piątek, 12 grudnia 2014

"Każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką"


[...] "Powieść kryminalną z różnych względów niełatwo lansować. Tematem jej zwykle jest zabójstwo i z tej racji brak jej elementu wzniosłości. Zabójstwo, które jest wynikiem frustracji jednostki - a zatem frustracji całego gatunku - może mieć i w rzeczywistości ma wiele implikacji socjologicznych. Ale zdarza się przecież od tak dawna i tak często, że trudno tu o urok nowości.
Jeżeli nawet trafiają się powieści kryminalne realistyczne choćby w jakimś stopniu (a bywa to bardzo rzadko), pisane są wówczas z pewnym dystansem, w przeciwnym razie nie pisałby ich ani nie czytał nikt prócz psychopatów. Powieść kryminalna ma również tę przykrą cechę, że zajmuje się własnymi sprawami, rozwiązuje własne problemy i odpowiada na pytania, które sama zadaje. Do dyskusji nie pozostaje nic poza tym, czy jest dość dobrze napisana, żeby być po prostu dobrą literaturą, na czym ci, co składają się w sumie na owe pół miliona sprzedanych egzemplarzy, i tak się nie poznają. Poznanie się na wartości literackiej utworu jest zadaniem dostatecznie trudnym nawet dla ludzi, którzy zajmują się literaturą zawodowo, nie zwracając zbytniej uwagi na to, w ilu egzemplarzach książka się rozejdzie.
Powieść detektywistyczna (może będę raczej używał tej nazwy, skoro na tym polu nadal dominują wzory angielskie) musi znajdować czytelników przez powolny proces destylacji. Że ich jednak znajduje i tak mocno już potem przy sobie trzyma, to fakt niezaprzeczony, choć studia nad przyczynami tego zjawiska pozostawiam umysłom bardziej dociekliwym. Nie zamierzam też twierdzić, że stanowi ona niezbędną i doniosłą formę sztuki. Nie ma niezbędnych i doniosłych form sztuki, jest tylko sztuka jako taka, i tej mamy bardzo niewiele. Przyrost ludności nie powiększył zasobów sztuki, zwiększył tylko łatwość, z jaką jej namiastki produkuje się i podsuwa odbiorcom.
Jednakże powieść detektywistyczną nawet w jej najbardziej konwencjonalnej formie bardzo trudno jest napisać dobrze. Dobry okaz tego gatunku trafia się rzadziej niż dobra powieść poważna. Drugorzędne pozycje utrzymują się dłużej niż utwory bardziej wartościowe, a ogromna liczba tych, które nigdy nie powinny się były narodzić, po prostu nie chce umrzeć. Trwałe są jak posągi w parkach i prawie tak samo nudne.
Ta sytuacja bardzo irytuje ludzi o tak zwane] "znajomości rzeczy". Martwi ich fakt, że wnikliwe i dobre powieści sprzed kilku lat stoją w, biblioteczce na specjalnej półce z napisem "Dawne bestsellery". Nikt się do nich nie zbliża, czasem tylko przypadkowy klient krótkowidz nachyli się, rzuci okiem i szybko odejdzie, gdy tymczasem starsze panie tłoczą się przy półce z literaturą sensacyjną, żeby chwycić jakiś egzemplarz z tego samego rocznika, zatytułowany na przykład "Petunia, czyli potrójne morderstwo" albo ."Inspektor Pinchbottle śpieszy na ratunek". Koneserów martwi, że "naprawdę wartościowe książki" (a niektóre z nich w pewnym sensie zasługują na to miano) obrastają kurzem, w działach wznowień, gdy tymczasem "Śmierć nosi żółte podwiązki" w pięćdziesięcio- lub stutysięcznych nakładach dostaje się na półki nowości całego kraju, w dodatku bynajmniej nie po to, żeby zakończyć swoją karierę.
Przyznam się, że sam nie jestem tym zachwycony. Ja również, gdy jestem w nastroju mniej podniosłym, pisuję powieści detektywistyczne, a cała ta wyżej wspomniana nieśmiertelność stwarza dla nich trochę za dużą konkurencję. Nawet Einstein nie zaszedłby daleko, gdyby co roku publikował trzysta traktatów z zakresu fizyki, a kilka tysięcy innych wciąż było w obiegu, na dobitkę ustawicznie czytanych.
Hemingway mówi gdzieś, że dobry pisarz rywalizuje tylko ze zmarłymi. Dobry pisarz powieści detektywistycznych (w końcu musi ich być kilku) rywalizuje nie tylko ze wszystkimi nie pogrzebanymi nieboszczykami, lecz także z hordami żyjących. I to niemal na równych prawach, jedna bowiem z właściwości tego gatunku polega na tym, że to, co skłania ludzi do czytania, nigdy nie traci na aktualności. Krawat bohatera może być trochę niemodny, zacny siwy inspektor może przyjechać dwukółką, nie zaś opływową limuzyną z ogłuszającą syreną, lecz po przybyciu na miejsce stosuje wciąż te same stare chwyty, czyli bada alibi podejrzanych, ogląda przez lupę kawałki zwęglonego papieru i ustala, kto podeptał krzew kwitnący pod oknem biblioteki.
Sprawa interesuje mnie jednak nie tylko ze względów osobistych i merkantylnych. Mam wrażenie, że produkcja powieści detektywistycznych na tak wielką skalę przez pisarzy, których doraźne wynagrodzenie jest niewielkie, a potrzeba uznania ze strony krytyków prawie żadna, byłaby niemożliwa, gdyby wymagała choć odrobiny talentu. W tym sensie pogardliwe miny krytyka i czysto kupiecki stosunek wydawcy do całej sprawy są całkowicie uzasadnione. Przeciętna powieść detektywistyczna nie jest zapewne gorsza od przeciętnej powieści "poważnej", nigdy jednak nie oglądamy przeciętnej powieści. Po prostu nikt jej nie wydaje. Natomiast przeciętna - lub tylko nieco lepsza od przeciętnej - powieść detektywistyczna jest nie tytko wydawana, lecz nabywana w niewielkiej ilości egzemplarzy przez wypożyczalnie książek, a następnie czytana. Znajdzie się nawet niemało optymistów, którzy .kupią ją za całe dwa dolary, bo taka jest nowiutka, a na okładce narysowany jest trup.
A co najdziwniejsze, ten przeciętny, okropnie nudny i wymęczony, a przy tym najwyraźniej nieprawdziwy i prymitywny twór w rzeczywistości tak bardzo się znów nie różni od tego, co uchodzi za, arcydzieło gatunku. Akcja wlecze się trochę wolniej, dialogi są nieco płaskie, papier, z którego wycięto postacie, nieco cieńszy, a oszustwo nieco bardziej widoczne, niemniej jest to książka tego samego rodzaju. Natomiast dobra i zła powieść poważna to rzeczy całkowicie różne. Każda z nich mówi o zupełnie różnych sprawach. Tymczasem powieść detektywistyczna, czy to dobra, czy też zła, mówi właściwie o tym samym i w sposób bardzo zbliżony. (Istnieją po temu powody, jak również powody tych powodów - zresztą powodów zawsze się można doszukać). 
[...] We wstępie do pierwszego tomu antologii Omnibus of Crime Dorothy Sayers pisze: "Powieść kryminalna nie osiąga i przypuszczalnie nie może nawet osiągnąć szczytu doskonałości literackiej". A gdzie indziej ta sama autorka wypowiada pogląd, że dzieje się tak dlatego, że jest to "literatura eskapizmu", nie zaś "literatura ekspresji". Nie wiem, co jest owym szczytem doskonałości literackiej, nie wiedzieli tego ani Ajschylos, ani Szekspir; nie wie tego również pani Sayers. Jeśli pozostałe czynniki są równe -co się nigdy nie zdarza - to im ciekawszy jest temat, tym ciekawiej wypadnie rezultat. A przecież napisano sporo bardzo nudnych książek o Bogu i sporo wręcz doskonałych o tym, jak zarobić na życie, pozostając człowiekiem mniej lub bardziej uczciwym. Wszystko sprowadza się do tego; kto pisze i jakie ma do tego zdolności.
"Literatura eskapizmu" i "literatura ekspresji" to żargon krytyków, w którym używa się pojęć oderwanych, jak gdyby miały one znaczenie bezwzględne. Wszystko pisane z wigorem jest pełne życia, nie ma nudnych tematów, są tylko nudne umysły. Każdy, kto czyta, ucieka od czegoś do tego, co kryją w sobie zadrukowane strony; można dyskutować o wartości marzeń, ale ulga, jaką przynoszą, stała się koniecznością funkcjonalną. Wszyscy ludzie muszą od czasu do czasu uciekać od morderczego rytmu własnych myśli. Jest to część procesu życiowego istot rozumnych. To jedna z rzeczy odróżniających te istoty od trójpalczastego leniwca, który jak się zdaje - bo nigdy nie można mieć zupełnej pewności - jest całkiem zadowolony, gdy wisi sobie ha gałęzi głową na dół i nawet nie czyta Waltera Lippmana. Nie obstaję przy tym, że powieść kryminalna jest doskonałą formą ucieczki. Stwierdzam po prostu, że każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką, bez względu na to, czy będzie to greka, matematyka, astronomia, Benedetto Croce, czy też Diary of the Forgotten Man. Kto twierdzi inaczej, jest snobem intelektualnym i nie ma pojęcia o sztuce życia".

Raymond Chandler Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych [w] Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 307-328.

Książki Raymonda Chandlera znajdziesz TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...