"Zima! Sądzę, że większość ludzi uważa tę porę roku jedynie za okres burz, zimna i wszelakich przykrości, że godzi się z nią jako ze złem koniecznym. Wprawdzie nadzieja na parę potańcówek trochę rozjaśnia ich horyzonty, ale mimo wszystko — zimno i ciemności — nie, dziękuję! Stanowczo wolę lato!
Nie potrafię powiedzieć, co myśleli i czuli moi współtowarzysze wobec zbliżającej się zimy; ja sam oczekiwałem jej z przyjemnością. Kiedy stałem na ośnieżonym pagórku i widziałem przyjazny promyk światła padający przez nasze kuchenne okno, przenikało mnie uczucie nieopisanego zadowolenia. Niech srożą się choćby najgorsze burze; niech noce zimowe będą jeszcze ciemniejsze — tym przytulniej i wygodniej będzie w naszym wspaniałym domku! Drodzy moi czytelnicy! Widzę dokładnie wyraz powątpiewania na waszych twarzach i wiem, co chcecie powiedzieć! „No dobrze, ale czy się pan nie bał, że część płyty lodowej może się oderwać i popłynąć wraz z wami na pełne morze?" Chcę odpowiedzieć na to pytanie możliwie szczerze i uczciwie. Z wyjątkiem jednego z nas doszliśmy do przekonania, że w tym miejscu, gdzie stoi nasz dom, lód spoczywa na trwałej podstawie. Dlatego dalecy byliśmy od wszelkich obaw co do nie zamierzonej podróży morskiej. Ale i ten spośród nas, który uważał, że lód jest zanurzony w wodzie, nie odczuwał strachu wiem to z całą pewnością. Zresztą sądzę, że i on z biegiem czasu przyłączył się do poglądu pozostałych.
Wódz, który chce wygrać bitwę, musi być stale w pogotowiu. Gdy jego przeciwnik zrobi jakieś posunięcie, winien on umieć natychmiast wystąpić z właściwym kontrposunięciem; wszystko musi być z góry dokładnie obliczone, nic nie przewidzianego nie powinno mu pomieszać szyków. My znajdowaliśmy się w położeniu takiego właśnie wodza. Musieliśmy z góry dokładnie rozważyć, co nam przyszłość może przynieść, i zawczasu się na to przygotować. Kiedy słońce nas opuści i zapadnie długotrwała ciemność, wówczas będzie już za późno. [...]
Coraz niżej i niżej odbywało słońce swą codzienną wędrówkę po niebie. Już w pierwszych dniach po powrocie z ostatniej wyprawy niewiele go było widać, 11 kwietnia zaś ukazało się i znikło prawie w tym samym momencie. Dopiero jednak od 21 kwietnia słońce skryło się na dobre.
Co się tyczy naszego domu, to wszystko było tam w jak najlepszym stanie i lepiej już być nie mogło. Natomiast przedsionek, który pierwotnie pomyślany był jako pomieszczenie robocze, okazał się wkrótce o wiele za mały, za ciemny i za zimny. Oprócz tego trwał tam ciągły ruch, co często przeszkadzało w pracy, a niekiedy na dłuższy czas całkiem ją uniemożliwiało. Prócz tej ciemnej dziury nie mieliśmy żadnego innego miejsca do pracy, a tymczasem pozostało nam jeszcze tak wiele do zrobienia. Można było wprawdzie wykorzystać naszą izbę, ale tam przez cały dzień jeden drugiemu wchodziłby w drogę i wszyscy by sobie przeszkadzali. Nie miałem zresztą ochoty przeznaczać na warsztat jedynego pomieszczenia, które zapewniało nam spokój i wygodę. Wiem wprawdzie, że zwykle tak się robi, ale zawsze wydawało mi się to niewłaściwe. W tej sytuacji naprawdę trudno było o dobrą radę. Na szczęście przyszły nam z pomocą okoliczności. Zapomnieliśmy mianowicie, muszę się do tego otwarcie przyznać, zabrać ze sobą jedno z narzędzi, które w czasie wypraw polarnych odgrywa pierwszorzędną rolę, a mianowicie szufle do śniegu. Dobrze wyposażony zespół podróżników, jakim do pewnego stopnia byliśmy, powinien posiadać co najmniej tuzin grubych, mocnych żelaznych łopat; tymczasem nie posiadaliśmy ani jednej. Znalazły się wprawdzie dwie stare, nieduże szufle, ale to nam niewiele pomogło. Na szczęście mieliśmy mocną płytę żelazną i nasz kowal Bjaaland sporządził z tego cały tuzin pokazowych łopat; Stubberud dorobił drzewce i wszystko poszło gładko niczym w wielkiej fabryce. Jak wkrótce zobaczymy, początkowy brak łopat miał ogromne znaczenie dla przyszłego powodzenia naszej wyprawy. Gdybyśmy mieli je od początku, jako ludzie zamiłowani w porządku każdego ranka odgarnialibyśmy śnieg sprzed drzwi. Ale ponieważ ich nie było, z każdym dniem coraz więcej śniegu gromadziło się przed wejściem. Kiedy Bjaaland był wreszcie gotów z łopatami, utworzyła się już olbrzymia zaspa, ciągnąca się od drzwi wejściowych wzdłuż zachodniej ściany domu. Mocno drapaliśmy się w głowę na widok tej zaspy, która w wielu miejscach miała wysokość domu. Uzbrojeni w nowe łopaty zamierzaliśmy odrzucić śnieg i przebić drogę. Gdy staliśmy, ogarnięci przerażeniem na myśl o czekającej nas robocie, jednemu z nas — chyba Lindströmowi albo Hanssenowi, a może i mnie samemu, zresztą to nieważne, komu — przyszła do głowy wspaniała myśl, aby pójść ręka w rękę z przyrodą, zamiast się jej przeciwstawiać. Projekt polegał na tym, aby w zaspie wyżłobić jamę na warsztat stolarski i połączyć ją z domem. Projekt został przyjęty natychmiast i jednomyślnie, po czym rozpoczęło się kopanie, które miało poważne następstwa, gdyż w ślad za pierwszym przekopem poszły następne i rzecz zakończyła się dopiero wtedy, gdy zbudowaliśmy całe podziemne miasto. Prawdopodobnie była to jedna z najbardziej pasjonujących prac, jakie kiedykolwiek podejmowano na terenie obozu polarnego.
 |
| Amundsen i jego załoga |
Działo się to w czwartek, 20 kwietnia 1911 roku. Podczas gdy trzech z nas drążyło w zaspie korytarz w kierunku zachodnim od drzwi domu, trzej inni równie pilnie pracowali nad połączeniem zaspy z domem. Przeprowadziliśmy to w ten sposób, że deski, których używaliśmy na statku jako pomostu dla psów, ułożyliśmy pomiędzy zaspą a dachem przedsionka. Od strony północnej, pomiędzy zaspą a przedsionkiem, wznieśliśmy mocną ścianę, ze śniegu, sięgającą aż do dachu. Po stronie południowej przestrzeń między przedsionkiem a zaspą śnieżną pozostawiono wolną; miała służyć jako wyjście. Opanowała nas teraz prawdziwa gorączka budowania, jeden przez drugiego wysuwał coraz wspanialsze projekty. W końcu postanowiliśmy przekopać wzdłuż całej zaspy korytarz, który kończyć się miał wielką chatą ze śniegu, w której zamierzaliśmy urządzić łaźnię parową. Wspaniałe to były plany! Łaźnia parowa pod 79° S! Hanssen, który z powołania okazał się budowniczym chat ze śniegu, podjął się tego dzieła. Na początek wybudował on chatkę małą, ale mocną, a później tak ją powiększył, że kiedy była wreszcie gotowa, mierzyła od podłogi do pułapu cztery metry. Mieliśmy tutaj istotnie dość miejsca na urządzenie łaźni! W tym czasie słychać było, jak kopacze chodnika posuwają się naprzód, i można było poznać, że odgłos ich motyk i łopat dochodzi z coraz to mniejszej odległości.
Gdy Hanssen był gotów ze swoją chatą, wziął się z zapałem do drążenia tunelu z drugiego końca, a kiedy już raz do czego się zabrał, robota paliła mu się w rękach Było wyraźnie słychać, jak oba oddziały zbliżały się coraz bardziej ku sobie. Spotkają się czy też się rozminą? Przyszedł mi na myśl tunel simploński, tunel Gravehals i tym podobne prace. Jeżeli tamci mogli spotkać się ze sobą we wnętrzu gór, to i nam musi się to udać. Hola! Rozpromienione oblicze, które ukazało się dokładnie w tym miejscu, gdzie właśnie zamierzałem zagłębić łopatę, wyrwało mnie z rozmyślań. Wisting był tym, który przebił tunel Framheimu. Miał szczęście, że nie utracił przy okazji nosa. O mały włos byłbym mu go wziął na łopatę! Długi, biały tunel zakończony wysoką, połyskliwą kopułą — był to doprawdy piękny widok!
Drążąc coraz dalej wkopywaliśmy się jednocześnie w głąb gruntu, aby nie osłabić sklepienia tunelu. W tym kierunku było śniegu i lodu aż nadto. Po ukończeniu tej pracy zabraliśmy się do urządzania warsztatu stolarskiego. Musieliśmy teraz kopać znacznie głębiej, ponieważ z tej strony zaspa trochę się zaokrąglała. Najpierw wkopywaliśmy się w zaspę z prawej strony chodnika, może nieco bliżej łaźni, a potem dopiero prosto w dół. O ile sobie przypominam, zagłębiliśmy się tam prawie na dwa metry poniżej powierzchni lodu.
Warsztat był bardzo przestronny, dostatecznie szeroki dla dwóch stolarzy i dość długi, żeby zmieścić sanki. W ścianie wycięto miejsca na strugarki i wyłożono je deskami. Od zachodu przytykało do warsztatu maleńkie pomieszczenie, w którym stolarze przechowywali bardziej precyzyjne narzędzia. Z warsztatu wychodziło się na piękne szerokie schody, wycięte w śniegu i obłożone deskami; prowadziły one do tunelu. Gdy tylko warsztat był gotów, natychmiast wprowadzili się tam nasi rzemieślnicy, występujący odtąd pod nazwą „spółdzielni stolarzy".