Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

"Don Kichot" to książka o sztuce czytania

O tym kim był Cervantes, dlaczego warto czytać "Don Kichota", jakie zagadki kryje tekst tej książki nad książkami oraz o nowym jej przekładzie autorstwa Wojciecha Charchalisa, który właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Rebis, rozmawiają Tomasz Pindel, Emilio Pascual Martin i Wojciech Charchalis. Rozmowę przeprowadził Tomasz Pindel, a ukazała się w serwisie Lubimy Czytać.

Tomasz Pindel (TP): Zacznijmy może od osobistej historii Cervantesa: „Don Kichot” to wielki sukces człowieka przegranego…

Emilio Pascual Martín (EPM): Życiorys Cervantesa można by w streścić tak: jest to historia człowieka, który urodził się w Alcalá de Henares, ale szybko musiał się stamtąd wynieść, bo jego ojciec popadł w poważne finansowe tarapaty. Cervantes nie mógł uczęszczać na uniwersytet, jak czyniła to większość barokowych literatów. I to będzie się za nim zawsze ciągnąć jak balast. W okresie kiedy zaczął układać wiersze, wziął udział w pojedynku – którego powodów w ogóle nie znamy, ale już konsekwencje całkiem dobrze – i został skazany na dziesięć lat wygnania i obcięcie prawej ręki. Cóż za zbieg okoliczności! Cervantes zbiegł wtedy z Hiszpanii do Włoch, trafił na dwór kardynała Acquaviva, potem został żołnierzem, walczył w bitwie pod Lepanto [1571 r., słynna bitwa koalicji, na czele której stała Hiszpania, z imperium osmańskim – przyp. TP] w drodze powrotnej do Hiszpanii został pojmany, przez pięć lat siedział w niewoli w Algierze, o mało nie wysłano go już do Konstantynopola, ale został wykupiony przez braci trynitarzy. Jednym słowem, człowiek o ewidentnym literackim powołaniu, musiał zajmować się czymś innym – żołnierką. Co nie znaczy, że przez cały ten czas zapomniał o literaturze. Wiemy na przykład, że zawsze miał przy sobie w kieszeni tom poezji Garcilasa de la Vegi, zresztą cytuje go kiedy trzeba i kiedy nie trzeba. Nauczył się języka toskańskiego, czytał włoskich autorów, co zresztą widać w jego „Nowelach przykładnych”. Cervantes nie był zatem człowiekiem o uniwersyteckim wykształceniu, tylko samoukiem, ale takim, że, jak sam o sobie mówił, czytał nawet kawałki papieru porozrzucane na ulicach.

TP: Ale w końcu wrócił do Hiszpanii…

EPM: Tak, tyle że ponad dziesięć lat po wyjeździe i kraj znacząco się zmienił. Nikt już nie chciał rozmawiać o zwycięskiej bitwie pod Lepanto i Cervantes nagle zostaje bez zajęcia i źródła dochodów. Jako że nigdy nie wygasło w nim literackie powołanie, zdaje sobie sprawę, że gatunkiem literackim, który aktualnie jest w modzie – mówimy o mniej więcej roku 1585 – jest romans pasterski. Więc sam taki pisze – „Galateę” – ale praktycznie bez żadnego sukcesu. Tak naprawdę powstała tylko pierwsza część „Galatei”, a Cervantes zmarł nie dotrzymawszy obietnicy napisania drugiej.
Jako że nie mógł znaleźć żadnego zajęcia – zabiegał nawet o pozwolenie na wyjazd do Ameryki, na co mu lakonicznie odpowiedziano, żeby się rozejrzał za czymś na miejscu – przez ponad piętnaście lat mieszkał w Andaluzji i pracował jako poborca podatkowy, rekwirował zapasy dla Niezwyciężonej Armady [hiszpańskiej floty wojennej, która miała pokonać Anglię – przyp. TP] i w końcu trafił do więzienia – on sam pisał, że „Don Kichot” począł się w więzieniu, a do Madrytu wrócił około roku 1602, już – jak na epokę – stary. Pamiętajmy, że w roku wydania „Don Kichota” Cervantes miał pięćdziesiąt siedem lat i sam pisze o swoim wyglądzie, że jest człekiem średniego wzrostu, ani wysokim ani małym i że zębów ma tylko sześć, a i te w złych znajdują się miejscach. Między „Galateą” a „Don Kichotem” upłynęło dwadzieścia lat, podczas których niczego nie opublikował: z literackiego punktu widzenia Cervantes był nikim. Pisywał sztuki teatralne, ale on sam stwierdził z podziwu godnym humorem, że jego dzieła przyjęto z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem. Dlaczego? Otóż pojawił się Lope de Vega [wybitny dramaturg Złotego Wieku, autor astronomicznej liczby dramatów – przyp. TP], którego sztuki zerwały z wszystkimi tradycyjnymi formami i klasycznymi normami, a Cervantes, jak mówiłem, nie odbył studiów i miał na tym punkcie kompleks, żył ciągle czując gorący oddech Arystotelesa na karku. I oto, zupełnie na uboczu literatury, wymyśla sobie historię człowieka dokładnie takiego jak on sam, który chce stać się kimś innym. Zaczyna pisać historię w zamierzeniu najpewniej krótką, o człowieku, który oszalał od lektury powieści rycerskich, wyrusza, dostaje w skórę i wraca do domu. I tutaj opowieść się zawiesza, bo nagle sam Cervantes przypomina sobie, co w rozdziale drugim powiedział oberżysta, że jeśli rycerz znów ruszy w drogę, powinien pamiętać o koszulach, pieniądzach i giermku.

TP: I wtedy zaczyna się na dobre!

EPM: Tak, Cervantes miał wtedy dwa przebłyski geniuszu. Pierwszy: co takiego czytał don Kichot, że zwariował? Wejdźmy do jego biblioteki! Wprowadza tam księdza i balwierza, którzy mają zrobić porządek, i wychodzi z tego znakomity rozdział, bo oto widzą, że są tam, rzecz jasna, księgi rycerskie, ale nie brak też innej literatury rozrywkowej, romansów pasterskich, zbiorów poezji, zresztą ostatnią książką, której balwierz i ksiądz nie palą, bo im upada na podłogę, jest tom wierszy. A do tego – i to jest genialne – co znajdują w bibliotece don Kichota? „Galateę” Miguela de Cervantesa. I wtedy ksiądz mówi: Od wielu lat ten Cervantes jest wielkim moim przyjacielem i wiem, że więcej nieszczęść spadło na jego głowę niż napisał wierszy. Jego książki mają niezłe pomysły, proponuje coś, lecz niczego nie kończy. Tym sposobem poznajemy umysłową strukturę don Kichota, bibliotekę, o której on sam powie, że znajdujących się tu trzysta książek to sens jego życia i podstawa. I to jest ten pierwszy przebłysk.
Drugi – to giermek. Don Kichot nie miałby przyszłości, gdyby nie pojawił się przy nim jeszcze ktoś. I tak drugim wielkim wynalazkiem Cervantesa jest Sancho Pansa. Bo stał się zarazem rozmówcą, giermkiem, uczniem, przeciwwagą i drugą stroną medalu wszystkiego, co od tej chwili się dzieje. Od teraz Cervantes jest całkowicie wolny, włącza do powieści teksty napisane w latach dziewięćdziesiątych, jak opowieść jeńca – i tak na dobre zaczyna się historia rycerza i jego giermka.

TP: No ale skomplikowana historia „Don Kichota” wcale się na tym nie kończy.

EPM: Należy pamiętać, że pierwszy „Don Kichot”, ten, którego nowy przekład pana Charchalisa trzymamy w rękach, to książka zakończona. Jako że Cervantes pisał w poczuciu porażki, kończy książkę i nie zamierza jej dalej ciągnąć. Gdyby z „Don Kichotem” stało się to, co z „Galateą”, czyli gdyby przeszedł niezauważony, nigdy nie dostalibyśmy drugiej części. Na końcu pierwszej pojawiają się nawet epitafia don Kichota, Sancza, Dulcynei – to znaczy, że don Kichot już umarł. Tyle że powodowany tym typowym ludzkim odruchem zobaczmy, co z tego wyniknie, kilka linijek wyżej Cervantes napisał wyruszając po raz trzeci ze swego domu, don Kichot udał się do Saragossy, gdzie wziął udział w słynnych turniejach organizowanych w tym mieście.
I zobaczmy, co dzieje się dalej. Zważywszy na wielki sukces powieści, można by sądzić, że autor rzuci się pisać część drugą. Nic takiego się nie dzieje. Cervantes wierny swojemu umysłowemu konserwatyzmowi, wyciągnął swoje stare papiery: sztukę, której nie był w stanie wystawić, opracował „Nowele przykładne”, „Podróż na Parnas”, dzieło pisane tercyną, które dziś nikogo nie interesuje. I gdzieś tam przy okazji powoli pisał drugą część. I co się dzieje: kiedy doszedł do rozdziału pięćdziesiątego dziewiątego, ukazał się „Don Kichot” niejakiego Avellanedy, który zaczyna swoją opowieść podejmując kilka zdań z oryginalnej pierwszej części. I tu dochodzimy do momentu autentycznie filmowego. Don Kichot i Sanczo jedzą wieczerzę w oberży, widzimy ich w kadrze, i nagle przez przepierzenie słyszą, że ktoś tam rozmawia o jakimś don Kichocie, kamera wciąż ich pokazuje, a oni słyszą, że don Kichot nie jest już zakochany w Dulcynei, i wtedy siedzący tam prawdziwy don Kichot zrywa się krzycząc z gniewem: Ktokolwiek rzeknie, że don Kichot zapomniał albo może zapomnieć o Dulcynei z Toboso, dowiodę mu tego w polu otwartym, że jest daleki od prawdy!. Wówczas panowie przebywający obok wychodzą i pojawiają się w polu widzenia, kamera już ich pokazuje, i to w tym momencie don Kichot odkrywa, że istnieje drugi, fałszywy don Kichot. Tu objawia się geniusz Cervantesa. Pośpiesznie kończy swoją drugą część, z całego serca i duszy oddając się obalaniu tamtej fałszywej części do tego stopnia, że zmienia charakter postaci: ten Sanczo Pansa, który był zwykłym żarłokiem, nagle zaczyna być pokazywany subtelniej, żeby dać odpór tej fałszywej kontynuacji. A już szczytem geniuszu jest to, kiedy Cervantes podkrada postać Avellanedzie, wprowadza ją do swojej książki, spotyka z don Kichotem, a ten prowadzi go do notariusza, żeby poświadczył, że to on jest prawdziwy, a tamten to oszust!

TP: Wojtku, twój wyczyn ma znamiona donkiszoterii: zabrałeś się za przekład „Don Kichota”, zajęło ci to… ile właściwie lat?

Wojciech Charchalis (WCh): Sześć lat roboty.

TP: Sześć, ładnie. Pytanie bardzo proste: dlaczego?

WCh: Pytania z pozoru proste wymagają zawiłych odpowiedzi, jak mówił poeta. Oczywiście złożyły się na to różne zbiegi okoliczności. Nie będę opowiadał, że kiedy się urodziłem, w wózeczku zamiast smoczka miałem „Don Kichota” i zawsze lubiłem go czytać, bo był fantastyczny i cudowny. Zwłaszcza, że jest to książka, do której trzeba dojrzeć, jest to jedna z tych książek, które należy czytać w odpowiednim wieku. Szesnastolatek nie może palić cygar i pić koniaku – tak samo nie powinien czytać „Don Kichota”. Wydaje mi się, że w żadnym razie nie powinna to być lektura szkolna, bo to jest bardzo poważna książką, do której się dojrzewa. Z tych różnych zbiegów okoliczności, których doświadczyłem, i z nowej lektury Don Kichota dokonanej przez pana w średnim wieku, doszedłem do wniosku, że może należy się z tym zmierzyć. Z jednej strony dlatego że kiedy docieramy do tej czterdziestki, zaczynamy wymyślać różne rzeczy: jedni kupują sobie motor, inni zapuszczają włosy, jeszcze inni robią przyłbicę z kartonu i siadają na konia, a jeszcze inni zaczynają tłumaczyć „Don Kichota”. Ja się zajmuję tłumaczeniem już jakieś dwadzieścia pięć lat, to jest takie ukoronowanie.
Z drugiej strony wydaje mi się, że ta książka zasługuje na to, by ją w polszczyźnie odświeżyć. Żeby wyciągnąć ją z szafy nieczytania, żeby ją wytrzepać, wywietrzyć tę naftalinę i przywrócić ją czytelnikowi. Bo ta powieść w Polsce umarła, nie jest czytana, postrzega się ją albo jako infantylną historyjkę o wariacie, który jeździ na koniu, albo wybitną literaturę, której nikt nie czyta i służy tylko za ozdobę półki. Przekłady, które istnieją w polszczyźnie, są moim zdaniem trochę już zwietrzałe, jak by powiedział don Kichot „zjełczałe”, nie bardzo nadają się do czytania, nie ma świeżości w tych tekstach, są raczej nudnawe i przede wszystkim niezrozumiałe przez swój archaizm. Ten tekst należało zatem odświeżyć i korzystając z tego szczególnego momentu życia – jak Dante – w połowie drogi mojego żywota wszedłem w „Don Kichota”. Mam nadzieje, że ku obopólnej korzyści, Cervantesa i mojej.

TP: Tym, co w twoim przekładzie rzuca się od razu w oczy, są nowe wersje znaczących imion postaci: mamy Sancza Brzuchacza zamiast Pansy, Chabettona w miejsce Rosynanta czy Cudenię zamiast Dulcynei. Tyle że to raptem kilka słów. Na czym polega specyfika języka oryginału i nowego przekładu?

WCh: Tak, to czy będzie Dulcynea czy Cudenia, to sprawy tak naprawdę nieistotne, tak jak nieważne jest, czy powiemy Don Kichot, don Kiszot, czy don Kichote. Ta książka jest całym światem, wszechświatem tak naprawdę. Można w niej znaleźć znacznie więcej niż te przysłowiowe wiatraki.
Dwie rzeczy są najistotniejsze. Pierwsza to taka, by nie podchodzić do książki na kolanach. To była powieść napisana dla ludzi, do czytania. Tak jak pan Pascual powiedział, Cervantes był człowiekiem bez wykształcenia, samoukiem, wielkim czytelnikiem, i w pewnym momencie postanowił zająć się gatunkiem literackim, o którym, jak wspomina we wstępie, ani Arystoteles ani święty Bazyli nie pisali. Skorzystał więc z całkowitej wolności, sam tworzył zasady i je przekraczał. Książka została napisana językiem ludowym, pospolitym – oczywiście siedemnastowiecznym, więc nam się dziś może wydawać klasyczny i wybitny, ale to był zwyczajny potoczny język. A tłumaczenia polskie, jakie do tej pory mieliśmy, są robione trochę na kolanie: don Kichot nie może kląć, jak w tych przekładach, nie może żartować sprośnie. Te poprzednie wersje były też bardzo archaizowane. Myślę, że tłumacze wychodzili z założenia, że skoro jest to powieść siedemnastowieczna to trzeba ją przerabiać na język XVII wieku. I to sprawia, że lektura okazuje się ciężka i nudna, a „Don Kichot” był w założeniu powieścią przepełnioną komizmem, humorystyczną, napisaną przystępnym językiem.

TP: Specyfiką tego wydania jest też to, że choć myślisz przede wszystkim o czytelniku, to jest to też edycja krytyczna.

WCh: Nie było takiego wydania po polsku nigdy, a ponieważ ja bardzo długo się tym zajmowałem, bo miałem trochę problemów ze znalezieniem wydawnictwa, które by to chciało wydać, więc miałem trochę czasu, żeby się nad tym zastawiać: czy ma to być „kryminał”, czy książka naukowa. I wyszło coś pomiędzy. Stało się tak dlatego, że rozmawiałem kiedyś z moim znajomym profesorem literatury polskiej z uniwersytetu i on mówi do mnie Wojtek, ale jak to jest z tym „Don Kichotem”: czy te książki, które przeglądają w bibliotece ksiądz z balwierzem, czy one są prawdziwe, naprawdę wydane, czy to fikcja? Skoro profesor polonista zadaje takie pytanie, to znaczy, że trzeba to jednak wyjaśnić. „Don Kichot” jest też traktatem o sztuce czytania – oprócz tych wszystkich innych rzeczy, którymi też jest. Toteż opracowanie krytyczne było potrzebne, a zarazem książka jest przecież śmieszna, więc dobrze by było, żeby się dobrze czytała.

TP: Panuje zgoda co do tego, że nowa epoka powinna mieć nowe tłumaczenia klasyków. Podobnie dzieje się z interpretacjami takich dzieł. Przypadek „Don Kichota” jest w tym sensie niesamowity…
EPM: Jest to zjawisko dotyczące generalnie wszystkich książek, tyle że nie wszystkie znoszą próbę czasu. „Don Kichot” teoretycznie – bo z Cervantesem zawsze trzeba postępować ostrożnie – miał być wyłącznie dziełem humorystycznym wymierzonym w powieści o błędnych rycerzach. Choć skądinąd wiemy, że to wcale nie była prawda, nawet w czasach Cervantesa. Co się jednak dzieje: kiedy książka wychodzi z jego rąk, przejmują ją czytelnicy i zaczynają czytać na inne sposoby. Prawdą jest, że przez pierwsze sto lat „Don Kichot” postrzegany był wyłącznie jako powieść humorystyczna. Przekład francuski pojawił się rzeczywiście szybko, podobnie angielski i włoski, ale Francuzów nie interesował wtedy tak bardzo „Don Kichot”, tylko raczej teatr barokowy, do tego stopnia, że Corneille’owi jeden przyjaciel rodził, że jeśli chce poznać dobry teatr, niech się nauczy hiszpańskiego. Tak więc przez pierwszy wiek jest to nade wszystko książka śmieszna. Francuzi jeszcze na początku XIX wieku uważali, że druga fałszywa część Avellanedy jest lepsza od tych pisanych przez Cervantesa.
Ale w tym mniej więcej czasie Anglicy zawłaszczają sobie tę powieść i zaczynają czytać ją w inny sposób: Fielding, Sterne, a sama Charlotte Lennox pisze powieść pod tytułem „The Female Quixote – Kobiecy don Kichot”. I tak zaczyna się postrzegać Cervantesa już nie tylko jako autora humorystycznego, ale też pisarza ważnego i godnego naśladownictwa. W Londynie ukazuje się monumentalne wydanie po hiszpańsku i zamówiona zostaje do tego biografia autora u pewnego hiszpańskiego specjalisty. I ten nagle odkrywa, że o Cervantesie niczego nie wiadomo: ani kiedy się urodził, ani kiedy dokładnie umarł! Jego losy pozostają praktycznie nieznane, mówi nawet: Wiem, że trafił do algierskiej niewoli, ale nie wiem kiedy, ani na ile. To zdumiewające, mówimy o połowie wieku XVIII. Przychodzi wiek XIX i Heine, wraz z innymi niemieckimi romantykami, zaczyna opłakiwać scenę porażki don Kichota – to rzeczywiście poruszający moment. I od tego pokolenia zaczyna się czytać tę książkę jako – jak powiedział Dostojewski – najsmutniejszą ze wszystkich książek. Don Kichot staje się postacią mesjańską, idealistyczną.
Interesująca okazuje się też architektura tej książki, bo jest to powieść nowoczesna. Jej struktura też bierze się z humorystyczności. Cervantes zaczyna opowiadać na podstawie jakichś zapisków znalezionych w La Manczy i po krótkim czasie oświadcza, że mu się skończyły. I znów jest to czysto filmowy moment, nie wiem, czemu żaden reżyser tego nie wykorzystał: don Kichot walczy z Biskajczykiem i zastygają z mieczami w powietrzu, tu się rzecz urywa. Wtedy Cervantes pojawia się we własnej opowieści, kiedy to szuka w Toledo ewentualnej kontynuacji tej historii. I znajduje ją w arabskim rękopisie, na którego okładce jest ten sam obraz – walczących z mieczami w górze – tyle że tym razem narysowany. Wtedy na scenę wchodzi drugi narrator – arabski pisarz Cide Hamete Benengeli – a Cervantes, choć coś tam z łaciny i arabskiego znał, musi skorzystać z pomocy tłumacza, który za dwa garnce rodzynek i korzec pszenicy podejmuje się przekładu. Tym sposobem mamy papiery z La Manczy, Cide Hamete’a, tłumacza, a na końcu Cervantesa, który bierze przekład i nie przepisuje go wiernie, tylko od czasu do czasu sam też komentuje. A szczytem pomysłowości jest, kiedy na początku drugiej części don Kichot czyta tekst ze swoimi przygodami i wygłasza swoje uwagi: od tego momentu w drugiej części pojawia się krytyka literacka części pierwszej. I to nie tylko don Kichot czytał swoją historię, znają ją także niektóre spotkane po drodze postaci. Dlatego o ile w pierwszej części to błędny rycerz wyobraża sobie na swój sposób świat, to w drugiej dzieje się odwrotnie – inni dopasowują rzeczywistość do jego wyobrażeń, bo czytali pierwszą część. Ta niesamowita architektura „Don Kichota” uwodzi nas dziś swoją nowoczesnością.

TP: Panowie, trzeba mieć świadomość, że ten wywiad swoim rozmiarem znacząco wykracza poza ramy współczesnych mediów. Mam zatem na koniec prośbę: proszę o krótki blurb, takie okrągłe zdanko na okładkę: dlaczego warto czytać „Don Kichota”.

EPM: Hmm… Hm… No… Trudno to tak wytłumaczyć… Bo to jest bardzo zabawna książka, wciąż taką pozostaje, a zarazem to książka głęboko melancholijna, dająca nam argumenty, dlaczego warto żyć na tym świecie.

WCh: Ja nie umiem tak tego ująć. Można by pójść w patos, że życie jest ciężkie, a lektura może nam dać czasem trochę wytchnienia, albo coś takiego. Ale powiem tylko tyle, że siedziałem nad tłumaczeniem tej książki sześć lat, zacząłem nosić grubsze szkła i strasznie mnie bolą plecy, kiedy siadam do komputera, więc wydaje mi się, że jeżeli potrafiłem sześć lat spędzić nad czymś takim, to może warto sprawdzić, czy nie zwariowałem zupełnie: może rzeczywiście coś tam jest?

Autor: Tomasz Pindel

Źródło: Lubimy Czytać

wtorek, 2 września 2014

Siedem powodów, żeby nie pisać powieści (i jeden, żeby to robić) wg Javiera Maríasa



„Jest zbyt wiele powieści i zbyt wiele osób je pisze” – twierdzi jeden z najpopularniejszych hiszpańskich pisarzy, Javier Marías. 

1. Jest zbyt wiele powieści i zbyt wiele osób je pisze. Nie tylko te napisane nadal istnieją i domagają się, aby je przeczytać, ale i tysiące całkowicie nowych powieści nadal pojawia się w katalogach wydawców i w księgarniach na całym świecie; są także tysiące tych odrzuconych przez wydawców, które nigdy nie docierają do księgarń, ale jednak istnieją. Pisanie to popularna czynność, taka, która – w teorii – jest w zasięgu każdego, kto nauczył się pisać w szkole, i do której żadne wyższe wykształcenie i specjalne przeszkolenie nie jest potrzebne.

2. I właśnie dlatego, że każdy, bez względu na profesję, może napisać powieść, jest to czynność, która się niczym nie wyróżnia i której brakuje tajemniczości. Zajmują się tym poeci, filozofowie i dramaturdzy; robią to też socjologowie, językoznawcy, wydawcy i dziennikarze; politycy i piosenkarze, prezenterzy telewizyjni i trenerzy piłkarscy; inżynierowie, nauczyciele, urzędnicy państwowi i aktorzy filmowi; krytycy, arystokraci, księża i gospodynie domowe; psychiatrzy, profesorzy uniwersyteccy, żołnierze i pasterze kóz. Wydaje się jednak, że pomimo tego, iż pisanie niczym się nie wyróżnia i brakuje mu tajemniczości, nadal jest coś dziwnie pociągającego w powieści – może po prostu jest pożądaną ozdobą? Ale co jest takiego pociągającego w czymś, co jest w zasięgu każdej profesji, bez względu na wcześniejsze szkolenie, prestiż czy zdobytą władzę? Co takiego jest w tej powieści?

3. Pisanie powieści na pewno nie uczyni cię bogatym: w rzeczywistości tylko jedna na sto opublikowanych powieści – i jest to optymistyczna proporcja – zarabia przyzwoitą ilość pieniędzy. To mało prawdopodobne, aby zarobione pieniądze zmieniły życie pisarza, a już z pewnością nie wystarczą, aby przejść na emeryturę. Co więcej, napisanie średniej długości powieści, którą jacyś ludzie zechcą może potem przeczytać, zajmuje miesiące lub nawet lata pracy. Inwestowanie całego tego czasu w przedsięwzięcie, które ma tylko jeden procent szans na zarobek, jest absurdalne, szczególnie pamiętając o tym, że w tych czasach nikt – nawet arystokraci i gospodynie domowe – nie ma wolnego czasu do poświęcenia. Markiz de Sade i Jane Austen mieli, ale ich współczesne odpowiedniki nie mają; co gorsza, nawet gospodynie domowe i arystokraci, którzy nie piszą, ale czytają, nie mają wystarczająco dużo czasu, aby czytać, co ich piszący koledzy napiszą.

4. Powieść nie gwarantuje sławy, ewentualnie niewielką sławę, którą można by osiągnąć dużo szybszymi i mniej pracochłonnymi metodami. Jak każdy wie, prawdziwa sława pochodzi z telewizji, gdzie powieściopisarze są coraz rzadszym widokiem, chyba że autor pojawi się tam nie z powodu zainteresowania lub doskonałości jego powieści, ale w roli głupca lub klauna, razem z innymi klaunami z różnych dziedzin, artystycznych bądź nie. Powieści napisane przez naprawdę sławnego powieściopisarza, który stał się gwiazdą telewizji, stanowią jedynie żmudny i szybko zapominany pretekst do jego popularności, która mniej będzie zależała od jakości jego przyszłych dzieł, o które i tak nikt nie dba, a dużo bardziej od jego umiejętności podpierania się laską, ubierania stylowych szalików, hawajskich koszul lub ohydnych kamizelek i wyjaśnień, jak komunikuje się ze swoim nieszablonowym Bogiem lub jak bezstresowo i prawdziwie można żyć pośród Maurów.

5. Powieść nie zapewni nieśmiertelności w dużej mierze dlatego, że nieśmiertelność praktycznie już nie istnieje. Tak samo oczywiście jest z potomnością, jeśli ktoś rozumie przez to potomność każdej jednostki: wszyscy zostają zapomniani, jeśli tylko są martwi od kilku miesięcy. Każdy powieściopisarz, który wierzy, że jest inaczej, żyje przeszłością i jest albo bardzo zarozumiały, albo bardzo naiwny. Biorąc pod uwagę, że powieści żyją przez najwyżej sezon, nie tylko dlatego, że czytelnicy i krytycy zapominają o nich, ale dlatego, że po zaledwie kilku krótkich miesiącach od powstania są zdejmowane z półek księgarskich (zawsze przyjmując, że nadal są księgarnie), absurdem jest wyobrażanie sobie, że nasze dzieła nigdy nie zginą. Jak to możliwe, żeby były nieprzemijające, skoro większość z nich znika, jeszcze zanim powstanie, albo pojawiają się z przewidywaną długością życia równą owadowi? Nie można dłużej liczyć na osiągnięcie nieprzemijającej sławy.

6. Pisanie powieści nie schlebia ego, nawet chwilowo. W przeciwieństwie do reżyserów i malarzy lub muzyków, którzy mogą zobaczyć reakcję publiczności na swoje dzieła lub nawet usłyszeć ich aplauz, powieściopisarz nigdy nie widzi czytelników czytających jego książkę i nigdy nie jest świadkiem ich aprobaty, ekscytacji lub przyjemności. Jeśli ma dość szczęścia i sprzeda dużo egzemplarzy, może będzie mógł pocieszyć się liczbą, która, nawet jeśli jest duża, pozostaje tylko bezosobową, abstrakcyjną liczbą. Powieściopisarz powinien być także świadomy, że podziela pocieszające liczby dotyczące sprzedaży z: kucharzami telewizyjnymi oraz ich książkami z przepisami, plotkarskimi biografami trzpiotowatych gwiazd, futorologami w łańcuchach, koralikach a nawet pelerynach lub szatach, toksycznymi córkami aktorek, faszystowskimi felietonistami, którzy widzą faszyzm wszędzie oprócz siebie, nadętymi głupkami dającymi lekcje manier oraz z innymi równie wybitnymi pisarzami.

7. Wymienię tu wszystkie nudne, zwyczajne powody, takie jak izolacja, w której powieściopisarz pracuje, jego cierpienie, kiedy walczy ze słowami, a przede wszystkim ze składnią, jego lęk przed pustą stroną, jego nieprzyjemna relacja z głównymi prawdami, które zdecydowały się mu ujawnić, jego wieczna walka z siłami, które istnieją, jego niejednoznaczne relacje z rzeczywistością, które mogą doprowadzić do pomieszania u niego prawdy z kłamstwem, jego tytaniczne zmagania ze swoimi własnymi bohaterami, którzy czasami zaczynają żyć własnym życiem i mogą nawet oddalić się od niego (chociaż pisarz musiałby być trochę tchórzem, jeśliby tak się stało), ogromna ilość alkoholu, jaką spożywa, wyjątkowe i zasadniczo nienormalne życie, które musi wieść jako artysta i inne takie drobiazgi, które zwodziły niewinne lub głupiutkie dusze zbyt długo, prowadząc je do wiary, że jest wielka doza namiętności i męczarni, i romantyzmu w raczej skromnej i przyjemnej sztuce wymyślania i opowiadania historii.

To sprowadza mnie do jednego powodu, który dostrzegam, aby pisać powieści. Może to się wydawać niewiele w porównaniu z powyższą siódemką i bez wątpienia zaprzecza jednemu lub drugiemu z nich.

Pierwszy i ostatni: Pisanie powieści pozwala pisarzowi spędzać wiele czasu w fikcyjnym świecie, który jest w rzeczywistości jedynym lub przynajmniej najbardziej znośnym miejscem, w którym można być. Oznacza to, że może żyć w krainie tego, co mogło być i nigdy nie było, i w świecie, który nadal jest możliwy, w którym coś może się stać, coś, co się jeszcze nie wydarzyło albo o czym każdy wie, że nie wydarzy się nigdy. Tzw. realistyczny powieściopisarz, który w trakcie pisania pozostaje twardo w prawdziwym świecie, pomylił swoją rolę z historykiem, dziennikarzem lub dokumentalistą. Prawdziwy powieściopisarz nie pokazuje rzeczywistości, ale nierzeczywistość, jeśli uznamy że nie chodzi tu o mało prawdopodobną lub fantastyczną, ale po prostu o to, co mogło się wydarzyć lub nie, sprzeczne z faktami, zdarzeniami i incydentami, sprzeczne z tym”co dzieje się teraz”. Wcześniej napisałem, że fikcja jest najbardziej znośnym ze światów, ponieważ oferuje ucieczkę i pocieszenie dla tych, którzy z niej skorzystają. Oferuje również coś innego: poza zapewnieniem nam fikcyjnej teraźniejszości, daje także potencjalną przyszłą rzeczywistość. I chociaż nie ma to nic wspólnego z osobistą nieśmiertelnością, oznacza dla każdego powieściopisarza możliwość – znikomą, ale nadal możliwość – że to, co pisze, zarówno kształtuje, jak i może nawet stać się przyszłością, której on nigdy nie zobaczy.


Tłumaczenie i opracowanie: Estera Rdzak, Artur Maszota

Źródło: The Threepenny Review

niedziela, 28 kwietnia 2013

"Bazgrzę po rękopisie markerami"

Eduardo Mendoza na targach książki
w Madrycie (6 czerwca 2008)
Źródło wywiadu: http://zwierciadlo.pl/2012/kultura/kultura-wywiady/eduardo-mendoza-markerem-po-rekopisie/3

Wywiad przeprowadziła:  Zofia Fabianowska-Micyk

Słyszałam, że bardzo lubi pan wywiady. To rzadkie, a przynajmniej rzadko ktoś się do tego przyznaje.

Słucham uważnie pytań dziennikarzy. Na co zwracają uwagę, jak odbierają moje książki. Takie rozmowy to dla mnie rozrywka. Jako pisarz prowadzę na co dzień nudne życie.

Nudne?! Wręczają panu nagrody, spotyka się pan z czytelnikami, pojawia się w telewizji, otwiera biblioteki. To mało?

Wszystko, o czym pani mówi, dzieje się w moim życiu incydentalnie i trwa krótko. Na co dzień mam ten sam ustalony rytm dnia i nic w nim nie zmieniam.

Jaki to rytm?

Budzę się zawsze o tej samej godzinie – 7.30. Muszę zjeść śniadanie, poczytać gazety, dopiero wtedy siadam do pracy. Piszę najpierw ręcznie, bazgrzę po rękopisie markerami. W przerwach między pisaniem mam tak dużo wolnego czasu, że sporo gotuję. Mieszkam w Barcelonie, w cichej okolicy, niedaleko pięknego ogrodu miejskiego i wybrzeża, chodzę codziennie na pobliski targ. Przy okazji mam styczność z ludźmi. To dla mnie ważne, bo samotność jest esencją mojego zawodu. Lekarz porozmawia z kolegami na dyżurze, urzędnik za biurkiem obgada kogoś z innym urzędnikiem. A ja? Mogę co najwyżej pogawędzić z zaprzyjaźnionymi paniami sprzedającymi na targu ryby i warzywa.

Nie od razu został pan pisarzem. Miał pan inne pomysły na życie.

Długo byłem przekonany, że z pisania nie da się żyć. Moje myślenie nie było zresztą zupełnie pozbawione sensu. Kiedy byłem bardzo młody, pod koniec lat 50. i w latach 60., niewielu pisarzy utrzymywało się z pisania. Może gdzieś za granicą tak, na pewno w Stanach było lepiej, ale nie w Hiszpanii rządzonej przez generała Franco, zbiurokratyzowanej do granic absurdu. Nie ukrywam też, że chciałem dobrze żyć, jeść pyszne potrawy, kupić sobie auto. Wybrałem więc studia prawnicze. A jednak pierwsze próby pisania podjąłem bardzo wcześnie. Słałem opowiadania do gazet, na konkursy. Z marnym skutkiem, pierwszej kompletnej książki w ogóle nie chcieli mi wydać. Pamiętam ją dobrze. Historia o chłopaku i dziewczynie, którzy się w sobie zakochują. Trochę dramatu, trochę komedii. Jedyną kopię wspomnianego dzieła musiałem szczęśliwie utracić podczas którejś z moich przeprowadzek.

A co z tamtą historią miłosną? Pisał pan o sobie?

Absolutnie nie. Nigdy nie umieszczam wątków autobiograficznych w swoich książkach.

Dlaczego?

Opisałem pani, jak żyję, jest pani pewna, że przeczytałaby pani powieść, w której tak niewiele się dzieje?

W pańskim życiu coś się jednak działo. Na przykład wtedy, gdy wyjechał pan do Nowego Jorku jako tłumacz przy ONZ.

Tak naprawdę wyjechałem, żeby móc pisać. Kiedy w Barcelonie zacząłem pracę w kancelarii prawniczej, szybko zorientowałem się, że mam okropnie dużo obowiązków,
że nie mam czasu na nic innego. Znałem trochę angielski, bo jeszcze na studiach mieszkałem jakiś czas w Londynie.

Atmosfera Nowego Jorku natchnęła pana do napisania i wydania debiutanckiej powieści?

Zawsze powtarzam, że te 11 lat było najlepszą wprawką pisarską, dużo lepszą niż czytanie i naśladowanie moich literackich mistrzów we wczesnej młodości. Nie chodzi już nawet o Nowym Jork. Jako tłumacz jeździłem dużo po świecie, byłem w najbardziej niezwykłych zakątkach globu. Tłumaczyłem głównie z angielskiego i francuskiego na hiszpański. Pracowałem na żywym języku, zbierając różne kawałki informacji i słów. Scalałem je i nadawałem im sens, szlifowałem zdania.

Pan mówi o języku, a ja słyszałam niesamowite opowieści o osobach, które pan w tamtym czasie poznał.

Nie zapomnę towarzysza Mao i pozostałych dygnitarzy z Chińskiej Republiki Ludowej. Kopcili jak kominy, odpalając jednego papierosa od drugiego. Byłem obecny na naradach z afrykańskimi dyktatorami, pamiętam też Breżniewa z jego niesamowicie gęstymi brwiami. Był czarujący.

Chyba nie jestem sobie w stanie wyobrazić czarującego Breżniewa.

Chodzi mi o pewien specyficzny rodzaj czaru. Taki, jaki można zaobserwować tylko u ludzi naprawdę wpływowych, tych z najwyższych szczebli władzy. My, tłumacze, byliśmy szarymi myszkami, cieniami ludzi, dla których pracowaliśmy. Drobni politycy czy dyplomaci tak nas właśnie traktowali. Ale nie ci, którzy naprawdę mieli władzę. Oni potrafili cię zagadnąć, nawet zapamiętać twoje nazwisko. Sprawiali wrażenie, jakby byli zaabsorbowani każdym twoim słowem. Nietrudno było ulec ich urokowi. Taki był Breżniew, Reagan, taka była Margaret Thatcher.

Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Hiszpanii?

Pewnie była we mnie jakaś tęsknota, może bardziej do samej Barcelony, gdzie się wychowałem. Mój ojciec pochodził z północy kraju, ale matka była Katalonką. W domu mówiło się w dwóch językach, choć z pisaniem po katalońsku do dzisiaj u mnie krucho, udało mi się wydać tylko katalońską sztukę, z prozą raczej nie dałbym sobie rady. Ale wtedy, na początku lat 80., wróciłem przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, w czasie mojej nieobecności Hiszpania bardzo się zmieniła. Upadł reżim Franco, miałem wrażenie, że umyka mi coś ważnego. Poza tym byłem w związku, urodził się mój pierwszy syn. Manhattan, gdzie wtedy mieszkałem, był fantastyczny dla kawalera, ale – proszę mi wierzyć – absolutnie nie był odpowiednim miejscem dla małego dziecka. Zabawne, bo mój dorosły syn, który pracuje teraz w branży filmowej, i tak wybrał Nowy Jork. Mieszka tam na stałe.

Za to akcja bardzo wielu pana książek rozgrywa się w Barcelonie. Czy to wyraz miłości do rodzinnego miasta? Co prawda nie wiem, czy można mówić o miłości, skoro tak często opisuje pan stolicę Katalonii jako wyjątkowo paskudne miejsce.

To nie sprawa miłości ani nienawiści do miejsca. W książkach traktuję Barcelonę jak jednego z bohaterów, staram się jak najlepiej oddać jej charakter. Barcelona dziś i ta sprzed trzech, czterech dekad to dwa różne światy. Oczywiście to miasto z piękną historią, z latami świetności, ale ja zapamiętałem je jako miejsce bez klimatu, który by je w jakiś szczególny sposób określał. Chodzi mi o wyraźny rys, silną osobowość, jaką ma choćby Wenecja czy Londyn. Barcelona z mojej przeszłości była raczej prowincjonalna, z okolicami doprawdy koszmarnymi. Na własne oczy widziałem, jak przez lata się zmienia. Staje się modna, zyskuje charakter. Mam bardzo wyraźny stosunek do Barcelony, nawet jeśli nie zawsze łaskawy.

Mało łaskawy bywa pan również dla swoich rodaków. Czytałam pańskie ostatnie wypowiedzi dla hiszpańskich gazet. Na temat zbiorowej odpowiedzialności za kryzys gospodarczy. Używa pan mocnych słów…

Nie wiem, czy poza granicami mojego kraju mówi się o tym, jak zapaść w gospodarce odbija się na naszym codziennym życiu. Sytuacja jest naprawdę poważna. Leczenie w państwowych ośrodkach staje się niemożliwe, ludziom mówi się: „Nie możemy już pana dalej leczyć, bo szpital nie ma na to środków, teraz płaci pan sam za siebie albo proszę wracać do domu”. Dochodzi do takich sytuacji. I oczywiście, że my sami jesteśmy temu winni! Ta hiszpańska gigantomania! Muzea, opery, monumentalne urzędy stawiane często na wyrost za zbyt duże pieniądze. Idź z Hiszpanem na obiad, na pewno za ciebie zapłaci. Mamy gest! Kupowaliśmy sobie jachty, podróżowaliśmy po świecie. Żyliśmy tak przez lata, mimo że nigdy nie byliśmy bogatym krajem. Teraz przyszedł czas na otrzeźwienie. Nie mamy pieniędzy na edukację naszych dzieci. To nasza wina. Nasza i polityków, których w porę nie było stać na cięcia, bo są populistami i tchórzami. Jestem w Polsce nie pierwszy raz, wydaje mi się, że u was wygląda to trochę inaczej.

Polaków i Hiszpanów na pewno łączy słabość do pana książek. Pamiętam, że nawet polski wydawca, sprowadzając wiele lat temu do naszego kraju pana powieści, nie spodziewał się aż takiego sukcesu…

Sam jestem zdziwiony. Niektóre odniesienia i kody, którymi się posługuję, są zrozumiałe jedynie dla Hiszpanów, są i takie, które „złapią” tylko Katalończycy. Chwała tłumaczom.

W Polsce swoją premierę ma teraz „Prześwietny raport kapitana Dosa”. Powie pan o nim kilka słów?

„Raport…” był (tak jak wcześniej „Brak wiadomości od Gurba”) drukowany w odcinkach w dzienniku „El País”. To lekka literatura z gatunku science fiction. chyba pana trylogii o lumpowatym detektywie? Może panią zaskoczę, ale moim zdaniem ta opowieść, choć niepozbawiona komizmu, jest bardzo smutna. To historia ludzi wyrzuconych poza nawias społeczeństwa, wygnańców, którzy podróżują statkiem kosmicznym po galaktyce. Kapitan ma za zadanie wywieźć ich na odległą planetę. Nie wiedzą, że tak naprawdę są skazani na dryfowanie po wszechświecie bez żadnego celu. Pisałem tę historię w naprawdę kiepskim dla mnie okresie. Może stąd tyle w niej smutku.

Jest pan przywiązany do swoich książek?

Przeżywam kilka etapów. Kiedy zaczynam powieść, tęsknię, żeby napisać kolejny jej kawałek, ale po jakimś czasie zaczyna mnie nudzić. Wkrótce marzę już tylko o tym, żeby się wreszcie skończyła, opuściła mój dom i przeszła w ręce kogoś innego. Po premierze zapominam o niej zupełnie. Nigdy nie czytam swoich książek po raz drugi. Raz spróbowałem i okrutnie się zawiodłem.

Źródło: zwierciadlo.pl

niedziela, 14 kwietnia 2013

Edwardo Mendoza "Awantura o pieniądze albo życie" - Zapowiedź i fragment

Wielka, międzynarodowa afera i skromny, hiszpański fryzjer. Czy uda się zapobiec zamachowi na Angelę Merkel?
 
Upalne hiszpańskie lato daje się we znaki mieszkańcom Barcelony niemal tak mocno jak wszechobecny kryzys finansowy. Damski fryzjer najchętniej spędziłby ten czas na słodkim nic nierobieniu w swoim bankrutującym salonie, ale kiedy jego bliski przyjaciel niespodziewanie znika, musi działać. Staje przed nim kolejne kryminalne wyzwanie. Okazuje się, że zaginięcie wiąże się z grubą, międzynarodową aferą, w której stawką jest życie samej Angeli Merkel. Kanclerz Niemiec odkryje przed bohaterem swoje nieznane, romantyczne oblicze…
W sprzedaży od 26.04.2013. 

 1. Gwiazdorski występ

Zadzwonili. Otworzyłem. Nie powinienem był tego robić. Na klatce schodowej, z groźnym spojrzeniem i nieulękłą miną wypracowanymi po długich latach surowego szkolenia pod wodzą nieludzkich sierżantów, urzędnik poczty machał listem poleconym adresowanym na moje nazwisko i miejsce zamieszkania. Przed odebraniem koperty, wylegitymowaniem się i podpisaniem świstka próbowałem się wykręcić, tłumacząc, że nie mieszka tu wcale taka osoba, a gdyby nawet kiedyś mieszkała, to już nie żyje, a gdyby i tego było mało, na dobitkę nieboszczyk w zeszłym tygodniu wyjechał na wakacje. Ale nic z tego.
Tak więc podpisałem, listonosz się oddalił, koperta została otwarta (przy mej pomocy) i odkryłem w jej wnętrzu elegancką karteczkę, na której Jego Magnificencja Rektor Uniwersytetu Barcelońskiego zapraszał mnie uroczyście na ceremonię nadania doktorowi Sugrańesowi tytułu doktora honoris causa, która mieć będzie miejsce 4 lutego roku bieżącego w auli owej szacownej instytucji naukowej. Pod wydrukowanym tekstem widniało dopisane ręcznie wyjaśnienie, że zaproszenie wystosowano na wyraźne życzenie doktoranta.