Lubię kryminały. Tak, przyznaję się. Uwielbiam czytać kryminały, ale tylko takie, które oferują czytelnikowi coś więcej niż samo rozwiązanie zagadki kryminalnej. Najbliższe zaś memu sercu są kryminały niebędące właściwie kryminałami. Taka jest właśnie "Tęsknota atomów" Linusa Reichlina. Ta wyjątkowa książka to trochę nietypowy romans, trochę powieść drogi, wykład z fizyki kwantowej, filozoficzny esej o potędze ludzkiej myśli i czynieniu cudów.
Powieść
zaczyna się z pozoru jak typowy kryminał policyjny jakich dotąd napisano już
wiele. Mnie przyszły do głowy skojarzenia z Henningiem Mankellem i
bohaterem jego kryminałów policyjnych, Kurtem Wallanderem. Na kilka dni
przed odejściem na emeryturę, Hannes Jensen, belgijski policjant,
prywatnie pasjonat fizyki kwantowej, staje przed niecodziennym
wyzwaniem. Musi rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci amerykańskiego
turysty. Po kolei eliminowane są wszystkie możliwe przyczyny zgonu:
morderstwo, wypadek i choroba. Przychodzi mi tutaj na myśl "Katar"
Stanisława Lema, gdzie mamy podobną sytuację związaną z niewyjaśnionymi i
nieprawdopodobnymi zgonami ludzi. Nie można też, po przeczytaniu
"Tęsknoty atomów", nie pomyśleć o "Śledztwie", innej powieści Lema,
gdzie coś co jest nieprawdopodobne i wygląda na cud, daje się wyjaśnić w
sposób naukowy z użyciem statystyki i rachunku prawdopodobieństwa.
"Im dokładniej przyglądamy się światu, tym bardziej rozmyty staje się jego obraz" [s.278]
Aby znaleźć rozwiązanie Jensen udaje się w podróż na koniec świata, do
Arizony i Meksyku. Nie jedzie tam jednak sam, lecz w towarzystwie
zagadkowej i rzekomo chorej na nieuleczalną chorobę kobiety, Annick
O'Hary, poszukującej, podobnie jak on, uzdrowicielki zamieszanej w
sprawę śmierci Amerykanina, Esperanzy Toscano Aguilar.
Jak
już wspomniałem wcześniej, inspektor Jensen jest prywatnie miłośnikiem
fizyki kwantowej. Szczególnie zaś interesuje go dwoista natura
elektronu. elektron bowiem, podobnie jak inne cząstki subatomowe, może
być zarówno cząstką, jak i falą. Jensen planuje przeprowadzenie
eksperymentu dowodzącego cudu dwoistości elektronu. Dziwnym zbiegiem
okoliczności, wiąże się to z wydarzeniami z powieści, a dokładnie z
czynieniem cudów. Jeżeli ktoś jest głęboko wierzący, nie zagłębia się w
istotę cudu. Przyjmuje, że dzięki modlitwom i pośrednictwu medium czy
uzdrowiciela, nastąpiła ingerencja sił boskich, której rezultatem jest
uzdrowienie pacjenta z nieuleczalnej choroby. Ci natomiast, którzy nie
wierzą w Boga lub są sceptyczni jeżeli chodzi o czynienie cudów, mogą
wyjaśnić sobie niemogące pomieścić się w głowie fakty za pomocą czystej
nauki, fizyki kwantowej. Osobiście dostrzegam trzecią możliwość,
działanie boskie z wykorzystaniem zasad fizyki kwantowej. W końcu to Bóg
stworzył ten Wszechświat i działające w nim prawa. My je jedynie
przypadkowo odkrywamy, często po amatorsku. Widzimy jakby we mgle, aby
być może kiedyś zobaczyć wszystko wyraźnie, takim jakie jest. Linus
Reichlin natomiast najwyraźniej wydaje się skłaniać, podobnie jak
Stanisław Lem, ku teorii przypadku, współczynniku prawdopodobieństwa i
statystycznej możliwości wystąpienia jakichś zjawisk w przyrodzie.
"Bóg, który ofiarował swojego syna, jest tak daleko od rzeczywistości Kosmosu jak bakteria od chóralnego śpiewu. Jeśli ktoś zakłada istnienie Boga dysponującego wolą i mocą, to musi postrzegać świat jako kompletnie zwariowany twór. dlaczego ów Bóg miałby stworzyć Kosmos, który w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach składa się z próżni? Po co stworzył Księżyc, asteroidy i miliardy gazowych planet? Nikt nigdy na nich nie zamieszka i nie będzie mu oddawał czci. Taki Bóg byłby niewątpliwie miłośnikiem gorących gazów, martwych kamieni i niekończących się pustych przestrzeni. Gdyby w ogóle istniał, trzeba by wątpić w jego rozum, a przynajmniej w jego zręczność. A jednak Wszechświat spowijało boskie tchnienie. Ale można to pojąć dopiero wtedy, gdy porzuci się myśl o Bogu i uzna prawdziwy cud: Wszechświat stworzył się sam. Już w najmniejszych cząsteczkach, kwarkach i elektronach działał ślepy rozum, nigdy nie uknuty plan połączenia wszystkiego w całość, w uporządkowany zlepek, z którego powstawały coraz bardziej skomplikowane struktury: słońca, planety, ameby i na końcu człowiek, który skomponował na fortepianie arię Królowej Nocy. To było bardziej cudowne i zagadkowe niż wszystko, co kiedykolwiek opisano w jakiejś świętej księdze" [s.261-262]
Jednym
z tematów książki jest także siła ludzkiej myśli. Czy modlitwy
przynoszą jedynie pocieszenie tym, którzy w nie wierzą, czy też poprzez
modlitwę można kogoś zabić, uzdrowić lub wyrządzić mu krzywdę? Inspektor
Jensen podejmuje się rozwiązania zagadki i wyrusza w podróż na koniec
świata również z osobistych powodów, związanych z jego dzieciństwem i
śmiercią matki alkoholiczki. Od tamtej pory dręczą go wyrzuty sumienia i
nawiedzają straszne sny. Uważa, że zamordował matkę, ponieważ modlił
się do Boga o jej śmierć i według niego został wysłuchany. Stąd być może
jego brak wiary w Boga, który na zamówienie zabija niczym płatny
morderca oraz to, że został policjantem.
Skąd
wziął się taki ciekawy, ale trochę dziwny tytuł tej książki? Chodzi
mianowicie o tęsknotę atomów do kompletności i doskonałości. Atom
każdego pierwiastka na swoich powłokach, poza tą najbliższą jądra
atomowego, chce mieć 8 elektronów, dopiero wtedy czuje się dobrze, czuje
się kompletny. Wszystkie atomy dążą do stanu, w którym ich powłoki są
kompletne, dlatego łączą się z atomami innych pierwiastków chemicznych.
Wchodzą w reakcje symbiotyczne i w końcu są szczęśliwe. Z takiej
symbiozy, z tęsknoty atomów do doskonałości, narodziła się pierwsza
molekuła, podstawa życia. Powyższe słowa można, oczywiście w przenośni,
odnieść także do ludzi i relacji międzyludzkich, łączenia się w pary.
Tylko atom helu wyłamuje się od tej zasady, posiada na swojej jedynej
powłoce najbliższej jądra 2 elektrony i nic mu do doskonałości nie
brakuje. Jest samowystarczalny, tylko czy szczęśliwy. Jensen często
powtarza sobie: "Nie bądź atomem helu". Zmienia się jako człowiek.
Zakochuje się w Annick, jednocześnie oddziałując na nią, wywołując w
niej reakcje i także zmieniając ją. Oboje stają się innymi ludźmi,
bardziej kompletnymi, doskonałymi, szczęśliwymi.
"Ta podróż tylko wtedy będzie miała sens, gdy coś się dzięki niej zmieni" [s.300]
"Tęsknota
atomów", to książka, która wciąga od pierwszych stron, która ma swój
niepowtarzalny nastrój i, której wręcz nie wolno przegapić. Reichlin
stawia wiele ważnych dla każdego myślącego człowieka pytań, próbuje na
nie odpowiedzieć, zmusza do zastanowienia się nad życiem, otaczającym
nas światem, zachodzącymi w nim zdarzeniami, a my możemy się z nim
zgadzać lub też nie.
Linus Reichlin
- szwajcarski pisarz i dziennikarz, autor reportaży i felietonów,
laureat nagrody tygodnika "Die Zeit". mieszka w Zurychu i Berlinie.
"Tęsknota atomów" zdobyła
prestiżową nagrodę Deutscher Krimipreis za najlepszą niemieckojęzyczną
powieść kryminalną w 2009 roku, była debiutem powieściowym Linusa
Reichlina i rozpoczęła cykl powieści z udziałem inspektora Hannesa
Jensena.
Linus Reichlin "Tęsknota atomów", przełożyła Anna Taraska-Pietrzak, Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2011, wydanie I, s.304.
