Monika Dąbrowska: W "Domu ciszy" napisał pan: "Mężczyznom nie należy zadawać zbyt wielu pytań. Ciekawość zostaw kotom".
Orhan Pamuk: - Dziękujmy Bogu za ciekawość. Jestem typem człowieka, który lubi uczyć się wielu rzeczy samodzielnie i w taki też sposób poznawać świat. Studiowałem architekturę, po trzech latach rzuciłem to, później skończyłem dziennikarstwo, ale muszę przyznać, że nie nauczyłem się zbyt wiele w szkołach. Moim źródłem poznania były książki, chodziłem do antykwariatów, księgarń, bibliotek, żeby móc czytać i dowiadywać się. Jestem szczęśliwy, gdy spotykam człowieka przepełnionego ciekawością jak kot.
Stambuł jest dla pana jak Nowy Jork dla Woody'ego Allena - inspiracją i częścią osobowości?
- Mój Stambuł lat 50. i 70., który opisałem w autobiografii "Stambuł. Wspomnienia i miasto", to miasto czarno białych ulic, ze śladami dawnej świetności otomańskiego imperium. Miasto na krańcach Europy widziane oczami dziecka. Ten mój Stambuł był miastem trzymilionowym, dzisiaj mieszka tu prawie 14 mln ludzi, bo przybyło 10 mln migrantów z Anatolii. Część z tego, co się w tym mieście dzieje, już opisałem, a może opiszę coś jeszcze. Ktoś mnie niedawno zapytał na Uniwersytecie Columbia, czy napiszę książkę o Nowym Jorku. Nie, nigdy nie napiszę książki o innym mieście. Nadal będę pisał powieści o Stambule. Słowo "inspiracja" jest dla mnie przesłodzone. Moje relacje z tym miastem są bardziej przyziemne. Nidy go nie wybielałem, choć uszlachetniałem jego smutek. Staram się o nim mówić tak, jak inni mówią o swoich dłoniach. Nie mówię: "Oto moja ręka, jest wyjątkowo ładna". Nie, ja mówię: "Oto ręka. Żyje mi się z nią dobrze, bo jest moja".
Europejczycy uważają Konstantynopol za jedno z centrów starożytnego i średniowiecznego świata, a jego upadek za koniec starożytnej kultury. Czym dla Turków jest Stambuł i jego przeszłość?
- Ja wierzę w koncepcję gorącej i zimnej historii. Ta gorąca ukształtowała nas w ciągu ostatnich 200 lat, reszta jest czymś na kształt dekoracji. To, co się wydarzyło 600 lat temu, jest interesujące, czytamy o tym, ale to, co nas naprawdę ukształtowało, to ostatnie 100, a nawet 50 lat. Dla mnie istotna jest nie tyle historia, ile kultura jako ciągłość procesów. Ubóstwo, religie, sekularyzacja, polityka, problemy narodowościowe, bogactwo kultury, siła państwa - to są kwestię, które mnie zajmują.
Wyjaśni pan, co to jest huzun?
- To arabskie słowo przypominające europejską melancholię. W "Stambule" poświęciłem cały rozdział temu zjawisku. Melancholia jest osobistym odczuciem, a huzun Stambułu jest właściwy dla całej społeczności. To także jest pewien sposób życia. U jego podstaw leży przekonanie, że żyjemy na krańcu Europy, poddajemy się wpływom zachodnim, ale prowadzimy skromne, wręcz biedne życie. Oznaki świetności imperium otomańskiego w miarę upływu czasu przeistaczały się w ruinę, a zmiany, na które liczyliśmy, nie zachodziły tak szybko jak w Europie, która jest przecież tak blisko. To powodowało frustrację. W latach 50. i 60. myśleliśmy, że nic się nie zmieni. Zadałem sobie kiedyś pytanie: jakie uczucia wywołuje we mnie krajobraz Stambułu? To uczucie zbliżone do melancholii, ale bliższe temu, co Arabowie i Turcy nazywają huzun. I według mnie to jest istota tego miasta. Bo huzun można porównać do japońskiej szlachetnej ułomności, tego, że niemożliwe jest osiągnięcie bezwzględnego sukcesu, bo żyje się we wspólnocie, w której każdy od kogoś zależy i nawzajem się ogranicza. W takiej filozofii dojrzewało całe miasto w latach 50., 60. i 70. Teraz ludzie chcą być bogaci i szczęśliwi, nie wstydzą się tych pragnień. Może tureckie huzun już przeminęło?
Zglobalizowany świat nie pozwoli nam na zachowanie odrębnych tożsamości?
- Złe w globalizacji jest to, co prowadzi do zacierania różnic i do wzrostu międzynarodowego kapitału. Ale z drugiej strony otwierają się społeczeństwa żyjące na uboczu świata. Globalizacja wprowadza nie tylko gospodarczy, ale i polityczny liberalizm, wolność słowa. Zbliża nas do siebie, pozwala na swobodną wymianę myśli. A ludzie i idee powinni swobodnie krążyć po świecie.
W "Stambule" pisze pan o wielkiej rodzinie, która mimo konfliktów żyje pod jednym dachem.
- Moja rodzina krótko przed moimi narodzinami przeniosła się z wielkiego domu w otomańskim stylu do nowoczesnej kamienicy, w której rodzice zajęli jedno z mieszkań, podobnie jak moja ciotka i jej mąż czy moja babka. I tak z domu, w którym kilka rodzin dzieliło wspólne skrzydło, przenieśliśmy się do kamienicy, w której większość drzwi prowadzących do mieszkań była zamknięta. Ten dom sprawiał wrażenie tłocznego, szczególnie podczas posiłków, kiedy cała rodzina zasiadała do stołu. Po jakimś czasie, kiedy fortuna rodzinna została uszczuplona, wyprowadziliśmy się - ja, mój brat i rodzice - do innego mieszkania, bardziej w stylu europejskim. Później wziąłem ślub, zamieszkałem osobno, a potem się rozwiodłem. 50 lat temu mieszkałem z 30-osobową rodziną, teraz żyję sam. To efekt nowoczesności. Czy jest mi z tego powodu smutno? Tak. Ale w mojej naturze leży potrzeba bycia samemu. Składam się z takich sprzeczności: tęsknię za dużą rodziną, ale w tym samym czasie chcę być sam w swoim pokoju.
W "Nowym życiu" pierwsze zdanie brzmi "Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe życie się zmieniło". To możliwe?
- Jeżeli jesteś nieszczęśliwy, świat cię uwiera, to właśnie w taki radykalny sposób czytasz, całym sobą. Świat eksploduje i odnajdujesz nowe życie. Ja tak czytałem, jakbym oczekiwał, że nagle spłynie na mnie światło. Jeżeli jakaś książka zatruwała mnie, natychmiast sięgałem po następną, jak po odtrutkę. Jestem bookish writerem, jak mówią Anglosasi, przyznaję się. Bookish writer ma ograniczone doświadczenie życiowe i czerpie je z przeżyć innych. Nie chciałem być kimś takim. Może teraz, w wieku 57 lat, coraz mniej we mnie z takiego bookish writera, coraz bardziej chcę się komunikować z ludźmi. Ale kiedy miałem 20 lat, chciałem pisać tak jak Dostojewski, Tołstoj czy Gombrowicz.
To oni są pana mistrzami?
- Dla mnie czterej najwięksi to: Tołstoj, Dostojewski, Proust i Mann. Oczywiście są i inni: Calvino, Borges, Nabokov czy Poe - oni wywołali we mnie chęć do eksperymentów. Ciągle wierzę w sztukę bawienia się narracją, szkatułkowych historii. Doprowadzania do tego, że koniec opowiadania pozwala spojrzeć na świat w zupełnie inny sposób albo że możesz odwrócić świat do góry nogami.
Orhan Pamuk: - Dziękujmy Bogu za ciekawość. Jestem typem człowieka, który lubi uczyć się wielu rzeczy samodzielnie i w taki też sposób poznawać świat. Studiowałem architekturę, po trzech latach rzuciłem to, później skończyłem dziennikarstwo, ale muszę przyznać, że nie nauczyłem się zbyt wiele w szkołach. Moim źródłem poznania były książki, chodziłem do antykwariatów, księgarń, bibliotek, żeby móc czytać i dowiadywać się. Jestem szczęśliwy, gdy spotykam człowieka przepełnionego ciekawością jak kot.
Stambuł jest dla pana jak Nowy Jork dla Woody'ego Allena - inspiracją i częścią osobowości?
- Mój Stambuł lat 50. i 70., który opisałem w autobiografii "Stambuł. Wspomnienia i miasto", to miasto czarno białych ulic, ze śladami dawnej świetności otomańskiego imperium. Miasto na krańcach Europy widziane oczami dziecka. Ten mój Stambuł był miastem trzymilionowym, dzisiaj mieszka tu prawie 14 mln ludzi, bo przybyło 10 mln migrantów z Anatolii. Część z tego, co się w tym mieście dzieje, już opisałem, a może opiszę coś jeszcze. Ktoś mnie niedawno zapytał na Uniwersytecie Columbia, czy napiszę książkę o Nowym Jorku. Nie, nigdy nie napiszę książki o innym mieście. Nadal będę pisał powieści o Stambule. Słowo "inspiracja" jest dla mnie przesłodzone. Moje relacje z tym miastem są bardziej przyziemne. Nidy go nie wybielałem, choć uszlachetniałem jego smutek. Staram się o nim mówić tak, jak inni mówią o swoich dłoniach. Nie mówię: "Oto moja ręka, jest wyjątkowo ładna". Nie, ja mówię: "Oto ręka. Żyje mi się z nią dobrze, bo jest moja".
Europejczycy uważają Konstantynopol za jedno z centrów starożytnego i średniowiecznego świata, a jego upadek za koniec starożytnej kultury. Czym dla Turków jest Stambuł i jego przeszłość?
- Ja wierzę w koncepcję gorącej i zimnej historii. Ta gorąca ukształtowała nas w ciągu ostatnich 200 lat, reszta jest czymś na kształt dekoracji. To, co się wydarzyło 600 lat temu, jest interesujące, czytamy o tym, ale to, co nas naprawdę ukształtowało, to ostatnie 100, a nawet 50 lat. Dla mnie istotna jest nie tyle historia, ile kultura jako ciągłość procesów. Ubóstwo, religie, sekularyzacja, polityka, problemy narodowościowe, bogactwo kultury, siła państwa - to są kwestię, które mnie zajmują.
Wyjaśni pan, co to jest huzun?
- To arabskie słowo przypominające europejską melancholię. W "Stambule" poświęciłem cały rozdział temu zjawisku. Melancholia jest osobistym odczuciem, a huzun Stambułu jest właściwy dla całej społeczności. To także jest pewien sposób życia. U jego podstaw leży przekonanie, że żyjemy na krańcu Europy, poddajemy się wpływom zachodnim, ale prowadzimy skromne, wręcz biedne życie. Oznaki świetności imperium otomańskiego w miarę upływu czasu przeistaczały się w ruinę, a zmiany, na które liczyliśmy, nie zachodziły tak szybko jak w Europie, która jest przecież tak blisko. To powodowało frustrację. W latach 50. i 60. myśleliśmy, że nic się nie zmieni. Zadałem sobie kiedyś pytanie: jakie uczucia wywołuje we mnie krajobraz Stambułu? To uczucie zbliżone do melancholii, ale bliższe temu, co Arabowie i Turcy nazywają huzun. I według mnie to jest istota tego miasta. Bo huzun można porównać do japońskiej szlachetnej ułomności, tego, że niemożliwe jest osiągnięcie bezwzględnego sukcesu, bo żyje się we wspólnocie, w której każdy od kogoś zależy i nawzajem się ogranicza. W takiej filozofii dojrzewało całe miasto w latach 50., 60. i 70. Teraz ludzie chcą być bogaci i szczęśliwi, nie wstydzą się tych pragnień. Może tureckie huzun już przeminęło?
Zglobalizowany świat nie pozwoli nam na zachowanie odrębnych tożsamości?
- Złe w globalizacji jest to, co prowadzi do zacierania różnic i do wzrostu międzynarodowego kapitału. Ale z drugiej strony otwierają się społeczeństwa żyjące na uboczu świata. Globalizacja wprowadza nie tylko gospodarczy, ale i polityczny liberalizm, wolność słowa. Zbliża nas do siebie, pozwala na swobodną wymianę myśli. A ludzie i idee powinni swobodnie krążyć po świecie.
W "Stambule" pisze pan o wielkiej rodzinie, która mimo konfliktów żyje pod jednym dachem.
- Moja rodzina krótko przed moimi narodzinami przeniosła się z wielkiego domu w otomańskim stylu do nowoczesnej kamienicy, w której rodzice zajęli jedno z mieszkań, podobnie jak moja ciotka i jej mąż czy moja babka. I tak z domu, w którym kilka rodzin dzieliło wspólne skrzydło, przenieśliśmy się do kamienicy, w której większość drzwi prowadzących do mieszkań była zamknięta. Ten dom sprawiał wrażenie tłocznego, szczególnie podczas posiłków, kiedy cała rodzina zasiadała do stołu. Po jakimś czasie, kiedy fortuna rodzinna została uszczuplona, wyprowadziliśmy się - ja, mój brat i rodzice - do innego mieszkania, bardziej w stylu europejskim. Później wziąłem ślub, zamieszkałem osobno, a potem się rozwiodłem. 50 lat temu mieszkałem z 30-osobową rodziną, teraz żyję sam. To efekt nowoczesności. Czy jest mi z tego powodu smutno? Tak. Ale w mojej naturze leży potrzeba bycia samemu. Składam się z takich sprzeczności: tęsknię za dużą rodziną, ale w tym samym czasie chcę być sam w swoim pokoju.
W "Nowym życiu" pierwsze zdanie brzmi "Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe życie się zmieniło". To możliwe?
- Jeżeli jesteś nieszczęśliwy, świat cię uwiera, to właśnie w taki radykalny sposób czytasz, całym sobą. Świat eksploduje i odnajdujesz nowe życie. Ja tak czytałem, jakbym oczekiwał, że nagle spłynie na mnie światło. Jeżeli jakaś książka zatruwała mnie, natychmiast sięgałem po następną, jak po odtrutkę. Jestem bookish writerem, jak mówią Anglosasi, przyznaję się. Bookish writer ma ograniczone doświadczenie życiowe i czerpie je z przeżyć innych. Nie chciałem być kimś takim. Może teraz, w wieku 57 lat, coraz mniej we mnie z takiego bookish writera, coraz bardziej chcę się komunikować z ludźmi. Ale kiedy miałem 20 lat, chciałem pisać tak jak Dostojewski, Tołstoj czy Gombrowicz.
To oni są pana mistrzami?
- Dla mnie czterej najwięksi to: Tołstoj, Dostojewski, Proust i Mann. Oczywiście są i inni: Calvino, Borges, Nabokov czy Poe - oni wywołali we mnie chęć do eksperymentów. Ciągle wierzę w sztukę bawienia się narracją, szkatułkowych historii. Doprowadzania do tego, że koniec opowiadania pozwala spojrzeć na świat w zupełnie inny sposób albo że możesz odwrócić świat do góry nogami.