Księga
czwarta
Bonanza
Tak wielka jest godność i doskonałość
ludzkiej natury, tak żywe te cząstki niebiańskiego ognia, które przypadły jej w udziale, że należy nazwać podłymi i
uznać za niegodnych miana człowieka tych, którzy przez swoje
tchórzostwo, woląc nazywać je ostrożnością, lub przez lenistwo, w ich ustach stające się umiarem, bądź też wreszcie przez
chciwość, której nadają miano oszczędności, rezygnują z wielkich
i szlachetnych dokonań.
Giovanni Francesco Gemelli Carreri, Podróż dookoła świata
Wybrzeże Berberii
Październik 1689
To
nie było zwykłe przebudzenie: ogłuszający łoskot wybuchu wyrwał go przemocą z niezwykle długiego i zapętlonego
snu. Mara się rozwiała, jej szczegóły rozpłynęły się we mgle niepamięci i pozostało po niej tylko niejasne wspomnienie długiego
wiosłowania i skrobania, nie miał więc nic
przeciwko temu, żeby się ocknąć. Zresztą, nawet gdyby mu to przeszkadzało, zachował
dość zdrowego rozsądku, by się z tym nie zdradzać i pokryć rozdrażnienie pewnym siebie, wesołym uśmiechem
wagabundy – a to
dlatego, że takiego piekielnego hałasu jeszcze w życiu
nie słyszał. Grzmot przywodził na myśl jakąś na wpół boską siłę, na którą nie
wypada ani krzyczeć, ani – tym bardziej – się skarżyć. A już z pewnością nie tak od razu.
Strzelały
armaty. Nigdy przedtem nie słyszał ani tak ogromnych, ani tylu naraz. Całe
baterie nabrzeżnej artylerii odpalano salwami; forteczne działa, rozstawione
rzędem na murach, strzelały falą, jedno po drugim. Wyturlał się spod
wywleczonego na piasek i obrośniętego pąklami
kadłuba statku, gdzie najwyraźniej zapadł w popołudniową
drzemkę, i dał się przyszpilić do ziemi bijącym z nieba promieniom bladego słońca. Na jego miejscu każdy
rozsądny człowiek, zwłaszcza z doświadczeniem
wojskowym, przeczołgałby się do pierwszego z brzegu
dogodnego schronienia. Na plaży roiło się jednak od kosmatych łydek i obutych w sandały stóp.
Tylko on jeden się wylegiwał.
Leżąc
na wznak, zmrużył oczy i spojrzał w górę, pod ubrudzony piaskiem skraj męskiej szaty – luźnej i ażurowej,
otulającej ciało właściciela jak złota poświata, dzięki czemu leżącemu udało
się spojrzeć wprost w ślepe oczko męskiego penisa,
który został poddany intrygującej modyfikacji.
Nie
mógł wygrać tego pojedynku na spojrzenia. Przeturlał się pod górę, robiąc
półtora obrotu, i rozeźlony dźwignął się z ziemi. Zapomniał jednak o krzywiźnie
kadłuba i wyrżnął głową prosto w kolonię pąkli. Wrzasnął ile sił w płucach,
ale nikt go nie usłyszał – nawet on sam. Zatkał
sobie na próbę uszy i wydarł się wniebogłosy, lecz
i tym razem dudnienie dział zagłuszyło wszelkie
inne dźwięki.
Nadszedł
czas, żeby ogarnąć sytuację i ocenić perspektywy.
Kadłub zasłaniał mu widok na ląd, widział więc tylko migoczące wody zatoki i kamienny falochron. Wszedł do morza, nie zwracając uwagi
na zaciekawione spojrzenie mężczyzny z grzybkowato
zakończonym wackiem, i stanąwszy po kolana w wodzie, odwrócił się. Po tym, co w tym
momencie zobaczył, nie pozostało mu nic innego, jak z impetem
klapnąć na tyłek.
W pobliżu brzegu z wód zatoki
wystawały niezliczone skaliste wysepki. Na jednej z nich
wznosiła się przysadzista okrągła twierdza, zbudowana (o ile
mógł zaufać swojej architektonicznej wiedzy) wielkim nakładem sił i środków przez Hiszpanów trzęsących się ze strachu o swoje życie. Lęk ten najwyraźniej nie był bezpodstawny,
skoro w tej chwili na murach powiewały zielone
chorągwie ze srebrnymi półksiężycami. Fort jeżył się ustawionymi na trzech poziomach
działami (chociaż należałoby raczej powiedzieć: składał się z ustawionych na trzech poziomach dział), każde z nich wyglądało i hałasowało
jak sześćdziesięciofuntówka, co oznaczało, że miota kule wielkości arbuzów na
odległość ładnych kilku mil. Warownię otulały kłęby prochowego dymu, od czasu
do czasu przeszywane długimi jęzorami ognia. Ten widok przywodził na myśl
burzę, którą siłą stłamszono i przemocą zamknięto w beczułce.
Falochron
z białego kamienia łączył fort ze stałym lądem. Na
pierwszy rzut oka prezentował się imponująco: pionowa ściana o wysokości dobrych czterdziestu stóp wyrastała z wąskiego pasa podmokłej plaży, a z ziejących w niej otworów
wyzierały nieprzeliczone olbrzymie armaty, strzelające tak szybko, jak tylko
artylerzyści byli w stanie czyścić je wyciorami i ponownie ładować.
Mężczyzna
z niezwykłą kuśką (śniady, z intrygującą
fryzurą, w szydełkowej czapeczce) podkasał szatę i brodząc w wodzie, zbliżył
się, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku – trzymał się
bowiem oburącz za głowę, po części po to, by powstrzymać upływ krwi z ran zadanych przez pąkle, po części zaś z obawy, że hałas rozsadzi mu czaszkę. Tamten stanął nad
nim, zajrzał mu w oczy i poruszył
ustami. Minę miał poważną i zarazem lekko
rozbawioną.




