Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath Sylvia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath Sylvia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 czerwca 2013
"Lustro" Sylvia Plath
Lustro - Sylvia Plath
Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń.
Cokolwiek widzę połykam natychmiast
Takie, Jak to jest, niezamglone ani miłością, ani nienawiścią.
Nie jestem okrutne tylko prawdomówne -
Oko małego, czworokątnego boga.
Większość czasu medytuję na przeciwległej ścianie.
Jest ona różowa i nakrapiana. Patrzyłem na nią tak długo
że sądzę iż stała się częścią mojego serca. Lecz ona migoce.
Twarze i ciemność rozdzielają nas bezustannie.
Teraz jestem jeziorem. Kobieta pochyla się nade mną,
Przeszukuje aż do dna, żeby odkryć kim jest naprawdę,
Potem zwraca się do tych kłamców, świec i księżyca.
Nagradza mnie łzami i niepokojem rąk.
Jestem ważne dla niej. Odchodzi i powraca.
Co rano twarz jej zastępuje ciemność.
We mnie zatopiła młodą dziewczynę i we mnie stara kobieta
Staje naprzeciw niej, dzień po dniu, jak okropna ryba.
Sylvia Plath
przekład Zbigniew Herbert
sobota, 6 października 2012
Śmierć Sylvii
Anne Sexton - Śmierć Sylvii
dla Sylvii Plath
O Sylvio, Sylvio
z umarłym pudełkiem kamyków i łyżeczek,
z dwójką dzieci, dwojgiem meteorów
błąkających się bez celu po maleńkiej bawialni,
z ustami w prześcieradle,
w niemej modlitwie do belki w dachu,
(Sylvio, Sylvio,
dokąd odeszłaś
po tym, jak napisałaś do mnie
z Devonshire
o uprawianiu ziemniaków
i hodowli pszczół?)
co wcześniej szykowałaś po cichu,
że ci tak głośno poszło?
Złodziejko! –
jak zręcznie wśliznęłaś się,
sama się wśliznęłaś
w śmierć, której tak bardzo pragnęłam i od tylu lat,
w śmierć, o której mówiłyśmy, żeśmy z niej wyrosły,
w śmierć, którą hołubiłyśmy u naszej chudej piersi,
o której tak często gadałyśmy w Bostonie
obaliwszy trzecią matrini extra dry
w śmierć, która opowiadała o psychiatrach i leczeniu,
w śmierć, która nas namawiała jak spiskujące panny młode,
w śmierć, której zdrowie piłyśmy
najpierw powody, a potem cichy czyn?
( Bostonie
śmiertelny
rajd taksówkami
tak, znowu śmierć,
tamta jazda do domu
z naszym chłopakiem.)
O Sylvio, pamiętam tego sennego perkusistę
który bił laskę przed nami, dawna historia,
tak chciałyśmy, żeby się spuścił
jak sado, albo jak nowojorska ciota.
Żeby odwalił robotę,
jakiś nakaz, okno w ścianie lub dziecinne łóżeczko,
od tamtych dni trwał
w ukryciu naszych serc, szaf,
i widzę teraz, że latami przechowywałyśmy
pamięć o nim, stare samobójstwa
i już wiem teraz, ma wieść o twej śmierci,
jak okropny to smak, jak sól.
(A ja,
ja też.
Sylvio, teraz ty
znów ty
i znowu śmierć,
tamta jazda do domu
z naszym chłopakiem.)
i tylko mówię
z rękoma wyciągniętymi ku tamtemu miejscu z kamieni,
czym więcej jest twa śmierć
niż czymś, co zawsze było,
kretem, który wypełz
z jednego z twoich wierszy?
(O przyjaciółko,
gdy księżyc jest zły,
i król odszedł
a królowej żarty się skończyły,
mucha w barze powinna zaśpiewać!)
O matko drobniuteńka,
ty też!
O śmieszna księżniczko!
O jasnowłose maleństwo!
tłum. Grzegorz Musiał
sobota, 8 września 2012
Listy pisarzy - Anne Sexton
![]() |
| Anne Sexton |
List Anne Sexton do Lois Ames
Capri, Włochy, 7 września 1966 roku
Capri, Włochy, 7 września 1966 roku
Dostałam Twój list jak tylko wjechaliśmy do Rzymu i przybyli na Capri, wyspę szczęścia. Cudownie było dostać te wieści od Ciebie, często myślałam o Tobie i zastanawiałam się, co słychać u pani Plath. W swoim liście pisałaś mi naprawdę bardzo niewiele o tym, jak to się stało. Czy ona naprawdę odetchnęła? [...] Powiedzmy, że wtedy, gdy telefon został wyrwany z gniazdka? Widzę, że ma ciężkie życie. Czy Twoje wyobrażenie urzeczywistniło się? - będziesz w stanie pomóc jej temu sprostać?Droga Lois,
Naprawdę chciałabym, abyś znalazła sposób na odwiedzenie mnie w tym roku choćby na tydzień. Tyle rzeczy mamy do obgadania. Mam wrażenie, jakby wszystko się zakorkowało, słowa nie chcą przechodzić przez maszynę do pisania, jest ich za dużo. Przyrzekłam solennie nie zamawiać rozmów telefonicznych na duże odległości, jak to czyniłem dawniej i to pogarsza sprawę naszego porozumiewania się. Więc jak z tą wizytą? Będzie to możliwe?
Wyprawa była w porządku. Afryka, a raczej myśliwskie safari, nie dla mnie, kurz, meteorowy żar, drzewa kolczaste i zupełny brak drzew cienistych, krew, rzeź. Obserwowanie zwierzęcia konającego powoli, a następnie zjadanie go tego samego dnia na kolację. Nie potrafię sobie wyobrazić życia tutaj i nie wierzę, że podobałoby Ci się to - ale może mylę się co do Ciebie. To zły kontynent, powstający, ale bez księgi praw i wielkie ubóstwo i wielka nienawiść do białego człowieka. Chociaż Chicago jest gorsze, z tego co czytałam. Ale w Stanach Zjednoczonych kiedyś nastanie wolność, jednak nie poprzez władzę czarnych nad białymi, jak tu w Afryce. [...]
Capri jest najpiękniejsze. To mój duchowy dom i czuję się jak nowo narodzona. Moje nerwy są w lepszym stanie. Nie wypatruję dnia powrotu do domu, który nastąpi we czwartek, 8 września, a więc jeszcze zanim to do Ciebie dotrze. Zbyt wiele problemów. Kojarzę nawet dom z chorowaniem. [...] No dobrze, Kayo [mąż Anne] i ja byliśmy na Capri dwa lata temu, a jednak wydaje się, że zanudzamy się nawzajem. Nie mamy sobie nic do powiedzenia. Irytuję go, gdy mówię mu to, o czym myślę, więc często milczę. On był zachwycony safari. Jego marzenie spełniło się i o niczym innym nie mówi. Cieszę się, że miał tę przyjemność. To luksusowe biwakowanie w otoczeniu śmierci, zabijania, niewybaczalnej śmierci na każdym kroku. Capri jest jak piękna matka. Woda unosi cię jak spławik i jest tak czysta. Capri jest matką, jakiej nigdy nie mieliśmy, młoda, piękna, egzotyczna, o łaskawych i kochających ramionach. Dzięki Bogu, że byłam tu raz jeszcze. Chciałabym tu mieszkać z kimś. Moja książka ma wyjść około 14 września... będę wiedziała dokładniej, gdy wrócę do domu. Mam nadzieję, że spodoba Ci się okładka, tak jak i treść, którą już znasz a nawet pomogłaś przy niektórych wersach I'm a little buttercup in my yellow nightie i dalszych.
Napisz zaraz i pisz często. Umieram z niecierpliwości, by zobaczyć artykuł o Sylvii i wiem, że on cię wylansuje.
xo Anne
Fragment bezczelnie i po chamsku ukradłem z bloga "Płaszcz zabójcy", a pochodzi on z: Anne Sexton, Listy, tłum. Anna Sudrawska, Literatura na Świecie 1988, nr 4 (201), s. 178-179.
Labels:
fragmenty książek,
Listy pisarzy,
literatura amerykańska,
Nagroda Pulitzera,
pisarze,
pisarze o sobie,
Plath Sylvia,
poezja,
Sexton Anne
wtorek, 29 maja 2012
"Lady Lazarus" - Sylvia Plath
![]() |
| Sylvia Plath |
"Lady Lazarus" Sylvia Plath
tłumaczenie: Ewa Fiszer
Znów to zrobiłam
Co dziesięć latZnów to zrobiłam
Udaje mi się -
Żywy cud, skóra lśni się
Jak hitlerowski abażur,
Prawa stopa
Przycisk,
Twarz bez rysów, żydowskie
Cienkie płótno.
Wrogu mój
Zedrzyj sobie ze mnie ręcznik.
Czyżbym wzbudzała strach?
Nos, oczodoły, zębów pełny garnitur?
Jutro
Nie będzie mi już czuć z ust.
Wkrótce, wkrótce
Ciało, które żarła czarna jama
Poczuje się na mnie jak w domu,
Uśmiechnę się jak dama.
Mam niespełna trzydzieści lat.
I jak kot muszę umrzeć dziewięć razy.
To był Trzeci Raz.
Co za bezsens
Unicestwiać tak każdą dekadę.
Milion włókien.
Pogryzając fistaszki tłum
Pcha się, by
Patrzeć jak mnie odwijają starannie.
Strip - tease monstr.
Panowie, panie
Oto moje ręce
Moje uda. Tak
Może i zostały ze mnie tylko skóra i kości,
Niemniej jestem tą samą kobietą.
Pierwszy raz miałam dziesięć lat.
Był to wypadek.
Za drugim razem
Chciałam wytrwać po kres i już nie wrócić.
Kołysałam się
Zamknięta w sobie jak muszla.
Musieli wołać i wołać.
Wygrzebywać ze mnie robaki jak lepkie perły.
Umieranie
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.
Umiem robić to tak, że boli
Że wydaje się diablo rzeczywiste.
Można by to nazwać powołaniem.
Dosyć łatwo jest to zrobić w celi.
Dosyć łatwo jest to zrobić i w tym trwać.
To teatralny
Powrót w dzień
Na to samo miejsce i w tę samą twarz, by usłyszeć
ten sam krzyk:
"Cud"!
Jakby mi dano w pysk.
Proszę płacić,
Za oglądanie moich blizn proszę płacić
I za słuchanie serca -
Ono znów stuka w ciszy.
Proszę płacić, drogo płacić
Za każde słowo i dotyk
Lub kroplę krwi,
Za włosów kosmy, strzęp ubrania.
Tak, tak Herr Doktor.
Tak, tak Herr Wróg.
Jestem pańskim dziełem.
Pańską chlubą.
Dziecięciem ze szczerego złota,
Które roztapia byle krzyk.
Miotam się jak opętana.
Proszę nie myśleć, że nie doceniam pańskich starań.
Popiół, popiół -
Pan go rozgrzebuje, ogląda.
Ciała i kości już nie ma -
Mydło,
Ślubna obrączka,
Złota plomba,
Herr Got, Herr Lucyfer,
Strzeżcie się
Strzeżcie.
Z popiołu
Wstanę płomiennowłosa
By połknąć mężczyzn jak powietrze.
23-29 październik 1962
czwartek, 24 maja 2012
"Tatuś" - Sylvia Plath
![]() |
| Sylvia Plath |
Sylvia Plath (ur. 27 października 1932 w Jamaica Plain k. Bostonu, zm. 11 lutego 1963 w Londynie) – amerykańska poetka, pisarka i eseistka, zaliczana do grona tzw. poetów wyklętych. Współcześnie znana m.in. dzięki na poły autobiograficznej powieści Szklany klosz. Jej poezja należy do nurtu poezji konfesyjnej. Sylvia Plath jest przy tym jedną z czołowych postaci kierunku w literaturze lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, określanego mianem Konfesjonalistów (ang. Confessionalist).
W 1941 matka Sylvii Plath dała córce pierwszy dziennik. Od tej pory Plath regularnie pisała dzienniki do końca życia. Plath chorowała na zaburzenie afektywne dwubiegunowe (depresję i stany maniakalne) i kilkakrotnie przebywała w szpitalach psychiatrycznych, głównie prywatnym McLean Hospital w podbostońskim Belmont (Massachusetts), najczęściej w związku z próbami samobójczymi. W 1955 Sylvia Plath wyjechała jako stypendystka Fulbrighta na studia do Anglii w Newnham College, część Cambridge University. 25 lutego 1956 Sylvia Plath poznała na przyjęciu poetę Teda Hughesa, którego poślubia w tym samym roku. We wrześniu 1957 Sylvia Plath zaczęła wykładać literaturę angielską. W Anglii w 1960 wydała pierwszy tomik Kolos (The Colossus). Wraz z mężem wiele podróżowała m.in. do Hiszpanii. W wakacje 1959 Sylvia Plath i Ted Hughes podróżowali przez Amerykę Północną. W lipcu 1960 małżonkowie kupili spory dom Court Green, którego hipotekę spłacili w grudniu 1961.
Czerwiec 1962 był początkiem końca małżeństwa Sylvii Plath i Teda Hughes, który zakochał się w Asii Wevill, która kilka lat później popełniła samobójstwo w identyczny sposób, jak Sylvia Plath. W 1962 doszło między małżonkami do separacji; poetka przeniosła się z dwojgiem dzieci (Friedą i Nicholasem) ze wspólnego domu w hrabstwie Devon do Londynu. Zamieszkała w domu po W. B. Yeatsie. Bardzo ciężka dla niej okazała się zima 1962/63. W okresie jesienno-zimowym Sylvia napisała swoje najlepsze wiersze m.in. "Tatusia", "Ukłucia", "Kobietę Łazarz", "Ariel", "Kurierów", "Mistyczkę" i ostatni wiersz "Krawędź". Poetka brała wówczas leki przeciwdepresyjne, które jednak przyniosły odwrotny od zamierzonego skutek. Schorowana i cierpiąca na brak pieniędzy, Sylvia Plath popełniła samobójstwo przez zatrucie gazem. Dzieci zamknęła w dobrze wentylowanym pokoju, zostawiając im śniadanie.
Czerwiec 1962 był początkiem końca małżeństwa Sylvii Plath i Teda Hughes, który zakochał się w Asii Wevill, która kilka lat później popełniła samobójstwo w identyczny sposób, jak Sylvia Plath. W 1962 doszło między małżonkami do separacji; poetka przeniosła się z dwojgiem dzieci (Friedą i Nicholasem) ze wspólnego domu w hrabstwie Devon do Londynu. Zamieszkała w domu po W. B. Yeatsie. Bardzo ciężka dla niej okazała się zima 1962/63. W okresie jesienno-zimowym Sylvia napisała swoje najlepsze wiersze m.in. "Tatusia", "Ukłucia", "Kobietę Łazarz", "Ariel", "Kurierów", "Mistyczkę" i ostatni wiersz "Krawędź". Poetka brała wówczas leki przeciwdepresyjne, które jednak przyniosły odwrotny od zamierzonego skutek. Schorowana i cierpiąca na brak pieniędzy, Sylvia Plath popełniła samobójstwo przez zatrucie gazem. Dzieci zamknęła w dobrze wentylowanym pokoju, zostawiając im śniadanie.
Komentarz biograficzny do wiersza:
Ojciec Plath był Niemcem i pochodził z Grabowa, wyemigrował jednak do Stanów na długo przed wybuchem II wojny światowej i tam poślubił młodszą od siebie o ponad dwadzieścia lat, urodzoną już w Ameryce Austriaczkę z pochodzenia. Sylvia urodziła się w 1932, a Otto Plath zmarł w 1940 wskutek komplikacji związanych z cukrzycą. Był uznanym profesorem zoologii i specjalistą od pszczół. Jeżeli natomiast chodzi o próby samobójcze, Plath miała ich za sobą kilka. Ostatnią podjęła w wieku lat trzydziestu. Okazała się udana.
Ojciec Plath był Niemcem i pochodził z Grabowa, wyemigrował jednak do Stanów na długo przed wybuchem II wojny światowej i tam poślubił młodszą od siebie o ponad dwadzieścia lat, urodzoną już w Ameryce Austriaczkę z pochodzenia. Sylvia urodziła się w 1932, a Otto Plath zmarł w 1940 wskutek komplikacji związanych z cukrzycą. Był uznanym profesorem zoologii i specjalistą od pszczół. Jeżeli natomiast chodzi o próby samobójcze, Plath miała ich za sobą kilka. Ostatnią podjęła w wieku lat trzydziestu. Okazała się udana.
Daddy
You do not do, you do not do
Any more, black shoe
In which I have lived like a foot
For thirty years, poor and white,
Barely daring to breathe or Achoo.
Daddy, I have had to kill you.
You died before I had time –
Marble-heavy, a bag full of God,
Ghastly statue with one grey toe
Big as Frisco seal
And a head in the freakish Atlantic
Where it pours bean green over blue
In the waters off beautiful Nauset.
I used to pray to recover you.
Ach, du.
In the German tongue, in the Polish town
Scraped flat by the roller
Of wars, wars, wars.
But the name of the town is common.
My Polack friend
Says there are a dozen or two.
So I never could tell where you
Put your foot, your root,
I never could talk to you.
The tongue stuck in my jaw.
It stuck a barb wire snare.
Ich, ich, ich, ich,
I could hardly speak.
I thought every German was you.
And the language obscene
An engine, an engine
Chuffing me off like a Jew.
A Jew to Dachau,
Auschwitz, Belsen.
I began to talk like a Jew.
I think I may well be a Jew.
The snows of the Tyrol, the clear beer of
Vienna
Are not very pure or true.
With my gypsy ancestress and my weird luck
And my Taroc pack and my Taroc pack
I may be a bit of a Jew.
I have always been scared of you,
With your Luftwaffe, your gobbledygoo.
And your neat moustache
And your Aryan eye, bright blue.
Panzer-man,
panzer-man, O You –
Not God but a swastika
So black no sky could squeak through.
Every woman adores a Fascist,
The boot in the face, the brute
Brute heart of a brute like you.
You stand at the blackboard, daddy,
In the picture I have of you,
A cleft in your chin instead of your foot
But no less a devil for that, no not
Any less the black man who
Bit my pretty red heart in two.
I was ten when they buried you.
At twenty I tried to die
And get back, back, back to you.
I thought even the bones would do.
But they pulled me out of the sack,
And they stuck me together with glue.
And then I knew what to do.
I made a model of you,
A man in black with a Meinkampf look
And a love of the rack and the screw.
And I said I do, I do.
So daddy, I’m finally through.
The black telephone’s off at the root,
The voices just can’t worm through.
If I’ve killed one man, I’ve killed two –
The vampire who said he was you
And drank my blood for a year,
Seven years, if you want to know.
Daddy, you can lie back now.
There’s a stake in your fat black heart
And the villagers never liked you.
They are dancing and stamping on you.
They always knew it was you.
Daddy, daddy, you bastard, I’m through.
piątek, 18 maja 2012
Dzień z życia pisarza (14) - Sylvia Plath
8.30 - Po wyjściu Teda i zrobieniu porządków
w domu Sylvia wyrusza na poranny spacer i nie spotka żywej duszy. „Pomaszerowałam
błotnistą, pełną kałuż ścieżką przez rozchwierutany, skrzypiący drewniany
kołowrót i wędrowałam dalej — pola lśniły w słońcu srebrzysto-wilgotnym
blaskiem, na niebie kłębiły się szare obłoki i blade jak skorupka od jajka
plamy błękitu, łąki błyszczały w obramowaniu ciemnych, nagich drzew rosnących
wzdłuż rzeki. Po prawej stronie miałam rosochaty żywopłot z głogu, na którym
połyskiwały czerwone owoce; a za żywopłotem, jak okiem sięgnąć, rozciągały się
ogródki działkowe, pełne kapusty i cebuli, przechodząc w nagie, zorane pola.
Napotkałam drzewo zamieszkałe przez wiewiórki i widziałam, jak szara wiewiórka
z puszystym ogonkiem wspina się i chowa w małej dziupli. Płoszyłam krążące stada
wielkich czarnych gawronów o zakrzywionych dziobach i obserwowałam smukłą,
połyskliwą, różowo-purpurową liszkę, która kurcząc i rozciągając swe
półprzeźroczyste zwoje znikła w trawie.
9.00 - "Przeleciał krótki ulewny deszcz, a potem słońce zalało świat srebrzystym światłem. Ujrzałam pastelowy łuk przelotnej tęczy nad malutkim miasteczkiem Cambridge - iglice King's College przypominały lśniąco różowe, lukrowe kolce na miniaturowym torcie. Przez cały czas wdychałam wilgotny zapach podmokłych łąk, mokrego siana i koni i syciłam wzrok widokiem sfalowanych łąk usianych kępami drzew. Że też można mieć taki piękny spacer na końcu ulicy! Czułam jak narasta we mnie głęboki spokój, cieszyłam się samotnością i chłonęłam wszystko”.
9.00 - "Przeleciał krótki ulewny deszcz, a potem słońce zalało świat srebrzystym światłem. Ujrzałam pastelowy łuk przelotnej tęczy nad malutkim miasteczkiem Cambridge - iglice King's College przypominały lśniąco różowe, lukrowe kolce na miniaturowym torcie. Przez cały czas wdychałam wilgotny zapach podmokłych łąk, mokrego siana i koni i syciłam wzrok widokiem sfalowanych łąk usianych kępami drzew. Że też można mieć taki piękny spacer na końcu ulicy! Czułam jak narasta we mnie głęboki spokój, cieszyłam się samotnością i chłonęłam wszystko”.
![]() |
| Tęcza nad King's College w Cambridge. |
9.30 – „Poszłam też odwiedzić swoją głowę! Pamiętasz gipsową głowę, którą wyrzeźbiła M.B. Derr? Plątała się to tu, to tam, a ja nie miałam serca wyrzucić poczciwej staroci, do której dziwnie się jakoś przywiązałam. Ted zaproponował kiedyś, żeby pójść na łąki, wdrapać się na drzewo i umieścić ją na gałęzi, żeby mogła spoglądać na pastwiska i rzekę. Dziś wróciłam tam pierwszy raz i rzeczywiście tkwiła wysoko, na płaskiej gałęzi rosochatej wierzby, wpatrując się z niepojętym spokojem w urocze, zielone łąki. Miło mi pomyśleć, że w pewnym sensie zostawiam tu „swoją głowę”. Ted miał rację: ilekroć o niej teraz pomyślę, czuję bluszcz i listowie, które oplata ją jak odpoczywający na łonie przyrody pomnik. Napisałam nawet o niej długachny poemat (ale z innym zakończeniem) , który przepiszę na sąsiedniej kartce i wyślę Ci”.
10.00 - ”Właśnie wróciłam z porannego spaceru
łąkami do Granchester. Słońce wlewa się do naszego salonu, ptaki ćwierkają,
wszystko jest wilgotne, topnieje i pachnie wiosną. Do tej pory nie mieliśmy
śniegu”.
10.30 – Sylvia pisze list do matki. „ [...] Ted wyraźnie polubił swoją pracę. Nigdy
nie widziałam podobnej przemiany. Nie wraca już do domu doszczętnie wyczerpany
tak jak poprzednio i opowiada mi z dumą, jak nauczył się utrzymywać dyscyplinę
i jak dobrze skutkują jego psychologiczne metody. Zainteresował się paroma
chłopcami, daje im dodatkowe lektury itp. Czuję, że panuje nad sytuacją, nie
pozwalając, by praca wysysała z niego wszystkie siły, a chłopcy włazili mu na
głowę. Na pewno go uwielbiają; ma tak silną, fascynującą osobowość w
porównaniu z tymi niedojdami, które ich uczą. Opowiedział mi, że kazał chłopcom
zamknąć oczy i wyobrażać sobie — bardzo żywą i dramatyczną — historię, którą
im opowiadał, a kiedy rozległ się dzwonek, wszyscy jęknęli i prosili, żeby
skończył. Więc cieszę się, że wywiązuje się z bardzo trudnej pracy, najlepiej
jak tylko można. Tak bym chciała wygrać na loterii. Pan (nasz domowy
duszek) robi stałe postępy podając nam coraz poprawniejsze wyniki. W zeszłym
tygodniu mieliśmy 20 punktów na 24 możliwych (za które co tydzień wypłacają
fortunę w wysokości 75 000 funtów). Tłumaczymy wciąż Panowi, że pieniądze są
nam potrzebne z dwóch powodów by móc spokojnie pisać i mieć mnóstwo dzieci...
Gdybyśmy wygrali, moglibyśmy złożyć pieniądze w banku i żyć z procentów pisząc
w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, bez rozpaczliwego szukania posad.
Czuję, że mając wolny rok napisałabym dobrą powieść. Potrzebuje czasu i
spokoju. Ot, miło sobie pomarzyć. Ale jednak życz nam szczęścia”.
Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga "Płaszcz zabójcy". Z premedytacją i bezwstydnie wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska,
Czytelnik 1983, s. 254-256.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Dzień z życia pisarza (4) - Sylvia Plath
25 LIPCA 1956 ROKU, HISZPANIA
7.00 - [...] "Budzi nas chłodny powiew poruszający
liście winorośli za oknem. Wstaję, zabieram z progu dwa litry mleka, które
codziennie zostawiają nam w bańce, podgrzewam mleko, robię dla siebie cafe con
leche, a dla Teda mleko z dodatkiem brandy [...] [do tego] pyszne, dziko rosnące
banany z cukrem".
7.30 - "Wyruszamy wcześnie na rynek, najpierw po ryby [...],
co jest fascynujące, gdyż każdy dzień przynosi inny połów. Bywają więc mule,
kraby, krewetki, maleńkie ośmiorniczęta, a czasami ogromne ryby sprzedawane w
filetach. Na ogół maczam je w jajku rozbitym z cytryną, potem w mące i smażę
na jasnobrązowy kolor. Potem sprawdzamy ceny warzyw, uzupełniamy zapas jaj,
pomidorów, kartofli i cebuli (pilnuję, by każde z nas jadło codziennie po
jednym jajku i dobrej porcji mięsa). [...] Jesteśmy fantastycznie oszczędni. Po kartofle chodzimy do straganu,
gdzie za kilogram biorą 1.50, zamiast 1.75 peseta, znaleźliśmy też miejsce,
gdzie masło jest o peseta (około 2 1/2 centa) tańsze. Obym nigdy więcej w życiu
nie musiała się tak liczyć z każdym groszem. Pewnego dnia będziemy mieli mnóstwo
pieniędzy, jestem tego pewna". [...]
8.30 - 12.00 - "Ted i ja piszemy — on przy wielkim dębowym stole w jadalni (to nasz gabinet), ja przy stoliku do maszyny pod oknem. Przeszłam niezmiernie uciążliwy okres bardzo obfitej, niedobrej pisaniny dla odzyskania prozatorskiej weny podobnej do tej, jaką miałam pisząc „Mintonów" i te [opowiadania] dla „Seventeen" i zaczynam odzyskiwać wyczucie prozy. [...] Ted kończy ostatni rozdział najczarowniejszej książki dla dzieci, jaką kiedykolwiek napisano. Czyta mi codziennie jeden albo dwa rozdziały, byłabyś zachwycona. Śmieję się i płaczę na przemian, tak są piękne. Jestem przekonana, że wejdzie do klasyki dziecięcej literatury".
12.30 - "Po raz pierwszy od roku odnalazłam spokój.
Przede mną dwa letnie miesiące. Wszystkie nowości i ekscytacje ostatniego roku,
w którym pracowite semestry przeplatały się z jeszcze bardziej męczącymi wakacyjnymi
podróżami nie pozostawiając ani chwili na prawdziwy odpoczynek, układają się
stopniowo w jedną całość. Nasz dom jest chłodny jak studnia, cichy, ma kamienną
posadzkę, widać zeń błękitnawe wzgórza, a nawet kawałek morza. Ganek od frontu
jest ocieniony altaną z winorośli i przepojony ostrym zapachem pelargonii.
Mamy ciemne i ciężkie orzechowe meble, ładnie kontrastujące z białym tynkiem ścian.
Przez cały dzień nie widzimy ani jednego turysty. Zaczynamy się stabilizować".
13.00 - "Gotuję obiad i wychodzimy na plażę,
którą mamy wyłącznie dla siebie, gdyż w tym czasie wszyscy wracają do domów".
14.00 - "Odbywamy
dwugodzinną sjestę i kąpiemy się".
16.00 - "Później znów dwie godziny pisania".
18.00 - "Robię kolację
20.00 - "Studiujemy języki, ja tłumaczę „Czerwone i
czarne" i zamierzam w ciągu lata przerobić cały kurs francuskiego, Ted zaś
uczy się hiszpańskiego".
22.00 - "Jeśli nie jest za późno, idziemy przez zalane
księżycem migdałowe sady ku wciąż jeszcze szkarłatnym wzgórzom, skąd w dole można
zobaczyć połyskujące srebrem Morze Śródziemne".
23.00 - "Czuję, że w przyszłym roku rozpiszę się na całego. W lecie powinnam napisać
dziesięć opowiadań, a Ted najmniej dwie krótkie książki. [...] Nawet w tych
chudych czasach jesteśmy bardzo szczęśliwi. Och, jak się cieszę na myśl o
Ameryce, moich przyjaciołach i Cape w przyszłym roku! Ostatnie lata mojego życia
przypominają fabułę filmową: psychologiczno-podróżniczego, przygodowego
romansu. Co za film".
Subskrybuj:
Posty (Atom)







