ciekawym świata, bo wybierał się w podróż co rok, był w Szwajcarii, W Paryżu i w Londynie, objechał też Węgry, odwiedził Kassę, Löcse, Oradeę. Wszystko, co po drodze zobaczył i uznał za godne zapamiętania, trafiało do albumu, który potem gdzieś się zawieruszył, a ja go teraz oglądam po stu latach.

Ten mój daleki i nieznany krewny podróżował jeszcze z pietyzmem. Pojechał do Paryża, obejrzał w Luwrze Wenus z Milo, kupił barwną reprodukcję, przywiózł ją do domu, wkleił do albumu i podpisał: Wenus z Milo. Kupił też obraz przedstawiający angielski parlament, umieścił go w albumie i podpisał: „Tu mieszka angielska demokracja”. W Karlsbadzie oglądał przedstawienie teatralne, przywiózł stamtąd na pamiątkę drukowany złotymi literami program teatralny. W Lilafured na brzegu jeziora Hamori zobaczył dwie ciekawe, rzadkie odmiany paproci, które również znalazły się w albumie. Z Paryża przywiózł egzemplarz sławnego pisma „Charivari” z 7 marca 1838 roku, pełnego plotek i śmiesznych karykatur. W Wiedniu bardzo spodobał mu się ogród schönbruński, przywiózł stamtąd kwiat. Dziesięć lat później zdobył portret Petöfiego, wkleił do albumu i podpisał: „Dziś widziałem Petöfiego”.

Ten album jest skromny i naiwny. Z rozczuleniem przewracam jego pożółkłe karty. Ale po chwili coś sobie uświadamiam i ogarnia mnie wstyd. Bo ja już nie śmiałbym przywieźć z Paryża i umieścić w albumie obrazka z Wenus z Milo ani podpisać go przez wzgląd na niedokształconych. Obcy już nam ten drobiazgowy, odświętny, nieśmiały i delikatny sposób oglądania, odczuwania, nasłuchiwania świata. My każdego lata rzucamy się na niego jak szaleni, opychamy się nim obiema rękami. Wszystkiego nam mało! W ciągu sześciu dni chcielibyśmy zobaczyć góry — wszystkie góry! — od Szpicbergów do Tatr Wysokich, Lido, Paryż, razem z Luwrem i Juan-les-Pins, za pół ceny. Kto dziś wybiera się w podróż, pospiesznie wysyła jedną-dwie kartki „z tego pięknego miejsca” i uważa za naturalne, że to piękne miejsce jest Kopenhagą czy Wenecją. Sto lat temu podróżny wymawiał jeszcze te nazwy z nabożeństwem. Do Gastein szykował się tak jak my na wyprawę do Indii, ale był jeszcze bardziej przejęty i wzruszony. Przeżycie stanowiła zwykła podróż do Wiednia czy nad jezioro Hamori, nawet przemówienie króla Ferdynanda otwierające narady parlamentu węgierskiego w Pozsony było dla słuchacza wydarzeniem, choć cesarz i król Ferdynand był, biedak, półgłówkiem i w Pozsony udało mu się wygłosić wszystkiego półtora zdania. Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.

Podróżujemy wygodnie, bardzo szybko i na wielką skalę. W ciągu dziesięciu godzin przelatujemy z Pesztu do Helsinek. A pocztówka, którą wysyłamy do kraju ze stolicy Finlandii, Londynu czy Rzymu, najczęściej przychodzi później niż my, niespokojni wędrowcy. Mój krewniak przed stu laty jechał przez świat powoli, ale coś widział. Każda rzecz była dla niego nowością, nawet Wenus z Milo i cesarz Ferdynand. Dla nas wszystko jest takie, jakbyśmy już to widzieli — może w jakimś prospekcie? — a błyskawiczne wojaże odbywali właściwie tylko dla sprawdzenia. Tak, wszystko jest na swoim miejscu, rzeźby Thorvaldsena, szczyt Jungfrau, pomnik Ibsena w Oslo i parlament angielski. W porządku, możemy wracać do domu. Świat mieści się w aparacie Kodaka, wspomnienia przesuwają się jak klatki filmu, wszystko jest niewyraźne i zlewa się ze sobą, a wspomnienia z podróży kurczą się do rozmiarów hasła. Podróżny sprzed stu lat jeszcze marzył o świecie jak o trudnym i zarazem wspaniałym przeżyciu, o Petófim i o angielskim parlamencie. Ja dziś zazdroszczę mu tych marzeń.

Sándor Márai, W podróży, tłum. Teresa Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich 2011, s. 88-91.

Źródło: Płaszcz zabójcy, autorzy: Lirael i Zacofany w lekturze.

wtorek, 25 września 2012

Moja kariera w przemyśle filmowym

Siedziałem czekając na prezydenta kompanii, dla której miałem pracować. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i jakiś człowiek o straszliwej twarzy i przekrwionych oczach wbiegł do pokoju. Za nim pędem wbiegło kilkanaście sekretarek, maszynistek, asystentów i osobników, których płci nie udało mi się zidentyfikować, gdyż wszyscy zdradzali tak krańcowe wyczerpanie fizyczne i psychiczne, iż twarze ich stały się niemożliwe do odróżnienia.
- To pan napisał tę pierdoloną historię o lotnikach? - zahuczał prezydent. - I co? Pan by chciał, aby kobieta w końcu odeszła od swego męża? I kto to ma finansować? Niech pan wymyśli coś innego dla tej kurwy. Niech jej mąż zginie przy lądowaniu. 
- To niemożliwe - powiedziałem. - Jej mąż jest doświadczonym lotnikiem i pracując jako pilot rolniczy ląduje co czterdzieści pięć minut. Założywszy nawet, iż musi lądować na miękkim terenie i że lądowanie takie musi odbywać się na flapsach zamkniętych do dwudziestu pięciu stopni i przy otwartej przepustnicy... Prezydent przerwał mi władczym ruchem ręki.
- To niech go szlag trafi w innych okolicznościach. Pan przecież nie myśli poważnie, że ta kurwa może odejść na końcu, zostawiwszy swego męża. Odejść z innym mężczyzną! Nam nie wolno produkować filmów niemoralnych. - Odwrócił się do jednego ze swych sekretarzy. - Fred, zawieź go gdzieś. Zapomniałem, jak się nazywa ta miejscowość. Tam są takie dziwne skały. To mu się przyda.
Miotając klątwy ruszył przed siebie; tłum sekretarzy, maszynistek, asystentów i doradców wybiegł za nim. Widziałem go jeszcze, jak pędził podwórzem wznosząc obie pięści nad głową. Nie widziałem już nigdy potem ani jego, ani tych dziwnych skał, które niewątpliwie mogłyby zmienić mój pogląd na kobiety, odchodzące od swych mężów; i tak to się w ogóle skończyło.

Marek Hłasko "Moja kariera w przemyśle filmowym" [w]: tegoż "Listy z Ameryki", „Kultura" 5/1967, Paryż.