Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzień z życia pisarza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzień z życia pisarza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett


PROCES MYŚLOWY

„20/20 Magazine”, maj 1989

Krótki tekst o pisaniu tekstów. Uważni czytelnicy zauważą, że w tym czasie mój umysł zajmowały Pomniejsze bóstwa.

To całkiem precyzyjny opis procesu twórczego w działaniu…
Wstaję, śniadanie. Włączam komputer, patrzę w ekran.
Patrzę w ekran jeszcze trochę.
Nadal patrzę w ekran, ale nadstawiam ucha, czy nie nadchodzi listonosz. Przy odrobinie szczęścia dostarczy worek poczty, pozwalający na spędzenie pracowitego ranka. Ostatnia powieść właśnie poszła do wydawcy. Nic do roboty. Wielka próżnia w samym środku świata.
Przychodzi poczta. Jeden list. Na papierze w zwierzątka, z prośbą o zdjęcie z autografem.
No dobrze, dobrze, poszukajmy informacji. Na potrzeby fabuły następnej powieści o Dysku trzeba się dowiedzieć czegoś o żółwiach. Mam niejasne przeczucie, że mówiący żółw będzie istotnym elementem akcji. Nie wiem dlaczego – żółwie wyłoniły się właśnie z gatunkowej nieświadomości. Prawdopodobnie pod wpływem moich żółwi, wyłaniających się z hibernacji i obecnie w szklarni udających Bertranda Russella.
Wyciągam książkę o żółwiach z pudła w zapasowym pokoju.
Stanowczo musimy w końcu zbudować regały na książki. (Sprytny pomysł był taki, żeby przyciąć deski w garażu, z użyciem ekierek i całej reszty, nałożyć dwie warstwy politury, a potem wnieść do domu i zmontować na kołki i klej – setki książek w równych rzędach… Interesujący eksperyment naukowy: co się dzieje z drewnem, które kilka tygodni stało w zimnym i wilgotnym garażu, kiedy trafi nagle do ciepłego i suchego pokoju? O trzeciej w nocy odkryłem, że każdy element zmniejsza się o 0,32 centymetra).
Ciekawy przypis w książce o żółwiach przypomina, że najsławniejszym żółwiem w historii jest zapewne ten, który spadł na głowę wielkiego greckiego filozofa… jak mu było? Bardzo sławny, gdzie tylko wspomni się o tym zrzucaniu żółwia… Nagła i nieodparta chęć zbadania tej sprawy, łącznie z kwestią: co o tym wszystkim myślał żółw. Ciągle mi się wydaje, że to był Zenon, ale na pewno nie.
Sprawdzenie, że to Ajschylos, zajmuje dwadzieścia minut. Nie filozof, ale tragik. W jego utworach akcja podejmowała ważką tematykę religijną, służąc za forum rozwiązywania głębokich konfliktów moralnych i wyrażając wspaniałość myśli i języka. A potem wysoki świst i dobranoc. Z ciekawości sprawdzam też Zenona. Aha, to ten, który twierdził, że logicznie biorąc, nie można dogonić żółwia.
Powinien to powiedzieć Ajschylosowi.
Czytam też o młynkach modlitewnych oraz – bez konkretnego powodu – o Williamie Blake’u. W tym czasie dzwoni jakaś kobieta i pyta, czy to dentysta.
Praca wyraźnie posuwa się naprzód. Główna sprężyna kreatywności wyraźnie się nakręca.
Do pracy więc – pilnie wykonuję kopię zapasową dysku. To jest piękne w komputerach. Za dawnych ciężkich czasów maszyn do pisania, kiedy spadał poziom kreatywności, człowiek musiał się zajmować ostrzeniem ołówków i czyszczeniem szpilką czcionki. Komputer gwarantuje nieskończone możliwości dłubania przy nim, twórczego konstruowania makr, skrupulatnej regulacji zegara czasu rzeczywistego i tak dalej; porządna, uczciwa praca.
Siedzenie nad klawiaturą i przed ekranem to praca. Tysiące biur działa dzięki tej zasadzie.
Patrzę na ekran.
Ciekawe, dlaczego orzeł zrzucił tego nieszczęsnego żółwia na tragika. Przecież nie po to, żeby rozbić skorupę, jak piszą w książce. Orły nie są głupie. Grecja cała jest z kamieni, więc jakim cudem taki orzeł, mając całą Grecję do wyboru, trafia dokładnie w łysą głowę Ajschylosa? Swoją drogą ciekawe, jak się po grecku pisze Ajschylos.
Słownik kultury klasycznej w pudle na strychu.
Drabina w garażu.
Trzeba umyć samochód.
Lunch.
Uczciwie przepracowany ranek, nie ma co.
Znowu przed ekranem.
Patrzę w ekran.
Dzwoni inna dama i pyta, czy to Paradise (położony niedaleko motel ma numer telefonu różniący się tylko jedną cyfrą od naszego). Udzielam dowcipnej odpowiedzi numer trzy.
Patrzę w ekran. 
Zaczynam się zastanawiać: Może to jednak nie była wina orła, może miał zadanie do wykonania, leciał już w zbyt wielu misjach, rany, przecież wyrzucą cię z orlich sił powietrznych, jeśli zaczniesz się martwić niewinnymi filozofami, na których zrzucasz żółwie. Paragraf 22. Nie. 
Patrzę w ekran.
Nie. To jasne, że żółw wszystko zaplanował od samego początku. Miał jakąś urazę do tragika – może ostatnia sztuka Ajschylosa jakoś obraziła żółwie, może padło w niej zbyt wiele szybkoistowskich dowcipów, może zauważył okulary w szylkretowej oprawie… Ty brudny draniu, zabiłeś mojego brata.
No więc porwał orła, trzymał się nóg nieszczęsnego ptaka – jak żółw w dawnym logo Friends of the Earth – i zduszonym głosem podawał mu wskazówki: wektor 19, bipbipbip, Geronimooooo…
Patrzę w ekran.
Ciekawe, czy orzeł ma coś jeszcze, czego mógłby się chwycić zdesperowany żółw.
Sprawdzam w encyklopedii ptaków z pudła na schodach. O rany…
Kolacja.
Patrzę w ekran. Obracam myśli w głowie. Żółwie, łysa głowa, orły. Hm… Nie, to nie może być autor sztuk; do jakich ludzi żółwie natychmiast czują niechęć?
Północ.
Patrzę w ekran. Niejasno sobie uświadamiam, że prawa ręka uderzyła w klawisze, otwierając nowy plik. Zaczynam oddychać bardzo powoli.
Piszę 1943 słowa.
Łóżko.
Przez cały dzień już myślałem, że nam się nie uda.

Terry Pratchett "Kiksy klawiatury. Eseje i nie tylko"/A Slip Of the Keyboard/, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

niedziela, 8 stycznia 2017

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett (2)

SOBOTY

Britain in a Day (Terry Pratchett opisuje swoją typową sobotę), „Radio Times”, 12 listopada 2011

Budzę się. To ważne. Jest sobota, dla wielu ludzi tradycyjny dzień odpoczynku. Dla mnie jednak są tylko dwa rodzaje dni: takie, kiedy jest na miejscu Rob Wilkins, mój asystent, i takie, kiedy go nie ma.
Ogólnie biorąc, piszę codziennie, uwzględniając tylko zobowiązania rodzinne; dzisiaj piszę pierwszy szkic nowej książki, co jest przyjemne, więc leżę w łóżku i cieszę się stukaniem czajnika, gotów na pierwszą herbatę dnia. Potem idę do łazienki, biorę prysznic, przycinam wąs i sortuję poranne tabletki, głównie na ciśnienie, w tej chwili już całkiem pod kontrolą. Z pozostałych trzech jedna zwalcza okazjonalne ataki lumbago, a dwie pozostałe stają między mną i nieubłaganym postępem alzheimera.

wtorek, 6 października 2015

Dzień z życia pisarza: Samuel Pepys



16 lipca 1666 roku 

Leżałem w łóżku całe rano i większą część popołudnia, nękany srogimi bólami a wiatrami, nie mogąc oddać wody albo mało. Niebo było tego dnia zadziwiająco ciemne i rano deszcz, a w Harwich spadł pono grad wielkości orzecha. Wypiłem tylko trochę rosołu, który lubię. Resztę dnia spędziliśmy z Baltym, który przybył z morza na dzień lub dwa. Wieczorem wziąłem lewatywę i poczułem się lepiej, i noc miałem niezłą. 

*Dziennik Samuela Pepysa*, t. , tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 65.

niedziela, 16 czerwca 2013

Humory żony

Podsłuchująca służąca,
mal. Nicholaes Maes, 1657 rok.
7 lutego 1669 roku, niedziela 
 
Żona rano bardzo na mnie zrzędziła, że niespokojnie spałem i że to teraz ustawicznie ze mną bywa, i że to ze złych myśli, które mi się śnią... i okrutnie była wzburzona. Ale jakoś to się rozwiało i poszedłem do kościoła. Kiedy wróciłem, zastałem ją w okropnym humorze i to trwało całe popołudnie; zamknęła się w swoim pokoju, zła i rozżalona, i nie mogłem z niej wydobyć, co jej dolega, ni wymóc na niej, by mnie wpuściła do siebie. Ale na koniec dała mi wejść i znalazłem ją płaczącą na podłodze, i nie mogłem jej niczym ukoić; aż na koniec wyłożyła mi jak na dłoni, że ją zdradzam z naszą służącą Jane, i podała mi parę niedorzecznych okoliczności, jako to, że Jane nie wstaje, póki ja nie wyjdę z mego pokoju, czyli chce, abym ją widział, jak się odziewa; i że na pewno chodzę do jej pokoju. Co takim jest głupstwem i tak dalekim od prawdy, że nie mogłem tego wziąć do serca, chociaż nie mogę się dziwić, że ona się niepokoi, skoro takie myśli przychodzą jej do głowy. W końcu tak ją przekonałem, że w wielkim przyjacielstwie poszliśmy wcześnie do łóżka.
 
Samuel Pepys, Dziennik, t. 2, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 387-388.
 
Źródło: Płaszcz zabójcy
 

sobota, 6 kwietnia 2013

"Życie, to zwykłe i codzienne, może być wspaniałe"

Andrzej Bobkowski

4 kwietnia 1943 roku 

Słońce i wiosna. Niedziela. Wróble oszalały. Królik konsjerżki uciekł z klatki i zwiedza ostrożnie podwórze. Jedno ucho zwisa mu na bok i jest przekomiczny. Biała kula puchu na nogach. Śmieję się, bo ma w ruchach coś złodziejsko-łobuzerskiego. Wolno wślizguje się w krzaki i nagle wypada z nich prosto przed siebie, pędząc na złamanie karku. Wychylam się przez poręcz i rzucam okruszki z chleba. Wróble nurkują z drzewa na ziemię, porywają zdobycz i uciekają. Królik coś tam zrozumiał, ale nie całkiem. Patrzy na wróble i ma rozczulająco głupią minę. Niemal widać, jak w tej głowie coś się plącze i tumani. Konsjerżka wyszła z „loży" krokiem przetłuszczonej kaczki, coś zakwakała, weszła do klozetu, oczywiście nie zamykając drzwi. Spuściła wodę i wylazła. W ciszy porannej i słonecznej woda szumi jak cały wodospad. Znowu kwaka sama do siebie i stara się złapać królika. Słońce oświetla już dachy domów i niedługo wpadnie do naszego pokoju. Jestem głodny i cieszę się na śniadanie i na pierwszego papierosa. Pojedziemy na rowerach do lasku. Absolutnie nic nie myślę. Żyję. Gorąca herbata, chleb z serem, potem z konfiturą. Papieros. A potem mam ochotę cały wskoczyć do umywalni. Łażę nago po pokoju. Szkoda, że jeszcze nie można jechać w szortach. Z sąsiednich domów dolatuje muzyka z radia. Wykarmiany na Wielkanoc kogut, zawieszony w klatce na jakimś tam balkonie, zapiał. Żeby tylko deszczu nie napędził. Stara Horwatowa, służąca babci, zawsze mówiła, że jak kogut pieje w dzień, to „na plusk". O jednym moim kuzynie mówiła, że „jest taki czysty, że można by się z niego kawy napić". Babcia mówiła „ta stara Horwatka" i twierdziła, że w Krakowie wszystko jest droższe niż w Bochni. Postanawiamy zjeść obiad wcześniej i pojechać po obiedzie.

Andrzej Bobkowski z żoną Barbarą
Schodzę na dół do rowerów i nagle piekielny huk. Salwa wszystkich dział przeciwlotniczych w całym Paryżu. Potem odległy grzmot, trwający minutę, może dwie, i stłumione brzęczenie motorów. Wyskoczyłem na podwórze, ale nic nie widać. Przeszli wysoko zagubieni w błękicie wiosennego nieba. Oporządziłem rowery i zjedliśmy obiad. Wyjeżdżamy. Na avenue Daumesnil ciągnie jeden nieprzerwany sznur ludzi w kierunku lasku Vincennes. Wózki dziecinne piszczą, szurgot tysięcy stóp. Wszyscy idą niedbale, rozleniwieni, rozklejeni. Już są wiadomości - bombardowali „Renault". Dużo osób zabitych na polu wyścigowym Longchamps, gdzie spadło kilka bomb w tłum ludzi na wyścigach. Nie popisali się ci Amerykanie - gdzie Longchamps i gdzie „Renault"? Seryjna robota. Tam śmierć, strzępy ludzkie i ruiny domów, setki zabitych i tysiące opłakujące najbliższych, tu słoneczny dzień, tłum rozbawionych ludzi, beztroska perląca się w kieliszkach pitego na tarasach musującego wina. Garcon, un verre de mousseux. Śmiechy, chłopiec całuje dziewczynę, matka bawi się z dzieckiem, jadę i cieszę się słońcem. Już chwila napięcia minęła, huk i warkot czteromotorowych potworów z w głąb i przestał istnieć. Życie... Z drzew buchają już iskierki świeżej zieloności, drżą w słońcu i puszą się.

Na wycieczce rowerowej z żoną
Daleko za Paryżem, w pobliżu Joinville siadamy na trawie. Ziemia jest jeszcze wilgotna i chłodna. Jemy czekoladę i biszkopty, skręcam papierosa i dymię w niebo. Basia pisze jakiś wiersz. Jeden z tych jej wierszyków, prostych i dziecinnych. Szuka rymu do "fortepian". Też pomysł. Mówię: "sobiepan". - „Jędrek, jakiś ty głupi" - słyszę odpowiedź poetki. Patrzę w niebo i myślę, jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka. Słońce jest białe, płynne, rozlewa się i grzeje. Późnym popołudniem zajeżdżamy do Fontenay do Robertów. Obydwoje są w ogródku i grzebią się w ziemi. Gromadka dzieci jest rozbawiona i na progu stoi najmłodszy Filip. Na wszystko, co się do niego mówi, odpowiada doskonale podsłuchanym u dorosłych „Hein? Hein?" Mówić nie umie, a tego już się nauczył. Basia przegląda greckie książki Jacques'a i konstatuje, że wszystko zapomniała. Mówię jej, żeby się nie martwiła, bo najważniejsze jest to, co się zapomniało, jak to ktoś tam powiedział. Jemy kolację z Robertami i wracamy o zmroku. Jest chłodno i tylko gdzieniegdzie wpada się w falę ciepłego powietrza. Pachną jabłonie i świecą w mroku białością i bladym różem. Czarne zręby zamku Vincennes rozpuszczają się w coraz to ciemniejszym niebie. Życie, to zwykłe i codzienne, może być wspaniałe.


Źródło: Płaszcz zabójcy

niedziela, 6 stycznia 2013

Listy pisarzy - Karen Blixen

Karen Blixen w 1928 w wieku 43 lat

List Karen Blixen do matki, Ingeborg Dinesen


Ngong. 3 stycznia. 1928 roku 

...Denys i ja urządziliśmy spokojną powtórkę naszego świątecznego obiadu, z iluminacją i świerkiem, lecz zrezygnowaliśmy z siedzenia do północy, żeby pożegnać stary rok. Nie mogę powiedzieć nic innego, jak to, że był to cudowny rok, z Twoimi odwiedzinami i, pomimo wszystkich zmartwień, z zadowalającymi wynikami na farmie, z długimi odwiedzinami Denysa i dobrymi wiadomościami z domu.

wtorek, 1 stycznia 2013

"Czuję, że zbliża się nowe życie"

1 stycznia 1915

Jaki marny dzienniczek, ale zdecydowałam się prowadzić go w tym roku. Doczekaliśmy się odejścia Starego Roku i nadejścia Nowego. Była cudna noc, błękitna i złota. Zabrzmiały dzwony kościelne. Wyszłam do ogrodu, otworzyłam furtkę i omal nie cofnęłam się z powrotem. J. [John Middleton Murry] stał w oknie i wyciskał pomarańczę do filiżanki. Cień róży sztamowej tworzył na trawniku mały bukiecik. Księżyc i rosa pokryły wszystko blaskiem. O samej północy zdawało mi się, że słyszę kroki na drodze, i przestraszona uciekłam do domu. Lecz nikt nie przeszedł. J. powiada, że zachowałam się jak dzieciak. Oczyma duszy ujrzałam ducha. L. M., bardzo blada, z rozwianymi włosami i z ciemnymi oczami pełnymi trwogi.
Mam dwa życzenia na ten rok: pisać i zarabiać. Pomyśleć tylko: mając pieniądze moglibyśmy pojechać, gdzie zechcemy, moglibyśmy mieć pokój w Londynie, moglibyśmy sobie pozwolić na swobodę, niezależność i dumę wobec nic nie znaczących ludzi. Bieda nas tylko tak przycisnęła. J. nie potrzebuje pieniędzy i nie chce zarabiać. Ja muszę, ale jak? Przede wszystkim skończyć tę książkę [powieść Maata]. To na początek. Kiedy? W końcu stycznia. Jeśli ci się uda, jesteś uratowana. Gdybym pisała cale dnie i noce, mogłabym to zrobić. Tak, mogłabym. Dalej więc! Czuję, że zbliża się nowe życie. Wierzę, jak zresztą zawsze wierzyłam, że ono przyjdzie i wszystko będzie dobrze.

Katherine Mansfield, Dziennik, tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik 1985, s. 33-34.

niedziela, 25 listopada 2012

Pięćdziesiąte siódme urodziny

1957

[...] Janos strzyże się w śródmieściu. Opowiada, że jego gęste fale obcinał łysy fryzjer, Portorykańczyk, i ta sytuacja krępowała go, ponieważ „łysy nie może obcinać innym włosów bez uczucia zazdrości". Czułem czasem coś podobnego, czytając krytyki literackie.

Pięćdziesiąte siódme urodziny. Lektury: święty Paweł, List do Kolosan, Kropla balsamu Aranya, Życie człowieka Vorosmartyego. Podczas spaceru uczucie paniki, że c o ś się kończy. To tylko chwila, ale rozum nie potrafi uporać się z tym.

Złość Kierkegaarda, z jaką zwraca się przeciw „chodzącym do kościoła", którzy „zdradzili chrześcijaństwo, jeśli sądzą, że już są chrześcijanami, jeśli w niedziele idą do kościoła", jest naiwna. Boga można odnaleźć wszędzie, nawet w kościele. Chrześcijanin, który w niedzielę, choćby tylko dla zachowania formy, idzie do kościoła, jest nie mniej religijny niż ten, który sądzi, że ma rację, gdy demonstracyjnie zostaje w domu. Rada Gide'a: „Nie sądź, Nathanaelu, że Boga możesz znaleźć gdziekolwiek indziej niż wszędzie", jest słuszna; ale w pojęciu „wszędzie" zawiera się także kościół.[...]

Może nie umiem się modlić. Może inaczej trzeba się modlić, mechanicznie - jak na młynku do modlitw - lub bez słów. Może źle się modliłem.

Za każdym razem, gdy przypomina mi się ganek Willi Kisfaludyego w Badacsony, przeszywa mnie dreszcz. Krajobraz widziany z ganku tego domu skąpany jest w słońcu, wulkaniczny i specyficznie „węgierski".

W nocy ulewa. Rankiem w lesie. Ścieżka błotnista, mokra. Nie ma ładnego zapachu, ale pachnie przynajmniej stęchlizną... Cała okolica, las, wszystko w Ameryce jest w specyficzny sposób bezwonne. Może słone powietrze oceaniczne wyługowuje z amerykańskiego krajobrazu zapachy?

Istnieje w angielskiej literaturze typ człowieka podobny do bardzo inteligentnego Doriana Graya, alkoholik i salonowy komunista, osobnik agresywny i niespokojny. To chrześcijanin nieodmieniony przez Łaskę. W dzisiejszym świecie nie ma chyba ludzi równie głęboko, neurotycznie nieszczęśliwych jak inteligentni Anglicy.

Po południu z Janosem na wystawie Picassa. Trochę się buntuje, ale potem mówi, że „czuje się jakąś siłę" pośród tego bezsensu. Pewne studium o Picassie informuje, że „mistrz nie ma zamiaru popaść w artystyczną sklerozę", dlatego ciągle poszukuje „nowych" środków wyrazu. Ale „nowe", które jest „ciągle nowym", staje się monotonne. To kurczowe, maniakalne „poszukiwanie nowości" staje się właśnie umysłową sklerozą - wielka siła Picassa z początku wieku, jego fantazja formalna prędko przekształciła się w usystematyzowane grymasy artysty „bojącego się powtórzeń", w ćwiczenia gimnastyczne, mechaniczne silenie się na oryginalność. Artysta, który nie ma odwagi rozwijać się harmonijnie i zmieniać się razem ze swym talentem, lecz za wszelką cenę chce być „nowatorski i oryginalny", staje się tak samo żałosny jak podstarzały mężczyzna biegający za swoją potencją.[...]

Przedpołudnie na Wall Street. Stamtąd na wybrzeże, do doków. Zimne, czyste światło. Pomiędzy Wall Street a uliczkami portowymi, w tych cementowych „kanionach" Nowy Jork wydaje się szczególnie wielkomiejski, swojski, stary. Są tu staroświeckie, zmurszałe restauracyjki, jakiś pradawny ludzki nieporządek w małych uliczkach, gdzie biedni urzędnicy nieprzeliczalnego Pieniądza wygrzewają się na słońcu, spacerują i jedzą lunch podczas krótkiej przerwy obiadowej. W tych Bankach, Pałacach czuje się dziką, bezlitosną siłę, nieznana pogańska religijna energia porusza to wszystko - już nawet nie Pieniądz, lecz Zamiar, który stąd promieniuje na cały świat.

Zdechł pies, którego Rosjanie zamknęli w sputniku, i teraz rakieta krąży wokół Ziemi ze zdechłym psem na pokładzie. Jeśli tak dalej pójdzie, za jakiś czas Ziemia będzie krążyć wokół Słońca ze zdechłą ludzkością „na pokładzie".

Sandor Marai "Dziennik"

sobota, 24 listopada 2012

Podróż Sandora Marai po Ameryce Północnej

Kanada

Kiedy podróżny przybywający ze Stanów Zjednoczonych przekracza granicę kanadyjską i z jednego ogromnego kraju przyjeżdża do drugiego ogromnego kraju, ani przez chwilę nie czuje, że podróżuje pomiędzy „różnymi krajami". Wciąż przemieszcza się po kontynencie i ten kontynent, Ameryka, jest w większym stopniu kontynentem niż cokolwiek, co pomiędzy brzegami oceanu dzieli granica między oboma państwami. W Europie tego się nie czuje, tam zawsze podróżuje się z kraju do kraju.

W Montrealu Army Day. Po głównej ulicy defiluje jak jeden mąż armia kanadyjska, z czołgami, z kozą o złotych rogach, z grubym tam-burmajorem, Murzynem, który z mocarstwową dumą podnosi do góry laskę dyrygencką, i orkiestrą Szkotów w kraciastych spódnicach. Kanadyjczycy są świetnymi żołnierzami, bitni, zdyscyplinowani, poważni, podczas obu wojen światowych pokazali, co umieją. A jednak ta świetnie uzbrojona armia robi tak przedatomowe wrażenie... Jak dziś chyba każda armia.

Toronto

Droga prowadzi przez ponury krajobraz, tysiącami kilometrów same pastwiska. Toronto niczym wielka wieś o milionie mieszkańców, z wielopiętrowymi domami. W tavern, w której smutni ludzie popijają kwaśne piwo, napis: Entrance (a dokładniej end ranee) only for men'. Niedawno popełnił tu samobójstwo pewien emigracyjny aktor węgierski. Nowi emigranci źle znoszą tutejszy nastrój małego angielskiego miasteczka.

Niagara

Przejeżdżam taksówką most oddzielający Kanadę od Stanów Zjednoczonych, amerykański oficer graniczny zagląda przez okno, pyta, kim jestem - tak wygląda tu kontrola graniczna. Po europejskich scenach granicznych bardzo mi to odpowiada. Od lat dzieciństwa nie podróżowałem z kraju do kraju tak, jak kiedyś nasi ojcowie podróżowali po Europie: z wizytówką i wiarygodnością wypowiedzianego słowa. Ale szoferowi kanadyjskiemu amerykański żołnierz graniczny już nie wierzy i każe mu otworzyć bagażnik: Maybe, there is somebody, mówi ze śmiechem. Coś takiego czasem się przydarza.

Popołudnie na Koziej Wyspie. To tutejsze Capri. Przez kilka godzin leżę w trawie na brzegu wodospadu. Wielka gra wody, której nie potrafi zbanalizować turystyczna reklama, obserwowana bezpośrednio, z bliska, przemawia do mnie z dziką konsekwencją. Słońce mocno świeci, cień drzew jest głęboki, trawa pachnąca. Wielka woda tuż obok mnie opada w głąb. Rzeczywistość tego wodospadu w epoce atomowej przynosi szczególne skojarzenia. Leniwie kołysząca się, wolno płynąca rzeka zmienia się naraz w dziki, buchający wodospad... tak zmienia się wszystko, co istniało w chwili moich urodzin. Tak zmieniła się Epika, Tryb Życia, Odczucie Życia... Toczyły się leniwie jak rzeka, a dziś niepowstrzymanie kłębią się, szumią i buchają jak wodospad.

Buffalo

Miasto na brzegu wielkiego jeziora jest wieczorem dziwnie puste: błyszczą neony, na ulicach ludzie, ale to wielkie, prowincjonalne miasto pozostaje jednak niepojęcie „puste"; nie na zewnątrz, lecz od wewnątrz. Za mlecznymi, żółto świecącymi, zakratowanymi oknami wielkiego budynku cienie spacerują w tę i z powrotem. Siedzę na ławce i długo obserwuję te cienie. To więzienie. Dekoracja i nastrój jak z E.T. A. Hoffmanna. Ale jeszcze bardziej niepokojący, tajemniczy.

Nowy Jork

Nocny przylot do Nowego Jorku zawsze coś we mnie budzi. To miasto mówi do mnie tylko nocą, milionami kolorowych świateł, ich blaskiem. Nie sposób określić, „gdzie" się zaczyna czy kończy Nowy Jork. Wszystko skrzy się, bez żadnego celu, niebezpiecznie, nadludzko. Czuję tylko, że przyjechałem... ale dokąd? Prawie wypowiedziałem: „do domu".

L. powiada, że „sny zmieniają się stosownie do kontynentów" - człowiek nie śni „tego samego" w Ameryce, co w Europie.

Możliwe, że Proust miał rację, gdy sądził, że artysta, pisarz tak naprawdę pracuje ciągle nad jednym i tym samym tematem, pisze zawsze „tę samą" książkę, maluje wiecznie ten sam temat. On sam może się zmienić, ale temat i gatunek, który przynależy tylko do niego, pozostanie niezmienny.

Znowu sen o powrocie do kraju, zmieniają się tylko postaci, ale sen pozostaje ten sam. Strach, który opada mnie pod koniec snu - że wróciłem do domu i że już nigdy nie będę mógł stamtąd wyjechać - był tej nocy około wpół do czwartej nad ranem silniejszy niż kiedykolwiek dotąd. I przebudzenie pełne poczucia winy i ulgi, ocknięcie się, „że to tylko sen", co przynosi naraz uspokojenie i rozczarowanie.

W tych miesiącach kilka osób pisało mi: „Dobrze, że nie było pana w kraju, bo komuniści na pewno spróbowaliby zrobić z pana poputczyka - ale też żałujemy, że nie był pan tu z nami w dniach rewolucji". Tak właśnie jest chyba naprawdę.

Sandor Marai "Dziennik".

środa, 14 listopada 2012

Virginia Woolf o innych pisarzach

Sobota, 12 kwietnia 1919

Tych dziesięć minut kradnę Moll Flanders, której nie udało mi się ukończyć wczoraj, zgodnie z planem zajęć, jako że uległam pokusie przerwania lektury i wyprawy do Londynu. Ale patrzyłam na Londyn, szczególnie na białe londyńskie kościoły i pałace z mostu Hungerford, oczyma Defoe. Jego wzrokiem patrzyłam na stare kobiety sprzedające zapałki, a obszarpana dziewczyna krążąca po chodniku wokół St James Square wydała mi się jakby postacią z Roxany lub Moll Flanders. O tak, wielki pisarz, skoro aż tak na mnie wpływa po dwustu latach! Wielki pisarz — a Forster nigdy nie czytał jego książek! Forster zaczął machać na mnie w Bibliotece Londyńskiej, kiedy się zbliżyłam. Uścisnęliśmy sobie dłonie z wielką serdecznością. A jednak zawsze wyczuwam, że on się przede mną wykurcza — przed kobietą, przed inteligentną kobietą, nowoczesną kobietą. Wyczuwając to, poleciłam mu poczytać Defoe i po drodze przyniosłam mu jeden tom. Herbert Fisher wprawił nas w osłupienie zaproszeniem na jutrzejszy lunch; i byliśmy w Kew i oglądaliśmy magnolie w pełnym rozkwicie.

Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941".

czwartek, 8 listopada 2012

Pogrzeb w stylu Sussex

Piątek, 20 sierpnia 1920

Pani Dedman zwabiła nas tam, nazywając to pogrzebem w stylu Sussex i obiecując, że żałobnicy będą ubrani w kitle. Ale okazało się, że w całej wsi jest ich tylko sześć, więc porzucono ten zamiar. Pana Staceya spuszczali do grobu pracownicy rolni, z których dwu zdołało w trakcie tej operacji wpaść do grobu. Kitle istnieją jednak, co pani Dedman udowodniła, pokazując nam jeden, należący do jej dziadka — piękny przykład sztuki hafciarskiej, z wzorem właściwym dla Rodmell, odmiennym niż w innych miejscowościach. Cała męska ludność Kingston wyszła z kościoła za trumną; brązowe twarze, białe włosy dobrze widoczne na de czarnych jak węgiel płaszczy. Księża celebrowali z tak dojmującym smutkiem, że mam poważne wątpliwości, czy teraz czują się już lepiej. Dzień był zimny; na niebie fioletowa burzowa chmura. Nabożeństwo,, jak zwykle, chłodne, nieporęczne, trudne do zniesienia. Wszyscy duszą w sobie naturalne uczucia i udają, że biorą udział w tym przedstawieniu, ponieważ inni robią to samo. Trumna bladoszara, wieńce przyczepione drutami. Nie wiem, czy katolicka formuła jest cieplejsza. Widziałam, jak jeden człowiek w odpowiednim momencie sypnął garstką ziemi. Ale całkowicie nieobecny jest duch ceremonii. Nie jesteśmy w stanie się przejąć. Poza tym niewygoda tych niedzielnych płaszczy i kapeluszy. Czuję, że niedziela czepia się moich ubrań jak zapach kamfory.

Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941". 

czwartek, 4 października 2012

Powrót żony

Elizabeth (1640-1669),
 żona Samuela Pepysa
27 września 1662 roku 

Dzisiaj wieczorem powróciła moja żona z dziewką służebną i psem, wszyscy w dobrym zdrowiu, a żona potłuściała. Bardzo rad ją ujrzałem, a po kolacji do łóżka i cieszyłem się nią z wielkim obojga zadowoleniem i wzajemną miłością; rano jeno postrzegłem, że była tam jakaś zwada moich rodziców z żoną, ale mam nadzieję, że to minęło, a widzę, że żona polubiła Brampton, dom, i całą miejscowość bardziej nawet niż ja. Podobno Milord i Milady z wielką byli dla żony czułością, a kapitan Ferrers taki był czuły, aż jestem o niego trochę zazdrosny, ale ja znam te maniery kapitana Ferrersa i wiem, że nic w tym nie ma. Żona mówi, że nasza sprawa ze stryjem Tomaszem niebawem będzie sądzona, co szkoda, bo nie mam teraz ochoty wyjeżdżać z miasta.

Dziennik Samuela Pepysa, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 259.

Źródło: Płaszcz zabójcy, autorzy: Lirael i Zacofany w lekturze.

piątek, 21 września 2012

Pożar! Pożar!

Christiaan Tonnis Virginia Woolf

Poniedziałek, 11 stycznia 1915

Rano Leonard brał kąpiel, a ja leżałam jeszcze w łóżku, kiedy doszły do mnie odgłosy zamieszania u sąsiadów, a potem ktoś pędem zbiegł ze schodów, krzycząc dziwnym, nienaturalnym głosem: „Pożar! Pożar!". Jako że było oczywiste, iż nie ma pożaru, a w każdym razie nie na jakąś większą skalę, to zanim wyjrzałam przez okno, włożyłam na siebie płaszcz przeciwdeszczowy i kapcie. Potem poczułam zapach palonego papieru. Wyszłam na korytarz i zobaczyłam, jak dym wydobywa się z otwartych drzwi sąsiedniego pokoju. Było oczywiście dosyć czasu na ucieczkę, więc się wycofałam; słyszałam potem, jak Lizzy idzie tam z lokatorem i mówi: „Dałam tylko troszkę papieru, żeby rozniecić ogień...". Później powiedziano mi, że zajął się papier, następnie draperie na kominku, parawan i boazeria. Ponieważ każdy z tutejszych pokoi jest wyłożony starym, suchym drewnem, niestarannie pokrytym tapetą, to po upływie ledwie dziesięciu minut do opanowania ognia nie wystarczyłyby już, jak sądzę, tylko dzbanki z wodą... To, żeśmy do dziś przetrwali, jest, biorąc pod uwagę możliwości Lizzy, cudem. Wczoraj zbiła nam dwie sztuki bardzo delikatnej porcelany. Po południu wybraliśmy się do Londynu: L. miał spotkanie z redaktorem „The New Statesman" na temat swojego artykułu o dyplomacji, a ja oglądałam mieszkanie przy Mecklenburgh Square. Potem ja poszłam do biblioteki Daya, a L. do Biblioteki Londyńskiej. Musi do środy w południe napisać artykuł na tysiąc dwieście słów.

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007.

czwartek, 20 września 2012

Listy pisarzy - Gustaw Flaubert

Gustaw Flaubert
List do Ludwika Bouilhet

Kair, 1 grudnia  1849 roku

Zaczynam, mój drogi, od złożenia pocałunku na twej zacnej głowie i przelania na papier mego usilnego pragnienia, by twój duch przyszedł do mnie. Sądzę zresztą, że myślisz o nas niemało, gdyż my myślimy niemało o tobie i sto razy na dzień żałujemy, że ciebie tu nie ma. W chwili gdy to piszę, księżyc oświetla minarety, wszędzie jest cicho. Od czasu do czasu szczekają psy. Mam przed oknem o zasuniętych firankach czarną masę drzew w ogrodzie, widoczną w bladej poświacie nocy. Piszę na kwadratowym stole przykrytym zieloną serwetą, oświetlonym dwiema świecami i czerpię atrament ze słoika od pomady. Słyszę za przepierzeniem, jak młody Maksym wywołuje fotografie; niemi są na górze ci, co śpią, mianowicie Sassetti i dragoman, który to dragoman, prawdę powiedziawszy, jest skończonym hultajem. Co do mojej dostojnej osoby, ma ona ma sobie długą nubijską koszulę z białej bawełny, ozdobioną chwastami, której krój wymagałby długiego opisu. Głowa moja jest kompletnie ogolona z wyjątkiem kosmyka na potylicy (za ten kosmyk w dzień sądu ostatecznego Mahomet ma unieść wiernego) i pokryta czerwonym tarbuszem, [czerwona czapka podobna do fezu] który pali się czerwienią i w pierwszych dniach palił minie gorącem. Głowy mamy dość wschodnie. Względy bezpieczeństwa powstrzymują nasz rozmach w stroju; ponieważ ubiór europejski w Egipcie większy wzbudza szacunek, dopiero w Syrii przebierzemy się kompletnie. [...]
Ludwik Bouilhet
W Nowy Rok wyruszamy w podróż do  Górnego Egiptu i do Nubii. To zajmie około trzech miesięcy. Jeszcze nie widziałem piramid. W przyszłym tygodniu zrobimy wycieczkę w okolice, podczas której zobaczymy piramidy, Sakkarę, Memfis i Mokattan, gdzie spodziewam się zabić hieny lub jakiegoś lisa; skórę z niego przywiozę do domu. Jestem pewny, że ty, człowiek inteligentny, nie oczekujesz; ode mnie listownej relacji o mojej podróży. Zaledwie mam czas systematycznie prowadzić zapiski. Nic jeszcze nie napisałem, nawet nie otworzyłem żadnej książki, wczoraj tylko przeczytałem dla rozrywki trzy ody Horacego, paląc fajkę na długim cybuchu. [...] 
W Aleksandrii zaraz po naszym przybyciu, wieczorem, widzieliśmy procesję z iluminacją: obchód z okazji obrzezania dziecka. Smolne pochodnie oświetlały ciemne ulice, gdzie z krzykiem tłoczył się pstry tłum. Tutaj, w Kairze, byliśmy świadkami podobnych hec; w ostatnich dniach, wieczorem, widzieliśmy pobożnych, mahometan sławiących śpiewem Ałłacha podczas uroczystości weselnych; ustawieni w równoległobok, kołysali się na miejscu śpiewając monotonnie. Jeden z, nich poddawał ton i wydawał w regularnych, odstępach przenikliwy krzyk. Błaznów tu mają doskonałych, a ich żarty są dowcipne. Malec mówił do głuchego; po nieudanych próbach, żeby go tamten usłyszał — krzyczał mu na przemian do obu uszu — wreszcie z rozpaczy zaczął mu wrzeszczeć w tyłek.
Jutro mamy odbyć spacer po Nilu z kilku damami, które będą tańczyły przy dźwiękach bębenka i grzechotek, w strojach ze złotych plastrów na głowie. Przedwczoraj byliśmy u pewnej kobiety, która nas przedstawiła dwóm innym kobietom. Mieszkanie w zupełnej ruinie, otwarte na przestrzał, oświetlał kaganek; przez okno bez szyb widać było palmę, a dwie kobiety tureckie miały
Żegnaj, drogi biedaku! Napisz czasem do mojej matki i daj jej znać, jak tylko będziesz miał ode mnie wiadomości. Ściskam cię. Haruj piórem niestrudzenie... Żegnaj; tysiąc serdeczności.

A co było dalej? Ci, którzy są bardzo ciekawi mogą przeczytać TU

Fragment ten bezwstydnie, aczkolwiek z niekłamaną przyjemnością, skopiowałem z obfitującego w smakowite teksty wyśmienitego bloga Płaszcz zabójcy redagowanego przez dwójkę wspaniałych redaktorów: Lirael i Zacofanego w lekturze, a pochodzi on z: Gustaw Flaubert, Listy, tłum. Wacław Rogowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957, s. 72-75.

czwartek, 13 września 2012

O prowadzeniu dziennika


26 października 1962 roku, piątek

We wrześniu, czternaście lat temu, zacząłem pisać dziennik. W październiku, trzy lata temu, spaliłem bez żalu kilkanaście albo dwadzieścia kilka tomów, po dwieście stron blisko każdy. Uczucia dla tego dziennika straciłem już mniej więcej na trzy lata przed spaleniem, prowadziłem go coraz mniej regularnie, w ostatnich latach przed auto da fe zupełnie nie. Monstrum składało się z trzech motywów: potrzeba znalezienia się jakoś sam na sam z czystym papierem (było to na długo przed debiutem), potrzeba załkania przed kimś, choćbym to był ja sam, gromadzenia jakichś doświadczeń, notatek z lektury, poglądów etc. Trzy potrzeby to oczywiście uproszczenie. Ani granica między nimi nie była wyraźna, ani ich liczba nie jest ostateczna. Podobnie z motywami zaprzestania tej akcji. Najprostszy i najbardziej powierzchowny to ten, że zacząłem pisać zawodowo. Rzeczywiście, w miarę jak drukowałem, przestałem się oddawać temu młodzieńczemu rękopiśmiennictwu. Choć prowadziłem dziennik jeszcze długo po tym, jak zostałem „pisarzem”. Te parę kilo moich przeżyć serdecznych spaliłem, oczywiście ze strachu przed niepowołanym czytelnikiem w przyszłości. Zdałem sobie sprawę z tego, że ich przed nim nie uchronię, po włamaniu do mojego krakowskiego pokoju, dokonanym, kiedy byłem w Ameryce. W naszym kraju sejfy nie istnieją, zdaje się, a jeżeli istnieją, to nie mam do nich zaufania. Ale nie tylko dlatego. W owym czasie ogarnął mnie najsilniej strach przed cmentarzem, przed tym, jakim już nie byłem, przed starzyzną. [...] Może wstydziłem się siebie, chciałem się wyprzeć małego, ale garbatego przodka, jakim byłem sam dla siebie. Zresztą nie będę mnożył tłumaczeń. Mniej więcej po trzech latach od daty ogniska, które miało tak ładnie zaznaczyć odejście mojej młodości, a w jakieś sześć po wygaśnięciu owego instynktu samoskargi i mówienia do siebie doznaję podobnego odruchu pisania. [...] Należę do pokolenia, dla którego pojawienie się samolotu na niebie było sensacją. I dlatego piszę na maszynie, a nie moim ukochanym sposobem, piórem i na dobrym papierze. [...] Ale po co właściwie tłumaczę się tak i przed kim? Oczywiście nie trzeba się okłamywać. Warto by ustalić granice, co powinno być sprecyzowane w słowach dla samego siebie, a co pominięte. [...] Ustalmy więc uczciwie: to, co zaczynam, może czytać każdy. Rozmowa towarzyska nie jest dla mnie ani narzędziem, ani sposobem. Tylko za pomocą papieru staję się swobodnym dyskutantem, a próby z magnetofonem dały żałosne rezultaty. Żałuję, że nie mam wyraźnego pisma, bo maszyna do pisania nie jest całkiem obłaskawiona. Mam nadzieję, że się przyzwyczaję do tej formy. Na razie czuję się nieswojo. Koniec przedmowy.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 5–7.

Żródło: Płaszcz zabójcy, 

wtorek, 11 września 2012

Dzień z życia pisarza - Virginia Woolf


Wtorek, 10 sierpnia 1920 roku


Spędziłam całe popołudnie na malowaniu klozetu polowego na żółto. Teraz mogę podsumować swoje prace: wymalowana i posprzątana jadalnia; poręcze pomalowane na niebiesko; schody na biało; a teraz jeszcze klozet. Kiedy wracaliśmy w niedzielę do domu, a dzień był gorący i bezwietrzny, L. naszkicował swoją wizję przyszłości wydawnictwa. Zaoferujemy Partridge'owi udziały, dodając jako przynętę do tej skromnej propozycji bardziej być może łakomy kąsek, czyli sekretarzowanie Leonardowi. Gdzieś tak w połowie obiadu L. rozwinął te plany dalej: czemu nie kupić pełnego wyposażenia drukarskiego? Czemu nie? Może nawet otworzyć warsztat. Nieustannie z sedna rzeczy wyrastają jakieś nowe rozgałęzienia. Jakie to przyjemne, tak sobie robić plany pod jesień. Nelly wciąż cierpiąca na tajemnicze schorzenia, w związku z czym prosimy, żeby się nie pokazywała...

Ściągnięte z bloga Płaszcz zabójcy, a pochodzi z: Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 156.

czwartek, 6 września 2012

Przechadzać się i rozmawiać z umarłymi

Katherine Mansfield i John M. Murry
Niedziela. 16 maja 1915.

"Paryż. Całą noc śnił mi się Rupert Brooke [poeta, który zginął w Scyros, w kwietniu 1915, w początkach wyprawy dardanelskiej], a gdy wychodziłam z domu, stał we drzwiach z plecakiem i w kapeluszu, który mu ocieniał twarz. Więc wrzuciwszy do skrzynki list do J., nie powróciłam do domu, lecz poszłam na długą, powolną przechadzkę wzdłuż bulwarów nadrzecznych. Było niezbyt gorąco: białe chmury leżały na niebie jak prześcieradła rozciągnięte do wysuszenia. W wielkich kopcach piasku, w dole nad brzegiem rzeki, dzieci wykopały tunele i jaskinie. Siedziały w nich spokojne i zadowolone, z włosami połyskującymi w słońcu. Gdzieniegdzie leżeli ludzie z Głowami ukrytymi w ramionach. Rzeka połyskiwała wielkimi, srebrnymi gwiazdami; drzewa poruszały się migocąc w blasku słonecznym. Odkrywałam cudowne zakątki: placyki, otoczone białymi kwadratowymi domkami, które wyglądały, jak niezamieszkane, z otwartymi na oścież oknami; wąskie uliczki pod łukami kasztanowych gałęzi lub inne całkiem opustoszałe z dzwonnicą kościoła, górującą ponad dachami. Słońce na to wszystko rzucało swój urok.

Przechodziłam z jednej strony rzeki na drugą, przystawałam, opierając się na mostach, i wciąż zdawało mi się, że dojdę wreszcie do parku. Trudno sobie wyobrazić, jak mi było przyjemnie z moim niewidzialnym, urojonym towarzyszem. Gdyby żył, pewnie nigdy by się to nie zdarzyło, ale jest to moja ulubiona zabawa: przechadzać się i rozmawiać z umarłymi, którzy uśmiechają się, milczą i są wolni, nareszcie zupełnie wolni. Gdy mieszkałam sama, często wracając do domu, otworzywszy drzwi z klucza, zastawałam kogoś czekającego na mnie.

- Halo! Czekasz na mnie od dawna?

Wydaje mi się, że brzmi to bardzo niedorzecznie".

Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s.45-46.

niedziela, 2 września 2012

Dzień z życia pisarza - Miron Białoszewski

Skopje, 29 sierpnia 1978 roku

"[...] Zjazd [festiwal poezji] się kończy. Zawieźli nas na upał pod daszki na długi nudny obiad. Obok motel i jezioro między samymi kamieniami. W Ohrydzie [sic!] w starym soborze, prostokątnym, nie centralnym, Świętej Zofii, późnym wieczorem, a właściwie w nocy, odbyło się wręczenie nagrody i tak zwana koronacja starego poety hiszpańskiego Albertiego. Alberti dostał nagrodę za swoją twórczość poetycką. Stał we wnęce głównej cerkwi pod Mądrością Bożą z wyciągniętymi rękami na fresku. Sam wyglądał w długich siwych włosach, z wyciągniętymi rękami i przemawiający patetycznie jak Bóg Ojciec. W rzędach krzeseł w cerkwi, w światłach siedzieli eleganccy ludzie, intelektualiści rozmawiający wszystkimi językami świata. Damy w oryginalnych sukniach. Ja chodziłem po kruchcie oddzielonej od reszty murami. W cieniu oglądałem freski jeszcze nieodnowione. Różne postacie białe, w pochodach, a przez prześwity oglądałem całą uroczystość, chodząc.

W Skopie [sic!] dzisiaj czytanie wierszy na tureckiej górze. Nad twierdzą turecką. W różnych językach świata. Wsiedliśmy do autobusu, żeby nas tam zawiózł. Zobaczyłem Rumunkę, która przedtem za każdym razem z kim innym szła i mówili, że co kilka godzin zmienia partnera do flirtu. Teraz siedziała uśmiechnięta w dziwnym, jakby ślubnym stroju. Ktoś mi powiedział, że ona jest w stroju ludowym rumuńskim. W kolorowym welonie. Na tureckiej górze noc, w dole światełka miasta, pod podcieniami ustawili nas, a właściwie usadzili w osobne rzędy krzeseł, naprzeciwko rzędy krzeseł z widownią. Pośrodku estrada. Oryginał czyta autor, po jednym wierszu, tłumaczenie po macedońsku czyta aktor albo aktorka. Pierwsza wystąpiła Brazylijka, ciemna, w czerwonej sukni. Potem Francuz czytał jakiś nudny wiersz o braku broni. Poświęcony partyzantom tutejszym, wspomnieniowy. Ten wiersz wszystkich nudził, jak i większość innych. Niektórzy czytali wiersze napisane tu i poświęcone Macedonii. Rumunka mówiła coś nastrojowo o księżycu

– Luna – luna

Ja przeczytałem szybko i rytmicznie Wywód jestem’u. Już po polsku miałem spore brawa, co mnie zdziwiło. Aktorka przeczytała to po macedońsku bardzo dobrze. Uśmiechy ze śmiechami. Czyli żywy odbiór. Tłumaczył ten wiersz nasz opiekun – Macedończyk. Podobno było mu trudno przetłumaczyć, ale mi się wydawało, że ten przekład mu wyszedł dobrze. [...]"

Fragment znaleziony na blogu Płaszcz zabójcy, a pochodzi [z]: Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 558.


Białoszewski Miron - Wywód jestem'u


jestem sobie

jestem głupi

co mam robić

a co mam robić

jak nie wiedzieć

a co ja wiem

co ja jestem

wiem że jestem

taki jak jestem

może niegłupi

ale to może tylko dlatego że wiem

że każdy dla siebie jest najważniejszy

bo jak się na siebie nie godzi

to i tak taki jest się jaki jest


piątek, 24 sierpnia 2012

Amerykanin w Paryżu

Młody William Faulkner
Paryż, niedziela, 23 sierpnia 1925 roku

Droga Mamo,

   Jestem w trakcie pisania nowej powieści, wielkiej powieści. To coś zupełnie nowego. Przyszło mi do głowy dopiero przedwczoraj. Odłożyłem tę o moskitach i nie sądzę, żebym był na tyle dorosły, żeby ją tak napisać, jak powinna być napisana. Za mało wiem o ludziach. 
   Tutaj zimno, nikt w ogóle nie chodzi w strojach z Palm Beach. Ubrania nosi się wełniane, zwykle kamizelkę, a wieczorem płaszcz. I całkiem tu tanio. Mój pokój, duży, wychodzący na podwórze i niedaleko od Ogrodów Luksemburskich, kosztuje 11 franków dziennie, czekolada z rogalikiem na śniadanie 1,50, chleb i ser, które zjadam u siebie w pokoju albo w ogrodzie, dwa franki, tak że mam 6 albo 7 franków na dobry obiad i utrzymuję się za 20 franków dziennie. Jeden frank to 5 centów.
   Już od trzech dni pada, ale się tym nie przejmuję, dopóki mogę siedzieć w swoim pokoju i pisać. Myślę, że tę powieść skończę do listopada. Francuzi są zwariowani na punkcie dzieci. Dorośli z dziećmi na ulicy albo w ogrodzie to strasznie fajny widok. Mam nadzieję, że jutro odbiorę swoją walizkę z biura Ekspresu. Wysłałem ją do Paryża z Genewy przez cały czas od tamtej pory używam 2 wełnianych koszul, 2 par skarpet i 2 b.v.d. [krótkich kaleson firmy B.V.D.]. Pozdrowienia dla wszystkich. Zastanów się i napisz, czy jest coś, co chciałabyś, żebym Ci tutaj kupił.

Billy

William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 18–19.

Źródło fragmentu: Płaszcz zabójcy

niedziela, 12 sierpnia 2012

Pisanie jest dla mnie rozkoszą

Piątek, 15 Stycznia 1915


Poszłam do kinematografu, a L. na swój wykład do Fabianów; ostatecznie stwierdził jednak, że jego umysł, dusza i ciało więcej by skorzystały z filmów niż z państwa Webbów i doktorów, którzy rozprawiali o swojej etykiecie. Były trzy lub cztery świetne filmy; ale jak zwykle dramat jest nudny. O, chciałabym lubić to, co lubią inni. Sala była pełna, wybuchy śmiechu, oklaski etc. Dzisiaj po południu poszliśmy spacerem do Hogarth, żeby przekonać się, czy hałas dzieci szkolnych rzeczywiście przeszkadza. Cóż — zastanawiam się, co w końcu zrobimy. Dużo bym dała, żeby móc odwrócić tak ze trzydzieści kartek i przeczytać, co z nami będzie. Obiad jemy wcześnie i idziemy na koncert — niesłychana rozpusta — chociaż były takie czasy, kiedy chodziłam do opery albo na koncerty przynajmniej ze trzy razy w tygodniu. A wiem, że kiedy się skończy, oboje będziemy mieli poczucie, że „tak naprawdę dobra książka byłaby dużo lepsza".


Sobota, 16 stycznia 1915


Uważam, że wczorajszy wieczór w Coliseum był wart zachodu — pomimo różnych niedogodności. W Halach bardzo mi się podobają „sztukmistrze" — śpiewacy komiczni, mężczyźni udający primadonny czy żonglerzy. Nie lubię jednoaktówek. Potrzeba mi całego aktu, żeby wciągnąć się w sztukę, więc jednoaktówki to na ogół czysta nuda. Czułam się zatem zawiedziona, że dają właśnie trzy jednoaktówki. Był jednakże człowiek śpiewający jak primadonna oraz program patriotyczny. Wyszliśmy w momencie, w którym na samym środku sceny wybuchła wschodnia wrzawa w zieleniach i fioletach. Pisaliśmy dziś cały ranek. Wzięłam Maksa na spacer nad rzekę, ale natykaliśmy się na liczne przeszkody: w postaci kości, którą skradł, moich opadających podwiązek oraz psiej bitwy, w której wyniku ucho Maksa zostało naderwane i strasznie krwawiło. Myślałam sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa, nie doświadczając już tych wzruszeń, które, jak mi się kiedyś wydawało, składają się na szczęście. L. i ja spieraliśmy się na ten temat przez dłuższą chwilę. Także na temat bezsensu wszelkiej ludzkiej pracy, chyba że uznać ją za sposób na uszczęśliwianie wykonujących ją ludzi. Pisanie jest dla mnie obecnie rozkoszą tylko dlatego, że uwielbiam pisać i, zupełnie szczerze, nie dbam o to, co powiedzą inni, bardziej niż o zeszłoroczny śnieg.



Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007.