czwartek, 26 lutego 2015

Nierozmienna pięciokopiejkówka

"Kupiłem przedwczorajszą “Prawdę", napiłem się wody mineral­nej i usiadłem na ławce w cieniu Tablicy Honorowej. Była go­dzina jedenasta. Uważnie przejrzałem gazetę. Na tej czynności zeszło mi siedem minut. Przeczytałem więc artykuł o hydroponii, felieton o łapownikach z Kańska oraz długi list do redakcji od robotników zakładów chemicznych. Zajęło mi to raptem dwadzie­ścia dwie minuty. Może by pójść do kina? “Kozarę" widziałem już raz w kinie i raz w telewizji. Postanowiłem napić się wody, złożyłem gazetę i wstałem. Z miedziaków babki pozostał mi w kie­szeni tylko piątak. Przepiję go - pomyślałem i poprosiłem o szklankę wody z sokiem. Za kopiejkę, którą mi wydano, kupi­łem w sąsiednim kiosku pudełko zapałek. Nie miałem już nic wię­cej do roboty w centrum miasta. Ruszyłem więc przed siebie, skrę­ciwszy w niezbyt szeroką ulicę pomiędzy sklepem nr 2 a jadłodajnią nr 11.[...]

Znalazłszy się na placu, zatrzymałem się przed kioskiem z wodą sodową. Pamiętając dobrze, że drobne już wydałem i że muszę roz­mienić banknot, miałem już w pogotowiu czarujący uśmiech (sprze­dawczynie wody sodowej nie cierpią rozmieniania banknotów), gdy nagle odkryłem w kieszeni dżinsów pięciokopiejkówkę. Zdziwiłem się i ucieszyłem zarazem, bardziej jednak to drugie. Napiłem się wody z sokiem, otrzymałem mokrą kopiejkę reszty, wymieniłem ze sprze­dawczynią kilka uwag o pogodzie, po czym udałem się do domu z mocnym postanowieniem, aby prędzej skończyć z CP oraz OT i przystąpić do racjonalistyczno-dialektycznych wyjaśnień. Kopiej­kę wsunąłem do kieszeni i stwierdziłem przy tym, że mam w niej jeszcze jedną piątkę. Wyjąłem monetę i obejrzałem. Była trochę wil­gotna, miała wyryty napis “5 kopiejek 1961", a cyfra “6" była nieco wyszczerbiona. Być może to drobne zdarzenie z pięciokopiejkówką nie zwróciłoby nawet mojej uwagi, gdyby nie nagłe, trwające przez ułamek sekundy i znane mi już wrażenie, że stoję na środku ulicy i jednocześnie siedzę na kanapie, wpatrując się tępym wzrokiem w wieszak. I podobnie jak przedtem wrażenie to zniknęło, gdy po­trząsnąłem głową. 

Szedłem jeszcze chwilę wolnym krokiem, z roztargnieniem pod­rzucając i łapiąc pięciokopiejkówkę (za każdym razem spadała mi na dłoń reszką) i usiłowałem się skupić. Potem spostrzegłem sklep gastronomiczny, do którego niedawno ratowałem się ucieczką przed malcami, i wszedłem do środka. Trzymając piątkę w dwóch palcach skierowałem się wprost do stoiska, gdzie sprzedawano soki oraz wodę sodową i bez najmniejszej przyjemności wypiłem szklankę wody czystej. Następnie ściskając w garści resztę odszedłem na bok i spraw­dziłem zawartość kieszeni. 

Był to właśnie ten przypadek, kiedy szok psychiczny nie nastę­puje. Raczej zdziwiłbym się, gdybym w kieszeni nie znalazł monety. Ale była tam, wilgotna, z roku 1961, z niewielką szczerbą na cyfrze “6". Ktoś mnie trącił pytając, czy śpię. Okazuje się, że stałem w ko­lejce do kasy. Odpowiedziałem, że nie śpię i wybiłem czek na trzy pudełka zapałek. Stojąc w kolejce po zapałki, stwierdziłem, że piąt­ka dalej spoczywa w mojej kieszeni. Byłem absolutnie spokojny. Wziąłem zapałki i wyszedłszy ze sklepu na plac, przystąpiłem do eksperymentowania. 


Eksperyment zajął mi około godziny. W ciągu tego czasu okrą­żyłem dziesięć razy plac, napęczniałem od wody, pudełek zapałek oraz gazet, zawarłem znajomość ze wszystkimi sprzedawcami i sprze­dawczyniami, a także wyciągnąłem kilka interesujących wniosków. Pięciokopiejkówka wraca pod warunkiem, że się nią płaci. Jeżeli ją rzucić, upuścić, zgubić, zostanie tam, gdzie upadła. Powraca do kie­szeni w momencie, gdy reszta przechodzi z rąk sprzedawcy do rąk nabywcy. Jeżeli trzymać przy tym rękę w jednej kieszeni, zjawia się w drugiej. W kieszeni zamkniętej na zamek błyskawiczny nie zjawia się nigdy. Jeżeli wsadzić ręce do obu kieszeni i resztę odbierać łok­ciem, pięciokopiejkówka może się zjawić w dowolnej części garde­roby (ja, na przykład, znalazłem jaw bucie). Zniknięcie piątki z tac­ki na ladzie odbywa się niepostrzeżenie - gubi się ona natychmiast pośród innych miedziaków i w momencie przechodzenia do kiesze­ni nie powoduje żadnego ruchu na tacce. 

Mieliśmy zatem do czynienia z tak zwaną pięciokopiejkówką nierozmienną w procesie jej funkcjonowania. Fakt nierozmienności sam w sobie niezbyt mnie interesował. Wyobraźnię moją szokowała przede wszystkim możliwość przemieszczania się ciała materialne­go poza przestrzenią. Natomiast było dla mnie rzeczą niewątpliwą, że tajemnicze przejście pięciokopiejkówki od sprzedawcy do nabyw­cy jest niczym innym, jak szczególnym przypadkiem transportu zero, dobrze znanego miłośnikom literatury fantastycznonaukowej rów­nież pod nazwą: hiperprzejście, regularny skok, fenomen Tarantogi... Zatem otwierały się przede mną fascynujące perspektywy. 

Nie miałem przy sobie żadnych przyrządów. Zwykły laborato­ryjny termometr mógłby tu być bardzo przydatny, ale i jego nie mia­łem. Musiałem ograniczyć się do czysto wizualnych subiektywnych obserwacji. Rozpoczynając ostatnie okrążenie placu, postawiłem sobie następujące zadanie: “Położyć pięciokopiejkówkę obok tacki i starać się w miarę możności przeszkodzić sprzedawcy w zmiesza­niu jej z innymi monetami przed wydaniem reszty; prześledzić wi­zualnie proces przemieszczania się pięciokopiejkówki w przestrzeni, próbując równocześnie określić przynajmniej jakościowo zmianę temperatury powietrza w pobliżu przypuszczalnej trajektorii ruchu". Niestety, eksperyment został przerwany na samym początku. 

Kiedy zbliżyłem się do ekspedientki Mani, czekał tam już na mnie ów młodziutki milicjant w stopniu sierżanta. 
- No tak - wymówił urzędowym tonem. Spojrzałem na niego badawczo, przeczuwając jakąś nieprzyjem­ność. 
- Poproszę o dowód, obywatelu - rzekł salutując, patrzył przy tym gdzieś w bok. 
- O co chodzi? - spytałem wyjmując dowód. 
- Pięciokopiejkówkę też poproszę. 
Podałem mu ją w milczeniu. Mania patrzyła na mnie gniewnym wzrokiem. Milicjant obejrzał monetę, mruknął z zadowoleniem: “Aha..." i otworzył dowód. Studiował go, jak bibliofil studiuje rzad­kie inkunabuły. Zaczęło mnie nużyć to czekanie. Dokoła nas gromadził się tłum. Wymieniano najrozmaitsze uwagi na mój temat. 
- Pójdzie pan ze mną - rzekł wreszcie milicjant.
Poszliśmy. Przez ten czas w towarzyszącym nam tłumie ukuto kilka wariantów mojej niełatwej biografii, jak też sformułowano wiele przyczyn, rozpoczynającego się na oczach wszystkich śledztwa.




W komisariacie sierżant wręczył pięciokopiejkówkę oraz mój dowód dyżurnemu lejtnantowi, ten zaś obejrzał monetę i wskazał mi krzesło. Usiadłem. Lejtnant rzucił niedbale: “Proszę oddać drobne" i również zagłębił się w studiowaniu dowodu. Wytrząsnąłem z kie­szeni miedziaki. “Przelicz, Kowalow" - powiedział lejtnant i odło­żywszy dowód spojrzał mi prosto w oczy. 
- Dużo pan nakupił? - spytał. 
- Dużo. 
- Proszę oddać to wszystko. 
Wyłożyłem przed nim na stół cztery numery przedwczorajszej “Prawdy", trzy numery miejscowej gazety “Rybak", dwa numery “Litieraturnoj Gaziety", osiem pudełek zapałek, sześć sztuk irysków oraz przecenioną szczoteczkę do czyszczenia prymusa. 
- Niestety, wody nie mogę oddać - powiedziałem sucho. - Pięć szklanek z sokiem i cztery bez soku. 
Zaczynałem rozumieć, o co chodzi. Zrobiło mi się niesłychanie głupio i nieprzyjemnie na myśl, że będę musiał się tłumaczyć. 
- Siedemdziesiąt cztery kopiejki, towarzyszu lejtnancie - za­meldował młodziutki Kowalow. 
Lejtnant kontemplował w zamyśleniu stos gazet i pudełek z za­pałkami. 
- Czy to zabawa, czy coś innego? - zapytał. 
- Coś innego - bąknąłem posępnie. 
- To nieostrożność. Nieostrożność, obywatelu. Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć. 
Opowiedziałem. Pod koniec zwróciłem się do niego ze stanow­czą prośbą, by nie uważał mych poczynań za próbę ciułania pienię­dzy na zaporożca. Uszy mi płonęły. Lejtnant uśmiechnął się iro­nicznie. 
- A czemuż by nie? - zapytał. - Były już takie wypadki. Wzruszyłem ramionami. 
- Zaręczam panu, że taka myśl nie mogłaby mi przyjść do gło­wy... Co ja mówię - nie mogłaby... Ona rzeczywiście nie przyszła mi do głowy... 
Lejtnant długo milczał. Młodziutki Kowalow wziął mój dowód i zaczął go znów przeglądać. 
- Trudno nawet przypuścić coś podobnego... - tłumaczyłem się zdetonowany. Zupełnie wariacki pomysł... Zbierać po kopiej­ce...Znów wzruszyłem ramionami. Już lepiej, jak to się mówi, iść pod kościół... 
- Żebractwo również zwalczamy - rzekł z naciskiem lejtnant. 
- No oczywiście, bardzo słusznie... Nie rozumiem tylko, co ja tu... - Przyłapałem się na tym, że zbyt często wzruszam ramionami, i przyrzekłem sobie w duchu więcej tego nie robić. 
Lejtnant znów nieznośnie długo milczał, oglądając pięciokopiejkówkę. 
- Trzeba sporządzić protokół - oznajmił wreszcie. 
Wzruszyłem ramionami. 
- Proszę bardzo, naturalnie... aczkolwiek... - Urwałem nie wiedząc, co dalej mówić. 
Lejtnant patrzył na mnie przez chwilę, czekając na dalszy ciąg. Lecz ja zastanawiałem się właśnie, pod jaki paragraf kodeksu karne­go można podciągnąć moją sprawę, więc w końcu przysunął arkusz papieru i zaczął pisać. 

Kowalow wrócił na swój posterunek. Lejtnant skrzypiał piórem, często i z głośnym stukiem maczał je w kałamarzu. Siedziałem, pa­trząc bezmyślnie na plakaty wiszące na ścianach i apatycznie roz­myślałem o tym, że gdyby na moim miejscu był, na przykład, Łomonosow, to złapałby dowód i wyskoczyłby przez okno. Bo o co właściwie chodzi? O to, by człowiek sam nie czuł się winien. W ta­kim aspekcie nie jestem winien. Jednakże wina bywa, zdaje się, obiek­tywna i subiektywna. I fakt pozostaje faktem: wszystkie te siedem­dziesiąt cztery jednokopiejkowe miedziaki stanowią z prawnego punktu widzenia rezultat malwersacji dokonanej za pomocą środ­ków technicznych, w którym to charakterze występuje nierozmienna pięciokopiejkówka. 
- Niech pan przeczyta i podpisze - powiedział lejtnant. 
Przeczytałem. Z protokołu wynikało, że ja, niżej podpisany A. I. Priwałow, wszedłszy niewiadomym mi sposobem w posiada­nie obowiązującego modelu nierozmiennej pięciokopiejkówki typu “GOST 718-62", popełniłem nadużycie; że ja, A. I. Priwałow, stwier­dzam, iż czyniłem to wyłącznie w celach naukowego eksperymentu, a nie z chęci zysku; że jestem gotów wyrównać straty, na jakie nara­ziłem skarb państwa w wysokości jednego rubla pięćdziesięciu pię­ciu kopiejek; że, na koniec, zgodnie z uchwałą Sołowieckiej Rady Narodowej z dnia dwudziestego drugiego marca 1959 r., oddałem wspomniany model nierozmiennej pięciokopiejkówki dyżurnemu lejtnantowi U. U. Siergijence i otrzymałem w zamian pięć kopiejek w monetach będących w obiegu na terytorium Związku Radzieckie­go. Podpisałem. 

Lejtnant porównał mój podpis z podpisem w dowodzie, jeszcze raz skrupulatnie przeliczył miedziaki, zadzwonił dokądś w celu ści­słego uzgodnienia ceny irysków oraz szczoteczki do prymusa, wypi­sał pokwitowanie i wręczył mi je wraz z pięcioma kopiejkami w mo­netach obiegowych. Zwracając gazety, zapałki, cukierki i szczoteczkę, powiedział: 
- A wodę, zgodnie z pańskim zeznaniem, wypił pan. W sumie należy się osiemdziesiąt jeden kopiejek. 
Zapłaciłem z gigantyczną ulgą. Lejtnant zwrócił mi dowód przej­rzawszy go uważnie po raz nie wiadomo który. 
- Może pan odejść - powiedział. - A na przyszłość proszę być ostrożniejszym. Pan na długo w Sołowcu? 
- Jutro wyjeżdżam. 
- No więc niech pan będzie ostrożniejszy do jutra. 
- Och, postaram się - odrzekłem, chowając dowód. I pod wpły­wem nagłego impulsu spytałem zniżając głos: - Proszę mi powie­dzieć, lejtnancie, czy pan nie czuje się dziwnie w tym Sołowcu? 
Lejtnant przeglądał już jakieś papiery. 
- Jestem tu od dawna - odpowiedział z roztargnieniem. - Przy­zwyczaiłem się".

Arkadij i Borys Strugaccy "Poniedziałek zaczyna się w sobotę".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz