Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura norweska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura norweska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2013

Prawo Jante

Aksel Sandemose, 1934

Prawo Jante - pojęcie stworzone przez norweskiego pisarza pochodzenia duńskiego Aksela Sandemose’a w noweli „Uciekinier w labiryncie” (En flyktning krysser sitt spor, 1933), gdzie przedstawia fikcyjne, duńskie miasteczko Jante. Wśród jego społeczności obowiązuje zasada, która rządzi zachowaniem mieszkańców: „Nikt nie jest kimś specjalnym. Nie próbuj wyróżniać się ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych”.

wtorek, 13 listopada 2012

Zima

"Zima! Sądzę, że większość ludzi uważa tę porę roku jedynie za okres burz, zimna i wszelakich przykrości, że godzi się z nią jako ze złem koniecznym. Wprawdzie nadzieja na parę potańcówek trochę rozjaśnia ich horyzonty, ale mimo wszystko — zimno i ciemności — nie, dziękuję! Stanowczo wolę lato!

Nie potrafię powiedzieć, co myśleli i czuli moi współtowarzysze wobec zbliżającej się zimy; ja sam oczekiwałem jej z przyjemnością. Kiedy stałem na ośnieżonym pagórku i widziałem przyjazny promyk światła padający przez nasze kuchenne okno, przenikało mnie uczucie nieopisanego zadowolenia. Niech srożą się choćby najgorsze burze; niech noce zimowe będą jeszcze ciemniejsze — tym przytulniej i wygodniej będzie w naszym wspaniałym domku! Drodzy moi czytelnicy! Widzę dokładnie wyraz powątpiewania na waszych twarzach i wiem, co chcecie powiedzieć! „No dobrze, ale czy się pan nie bał, że część płyty lodowej może się oderwać i popłynąć wraz z wami na pełne morze?" Chcę odpowiedzieć na to pytanie możliwie szczerze i uczciwie. Z wyjątkiem jednego z nas doszliśmy do przekonania, że w tym miejscu, gdzie stoi nasz dom, lód spoczywa na trwałej podstawie. Dlatego dalecy byliśmy od wszelkich obaw co do nie zamierzonej podróży morskiej. Ale i ten spośród nas, który uważał, że lód jest zanurzony w wodzie, nie odczuwał strachu wiem to z całą pewnością. Zresztą sądzę, że i on z biegiem czasu przyłączył się do poglądu pozostałych.

Wódz, który chce wygrać bitwę, musi być stale w pogotowiu. Gdy jego przeciwnik zrobi jakieś posunięcie, winien on umieć natychmiast wystąpić z właściwym kontrposunięciem; wszystko musi być z góry dokładnie obliczone, nic nie przewidzianego nie powinno mu pomieszać szyków. My znajdowaliśmy się w położeniu takiego właśnie wodza. Musieliśmy z góry dokładnie rozważyć, co nam przyszłość może przynieść, i zawczasu się na to przygotować. Kiedy słońce nas opuści i zapadnie długotrwała ciemność, wówczas będzie już za późno. [...]

Coraz niżej i niżej odbywało słońce swą codzienną wędrówkę po niebie. Już w pierwszych dniach po powrocie z ostatniej wyprawy niewiele go było widać, 11 kwietnia zaś ukazało się i znikło prawie w tym samym momencie. Dopiero jednak od 21 kwietnia słońce skryło się na dobre.

Co się tyczy naszego domu, to wszystko było tam w jak najlepszym stanie i lepiej już być nie mogło. Natomiast przedsionek, który pierwotnie pomyślany był jako pomieszczenie robocze, okazał się wkrótce o wiele za mały, za ciemny i za zimny. Oprócz tego trwał tam ciągły ruch, co często przeszkadzało w pracy, a niekiedy na dłuższy czas całkiem ją uniemożliwiało. Prócz tej ciemnej dziury nie mieliśmy żadnego innego miejsca do pracy, a tymczasem pozostało nam jeszcze tak wiele do zrobienia. Można było wprawdzie wykorzystać naszą izbę, ale tam przez cały dzień jeden drugiemu wchodziłby w drogę i wszyscy by sobie przeszkadzali. Nie miałem zresztą ochoty przeznaczać na warsztat jedynego pomieszczenia, które zapewniało nam spokój i wygodę. Wiem wprawdzie, że zwykle tak się robi, ale zawsze wydawało mi się to niewłaściwe. W tej sytuacji naprawdę trudno było o dobrą radę. Na szczęście przyszły nam z pomocą okoliczności. Zapomnieliśmy mianowicie, muszę się do tego otwarcie przyznać, zabrać ze sobą jedno z narzędzi, które w czasie wypraw polarnych odgrywa pierwszorzędną rolę, a mianowicie szufle do śniegu. Dobrze wyposażony zespół podróżników, jakim do pewnego stopnia byliśmy, powinien posiadać co najmniej tuzin grubych, mocnych żelaznych łopat; tymczasem nie posiadaliśmy ani jednej. Znalazły się wprawdzie dwie stare, nieduże szufle, ale to nam niewiele pomogło. Na szczęście mieliśmy mocną płytę żelazną i nasz kowal Bjaaland sporządził z tego cały tuzin pokazowych łopat; Stubberud dorobił drzewce i wszystko poszło gładko niczym w wielkiej fabryce. Jak wkrótce zobaczymy, początkowy brak łopat miał ogromne znaczenie dla przyszłego powodzenia naszej wyprawy. Gdybyśmy mieli je od początku, jako ludzie zamiłowani w porządku każdego ranka odgarnialibyśmy śnieg sprzed drzwi. Ale ponieważ ich nie było, z każdym dniem coraz więcej śniegu gromadziło się przed wejściem. Kiedy Bjaaland był wreszcie gotów z łopatami, utworzyła się już olbrzymia zaspa, ciągnąca się od drzwi wejściowych wzdłuż zachodniej ściany domu. Mocno drapaliśmy się w głowę na widok tej zaspy, która w wielu miejscach miała wysokość domu. Uzbrojeni w nowe łopaty zamierzaliśmy odrzucić śnieg i przebić drogę. Gdy staliśmy, ogarnięci przerażeniem na myśl o czekającej nas robocie, jednemu z nas — chyba Lindströmowi albo Hanssenowi, a może i mnie samemu, zresztą to nieważne, komu — przyszła do głowy wspaniała myśl, aby pójść ręka w rękę z przyrodą, zamiast się jej przeciwstawiać. Projekt polegał na tym, aby w zaspie wyżłobić jamę na warsztat stolarski i połączyć ją z domem. Projekt został przyjęty natychmiast i jednomyślnie, po czym rozpoczęło się kopanie, które miało poważne następstwa, gdyż w ślad za pierwszym przekopem poszły następne i rzecz zakończyła się dopiero wtedy, gdy zbudowaliśmy całe podziemne miasto. Prawdopodobnie była to jedna z najbardziej pasjonujących prac, jakie kiedykolwiek podejmowano na terenie obozu polarnego.

Amundsen i jego załoga

Działo się to w czwartek, 20 kwietnia 1911 roku. Podczas gdy trzech z nas drążyło w zaspie korytarz w kierunku zachodnim od drzwi domu, trzej inni równie pilnie pracowali nad połączeniem zaspy z domem. Przeprowadziliśmy to w ten sposób, że deski, których używaliśmy na statku jako pomostu dla psów, ułożyliśmy pomiędzy zaspą a dachem przedsionka. Od strony północnej, pomiędzy zaspą a przedsionkiem, wznieśliśmy mocną ścianę, ze śniegu, sięgającą aż do dachu. Po stronie południowej przestrzeń między przedsionkiem a zaspą śnieżną pozostawiono wolną; miała służyć jako wyjście. Opanowała nas teraz prawdziwa gorączka budowania, jeden przez drugiego wysuwał coraz wspanialsze projekty. W końcu postanowiliśmy przekopać wzdłuż całej zaspy korytarz, który kończyć się miał wielką chatą ze śniegu, w której zamierzaliśmy urządzić łaźnię parową. Wspaniałe to były plany! Łaźnia parowa pod 79° S! Hanssen, który z powołania okazał się budowniczym chat ze śniegu, podjął się tego dzieła. Na początek wybudował on chatkę małą, ale mocną, a później tak ją powiększył, że kiedy była wreszcie gotowa, mierzyła od podłogi do pułapu cztery metry. Mieliśmy tutaj istotnie dość miejsca na urządzenie łaźni! W tym czasie słychać było, jak kopacze chodnika posuwają się naprzód, i można było poznać, że odgłos ich motyk i łopat dochodzi z coraz to mniejszej odległości.

Gdy Hanssen był gotów ze swoją chatą, wziął się z zapałem do drążenia tunelu z drugiego końca, a kiedy już raz do czego się zabrał, robota paliła mu się w rękach Było wyraźnie słychać, jak oba oddziały zbliżały się coraz bardziej ku sobie. Spotkają się czy też się rozminą? Przyszedł mi na myśl tunel simploński, tunel Gravehals i tym podobne prace. Jeżeli tamci mogli spotkać się ze sobą we wnętrzu gór, to i nam musi się to udać. Hola! Rozpromienione oblicze, które ukazało się dokładnie w tym miejscu, gdzie właśnie zamierzałem zagłębić łopatę, wyrwało mnie z rozmyślań. Wisting był tym, który przebił tunel Framheimu. Miał szczęście, że nie utracił przy okazji nosa. O mały włos byłbym mu go wziął na łopatę! Długi, biały tunel zakończony wysoką, połyskliwą kopułą — był to doprawdy piękny widok!

Drążąc coraz dalej wkopywaliśmy się jednocześnie w głąb gruntu, aby nie osłabić sklepienia tunelu. W tym kierunku było śniegu i lodu aż nadto. Po ukończeniu tej pracy zabraliśmy się do urządzania warsztatu stolarskiego. Musieliśmy teraz kopać znacznie głębiej, ponieważ z tej strony zaspa trochę się zaokrąglała. Najpierw wkopywaliśmy się w zaspę z prawej strony chodnika, może nieco bliżej łaźni, a potem dopiero prosto w dół. O ile sobie przypominam, zagłębiliśmy się tam prawie na dwa metry poniżej powierzchni lodu.
Warsztat był bardzo przestronny, dostatecznie szeroki dla dwóch stolarzy i dość długi, żeby zmieścić sanki. W ścianie wycięto miejsca na strugarki i wyłożono je deskami. Od zachodu przytykało do warsztatu maleńkie pomieszczenie, w którym stolarze przechowywali bardziej precyzyjne narzędzia. Z warsztatu wychodziło się na piękne szerokie schody, wycięte w śniegu i obłożone deskami; prowadziły one do tunelu. Gdy tylko warsztat był gotów, natychmiast wprowadzili się tam nasi rzemieślnicy, występujący odtąd pod nazwą „spółdzielni stolarzy".