piątek, 23 listopada 2012

Obywatelstwo amerykańskie

Sandor Marai
1957

Było nas pewnie około stu pięćdziesięciu w sali, w której wypowiedziałem słowa przysięgi, otrzymując obywatelstwo amerykańskie. Ta sala narad znajduje się na jednym z pięter budynku władz South District of New York. W kącie gwiaździsty sztandar z orłem. Na podium obite zieloną skórą fotele sędziów, przed podium stoły urzędników sądowych. Wezwanie opiewało na godzinę za piętnaście druga. Musiałem podpisać dokument o przyjęciu obywatelstwa. Po czym usiedliśmy w ławkach i czekaliśmy na sędziego, który miał nas zaprzysiąc. Na kilka minut przed nadejściem sędziego pewien urzędnik wyszedł na środek sali i wezwał tych, którzy doświadczają stanu change in heart [zmienić zdanie]: niech się zgłoszą, jeśli zmienili zamiar i nie chcą zostać obywatelami amerykańskimi. Teraz jeszcze mogą to uczynić, ale za kilka minut, gdy sędzia odbierze od nich przysięgę, zostaną obywatelami tego kraju, co daje prawa, lecz narzuca także obowiązki. Nikt się nie zgłasza. Następne minuty upływają w głębokiej, uroczystej ciszy. Potem pukają i w otwierających się bezgłośnie, ciężkich dębowych drzwiach staje starszy sędzia ubrany w czarną togę. Wchodzi na podium, staje na środku, w ręce trzyma księgę w czarnej oprawie. Wygląda jak ksiądz. Jeden z urzędników - zapewne na pamiątkę dawnego zwyczaju sądowego - trzykrotnie wykrzykuje: Hearye! [Słuchajcie!]. Wszyscy wstajemy. Urzędnik odczytuje teraz przysięgę, której kolejne zobowiązania powtarzamy z prawą ręką uniesioną ku górze. W sali cichy pomruk. So help me God [Tak mi dopomóż Bóg]. - tylko te słowa brzmią trochę głośniej. Następnie przemawia sędzia. Mowa jego jest monotonna i księżowska. „Ten kraj nie jest rajem na Ziemi - mówi. - Niech Państwo uczynią wszystko, by był lepszy i doskonalszy. Thank you - kończy. I opuszcza salę.

Sandor Marai "Dziennik".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...