"Trzymanie rąk wysoko
ponad głową nie jest ani miłe, ani wygodne, zwłaszcza jeśli w oczy bije światło
reflektora, a obcy głos brzmi rozkazująco i stanowczo. Głupia sytuacja! Meff
upuścił świeżo odzyskany neseser i zmrużył oczy. W krąg światła wszedł
mężczyzna, który mimo tubylczej fufajki i gumiaków wydał się podróżnemu dziwnie
znajomy. Ależ tak! Portorykańczyk, doręczyciel koperty. Tu, w tej górskiej, środkowoeuropejskiej
głuszy? Południowiec sprawnie obmacał Amerykanina, wyłuskał mu spod pachy broń
i pchnąwszy go energicznie w plecy, zakomenderował:
– Idziemy!
Reflektory pogasły. Mimo
to nie zapadł kompletny mrok, parę metrów dalej zamajaczyła furtka, a za nią
niski, brzydki dom z siporeksu, którego pretensjonalne schody (lastriko)
oświetlała jedna żarówka na drucie. Na schodach stało jeszcze dwóch
smagłolicych, chyba bliźniaków rzekomego Portorykańczyka, przy czym, mimo
identyczności rysów, jeden był odrobinę bardziej żółty, a drugi dwa tony
czarniejszy.
Weszli. Już od progu
uderzył przybysza zaduch dawno nie wietrzonego wnętrza. Bukiet woni wzbogacał
dodatkowo odór medykamentów oraz lekko odczuwalny, acz wszechobecny zapach
siarki. Cały budynek wypełniała jedna obszerna izba z rozwalonym wyrem, na
którym Meff dostrzegł śpiącego psa. Kuchnia musiała mieścić się w przybudówce.
Na głos kroków wychynęła z niej baba w halce, rozczochrana, w wieku
nieokreślonym, ale płci intensywnej.
