Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alfabet biblioteki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alfabet biblioteki. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2014

Alfabet biblioteki - B jak Bibliofil




Bibliofil – kolekcjoner zakurzonych i pleśniejących, ale dla niego samego pięknych i unikatowych woluminów. Bibliofil dąży do klaustrofobicznego ścieśnienia swojej przestrzeni życiowej przez zajęcie wszystkich ścian swojego domu półkami z książkami.

wtorek, 14 maja 2013

Co to są sepulki?

Stanisław Lem
Czy słyszeliście może kiedyś o sepulkach? Nie? To Wam o nich opowiem. Podoba mi się to słowo - sepulka. Budzi różne skojarzenia i jest zabawne. Wymyślił je Stanisław Lem. Jak zresztą wiele innych równie ciekawych słów: kurdel, ściorg, murkwie, pćmy. Był w tym prawdziwym mistrzem. Zatem co to są te sepulki? Po raz pierwszy wspomniane zostają w Podróży czternastej Dzienników gwiazdowych, opowiadań, których bohaterem jest Ijon Tichy. Ponownie można się na nie natknąć w innej książce Lema pt. Wizja lokalna. Wiadomo, że służą do sepulenia i odgrywają wielką rolę w cywilizacji Ardrytów: odniesienia do nich pojawiają się  w tamtejszej sztuce i reklamie.
 
Ijonowi Tichemu nie udało się ustalić szczegółów, gdyż sepulki są tematem tabu – sama rozmowa o nich jest traktowana jako wielki nietakt. Z pozoru może się wydawać, że sepulki mają związek ze sferą erotyczną (wielkie oburzenie wywoływały próby zakupu ich, czy użycia przez Ijona Tichego, jako osobę samotną), jednak zaprzeczają temu sami Ardryci.

Według Lema, sepulki są bardzo podobne do murkwi, a kolorystycznie trochę przypominają pćmy łagodne. Ich funkcja użytkowa jest oczywiście inna. Definicję sepulek można było znaleźć w Encyklopedii Kosmicznej prof. Tarantogi, którą pożyczył od niego Ijon Tichy, niewiele to jednak wyjasniło.

„W artykule tym wszystko jest dla mnie jasne, z wyjątkiem wzmianek o sepulkach, transmie i strumie. Niestety, ostatni tom Encyklopedii, który się ukazał, kończy się na haśle „SOS GRZYBOWY”, więc o transmie ani o strumie nie ma nic. Poszedłem jednak do Tarantogi, żeby zajrzeć pod „SEPULKI”. Znalazłem krótką informację:

SEPULKI – odgrywający doniosłą rolę element cywilizacji Ardrytów (ob.) z planety Enteropii (ob.). Ob. SEPULKARIA

Poszedłem za tą radą i przeczytałem:

SEPULKARIA – obiekty służące do sepulenia (ob.)

Poszukałem pod „Sepulenie”, było tam:

SEPULENIE – czynność Ardrytów (ob.) z planety Enteropii (ob.).  Ob. SEPULKI.

Krąg się zamknął, nie było już gdzie szukać.”[1] 

W powieści Wizja lokalna okazuje się jednak, że Encyklopedia Kosmiczna to oszustwo, o czym profesor miał powiedzieć Tichemu, ale zapomniał. Także w tej powieści okazuje się, że nie istnieje też sama planeta Enteropia, a domniemany świat był jedynie kamuflażem dla planety Encja. Wszystko niby się wyjaśniło, tyle, że dalej nie wiem co to właściwie są te sepulki...

Sepulki są jednak obecne także w naszej rzeczywistości, nie tylko w tej powieściowej, wymyślonej przez Stanisława Lema. W kulturze na przykład. Od sepulek bowiem wzięła nazwę polska literacka nagroda w dziedzinie twórczości fantastycznej, Złota Sepulka. Pojawiły się też w tytule książki Wojciecha Orlińskiego poświęconej twórczości Stanisława Lema, Co to są sepulki?

Sepulki istniały również w przeszłości. Radziecki entomolog Aleksander Rasnicyn, pracujący w jednym laboratorium z pisarzem Kiryłem Jeskowem, w 1968 na cześć Lema nazwał sepulkami (rodzina sepulkowate (Sepulcidae), z rodzajami Sepulca i Sepulenia oraz gatunkami Sepulca mirabilis, Sepulca mongolica oraz Sepulenia syricta) odkryte na Zabajkalu skamieliny późnomezozoicznych owadów.
______________________________
[1] Stanisław Lem Podróż czternasta „Dzienniki gwiazdowe”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s. 131.

sobota, 21 lipca 2012

Pierwsze zdanie

"- Widzi pan, doktorze, chcę, żeby w ów dzień, kiedy rękopis znajdzie się u wydawcy, wydawca przeczytawszy go wstał i powiedział do swych współpracowników: «Panowie, kapelusze z głów!»

To nagłe oświadczenie zdumiało Rieux. Wydało mu się, że jego towarzysz zrobił gest, jakby zdejmował kapelusz, uniósł bowiem rękę do głowy i wyciągnął ją poziomo. W górze dziwny gwizd powrócił z większą siłą.

- Tak - rzekł Grand - to musi być doskonałe. Choć niezbyt zorientowany w obyczajach literackich, Rieux pomyślał jednakże, że sprawy nie układają się tak po prostu i że na przykład wydawcy nie noszą w biurach kapeluszy. Ale w gruncie rzeczy nic nie wiadomo i Rieux wolał milczeć. [...] Grand tymczasem ciągnął dalej i Rieux nie chwytał wszystkiego, co zacny urzędnik mówił. Zrozumiał jedynie, że dzieło, o którym mowa, liczy już wiele stron, ale autor z bolesnym trudem doprowadza je do doskonałości.

- Wieczory, całe tygodnie nad jednym słowem... czasem nawet nad zwykłym spójnikiem.

- Tu Grand urwał i chwycił doktora za guzik od płaszcza. Słowa wychodziły utykając z jego źle uzębionych ust.

- Niech pan zrozumie dobrze, doktorze. Ściśle biorąc, dość łatwo jest wybrać między «ale» i «i». Trudniej już między «i» i «potem». Trudność rośnie przy «potem" i «następnie».

Ale na pewno najtrudniej jest wiedzieć, czy «i» jest, czy nie jest potrzebne.

- Tak - powiedział Rieux - rozumiem. Ruszył dalej. Grand zmieszany szedł obok doktora. - Niech mi pan wybaczy - wybąkał.

- Nie wiem, co się dziś ze mną dzieje!

Rieux uderzył go lekko po ramieniu, powiedział, że pragnie mu pomóc i że ta sprawa bardzo go interesuje. Grand jakby nieco się rozpogodził i gdy stanęli przed domem, po chwili wahania zaproponował doktorowi, żeby wszedł na moment. Rieux zgodził się. W jadalni Grand poprosił doktora, by usiadł przy stole pełnym papierów, które pokrywało mikroskopijne pismo usiane poprawkami.

- Tak, to jest to - rzekł Grand doktorowi, który zapytywał go spojrzeniem. - Ale czy chce się pan czegoś napić? Mam trochę wina.

Rieux podziękował. Przyglądał się arkuszom papieru.

- Niech pan nie patrzy - powiedział Grand. - To moje pierwsze zdanie. Dużo mam z nim kłopotu, dużo.

On także przyglądał się tym wszystkim arkuszom i zdawało się, ze jeden z nich przyciąga nieodparcie jego rękę; uniósł go w świetle żarówki nie przykrytej abażurem, tak że papier stał się przezroczysty. Arkusz drżał w jego ręce. Rieux zauważył, że czoło urzędnika było wilgotne.

- Niech pan siada - powiedział - i przeczyta mi to.

Grand spojrzał na niego i uśmiechnął się z pewną wdzięcznością.

- Tak - powiedział Rieux - rozumiem. Poczekał chwilę, wciąż przyglądając się kartce papieru, potem usiadł. [...] Głos Granda zabrzmiał głucho: «W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.» Cisza wróciła i razem z nią niewyraźny hałas cierpiącego miasta. Grand położył kartkę i patrzył na nią.

Po chwili podniósł oczy.

- Co pan o tym myśli?

Rieux odparł, że ten początek budzi w nim ochotę poznania dalszego ciągu. Ale Grand powiedział żywo, że nie jest to właściwy punkt widzenia. Uderzył dłonią na płask w papiery.

- To tylko szkic. Kiedy potrafię dokładnie oddać obraz, który mam w wyobraźni, kiedy moje zdanie nabierze rytmu tej przejażdżki kłusem, raz - dwa - trzy, raz - dwa - trzy, wówczas reszta stanie się łatwiejsza, a nade wszystko złudzenie tak wielkie, że można będzie powiedzieć: «Panowie, kapelusze z głów!»

Ale jeśli idzie o to, miał jeszcze czas. Nie zgodziłby się oddać zdania w takim kształcie drukarzowi. Mimo bowiem zadowolenia, jakie dawało mu niekiedy, zdawał sobie sprawę, że nie przylega jeszcze całkiem do rzeczywistości i że w pewnej mierze zachowało łatwiznę tonu, mimo wszystko zbliżającego je trochę do komunału. Przynajmniej taki był sens tego, co mówił, kiedy usłyszeli kroki ludzi biegnących pod oknami. Rieux wstał.

- Zobaczy pan, co z tego zrobię - powiedział Grand."

Fragment znalazłem na blogu Kocham, lubię, szanuję , a pochodzi z: Albert Camus, Dżuma, przeł. Joanna Guze.

piątek, 1 czerwca 2012

Alfabet biblioteki (8) - Z jak zakończenie

Zakończenie książki jest, nie mniej, a może nawet bardziej, ważne od jej początku. Bardzo często po kilku latach od lektury książki wyleciała nam z głowy jej fabuła, imiona bohaterów, wiele istotnych szczegółów, ale prawie zawsze pamiętamy jak się książka skończyła. W przypadku kryminałów zapominanie jest nawet pożądaną rzeczą, inaczej nie będziemy mieć przyjemności przy powtórnej lekturze. Oczywiście najbardziej pamięta się te zakończenia, które  nas zaskoczyły. Mistrzem zaskakujących puent był w swoich opowiadaniach dla dorosłych czytelników Roald Dahl, np. zbiór opowiadań "Lamb to the Slaughter". Pamiętam także świetne i zaskakujące opowiadania i powieści pisarzy SF: Roberta Shekley'a ze zbioru "Pielgrzymka na Ziemię" i Philipa K.Dicka np. "Labirynt śmierci".

czwartek, 31 maja 2012

R jak recenzje z (jeszcze) nie istniejących książek - Alfabet biblioteki (7)

Stanisław Lem
Pisanie recenzji z nie istniejących książek może nie być takim głupim pomysłem, na jaki początkowo wygląda. Ile to razy ktoś narzekał, że (musi?) zrecenzować książkę, która mu się nie podoba, która go nie rusza. Jak zachwyca kiedy nie zachwyca. Otóż mamy jedyną niepowtarzalną szansę napisania recenzji z powieści, której być może jeszcze nie ma (chociaż któż to wie, codziennie na świecie ukazują się tysiące nowych książek, właściwie to chyba wszystko zostało już napisane i to po kilka razy), ale, którą bardzo chcielibyśmy zrecenzować. Czy nie chcielibyście napisać recenzji z książki dla Was idealnej, książki Waszego życia? Któż by nie chciał. Być może każdy z nas szuka właśnie tej jednej jedynej historii, kiedy czyta i przekopuje się przez całe stosy i stosiki kupionych książek, "przepływa przez biblioteki", czyta recenzje innych blogerów. Oczywiście pisanie recenzji z nie istniejących książek nie jest zadaniem łatwym. Kilku śmiałków w historii już próbowało, z różnym skutkiem. Najpierw bowiem trzeba  wymyślić, tak jak to robi pisarz, cały świat powieści, jej fabułę, bohaterów, zakończenie, a dopiero potem napisać z tego recenzję. Powstaje wtedy coś w rodzaju literatury do kwadratu, nowy gatunek literacki.

Pojawienie się recenzji z nie napisanych książek spowodowało by, być może, pewne zmiany na rynku czytelniczym. Wydawcy, z początku niezadowoleni, mogli by się jednak przy tej okazji dowiedzieć na jakiego typu książki jest tak na prawdę zapotrzebowanie czytelników, co powinni wydawać, aby zaoszczędzić pieniądze na reklamie. Natomiast pisarze mogli by pisać książki, które z pewnością znalazły by swojego czytelnika i to nie byle jakiego, bo czytelnika idealnego. A oto jak ten temat widział Mistrz:

"Pisanie recenzji z nie istniejących książek nie jest wynalazkiem Lema; nie tylko u pisarza współczesnego - J.L.Borgesa - znajdujemy takie próby (np. jako "Omówienie dzieła Herberta Quaine" w tomie "Labirynty"), koncept sięga dalej - i nawet Rabelais nie był pierwszym, który go użył. Lecz "Doskonała próżnia" jest kuriozalna o tyle, że chce być antologią tylko takich właśnie krytyk. Systematyczność pedanterii czy żartu? Podejrzewamy autora o intencję żartu, a wrażenia tego nie osłabia wstęp - sążnisty i teoretyczny, w którym czytamy: "Pisanie powieści to forma utraty swobód twórczych. (...) Z kolei recenzowanie książek to katorga jeszcze mniej szlachetna. O pisarzu da się przynajmniej powiedzieć, że sam siebie zniewolił - obranym tematem. Krytyk jest w gorszym położeniu: jak katorżnik do swych taczek, tak do dzieła omawianego przykuty jest recenzent. Pisarz traci wolność we własnej, krytyk - w cudzej książce". Emfaza tych uproszczeń jest zbyt jawna, byśmy ja brali serio. W dalszym akapicie wstępu ("Autozoil") czytamy: "Literatura opowiadała nam dotąd o fikcyjnych postaciach. My pójdziemy dalej: będziemy opisywali fikcyjne książki. Oto szansa odzyskania swobód twórczych, a jednocześnie zaślubiny dwóch sprzecznych duchów - beletrysty i krytyka".[1]

Oczywiście można potraktować to wszystko jako żart, zabawę intelektualną, grę z czytelnikiem lub po prostu nowy gatunek literacki. Napisałem tę notkę trochę po to, aby Was sprowokować do wypowiedzi na ten temat. Jakie są Wasze, jako recenzentów, doświadczenia i opinie na temat pisania recenzji z istniejących, lub też (jeszcze) nie, książek?

[1] Stanisław Lem "Doskonała próżnia. Wielkość urojona", Wydawnictwo Literackie, 1985, s.7.

poniedziałek, 14 maja 2012

Alfabet biblioteki (6) - A jak autor

Od razu na początku chcę zaznaczyć, że wszystko o czym tutaj napiszę to tylko moje własne przemyślenia, poparte lekturami i cytatami. Nie jestem historykiem literatury, nie będzie zatem naukowych wywodów, żargonu, przypisów i bibliografii. No, może tylko odrobinę. Dzisiaj temat, który mnie osobiście, jako czytelnika książek, bardzo interesuje. Mianowicie rola jaką odgrywa autor powieści. Pomyślicie pewnie, że sprawa wydaje się banalnie prosta i, że jest to oczywista oczywistość. Jest powieść to i musi być autor, który ją napisał. A właśnie, że nie. Nie jest to takie proste jak się wydaje. Różnie to wyglądało w historii literatury, w przeszłości, na przykład w XIX wieku, a także obecnie. Autor poprzez sposób pisania wpływa na odbiór i interpretacje jego dzieła. Czytając wiemy czy zgadza się on z przedstawionymi poglądami czy też nie.

Zacytuję na początek Juliana Barnesa:

 " "Autor powinien być w swojej książce jak Bóg w swoim wszechświecie: wszechobecny i niewidzialny"[Gustaw Flaubert]. W naszym wieku doczekało się to, oczywiście, przewrotnej interpretacji. Pomyślcie o Sartrze i Camusie. Bóg umarł - oznajmili nam - a wraz z nim podobny Bogu powieściopisarz. Wszechwiedza jest niemożliwa, ludzka wiedza - częściowa, tak zatem i sama powieść, tak zatem i sama powieść musi być częściowa. Brzmi to niezbyt zachęcająco, ale za to logicznie. Czy jednak jest logiczne? W końcu powieść nie pojawiła się jednocześnie z wiarą w boga; ani też, prawdę mówiąc, nie istnieje zbyt ścisła korelacja między tymi powieściopisarzami, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego narratora, a tymi, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego Stwórcę. Przytaczam George Eliot obok Flauberta.
 Jeśli chodzi o sedno sprawy, rzekoma boskość przyjęta przez dziewiętnastowiecznego pisarza była tylko chwytem technicznym; podobnie stronniczość i ograniczoność widzenia nowoczesnego pisarza to też tylko wybieg. Kiedy współczesny narrator waha się, głosi swą niepewność, źle rozumie, zgrywa się i robi błędy, czy istotnie czytelnik dochodzi do wniosku, iż rzeczywistość została przedstawiona w sposób bardziej autentyczny?"[s.98-99][1]

W 1968 roku Roland Barthes napisał "Śmierć autora", esej teoretycznoliteracki, a zarazem postulat nawołujący do nieodczytywania tekstu literackiego poprzez pryzmat tzw. "intencji autorskiej". W publikacji Barthes apelował, aby usunąć z dyskursu interpretacyjnego kategorię "autora", rozumianą dotąd jako źródło niekłamanej wiedzy na temat prawidłowego odczytania dzieła. Według badacza autor nie jest "ojcem" i "właścicielem" tekstu. Stawiane często pytanie "Co autor miał na myśli?" uważał za bezzasadne, ponieważ w żadnym tekście nie jest zapisana intencja jego twórcy. Jego zdaniem zjawisko braku autora w tekście ma dwa źródła: pierwszym z nich jest ustalenie strukturalistów dotyczące istnienia podmiotów nadawczych w utworze literackim (oraz sformułowanie zasady nieutożsamiania podmiotu utworu z autorem), drugim natomiast jest charakter literatury współczesnej, która według Barthes'a powraca do swoich pierwotnych korzeni - dlatego też należy zastąpić słowo "autor" słowem "skryptor". Jak sam pisze:  

"Wiemy już dziś, że tekst nie jest ciągłą sekwencją słów, za którymi kryłby się pojedynczy, "teologiczny" sens (przesłanie Autora-Boga), lecz wielowymiarową przestrzenią, w której stykają się i spierają rozmaite sposoby pisania, z których żaden nie posiada nadrzędnego znaczenia: tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury".
Pojmowanie literatury, jako intertekstualnej przestrzeni wypełnionej cytatami i nawiązaniami, jest charakterystyczne dla postmodernizmu. Usunięcie kategorii autora przez Barthes'a jednocześnie podniosło rangę czytelnika, który stał się właściwym twórcą tekstu, poprzez interpretowanie go w trakcie procesu lektury.[2]

Pisarze, postmoderniści, zaczęli stosować teorię Barthesa w praktyce, pisząc w taki a nie inny sposób swoje książki. W tej chwili przychodzi mi na myśl "Trylogia nowojorska" Paula Austera, gdzie w powieści pojawia się sam autor, pisarz o nazwisku Paul Auster, a główny bohater dyskutuje z nim. Vladimir Nabokov umieścił w tekście "Lolity" anagram swojego imienia i nazwiska Vivian Darkbloom. Główny bohater, Humbert Humbert posiada zbieżności ze swym autorem, ale jeszcze więcej rozbieżności. Mamy wiele znaków podkreślających fikcję powieściową, szczególnie poprzez zaznaczenie obecności autora w tekście. Nabokov jest obecny w utworze poprzez wspomnianą już wyżej postać Vivian Darkbloom , a także jako Młody Poeta, ze sztuki Quilty'ego, który upiera się, że cała akcja jest dziełem jego wyobraźni. W fikcyjnej przedmowie Nabokov ujawnia się natomiast poprzez sformułowanie: "jakże jednak jego rozśpiewane skrzypce potrafią wyczarować tkliwość i współczucie dla Lolity", gdzie skrzypce są metaforą twórczości literackiej.

Czy lubicie czytać książki eksperymentujące, postmodernistyczne, które dają czytelnikowi wolność interpretacji? Nie ma autora, są tylko czytelnicy i ich odczytania utworu literackiego. Czy może wolicie dziewiętnastowieczne powieści z autorem wszechwiedzącym i wszechobecnym? Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy czytając jakąś powieść musicie wiedzieć cokolwiek o jej autorze, czy wpływa to na jej odbiór?

[1] Julian Barnes, Papuga Flauberta, z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 222.
[2] Wikipedia.pl

środa, 28 marca 2012

Alfabet biblioteki (5) - T jak tłumacz

Tłumacz książki jest nie mniej ważny niż jej autor, a czasami może nawet ważniejszy. To od niego w dużej mierze zależy czy książka zostanie właściwie odebrana, jest ogniwem łączącym nas z autorem, jego "oczami" widzimy powieściowy świat. Wiedzą o tym także pisarze i bardzo często można przeczytać podziękowania dla tłumacza. Nie wszystkie też książki wymagają największego kunsztu podczas ich tłumaczenia. Jest jednak pewna liczba takich, które są bardzo trudne do przełożenia, jeżeli wręcz nieprzekładalne. Tym większe brawa należą się tłumaczom takich dzieł. W Polsce mamy wielu uznanych i świetnych tłumaczy z różnych języków, dzięki nim ktoś taki jak ja, znający zaledwie jeden język obcy, może sobie z wielką przyjemnością czytać i poznawać literaturę innych krajów.

Jeżeli chodzi o język angielski to najbardziej znani są ci, którzy tłumaczą Szekspira czy Joyce'a. Można tutaj m.in. wymienić Macieja Słomczyńskiego ("Ulisses", "Dzieła" Szekspira, "Przygody Alicji w Krainie Czarów" Lewisa, "Podróże Guliwera" Swifta, "Raj utracony" Miltona, "Światłość w sierpniu" Faulknera), Stanisława Barańczaka ("Dzieła" Szekspira, poezja angielska i amerykańska, "Czarnoksiężnik z Archipelagu" Le Guin). Z moich ulubionych lektur pamiętam także Lecha Jęczmyka, to dzięki jego świetnym przekładom poznałem takie powieści i autorów jak "Paragraf 22" Josepha Hellera, "Mały Wielki Człowiek" Thomasa Bergera, "Valis" i "Człowiek z Wysokiego Zamku" Philipa K. Dicka, "Śniadanie mistrzów", "Kocia kołyska", "Matka noc" i "Rzeźnia numer 5" Kurta Vonneguta, "Lewa ręka ciemności" Le Guin czy wreszcie "Imperium Słońca" Ballarda. Podobały mi się także przekłady Tomasza Mirkowicza takich ważnych książek jak "Rok 1984" Orwella oraz "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya. Dużym wyzwaniem dla tłumacza są takie utwory jak "Lolita" i "Blady ogień" Nabokova, "Mechaniczna pomarańcza" (dwie wersje A i R) Burgessa czy "Alicja w Krainie Czarów" Lewisa, których tłumaczem był Robert Stiller, zawsze opatrujący swoje tłumaczenia licznymi przypisami lub posłowiem na temat przekładanego utworu i swojej nad nim pracy.

W poznawaniu dzieł literatury francuskiej przez polskich czytelników wielką rolę odegrał jeden człowiek, Tadeusz Boy-Żeleński. To dzięki niemu możemy dzisiaj zachwycać się utworami takich pisarzy jak Proust, Balzak, Molier, Stendhal, Flaubert, Diderot, Gide, Rabelais, France, de Laclos i wielu innych. Wspaniali tłumacze z języka hiszpańskiego to Zofia Chądzyńska (przetłumaczyła mnóstwo opowiadań i powieści Julio Cortazara oraz Jorge Luisa Borgesa), Carlos Marrodan Casas (tłumacz wielu powieści Mario Vargasa Llosy m.in. "Zielonego domu", Gabriela Garcii Marqueza m.in. "Miłości w czasach zarazy", Javiera Mariasa oraz "Cienia wiatru" Carlosa Ruiza Zafona) oraz Filip Łobodziński ("Klub Dumas", "Fechmistrz", "Szachownica flamandzka" oraz cykl "Przygody kapitana Alatriste" Artura Pereza-Reverte czy "Zeszyty don Rigoberta" Maria Vargasa Llosy).

Zmieniają się czasy, zmienia się także język, którym mówią kolejne pokolenia Polaków i dlatego kolejni tłumacze podejmują swoje próby przekładu znanych już dzieł. Na ogól z dobrym skutkiem. Jednak czasem, gdy mamy do czynienia z bardzo popularnym utworem, wielokrotnie czytanym, którego liczne cytaty funkcjonują od dawna w języku polskim, trudno jest się przestawić i przyzwyczaić do nowego tłumaczenia. Można tu choćby wymienić dramaty Szekspira, "Don Kichota", "Fausta" "Proces" czy moje ulubione "Przygody dobrego wojaka Szwejka", które dodatkowo z każdym nowym tłumaczeniem mają zmieniany także tytuł.

Nie wspomniałem o wielu jeszcze znakomitych tłumaczach, także z innych języków, bo nie bylem w stanie wymienić ich wszystkich. Temat jest według mnie interesujący, ale też bardzo obszerny niczym powieść-rzeka. Osobiście bardzo jestem ciekawy tego jak pracują tłumacze literatury pięknej, jak znajdują te właściwe słowa, tworząc praktycznie swoją własną wersję przekładanego dzieła. Według mnie są właściwie jego autorami w innym języku. Nie bez znaczenia pozostaje tutaj fakt, że prawie wszyscy wymienieni przeze mnie tłumacze są również pisarzami, twórcami swoich własnych utworów.

A Wy, czy macie swoich ulubionych tłumaczy? Czy uważacie, że przekład może równać się oryginałowi lub być nawet od niego lepszym? Co sądzicie na temat nowych przekładów znanych już dzieł?

[1] Źródło, fot. Sławomir Mielnik

Nieco szerzej o życiu i pracy tłumacza Carlosa Marrodana Casasa można przeczytać TUTAJ

Pozostałe części cyklu Alfabet biblioteki można przeczytać TUTAJ 

wtorek, 20 marca 2012

Alfabet biblioteki (4) - E jak e-booki

Bibliotekarz, Giuseppe Arcimboldi
W Dużym Formacie z 8 marca 2012 roku Krzysztof Varga, w swoim cotygodniowym felietonie z cyklu Kajet konesera zatytułowanym Kocham roztocza czyli książka musi pachnieć, wypowiedział się na temat e-booków i tradycyjnych papierowych książek. Dużo czytałem o e-bookach w prasie, jak również w blogosferze i jestem trochę już tym zmęczony, dlatego dla przedstawienia mojego zdania posłużę się obszernymi cytatami z felietonu Krzysztofa Vargi, z którym, jeżeli chodzi o e-booki, zgadzam się w stu procentach. 

"Uważnie śledzę, jako książkowy fetyszysta, gazetową debatę o e-bookach, o przyszłości książki, która, jak wiadomo, wygląda nieco ponuro, ale jest to debata kluczowa, uważam, przy niej taki, dajmy na to, grecki kryzys  ekonomiczny to jest w ogóle śmieszna rzecz. W kontekście dziejów ludzkości grecki kryzys to jest rzecz zupełnie niszowa, w przeciwieństwie do przyszłości książki, która jest sprawą globalną.(...)

Pytanie, czy e-booki są przyszłością czytelniczą, czy elektroniczne książki czytane na tabletach czy innych czytnikach w rodzaju Kindle'a wyprą książki drukowane, jest pytaniem zasadniczym. to jest dla mnie fundamentalny spór cywilizacyjny, choć mam świadomość, że przyszłość mojego papierowego imperium w starciu z elektronicznymi czytnikami jest mniej więcej tak świetlana jak cywilizacji prekolumbijskich w momencie, gdy u brzegów Ameryki wylądowali konkwistadorzy.

(...) Idzie mi tu o formę książki, dla mnie, niestety jako dinozaura, na którego rozkojarzony łeb leci właśnie wielki meteoryt, książka, prócz treści, musi zawierać w sobie papier, jego fakturę, okładkę, miękką lub twardą,, oraz zapach. Książka, która nie pachnie, traci wszak tak wiele ze swej książkowości; inaczej pachnie nowa książka, mamiąca rozkoszną wonią świeżego druku, inaczej książka, która wchodzi w wiek dorosły, a potem średni, gdy ten papier powoli zaczyna żółknąć, a potem, gdy się starzeje, zaczyna zalatywać lekką stęchlizną, która też przecież ma swój oszałamiający urok. Trąci to być może pewnym odstępstwem od normy czy też, mówiąc jaśniej - zboczeniem; jestem jakimś zboczonym konserwatystą wierzącym wciąż w papier, ale ja uwielbiam wręcz wąchać książki. Książka bezwonna, bez okładek, bez papieru, książka czytana na cienkim monitorze, książka niestarzejąca się, której strony nie żółkną, książka właściwie niezniszczalna - to wizja, która jednakowoż nieco mnie przeraża, to jest dla mnie jakiś - zdobędę się na brawurę - projekt totalitarny. (...) Projekt, którego efektem będzie koniec księgarń, gdzie można mitrężyć czas, gubić się pomiędzy półkami, wyciągać z nich woluminy, kartkować (wąchać też, a jakże), prowadzić brutalną wewnętrzną wojnę z samym sobą, czy kupić, czy nie kupić, a jeśli kupić, to teraz czy następnym razem, zatem zapominając o upływającym czasie - bo księgarnia to miejsce poza czasem - obmacywać książki i wybierać upragnioną, jeśli to wszystko miało by zginąć razem ze zwycięstwem e-booków, to niechaj i ja też zginę.

Antykwariat Shakespeare and Co.
Prowadzę politykę dywersyfikacji książek wzbogacających moje mieszkanie, kupuję, owszem, głównie nowe egzemplarze, ale zdarza mi się przecież wyprawić do antykwariatu czy do budek bukinistów przy warszawskim placu Wilsona i wygrzebać tam sobie jakiś stary egzemplarz niewznawianej od dawna powieści, powieści zapomnianej, której jeszcze nigdy nie czytałem, albo czytałem lata świetlne temu, gdy ludziom nie śniły się nie tylko e-booki, ale i internet. (...) W tych antykwariatach i budkach bukinistów ubogacam się przecież także duchowo, jeśli e-booki mają zabić nie tylko księgarnie, ale i antykwariaty, to ja pierwszy zabiję e-booki, potwora należy ukatrupić, gdy jest jeszcze mały, potem może być za późno. (...)

Książka to jest i pamięć, i zapominanie jednocześnie, doskonała harmonia, ponieważ jednocześnie pamiętam lektury książek, które stoją u mnie na półkach, ale tak samo zdarza się, iż sięgam po którąś z powieści dawno nieczytanych, wiem z grubsza, o co tam szlo, jak przez gęstą mgłę powracają jakieś sceny, skojarzenia, nazwiska bohaterów, ale jednak przecież wiem, że większość zapomniałem, otwieram pierwsze strony, zaczynam czytać, wracają wspomnienia, staje mi przed oczami czas utracony w całej swej okazałości, czytam znowu po latach i - niechaj będzie mi to wybaczone i zrozumiane - staję się młodszy, staję się tamtejszym, sprzed lat.(...)"

A jakie jest Wasze zdanie o e-bookach? Czy z nich korzystacie? Czy uważacie, że wyprą one tradycyjne papierowe książki? Podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami lub też doświadczeniami.

Inne części cyklu Alfabet biblioteki można przeczytać TUTAJ


środa, 7 marca 2012

Alfabet biblioteki (3) - B jak blokada twórcza

Ernest Hemingway
Przeżywało ją już wielu pisarzy i poetów. wielu z nich popełniło z tego powodu samobójstwo. Narzucają mi się tutaj przynajmniej dwa nazwiska: Ernest Hemingway i Jerzy Kosiński. Pamiętam też film zdaje się braci Cohen pod tytułem Burton Fink z Johnem Torturo w roli głównej. Gra on tam pisarza, który przyjechał do Hollywood i ma napisać scenariusz do filmu o boksie. Siedzi codziennie w swoim pokoju hotelowym, gapi się w ścianę lub w sufit i nie może zacząć, napisać kilku pierwszych zdań. Podczas pobytu w Hollywood poznaje też innego sławnego pisarza, który już jest wrakiem człowieka, a żeby pisać pije. Później okazuje się, że właściwie książki i scenariusze pisze za niego jego partnerka życiowa, bo on już nie jest w stanie.