Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath Sylvia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath Sylvia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 czerwca 2013

"Lustro" Sylvia Plath



Lustro - Sylvia Plath

Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń.
Cokolwiek widzę połykam natychmiast
Takie, Jak to jest, niezamglone ani miłością, ani nienawiścią.
Nie jestem okrutne tylko prawdomówne -
Oko małego, czworokątnego boga.
Większość czasu medytuję na przeciwległej ścianie.
Jest ona różowa i nakrapiana. Patrzyłem na nią tak długo
że sądzę iż stała się częścią mojego serca. Lecz ona migoce.
Twarze i ciemność rozdzielają nas bezustannie.
 

Teraz jestem jeziorem. Kobieta pochyla się nade mną,
Przeszukuje aż do dna, żeby odkryć kim jest naprawdę,
Potem zwraca się do tych kłamców, świec i księżyca.
Nagradza mnie łzami i niepokojem rąk.
Jestem ważne dla niej. Odchodzi i powraca.
Co rano twarz jej zastępuje ciemność.
We mnie zatopiła młodą dziewczynę i we mnie stara kobieta
Staje naprzeciw niej, dzień po dniu, jak okropna ryba.

Sylvia Plath
 

przekład Zbigniew Herbert

sobota, 6 października 2012

Śmierć Sylvii


Anne Sexton -  Śmierć Sylvii

dla Sylvii Plath

O Sylvio, Sylvio
z umarłym pudełkiem kamyków i łyżeczek,

z dwójką dzieci, dwojgiem meteorów
błąkających się bez celu po maleńkiej bawialni,

z ustami w prześcieradle,
w niemej modlitwie do belki w dachu,

(Sylvio, Sylvio,
dokąd odeszłaś
po tym, jak napisałaś do mnie
z Devonshire
o uprawianiu ziemniaków
i hodowli pszczół?)

co wcześniej szykowałaś po cichu,
że ci tak głośno poszło?

Złodziejko! –
jak zręcznie wśliznęłaś się,

sama się wśliznęłaś
w śmierć, której tak bardzo pragnęłam i od tylu lat,

w śmierć, o której mówiłyśmy, żeśmy z niej wyrosły,
w śmierć, którą hołubiłyśmy u naszej chudej piersi,

o której tak często gadałyśmy w Bostonie
obaliwszy trzecią matrini extra dry

w śmierć, która opowiadała o psychiatrach i leczeniu,
w śmierć, która nas namawiała jak spiskujące panny młode,

w śmierć, której zdrowie piłyśmy
najpierw powody, a potem cichy czyn?

( Bostonie
śmiertelny
rajd taksówkami
tak, znowu śmierć,
tamta jazda do domu
z naszym chłopakiem.)

O Sylvio, pamiętam tego sennego perkusistę
który bił laskę przed nami, dawna historia,

tak chciałyśmy, żeby się spuścił
jak sado, albo jak nowojorska ciota.

Żeby odwalił robotę,
jakiś nakaz, okno w ścianie lub dziecinne łóżeczko,

od tamtych dni trwał
w ukryciu naszych serc, szaf,

i widzę teraz, że latami przechowywałyśmy
pamięć o nim, stare samobójstwa

i już wiem teraz, ma wieść o twej śmierci,
jak okropny to smak, jak sól.

(A ja,
ja też.
Sylvio, teraz ty
znów ty
i znowu śmierć,
tamta jazda do domu
z naszym chłopakiem.)

i tylko mówię
z rękoma wyciągniętymi ku tamtemu miejscu z kamieni,

czym więcej jest twa śmierć
niż czymś, co zawsze było,

kretem, który wypełz
z jednego z twoich wierszy?

(O przyjaciółko,
gdy księżyc jest zły,
i król odszedł
a królowej żarty się skończyły,
mucha w barze powinna zaśpiewać!)

O matko drobniuteńka,
ty też!
O śmieszna księżniczko!
O jasnowłose maleństwo!

tłum. Grzegorz Musiał

sobota, 8 września 2012

Listy pisarzy - Anne Sexton


Anne Sexton
List Anne Sexton do Lois Ames

Capri, Włochy, 7 września 1966 roku
Droga Lois,
Dostałam Twój list jak tylko wjechaliśmy do Rzymu i przybyli na Capri, wyspę szczęścia. Cudownie było dostać te wieści od Ciebie, często myślałam o Tobie i zastanawiałam się, co słychać u pani Plath. W swoim liście pisałaś mi naprawdę bardzo niewiele o tym, jak to się stało. Czy ona naprawdę odetchnęła? [...] Powiedzmy, że wtedy, gdy telefon został wyrwany z gniazdka? Widzę, że ma ciężkie życie. Czy Twoje wyobrażenie urzeczywistniło się? - będziesz w stanie pomóc jej temu sprostać?
Naprawdę chciałabym, abyś znalazła sposób na odwiedzenie mnie w tym roku choćby na tydzień. Tyle rzeczy mamy do obgadania. Mam wrażenie, jakby wszystko się zakorkowało, słowa nie chcą przechodzić przez maszynę do pisania, jest ich za dużo. Przyrzekłam solennie nie zamawiać rozmów telefonicznych na duże odległości, jak to czyniłem dawniej i to pogarsza sprawę naszego porozumiewania się. Więc jak z tą wizytą? Będzie to możliwe?

Wyprawa była w porządku. Afryka, a raczej myśliwskie safari, nie dla mnie, kurz, meteorowy żar, drzewa kolczaste i zupełny brak drzew cienistych, krew, rzeź. Obserwowanie zwierzęcia konającego powoli, a następnie zjadanie go tego samego dnia na kolację. Nie potrafię sobie wyobrazić życia tutaj i nie wierzę, że podobałoby Ci się to - ale może mylę się co do Ciebie. To zły kontynent, powstający, ale bez księgi praw i wielkie ubóstwo i wielka nienawiść do białego człowieka. Chociaż Chicago jest gorsze, z tego co czytałam. Ale w Stanach Zjednoczonych kiedyś nastanie wolność, jednak nie poprzez władzę czarnych nad białymi, jak tu w Afryce. [...]

Capri jest najpiękniejsze. To mój duchowy dom i czuję się jak nowo narodzona. Moje nerwy są w lepszym stanie. Nie wypatruję dnia powrotu do domu, który nastąpi we czwartek, 8 września, a więc jeszcze zanim to do Ciebie dotrze. Zbyt wiele problemów. Kojarzę nawet dom z chorowaniem. [...] No dobrze, Kayo [mąż Anne] i ja byliśmy na Capri dwa lata temu, a jednak wydaje się, że zanudzamy się nawzajem. Nie mamy sobie nic do powiedzenia. Irytuję go, gdy mówię mu to, o czym myślę, więc często milczę. On był zachwycony safari. Jego marzenie spełniło się i o niczym innym nie mówi. Cieszę się, że miał tę przyjemność. To luksusowe biwakowanie w otoczeniu śmierci, zabijania, niewybaczalnej śmierci na każdym kroku. Capri jest jak piękna matka. Woda unosi cię jak spławik i jest tak czysta. Capri jest matką, jakiej nigdy nie mieliśmy, młoda, piękna, egzotyczna, o łaskawych i kochających ramionach. Dzięki Bogu, że byłam tu raz jeszcze. Chciałabym tu mieszkać z kimś. Moja książka ma wyjść około 14 września... będę wiedziała dokładniej, gdy wrócę do domu. Mam nadzieję, że spodoba Ci się okładka, tak jak i treść, którą już znasz a nawet pomogłaś przy niektórych wersach I'm a little buttercup in my yellow nightie i dalszych.

Napisz zaraz i pisz często. Umieram z niecierpliwości, by zobaczyć artykuł o Sylvii i wiem, że on cię wylansuje.
xo Anne
Fragment bezczelnie i po chamsku ukradłem z bloga "Płaszcz zabójcy", a pochodzi on z: Anne Sexton, Listy, tłum. Anna Sudrawska, Literatura na Świecie 1988, nr 4 (201), s. 178-179.

wtorek, 29 maja 2012

"Lady Lazarus" - Sylvia Plath

Sylvia Plath


"Lady Lazarus" Sylvia Plath
tłumaczenie: Ewa Fiszer

Znów to zrobiłam
Co dziesięć lat
Udaje mi się -

Żywy cud, skóra lśni się
Jak hitlerowski abażur,
Prawa stopa

Przycisk,
Twarz bez rysów, żydowskie
Cienkie płótno.

Wrogu mój
Zedrzyj sobie ze mnie ręcznik.
Czyżbym wzbudzała strach?

Nos, oczodoły, zębów pełny garnitur?
Jutro
Nie będzie mi już czuć z ust.

Wkrótce, wkrótce
Ciało, które żarła czarna jama
Poczuje się na mnie jak w domu,

Uśmiechnę się jak dama.
Mam niespełna trzydzieści lat.
I jak kot muszę umrzeć dziewięć razy.

To był Trzeci Raz.
Co za bezsens
Unicestwiać tak każdą dekadę.

Milion włókien.
Pogryzając fistaszki tłum
Pcha się, by

Patrzeć jak mnie odwijają starannie.
Strip - tease monstr.
Panowie, panie

Oto moje ręce
Moje uda. Tak
Może i zostały ze mnie tylko skóra i kości,

Niemniej jestem tą samą kobietą.
Pierwszy raz miałam dziesięć lat.
Był to wypadek.

Za drugim razem
Chciałam wytrwać po kres i już nie wrócić.
Kołysałam się

Zamknięta w sobie jak muszla.
Musieli wołać i wołać.
Wygrzebywać ze mnie robaki jak lepkie perły.

Umieranie
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.

Umiem robić to tak, że boli
Że wydaje się diablo rzeczywiste.
Można by to nazwać powołaniem.

Dosyć łatwo jest to zrobić w celi.
Dosyć łatwo jest to zrobić i w tym trwać.
To teatralny

Powrót w dzień
Na to samo miejsce i w tę samą twarz, by usłyszeć
ten sam krzyk:

"Cud"!
Jakby mi dano w pysk.
Proszę płacić,

Za oglądanie moich blizn proszę płacić
I za słuchanie serca -
Ono znów stuka w ciszy.

Proszę płacić, drogo płacić
Za każde słowo i dotyk
Lub kroplę krwi,

Za włosów kosmy, strzęp ubrania.
Tak, tak Herr Doktor.
Tak, tak Herr Wróg.

Jestem pańskim dziełem.
Pańską chlubą.
Dziecięciem ze szczerego złota,

Które roztapia byle krzyk.
Miotam się jak opętana.
Proszę nie myśleć, że nie doceniam pańskich starań.

Popiół, popiół -
Pan go rozgrzebuje, ogląda.
Ciała i kości już nie ma -

Mydło,
Ślubna obrączka,
Złota plomba,

Herr Got, Herr Lucyfer,
Strzeżcie się
Strzeżcie.

Z popiołu
Wstanę płomiennowłosa
By połknąć mężczyzn jak powietrze.


23-29 październik 1962 

czwartek, 24 maja 2012

"Tatuś" - Sylvia Plath

Sylvia Plath
Sylvia Plath (ur. 27 października 1932 w Jamaica Plain k. Bostonu, zm. 11 lutego 1963 w Londynie) – amerykańska poetka, pisarka i eseistka, zaliczana do grona tzw. poetów wyklętych. Współcześnie znana m.in. dzięki na poły autobiograficznej powieści Szklany klosz. Jej poezja należy do nurtu poezji konfesyjnej. Sylvia Plath jest przy tym jedną z czołowych postaci kierunku w literaturze lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, określanego mianem Konfesjonalistów (ang. Confessionalist). 

W 1941 matka Sylvii Plath dała córce pierwszy dziennik. Od tej pory Plath regularnie pisała dzienniki do końca życia. Plath chorowała na zaburzenie afektywne dwubiegunowe (depresję i stany maniakalne) i kilkakrotnie przebywała w szpitalach psychiatrycznych, głównie prywatnym McLean Hospital w podbostońskim Belmont (Massachusetts), najczęściej w związku z próbami samobójczymi. W 1955 Sylvia Plath wyjechała jako stypendystka Fulbrighta na studia do Anglii w Newnham College, część Cambridge University. 25 lutego 1956 Sylvia Plath poznała na przyjęciu poetę Teda Hughesa, którego poślubia w tym samym roku. We wrześniu 1957 Sylvia Plath zaczęła wykładać literaturę angielską. W Anglii w 1960 wydała pierwszy tomik Kolos (The Colossus). Wraz z mężem wiele podróżowała m.in. do Hiszpanii. W wakacje 1959 Sylvia Plath i Ted Hughes podróżowali przez Amerykę Północną. W lipcu 1960 małżonkowie kupili spory dom Court Green, którego hipotekę spłacili w grudniu 1961.

Czerwiec 1962 był początkiem końca małżeństwa Sylvii Plath i Teda Hughes, który zakochał się w Asii Wevill, która kilka lat później popełniła samobójstwo w identyczny sposób, jak Sylvia Plath. W 1962 doszło między małżonkami do separacji; poetka przeniosła się z dwojgiem dzieci (Friedą i Nicholasem) ze wspólnego domu w hrabstwie Devon do Londynu. Zamieszkała w domu po W. B. Yeatsie. Bardzo ciężka dla niej okazała się zima 1962/63. W okresie jesienno-zimowym Sylvia napisała swoje najlepsze wiersze m.in. "Tatusia", "Ukłucia", "Kobietę Łazarz", "Ariel", "Kurierów", "Mistyczkę" i ostatni wiersz "Krawędź". Poetka brała wówczas leki przeciwdepresyjne, które jednak przyniosły odwrotny od zamierzonego skutek. Schorowana i cierpiąca na brak pieniędzy, Sylvia Plath popełniła samobójstwo przez zatrucie gazem. Dzieci zamknęła w dobrze wentylowanym pokoju, zostawiając im śniadanie. 

Komentarz biograficzny do wiersza:

Ojciec Plath był Niemcem i pochodził z Grabowa, wyemigrował jednak do Stanów na długo przed wybuchem II wojny światowej i tam poślubił młodszą od siebie o ponad dwadzieścia lat, urodzoną już w Ameryce Austriaczkę z pochodzenia. Sylvia urodziła się w 1932, a Otto Plath zmarł w 1940 wskutek komplikacji związanych z cukrzycą. Był uznanym profesorem zoologii i specjalistą od pszczół. Jeżeli natomiast chodzi o próby samobójcze, Plath miała ich za sobą kilka. Ostatnią podjęła w wieku lat trzydziestu. Okazała się udana.

Daddy

You do not do, you do not do
Any more, black shoe
In which I have lived like a foot
For thirty years, poor and white,
Barely daring to breathe or Achoo.

Daddy, I have had to kill you.
You died before I had time –
Marble-heavy, a bag full of God,
Ghastly statue with one grey toe
Big as Frisco seal

And a head in the freakish Atlantic
Where it pours bean green over blue
In the waters off beautiful Nauset.
I used to pray to recover you.
Ach, du.

In the German tongue, in the Polish town
Scraped flat by the roller
Of wars, wars, wars.
But the name of the town is common.
My Polack friend

Says there are a dozen or two.
So I never could tell where you
Put your foot, your root,
I never could talk to you.
The tongue stuck in my jaw.

It stuck a barb wire snare.
Ich, ich, ich, ich,
I could hardly speak.
I thought every German was you.
And the language obscene

An engine, an engine
Chuffing me off like a Jew.
A Jew to Dachau, Auschwitz, Belsen.
I began to talk like a Jew.
I think I may well be a Jew.

The snows of the Tyrol, the clear beer of Vienna
Are not very pure or true.
With my gypsy ancestress and my weird luck
And my Taroc pack and my Taroc pack
I may be a bit of a Jew.

I have always been scared of you,
With your Luftwaffe, your gobbledygoo.
And your neat moustache
And your Aryan eye, bright blue.
Panzer-man, panzer-man, O You –

Not God but a swastika
So black no sky could squeak through.
Every woman adores a Fascist,
The boot in the face, the brute
Brute heart of a brute like you.

You stand at the blackboard, daddy,
In the picture I have of you,
A cleft in your chin instead of your foot
But no less a devil for that, no not
Any less the black man who

Bit my pretty red heart in two.
I was ten when they buried you.
At twenty I tried to die
And get back, back, back to you.
I thought even the bones would do.

But they pulled me out of the sack,
And they stuck me together with glue.
And then I knew what to do.
I made a model of you,
A man in black with a Meinkampf look

And a love of the rack and the screw.
And I said I do, I do.
So daddy, I’m finally through.
The black telephone’s off at the root,
The voices just can’t worm through.

If I’ve killed one man, I’ve killed two –
The vampire who said he was you
And drank my blood for a year,
Seven years, if you want to know.
Daddy, you can lie back now.

There’s a stake in your fat black heart
And the villagers never liked you.
They are dancing and stamping on you.
They always knew it was you.
Daddy, daddy, you bastard, I’m through.

piątek, 18 maja 2012

Dzień z życia pisarza (14) - Sylvia Plath

Sylvia Plath w 1957 r
8 lutego 1957 roku, Cambridge, Anglia

8.30 - Po wyjściu Teda i zrobieniu po­rządków w domu Sylvia wyrusza na poranny spacer i nie spotka żywej duszy. „Po­maszerowałam błotnistą, pełną kałuż ścieżką przez rozchwierutany, skrzypiący drewniany kołowrót i wędrowałam dalej — pola lśniły w słońcu srebrzysto-wilgotnym blaskiem, na niebie kłębiły się szare obło­ki i blade jak skorupka od jajka plamy błękitu, łąki błyszczały w obramowaniu ciemnych, nagich drzew rosnących wzdłuż rzeki. Po prawej stronie miałam rosochaty żywopłot z głogu, na którym połyskiwały czerwone owoce; a za żywopłotem, jak okiem sięgnąć, rozciągały się ogródki działkowe, pełne kapusty i ce­buli, przechodząc w nagie, zorane pola. Napotkałam drzewo zamieszkałe przez wiewiórki i widziałam, jak szara wiewiórka z puszystym ogonkiem wspina się i chowa w małej dziupli. Płoszyłam krążące stada wielkich czarnych gawronów o zakrzywionych dzio­bach i obserwowałam smukłą, połyskliwą, różowo-purpurową liszkę, która kurcząc i rozciągając swe półprzeźroczyste zwoje znikła w trawie. 

9.00 - "Przeleciał krótki ulewny deszcz, a potem słońce zalało świat srebrzystym światłem. Ujrzałam pastelowy łuk prze­lotnej tęczy nad malutkim miasteczkiem Cambridge - iglice King's College przypominały lśniąco różowe, lukrowe kolce na miniaturowym torcie. Przez cały czas wdychałam wilgotny zapach podmokłych łąk, mokrego siana i koni i syciłam wzrok widokiem sfa­lowanych łąk usianych kępami drzew. Że też można mieć taki piękny spacer na końcu ulicy! Czułam jak narasta we mnie głęboki spokój, cieszyłam się samot­nością i chłonęłam wszystko”. 


Tęcza nad King's College w Cambridge.


9.30 – „Poszłam też odwiedzić swoją głowę! Pamiętasz gipsową głowę, którą wyrzeźbiła M.B. Derr? Plątała się to tu, to tam, a ja nie miałam serca wyrzucić poczciwej staroci, do której dziwnie się jakoś przy­wiązałam. Ted zaproponował kiedyś, żeby pójść na łąki, wdrapać się na drzewo i umieścić ją na gałęzi, żeby mogła spoglądać na pastwiska i rzekę. Dziś wróciłam tam pierwszy raz i rzeczywiście tkwiła wysoko, na płaskiej gałęzi rosochatej wierzby, wpatrując się z niepojętym spokojem w urocze, zielone łąki. Miło mi pomyśleć, że w pewnym sensie zostawiam tu „swoją głowę”. Ted miał rację: ilekroć o niej teraz pomyślę, czuję bluszcz i listowie, które oplata ją jak odpoczywający na łonie przyrody pomnik. Napisałam nawet o niej długachny poemat (ale z innym zakończeniem) , który przepiszę na sąsiedniej kartce i wyślę Ci”.

10.00 - ”Właśnie wróciłam z porannego spaceru łąkami do Granchester. Słońce wlewa się do naszego salonu, ptaki ćwierkają, wszystko jest wil­gotne, topnieje i pachnie wiosną. Do tej pory nie mie­liśmy śniegu”.

10.30 – Sylvia pisze list do matki. „ [...] Ted wyraźnie polubił swoją pracę. Nigdy nie widziałam podobnej przemiany. Nie wraca już do domu doszczętnie wyczerpany tak jak poprzednio i opo­wiada mi z dumą, jak nauczył się utrzymywać dys­cyplinę i jak dobrze skutkują jego psychologiczne me­tody. Zainteresował się paroma chłopcami, daje im dodatkowe lektury itp. Czuję, że panuje nad sytu­acją, nie pozwalając, by praca wysysała z niego wszystkie siły, a chłopcy włazili mu na głowę. Na pewno go uwielbiają; ma tak silną, fascynującą oso­bowość w porównaniu z tymi niedojdami, które ich uczą. Opowiedział mi, że kazał chłopcom zamknąć oczy i wyobrażać sobie — bardzo żywą i dramatycz­ną — historię, którą im opowiadał, a kiedy rozległ się dzwonek, wszyscy jęknęli i prosili, żeby skończył. Więc cieszę się, że wywiązuje się z bardzo trudnej pracy, najlepiej jak tylko można. Tak bym chciała wygrać na loterii. Pan (nasz do­mowy duszek) robi stałe postępy podając nam coraz poprawniejsze wyniki. W zeszłym tygodniu mieliśmy 20 punktów na 24 możliwych (za które co tydzień wypłacają fortunę w wysokości 75 000 funtów). Tłu­maczymy wciąż Panowi, że pieniądze są nam potrzeb­ne z dwóch powodów by móc spokojnie pisać i mieć mnóstwo dzieci... Gdybyśmy wygrali, mogli­byśmy złożyć pieniądze w banku i żyć z procentów pisząc w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, bez rozpaczliwego szukania posad. Czuję, że mając wolny rok napisałabym dobrą powieść. Potrzebuje czasu i spokoju. Ot, miło sobie pomarzyć. Ale jednak życz nam szczęścia”.

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Z premedytacją i bezwstydnie wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 254-256.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Dzień z życia pisarza (4) - Sylvia Plath

25 LIPCA 1956 ROKU, HISZPANIA

7.00 - [...] "Budzi nas chłodny powiew po­ruszający liście winorośli za oknem. Wstaję, zabieram z progu dwa litry mleka, które codziennie zostawiają nam w bańce, podgrzewam mleko, robię dla siebie cafe con leche, a dla Teda mleko z dodatkiem brandy [...] [do tego] pyszne, dziko rosnące banany z cu­krem". 

7.30"Wyruszamy wcześnie na rynek, naj­pierw po ryby [...], co jest fascynujące, gdyż każdy dzień przynosi inny połów. Bywają więc mule, kra­by, krewetki, maleńkie ośmiorniczęta, a czasami ogromne ryby sprzedawane w filetach. Na ogół ma­czam je w jajku rozbitym z cytryną, potem w mące i smażę na jasnobrązowy kolor. Potem sprawdzamy ceny warzyw, uzupełniamy zapas jaj, pomidorów, kartofli i cebuli (pilnuję, by każde z nas jadło co­dziennie po jednym jajku i dobrej porcji mięsa). [...] Jesteśmy fan­tastycznie oszczędni. Po kartofle chodzimy do stra­ganu, gdzie za kilogram biorą 1.50, zamiast 1.75 pe­seta, znaleźliśmy też miejsce, gdzie masło jest o pe­seta (około 2 1/2 centa) tańsze. Obym nigdy więcej w życiu nie musiała się tak liczyć z każdym gro­szem. Pewnego dnia będziemy mieli mnóstwo pienię­dzy, jestem tego pewna". [...]

8.30 - 12.00 - "Ted i ja piszemy — on przy wielkim dębowym stole w jadalni (to nasz gabinet), ja przy stoliku do maszyny pod oknem. Przeszłam niezmiernie uciążliwy okres bardzo obfitej, niedobrej pisaniny dla odzyskania prozator­skiej weny podobnej do tej, jaką miałam pisząc „Mintonów" i te [opowiadania] dla „Seventeen" i zaczynam odzyskiwać wyczucie prozy. [...] Ted kończy ostatni rozdział najczarowniejszej książki dla dzieci, jaką kiedykolwiek napisano. Czyta mi codziennie jeden albo dwa rozdziały, była­byś zachwycona. Śmieję się i płaczę na przemian, tak są piękne. Jestem przekonana, że wejdzie do klasyki dziecięcej literatury". 

12.30 - "Po raz pierwszy od roku odnalazłam spokój. Przede mną dwa letnie miesiące. Wszystkie nowości i ekscytacje ostatniego roku, w którym pracowite semestry przeplatały się z jeszcze bardziej męczącymi wakacyjnymi podróżami nie pozostawiając ani chwili na prawdziwy odpoczy­nek, układają się stopniowo w jedną całość. Nasz dom jest chłodny jak studnia, cichy, ma kamienną posadzkę, widać zeń błękitnawe wzgórza, a nawet kawałek morza. Ganek od frontu jest ocieniony al­taną z winorośli i przepojony ostrym zapachem pelar­gonii. Mamy ciemne i ciężkie orzechowe meble, ład­nie kontrastujące z białym tynkiem ścian. Przez cały dzień nie widzimy ani jednego turysty. Zaczynamy się stabilizować".

13.00 - "Gotuję obiad i wychodzimy na plażę, którą mamy wyłącznie dla siebie, gdyż w tym czasie wszyscy wracają do domów".

14.00 - "Odbywamy dwugodzinną sjestę i kąpiemy się".

16.00 - "Później znów dwie godziny pi­sania".

18.00 - "Robię kolację

20.00 -  "Studiujemy języki, ja tłumaczę „Czerwone i czarne" i zamierzam w ciągu lata przerobić cały kurs fran­cuskiego, Ted zaś uczy się hiszpańskiego".

22.00 - "Jeśli nie jest za późno, idziemy przez zalane księży­cem migdałowe sady ku wciąż jeszcze szkarłatnym wzgórzom, skąd w dole można zobaczyć połyskujące srebrem Morze Śródziemne".

23.00 - "Czuję, że w przyszłym roku rozpiszę się na całego. W lecie powinnam napisać dziesięć opowiadań, a Ted naj­mniej dwie krótkie książki. [...] Nawet w tych chu­dych czasach jesteśmy bardzo szczęśliwi. Och, jak się cieszę na myśl o Ameryce, moich przyjaciołach i Cape w przyszłym roku! Ostatnie lata mojego ży­cia przypominają fabułę filmową: psychologiczno-podróżniczego, przygodowego romansu. Co za film".

Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 222-225