Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

Książki zaginają czasoprzestrzeń


Dawn Elaine Darkwood The Library

"Prawda jest taka, że każdy duży zbiór nawet zwyczajnych książek deformuje przestrzeń, o czym łatwo się przekonać, odwiedzając jeden z tych naprawdę staroświeckich antykwariatów - jeden z tych, które wyglądają jak zaprojektowane przez M. Eschera, kiedy miał zły dzień, mają więcej schodów niż podestów i długie rzędy półek kończące się małymi drzwiczkami, z pewnością zbyt niskimi, aby przeszedł przez nie pełnowymiarowy człowiek. Tłumaczy to następujące równanie: wiedza = potęga = energia = materia = masa. Dobra księgarnia to po prostu elegancka czarna dziura umiejąca czytać".

"Książki zaginają czasoprzestrzeń. Powodem, dla którego właściciele wspomnianych już ciasnych antykwariatów zawsze sprawiają wrażenie ludzi trochę nie z tego świata, jest to, że wielu z nich rzeczywiście stamtąd pochodzi. Zabłąkali się do nas, skręcając nie w tę stronę we własnym antykwariacie w świecie, gdzie na nogach przez cały czas wypada nosić bambosze, a sklep otwierać tylko wtedy, kiedy ma się ochotę".

"Biblioteka była największym zbiorem magicznych tekstów w ca­łym multiversum. Spoczywały tam na półkach tysiące woluminów pełnych okultystycznej wiedzy. Podobno, ponieważ wielkie ilości magii potrafią mocno od­kształcić zwykły świat, Biblioteka nie przestrzegała normalnych za­sad czasu i przestrzeni. Podobno ciągnęła się po wieczność. Podobno całymi dniami można by wędrować wśród odległych regałów, podobno gdzieś tam żyły całe plemiona zagubionych studentów, podobno niezwykłe istoty czaiły się w zapomnianych wnękach, a po­lowały na nie istoty jeszcze dziwniejsze".

"Najstarsi bibliotekarze jednak, kiedy wykazali już swoją wartość, dokonując jakiegoś bohaterskiego bibliotekarskiego czynu, przyjmowani są do tajnego związku i nauczani sztuki przetrwania poza Półkami, Które Znamy".

Terry Pratchett "STRAŻ! STRAŻ!"

sobota, 15 listopada 2014

Nowe siły

Ostatnio sporo się wokół mnie dzieje. Jest trochę zamieszania, ale póki co wszystko idzie w dobrym kierunku. Dlatego też, aby poradzić sobie z natłokiem pracy i czekających mnie wyzwań, musiałem zatrudnić w zaciszu biblioteki fachową pomoc, profesjonalną bibliotekarkę, panią Gienię. Pani Gienia miłość do książek wyssała z mlekiem matki, a pierwszym wypowiedzianym przez nią słowem było słowo "book". Czuje do pracy w bibliotece prawdziwe powołanie, dlatego swoje obowiązki stara się zawsze wykonywać z pasją i zarażać nią setki, a nawet tysiące ludzi. Ze swojej strony pani Gienia obiecała wszelką pomoc. Postara się odpowiadać na wszystkie pytania i rozwiązywać najtrudniejsze problemy. Mam nadzieję, że ją polubicie.





środa, 8 stycznia 2014

Alfabet biblioteki - B jak Bibliofil




Bibliofil – kolekcjoner zakurzonych i pleśniejących, ale dla niego samego pięknych i unikatowych woluminów. Bibliofil dąży do klaustrofobicznego ścieśnienia swojej przestrzeni życiowej przez zajęcie wszystkich ścian swojego domu półkami z książkami.

sobota, 13 kwietnia 2013

Co czytano w brytyjskich schronach przeciwlotniczych

Podczas pierwszych sześciu miesięcy II wojny światowej liczba wypożyczających książki z bibliotek w Wielkiej Brytanii wzrosła o 20%, a w niektórych rejonach o 50%. Ewakuowani mieszkańcy i kobiety, których synowie lub mężowie walczyli na froncie wojennym - czyli ludzie, innymi słowy, którzy mieli największą potrzebę poznawania świata - należeli do najbardziej namiętnych użytkowników bibliotek. W Londynie w niektórych dzielnicach pozakładano małe biblioteki w schronach przeciwlotniczych. Nieużywana stacja metra w Bethnal Green miała bibliotekę z czterema tysiącami woluminów i klientelę, która co noc liczyła sześć tysięcy osób. Ci wojenni czytelnicy nie wybierali praktycznych poradników dotyczących szycia czy napraw domowych, lecz filozofię. Platon i jego "Republika" cieszyły się niezwykłą popularnością, podobnie jak Schopenhauer, Bertrand Russell, Bunyan oraz "Anatomia melancholii" Burtona.

Bella Bathurst, "The Secret Life of Libraries" ze zbiorku esejów o bibliotekach "The Library Book"

Żródło fragmentu: Chihiro o świecie

piątek, 12 kwietnia 2013

Stare fotografie (1) - Zniszczona biblioteka Holland House



„Fotografia ukazuje trzech dżentelmenów stojących w pewnej odległości od siebie pośród doszczętnie zniszczonej, pozbawionej jednej ściany i dachu biblioteki Holland House przed dwoma cudownie nietkniętymi regałami pełnymi książek. Jeden patrzy na książki, drugi dotyka palcem grzbietu tomu, który ma zamiar wyciągnąć z półki, trzeci czyta książkę, którą trzyma w ręku. Tak elegancko skomponowane tableau musiało być wyreżyserowane. Przyjemnie jest sobie wyobrazić, że zdjęcie nie zostało od początku do końca zmyślone przez buszującego po Kensington po nalocie fotografa, który natknął się na wspaniały gmach z epoki króla Jakuba rozdarty bombą i sprowadził trzech mężczyzn do odegrania roli nieporuszonych czytelników. Wolimy myśleć, że trzech dżentelmenów zaspokajało swoje literackie apetyty w zniszczonym gmachu, a fotograf tylko ich trochę poustawiał, żeby zrobić bardziej wyraziste zdjęcie. Tak czy owak, fotografia zachowuje urok epoki i autentyzm jako hołd złożony utraconemu już ideałowi narodowego hartu ducha i sang-froid”.

Susan Sontag, Widok cudzego cierpienia (oryg. Regarding the Pain of Others), przeł. Sławomir Magala, wyd. Karakter, Kraków 2010, s. 70-71.

Źródło fragmentu: Poczytalnia/kultura czytania.

czwartek, 27 września 2012

Cudowne miejsce

"Tuż obok, na Montague Street, mieściła się wspaniała biblioteka, dość posępne miejsce, ale za to wypełnione skarbami. Kiedy Mona była w teatrze, ja czytałem. Czytałem wszystko, na co tylko przyszła mi ochota, i to z podwójną uwagą. Często nie dawało się czytać – to miejsce było po prostu zbyt cudowne. Wciąż widzę, jak zamykam książkę, podnoszę się wolno z krzesła i chodzę w pogodnej zadumie od sali do sali, przepełniony zadowoleniem. Naprawdę niczego nie chciałem, prócz ciągłego, niezakłóconego powielania tego samego". [s. 11]
-
"W bibliotece na Montague Street znali mnie doskonale, jako że sprawiałem im wiele kłopotów, prosząc o książki, których nie mieli, domagając się, żeby sprowadzili mi z innych bibliotek rzadkie lub drogie egzemplarze, narzekając na ubóstwo ich zbioru, niefachowość usług i generalnie dając im w kość. Na domiar złego, zawsze płaciłem wysokie kary za przetrzymywanie lub gubienie książek (które przeznaczałem na własne półki), czy za brakujące strony. Co pewien czas otrzymywałem publiczną naganę, jakbym wciąż był uczniakiem, za podkreślanie fragmentów czerwonym atramentem lub pisanie na marginesach" [s. 15]

Henry Miller, Różoukrzyżowanie. Plexus, przeł. Ewa Kulik-Bielińska, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2003.

Źródło: Poczytalnia/kultura czytania.

wtorek, 4 września 2012

Księgozbiór Borgesa


Jorge Luis Borges i jego kot Alef

1978, Buenos Aires. Theroux z wizytą u Borgesa. Wcale nie ukradkiem lustruje jego regały z książkami.

"Księgozbiór stanowił różnorodną mieszaninę. W kącie były głównie wydania Everymana, klasyki w angielskim przekładzie – Homer, Dante, Wergiliusz. Poezje stały na półkach bez wyraźnego porządku – Tennyson i E.E.Cummings, Byron, Poe, Wordsworth, Hardy. Wśród opracowań dostrzegłem Literaturę angielską Harveya, Oksfordzką księgę cytatów, słowniki – w tym Doktora Johnsona – oraz starą encyklopedię oprawną w skórę. Nie były to kosztowne wydania; grzbiety wytarły się, sukno wyblakło, ale książki nosiły ślady czytania. Z wnętrza wyrastały kartki papieru do zaznaczania stron.

Czytanie zmienia wygląd książki. Raz przeczytana, już nigdy nie wygląda tak samo, a ludzie zostawiają na książkach własne ślady. Jedna z przyjemności lektury polega na obserwowaniu tych zmian na stronicach i na sposobie, w jaki, czytając, bierzesz książkę w posiadanie".

Fragment ukradłem z bloga Joanny Janowicz Poczytalnia/kultura czytania, a pochodzi on [z]: Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki, przeł. Paweł Lipszyc, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 481-482


Biblioteka Babel


Wieża Babel Peter Bruegel (starszy), 1563

"Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii, z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, ogrodzonymi bardzo niskimi balustradami. Z każdej galerii widać piętra niższe i wyższe: nieskończenie. Układ galerii jest niezmienny. Dwadzieścia szaf, po pięć szerokich szaf na każdy bok, wypełnia wszystkie boki prócz dwóch; ich wysokość, która równa jest wysokości pięter, przekracza zaledwie wzrost przeciętnego bibliotekarza. Jeden z wolnych boków przylega do wąskiej sieni, która wychodzi na inną galerię, identyczną jak pierwsza i jak wszystkie. Po lewej i po prawej stronie sieni są dwa malutkie pomieszczenia. Jedno pozwala spać na stojąco; drugie zaspokajać potrzeby naturalne. Przechodzą tamtędy spiralne schody, które zapadają się i wznoszą ku odległym okolicom. W sieni jest lustro, które podwaja wiernie pozory. Ludzie wnioskują zazwyczaj na podstawie tego lustra, że Biblioteka nie jest nieskończona (gdyby taką rzeczywiście była, po cóż to złudne podwojenie?); ja wolę śnić, że gładkie powierzchnie przedstawiają i obiecują nieskończoność... Światło pochodzi z kulistych owoców, które noszą nazwę lamp. Jest ich dwie w każdym sześcioboku: na przeciwległych ścianach. Światło, jakie wysyłają, jest niewystarczające, nieustanne. 
Jak wszyscy ludzie Biblioteki, podróżowałem w młodości; odbywałem pielgrzymki w poszukiwaniu jakiejś książki, być może katalogu katalogów; teraz, gdy moje oczy nie mogą niemal odcyfrować tego, co piszę, przygotowuję się na śmierć o niewiele mil od sześcioboku, w którym się urodziłem. Gdy umrę, nie zabraknie litościwych rąk, które wyrzucą mnie za balustradę; moim grobem będzie bezdenne powietrze; moje ciało będzie pogrążać się długo i rozłoży się i rozpuści w wietrze wywołanym przez spadanie, które jest nieskończone. Idealiści dowodzą, że sześcioboczne sale są konieczną formą przestrzeni absolutnej lub, przynajmniej, naszej intuicji przestrzeni. Rozumują, że sala trójkątna czy pięciokątna jest niewyobrażalna. (Mistycy utrzymują, że ekstaza objawia im salę kolistą, z wielką okrągłą księgą o nie kończącym się grzbiecie, który obiega ściany; ich świadectwo jest podejrzane; ich słowa niejasne. Tą cykliczną księgą jest Bóg.) Niech wystarczy chwilowo, że powtórzę klasyczną opinię: Biblioteka jest kulą, której dokładnym środkiem jest jakikolwiek sześciobok i której obwód jest nieosiągalny.
Każdej ze ścian każdego sześcioboku odpowiada pięć szaf; każda szafa zawiera trzydzieści dwie książki znormalizowanego formatu; każda książka posiada czterysta dziesięć stron; każda strona czterdzieści wierszy, każdy wiersz około osiemdziesięciu liter czarnego koloru. Są również litery na grzbiecie każdej książki; litery te nie wskazują ani nie zapowiadają tego, o czym będą mówiły stronice. Wiem, że ten brak związku kiedyś wydawał się tajemniczy. Zanim streszczę jego rozwiązanie (którego odkrycie, pomimo jego tragicznych rzutowań, jest być może główną sprawą tej historii), pragnę przypomnieć niektóre aksjomaty.
Pierwszy: Biblioteka istnieje do aeterno. W prawdę tę, której bezpośrednią konsekwencją jest wieczność świata, nie może wątpić żaden rozsądny umysł. Człowiek, niedoskonały bibliotekarz, może być dziełem przypadku czy też złośliwych demiurgów; wszechświat, ze swym eleganckim wyposażeniem w szafy, w zagadkowe tomy, w nieznużone schody dla podróżnego i w ustępy dla siedzącego bibliotekarza, może być jedynie dziełem jakiegoś boga. Aby dostrzec odległość, jaka istnieje między tym, co boskie, a tym, co ludzkie, wystarczy porównać te niezdarne, drżące symbole, które moja omylna ręka skrobie na okładce książki, z organicznymi literami jej wnętrza: precyzyjnymi, delikatnymi, bardzo czarnymi, w niedościgły sposób symetrycznymi.
Drugi: Liczba symboli ortograficznych wynosi dwadzieścia pięć. Stwierdzenie to pozwoliło trzysta lat temu na sformułowanie ogólnej teorii Biblioteki i na zadowalające rozwiązanie problemu, którego żadne przypuszczenie poprzednio nie rozwikłało: bezkształtnej i chaotycznej natury prawie wszystkich książek. Jedna z nich, którą mój ojciec ujrzał w pewnym sześcioboku obwodu piętnaście dziewięćdziesiąt cztery, złożona była z liter M C V, powtarzających się przewrotnie od pierwszego do ostatniego wiersza. Inna, do której często zaglądano w tej okolicy, była po prostu labiryntem liter, ale przedostatnia stronica mówiła: "O czasie, twe piramidy." Wiadomo, że na jedną rozsądną linijkę czy słuszną wiadomość przypadają mile bezsensownych kakofonii, słownych gmatwanin i niedorzeczności. (Wiem o pewnej niebezpiecznej okolicy, której bibliotekarze odrzucają przesądny i próżny zwyczaj poszukiwania sensu w książkach i porównują go do zwyczaju poszukiwania go w snach czy w chaotycznych liniach ręki... Przyznaję, że wynalazcy pisma naśladowali dwadzieścia pięć naturalnych symboli, ale utrzymują, że to zastosowanie jest przypadkowe i że książki same w sobie nic nie znaczą. Sąd ten, jak się przekonamy, nie jest całkiem błędny.)
Przez długi czas sądzono, że te nieprzeniknione książki odpowiadają wymarłym lub odległym językom. To prawda, że najdawniejsi ludzie, pierwsi bibliotekarze, używali języka wielce różniącego się od tego, jakim mówimy obecnie; to prawda, że o kilka mil w prawo używa się dialektu i że dziewięćdziesiąt pięter wyżej język jest niezrozumiały. Wszystko to, powtarzam, jest prawdą, ale czterysta dziesięć stronic niezmiennych liter M C V nie może odpowiadać żadnemu językowi, choćby nie wiem jak bardzo dialektalnemu czy prymitywnemu. Niektórzy sugerowali, że każda litera może wywierać wpływ na następną i że wartość liter M C V w trzeciej linijce strony 71 nie jest taka sama, jaką może mieć ta seria winnej pozycji na innej stronie, ale ta niejasna teza nie miała powodzenia. Inni myśleli o kryptografiach; przypuszczenie to zostało ogólnie przyjęte, choć nie w tym sensie, w jakim sformułowali je jego wynalazcy.
Pięćset lat temu przełożony jednego z wyższych sześcioboków znalazł książkę tak zawiłą jak inne, ale która miała prawie dwie kartki o jednorodnych liniach. Pokazał swe znalezisko wędrownemu specjaliście od odcyfrowywania, który powiedział mu, że są one zredagowane po portugalsku; inni powiedzieli mu, że w jidysz. Przed upływem wieku zdołano ustalić język: był to samojedzko-litewski dialekt języka guarana z fleksją arabskiego klasycznego. Również odcyfrowano treść: zarys analizy kombinatoryjnej, ilustrowany przykładami wariantów z nieograniczonym powtórzeniem. Przykłady te pozwoliły pewnemu genialnemu bibliotekarzowi na odkrycie podstawowego prawa Biblioteki. Myśliciel ten zauważył, że wszystkie książki, jakkolwiek by się między sobą różniły, składają się z jednakowych elementów: odstępu, kropki, przecinka, dwudziestu dwu liter alfabetu. Również przytoczył fakt, który potwierdzili wszyscy podróżnicy: Nie ma w rozległej Bibliotece dwu identycznych książek. Z tych niespornych przesłanek wydedukował, że Biblioteka jest totalna i że jej szafy rejestrują wszelkie możliwe kombinacje tych dwudziestu kilku symboli ortograficznych (liczba ich, choć niezwykle wysoka, nie jest nieskończona), to jest wszystko to, co można wyrazić: we wszystkich językach. Wszystko: drobiazgową historię przyszłości, autobiografie archaniołów, wierny katalog Biblioteki, całe tysiące fałszywych katalogów, wykazanie fałszywości tych katalogów, wykazanie fałszywości katalogu prawdziwego, gnostyczną ewangelię Bazylidesa, komentarz do tej ewangelii, prawdziwą relację twojej śmierci, przekłady wszystkich książek na wszystkie języki, interpolacje z każdej książki we wszystkich książkach.


czwartek, 12 lipca 2012

Biblioteka wuja

"Na Sto Dwunastej Zachodniej mieszkałem z ponad tysiącem książek. Pierwotnie należały do mego wuja Victora, który gromadził je przez około trzydzieści lat. Tuż przed moim wyjazdem na studia podarował mi księgozbiór w chwili wzruszenia, jako prezent z okazji rozstania. Za nic nie chciałem go przyjąć, lecz wuj był sentymentalnym i szczodrym człowiekiem, toteż nie udało mi się odwieść go od tego pomysłu. „Nie mam dla ciebie pieniędzy - powiedział. - Ani żadnej rady. Weź książki, a sprawisz mi radość". Wziąłem więc książki, lecz przez następne półtora roku nie otworzyłem pudeł, w których były przechowywane. Zamyślałem nakłonić wuja, by zabrał je z powrotem, i nie chciałem, by do tego czasu coś się z nimi stało. 

W mojej sytuacji pudła okazały się bardzo użyteczne. Mieszkanie na Sto Dwunastej Zachodniej nie było umeblowane i zamiast trwonić pieniądze na sprzęty, których nie chciałem i na które nie bardzo mogłem sobie pozwolić, zmajstrowałem z kartonów kilka wyimaginowanych „mebli". Przypominało to nieco łamigłówkę: grupowałem pudła w różne konfiguracje, formowałem rzędy, układałem jedne na drugich, aż zaczęły przypominać wyposażenie domu. Jeden komplet szesnastu kartonów posłużył za łóżko pod materac, inny złożony z tuzina pełnił funkcję stołu, kolejnych siedem pudeł zastępowało krzesła, następne dwa udawały nocny stolik. Ogólny efekt był dość monochromatyczny, a to z powodu wszechobecnej ponurej szarzyzny, niemniej byłem dumny z własnej pomysłowości. Znajomi uznali, że to dziwaczne, ale zdążyłem ich już wtedy przyzwyczaić do moich dziwactw. Pomyślcie, mówiłem im, z jaką satysfakcją człowiek kładzie się do łóżka, wiedząc, że jego sny wyklują się na dziewiętnastowiecznej literaturze amerykańskiej. Wyobraźcie sobie, z jaką przyjemnością siada do posiłku, skoro podłożem strawy jest całe piśmiennictwo Renesansu. W istocie nie miałem zielonego pojęcia, które książki znajdują się w którym pudle, ale w owym czasie z upodobaniem wymyślałem różne historie i lubiłem samo brzmienie takich właśnie zdań, nawet jeżeli były blagą. Moje wyimaginowane meble pozostawały w stanie nienaruszonym blisko rok". [s.10]

"Właśnie wtedy zacząłem czytać książki wuja. Dwa tygodnie po pogrzebie wybrałem sobie na chybił trafił jeden z kartonów, starannie rozciąłem nożykiem taśmę i pochłonąłem wszystko, co znalazłem w środku. Była to dziwna mieszanina, spakowana bez wyraźnego porządku czy intencji. W pudle mieściły się powieści i sztuki teatralne, książki historyczne i podróżnicze, przewodniki szachowe i kryminały, science fiction i dzieła filozoficzne - absolutny chaos piśmienniczy. Nie robiło mi to jednak różnicy. Każdą książkę czytałem do końca i powstrzymywałem się przed formułowaniem ocen. Dla mnie każda była warta tyle samo co inne, każde zdanie składało się z odpowiedniej liczby słów, każde słowo znajdowało się w odpowiednim miejscu. Tak właśnie opłakiwałem wuja Victora. Jeden za drugim otwierałem kartony, jedną za drugą czytałem książki. Takie zadanie sobie postawiłem i zamierzałem w nim wytrwać do upadłego. 

Kolejne pudła kryły zbieraninę podobnie jak pierwsze, misz-masz literatury wysokich i niskich lotów, pliki efemeryd powtykane między klasykę, zaczytane paperbacki wciśnięte między wydania w twardych okładkach, szmira w jednym szeregu z Donnę'em i Tołstojem. Wuj Victor nie uporządkował swej biblioteki wedle żadnej systematyki. Ilekroć kupował nową książkę, stawiał ją na półce obok nabytej poprzednio i tak po trochu rzędy się wydłużały, zabierając z upływem lat coraz więcej miejsca. W tym właśnie szyku książki trafiły do pudeł. Tylko chronologia się zachowała, kolejność była nienaruszona przez zaniechanie. Uznałem to za idealny porządek. Ilekroć otwierałem następny karton, wkraczałem w nowy wycinek życia mego wuja, zamknięte pasmo dni, tygodni lub miesięcy, i znajdowałem pociechę w myśli, że zajmuję tę samą przestrzeń umysłową, którą niegdyś zajmował Victor - że czytam te same słowa, przeżywam te same historie, być może formułuję te same myśli. Było niemal tak, jak gdybym podążał tropem dawnego podróżnika, postępując jego śladem z czasów, gdy wypuścił się on na dziewicze terytorium, skierował na zachód wraz z ruchem słońca, podążał za światłem aż do całkowitego zgaśnięcia. Ponieważ kartony nie były ponumerowane ani oznaczone, nigdy nie wiedziałem, w jaki okres życia mego wuja wkraczam. Wędrówka składała się zatem  dyskretnych, urywkowych wypadów. Z Bostonu do Lenox, na nrzykład. Z Minneapolis do Sioux Falls. Z Kenoshy do Salt Lakę City Nie przeszkadzało mi, że muszę skakać po mapie. W końcu wypełnią się wszystkie luki, przebyte zostaną wszystkie odległości. Wiele z tych książek przeczytałem już wcześniej, inne przeczytał mi kiedyś na głos wuj: Robinson Kruzoe, Doktor Jekyll i pan Hyde, Niewidzialny człowiek. Nie odrzuciłem ich jednak. Brnąłem przez wszystko z jednakowym zapałem, pożerając znane równie chciwie co nie znane. W kątach pokoju rosły przeczytane stosy, a ilekroć taka kolumna groziła zawaleniem, pakowałem ją do dwóch toreb na zakupy i brałem ze sobą na zajęcia. Naprzeciw kampusu, po drugiej stronie Broadwayu, znajdował się antykwariat Chandlera, ciasna i zakurzona nora, w której kwitł handel używanymi książkami. Od lata 1967 do lata 1969 roku zaszedłem tam paręnaście razy, uwalniając się po trochu od swego dziedzictwa. To był jedyny czyn, na jaki sobie pozwoliłem - skorzystać z tego, co już posiadam. Bolało mnie, że rozstaję się z dawną własnością wuja, ale jednocześnie wiedziałem, że nie miałby do mnie żalu. Dług wobec niego spłaciłem w pewien sposób lekturą, a teraz, skoro brakowało mi pieniędzy, wydawało się logiczne, że powinienem zdobyć się na ten krok i zamienić książki na gotówkę.

wtorek, 10 lipca 2012

Jak uzasadnić posiadanie biblioteki domowej


"Podoba mi się tu, wśród moich książek. [...] Moja biblioteka jest dla mnie tak podniecająca jak dla niektórych kalendarz Pirelli.[...] Żaden film, zdjęcie nie dadzą mi takiej radości, takiego poczucia bogactwa jak kartkowanie stron. Cichy akt czytania ma w sobie coś wzniosłego, intymnego, porównywalnego do przeżycia seksualnego". Umberto Eco

"Od najmłodszych lat byłem narażony zwykle na dwa (i tylko dwa) rodzaje uwag: „Zawsze musi być twoje (pana) na wierzchu” oraz: „Mówisz (mówi pan) tak, że echo niesie się po dolinie”. Przez całe dzieciństwo sądziłem, że wskutek jakiegoś osobliwego zbiegu okoliczności wszystkie osoby, jakie poznawałem, są głupie. Potem, kiedy osiągnąłem wiek podeszły, przekonałem się, że każda istota ludzka podlega dwóm prawom: pierwsza myśl jest najlepsza, oraz: kiedy już się wpadło na tę myśl, nie przychodzi człowiekowi do głowy, że inni mogli wpaść na nią wcześniej. Mam całą kolekcję tytułów recenzji, napisanych we wszystkich językach wywodzących się z pnia indoeuropejskiego, od „Echo Eca” po „Ta książka odbije się szerokim echem”. Ale podejrzewam, że w tym ostatnim przypadku nie taka była pierwsza myśl redaktora; z pewnością na posiedzeniu kolegium rzucono ze dwadzieścia rozmaitych tytułów, a wreszcie naczelnemu rozjaśniło się oblicze i oświadczył: „Chłopcy, mam świetny pomysł!” Na to współpracownicy: „Szefie, jesteś niesamowity, sypiesz pomysłami jak z rękawa”. „To wrodzone” - odparł bez wątpienia. Nie chcę przez to wcale powiedzieć, że ludzie są banalni. Uznanie czegoś oczywistego za rzecz nową, wymyśloną dzięki boskiemu objawieniu świadczy o świeżości umysłu, entuzjastycznym podejściu do życia i niespodzianek, jakie niesie, o umiłowaniu myśli - choćby nie największej. Nigdy nie zapomnę pierwszego spotkania z wielkim człowiekiem, jakim był Erving Goffman. Podziwiałem go i kochałem za geniusz i głębię spojrzenia pozwalającą mu gromadzić i opisywać najbardziej nikłe odcienie zachowań społecznych, za umiejętność wyłuskiwania najmniej widocznych cech, które uchodziły uwadze innych. Siedzieliśmy przy stoliku przed kawiarnią i po chwili, patrząc na ulicę, Goffman powiedział: „Wiesz, wydaje mi się, że w miastach jest już za dużo samochodów”. Być może nigdy nie przyszło mu to do głowy, gdyż zastanawiał się nad znacznie ważniejszymi rzeczami; nagle doznał olśnienia i miał umysł na tyle świeży, że je wyjawił. Ja, mały snob, zatruty lekturą „Niewczesnych rozważań” Nietzschego, nie wykrztusiłbym tego z siebie, nawet gdyby przyszło mi do głowy. 

Umberto Eco

Drugi wstrząs wskutek nagłego olśnienia przytrafia się wielu osobom, które żyją podobnie jak ja. Mam dosyć bogatą bibliotekę, rzucającą się w oczy, gdy wchodzi się do naszego domu - także dlatego, że nie ma tu nic poza tym. Gość wchodzi i mówi: „Ile książek! Przeczytał pan to wszystko?” Z początku uważałem, że te słowa są charakterystyczne dla osób słabo oswojonych z książkami, przywykłych do widoku półeczki z pięcioma kryminałami i zeszytową encyklopedią dla dzieci. Jednak doświadczenie nauczyło mnie, że słowa powyższe padają także z ust osób pozostających poza wszelkim podejrzeniem. Można by powiedzieć, że zawsze są to osoby, dla których półka to miejsce na książki przeczytane, a biblioteka domowa nie jest narzędziem pracy - ale to nie wystarcza. Uważam, że na widok wielkiej liczby książek ludzi ogarnia pragnienie wiedzy, tak więc nieuniknione jest pytanie, które wyraża niepokój i wyrzuty sumienia. Problem polega na tym, że kiedy cię karcą: „Zawsze musi być twoje na wierzchu!”, wystarczy odpowiedzieć cichym chichotem, a co najwyżej, jeśli chcesz okazać uprzejmość, oznajmić: „Święta racja!” Ale na pytanie dotyczące książek trzeba odpowiedzieć, chociaż zaciskają ci się szczęki, a strumyki lodowatego potu spływają po grzbiecie. Kiedyś stosowałem odpowiedź wzgardliwą: „Żadnej nie czytałem, w przeciwnym razie po co miałbym je tu trzymać?” Ale jest to odpowiedź niebezpieczna, gdyż prowokuje oczywistą reakcję: „A gdzie trzymasz przeczytane?” Lepsza jest standardowa odpowiedź Roberta Leydiego: „O wiele więcej, proszę pana, o wiele”, paraliżuje bowiem przeciwnika i wprawia w stan osłupienia i nabożnej czci. Moim zdaniem jest jednak bezlitosna i grozi wywołaniem stanów lękowych. Obecnie skłaniam się do stwierdzenia: „Nie, to tylko lektury na najbliższy miesiąc, resztę trzymam na uniwersytecie”, gdyż taka odpowiedź z jednej strony sugeruje precyzyjną strategię ergonomiczną, a z drugiej - skłania gościa do przyspieszenia chwili pożegnania".

(1990)

Umberto Eco "Zapiski na pudełku od zapałek. Tom I", przełożył Adam Szymanowski.


piątek, 6 lipca 2012

O bibliotece


"Wobec tej wielości celów, jakim ma służyć biblioteka, pozwolę sobie teraz opisać dziewiętnastopunktowy wzorzec złej biblioteki. Naturalnie jest to model fikcyjny, podobnie jak model biblioteki wielobocznej. Sądzę jednak, że w tym negatywnym wzorcu, zupełnie tak samo jak w każdym wymyślonym modelu, który niby karykatura powstaje z umieszczenia końskiej szyi na ludzkim ciele, wyposażonym w ogon syreny i łuski węża, każdy z nas może odnaleźć odległe wspomnienie swoich przygód w najbardziej zapadłych bibliotekach Włoch i innych krajów. Dobra biblioteka w znaczeniu złej biblioteki (a więc dobry przykład negatywnego wzorca, jaki staram się zbudować) musi być przede wszystkim ogromnym koszmarem, musi być totalną zmorą i w tym sensie opis Borgesa dobrze tutaj pasuje.

A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. Jeśli to tylko możliwe, ortografia w obu tych katalogach (nabytków nowych i dawnych) winna być odmienna; na przykład w nabytkach nowych retorykę pisze się przez jedno t, a w dawnych - przez dwa t; Czajkowski w nabytkach nowych przez Cz, w dawnych zaś z francuska przez Tsch.

B. Tematy winny być określone przez bibliotekarza. Książki nie powinny mieć w kolofonie wskazówki co do tematu, pod którym trzeba je zakatalogować.

C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudo wane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.

D. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.

E. Nie należy dawać więcej niż jedną książkę naraz.

F. Książki, dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej, tak więc należy podzielić swoje życie na dwa fundamentalne aspekty, jeden obejmujący lekturę, drugi sprawdzanie. Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego czy tania kilku książek, gdyż od tego można dostać zeza.

G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej winien być bardzo czasochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż na mieście, limity kopii bardzo niskie, nieprzewyższające dwóch trzech stroniczek.

H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja