"Komik Garrison Keillor napisał bardzo zabawny esej na ten temat w swojej książce Męskie sprawy*. Pewnego dnia uświadomił sobie, że nie jest wobec siebie szczery jako mężczyzna, usiadł więc, by sporządzić listę swoich silnych i słabych stron.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura religijna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura religijna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 stycznia 2014
"Co ja takiego potrafię robić?"
"Komik Garrison Keillor napisał bardzo zabawny esej na ten temat w swojej książce Męskie sprawy*. Pewnego dnia uświadomił sobie, że nie jest wobec siebie szczery jako mężczyzna, usiadł więc, by sporządzić listę swoich silnych i słabych stron.
piątek, 17 stycznia 2014
Odnaleźć pragnienie swego serca
Muszę odnotować, że zaproszenie w księgarni otrzymałem po kilku latach chrześcijańskiego życia, kiedy przemiana mojego charakteru znalazła się w takim punkcie, że usłyszawszy je, nie miałem ochoty uciekać lub popełnić czegoś głupiego. Spotykałem mężczyzn, którzy wykorzystywali podobne rady jako pozwolenie na porzucenie żony i ucieczką z sekretarką. Zostali zwiedzeni w kwestii, czego naprawdę chcą, do czego zostali stworzeni. W materię świata Bóg wplótł wzór i jeśli go naruszymy, nie możemy mieć nadziei na znalezienie życia. Nasze serca zabłąkały się daleko od domu, dlatego Bóg dał nam Prawo jako światło, aby pomóc nam do niego wrócić. Jednak celem bycia chrześcijaninem jest przemienione serce; zmieniamy się z chłopca, któremu potrzeba Prawa, w mężczyznę, który potrafi żyć Duchem prawa. „Moja rada jest taka: żyjcie wolni, ożywiani i poruszani Bożym Duchem. Wtedy nie będziecie karmić nawyków samolubstwa (..,). Prawo jest bezradne we wprowadzaniu tego; ono tylko to umożliwia" (por. Ga 5,16.23, The Message).
środa, 15 stycznia 2014
"Co sprawia, że naprawdę żyjesz?"
"Kilka lat temu wertowałem wstęp do pewnej książki. Nagle trafiłem na zdanie, które odmieniło moje życie. Bóg ma do nas stosunek niezwykle osobisty i przemawia w sposób, który jest odpowiedni tylko dla naszego niepowtarzalnego serca — nie tylko poprzez Biblię, ale i przez całe stworzenie. Do Stasi przemawia poprzez filmy. Do Craiga przemawia poprzez rock & rolla (pewnego dnia zadzwonił do mnie po wysłuchaniu Running Through the Jungle, aby powiedzieć, że zapalił się do studiowania Biblii). Do mnie słowo Boże przychodzi na wiele sposobów - w zachodzie słońca, przez przyjaciół, filmy, muzykę, dziką okolicę i książki. Szczególnie przez książki. Kiedy myszkuję w antykwariacie, z tysięcy tomów jeden mówi: „wybierz mnie" — podobnie jak w Wyznaniach Augustyna. Tolle legge — weź i czytaj. Niczym mistrz wędkarstwa muchowego Bóg zarzuca przynętę na krążącego pstrąga.
piątek, 3 stycznia 2014
Skutek rany
"Każdy mężczyzna ma swoją ranę. Nie spotkałem jeszcze takiego, który by jej nie miał. Bez względu, jak dobre może się wydawać twoje życie, żyjesz w kalekim świecie, pełnym połamanych ludzi. Matka albo ojciec, bez względu na to, jak są cudowni, nie mogą być doskonali. Ona jest córką Ewy, a on synem Adama. Zatem trudno przejść przez tę ziemię, bez zranień. A każda rana, czy jest głęboka, czy powierzchowna, dostarcza przesłania. Jej przesłanie wydaje się ostateczne i prawdziwe, absolutnie prawdziwe, ponieważ zostaje przekazane z niezwykłą mocą. Reakcja na nie kształtuje naszą osobowość w bardzo znaczący sposób. Z niej wyrasta fałszywe ja. Większość mężczyzn, których spotykasz, żyje fałszywym ja, pozą, która jest bezpośrednio związana z jego raną. Pozwólcie, że to wyjaśnię.
czwartek, 2 stycznia 2014
Rana od ojca
sobota, 28 grudnia 2013
Kobiece serce
![]() |
| John Eldredge |
piątek, 27 grudnia 2013
Odnaleźć własne serce
„Tryb życia,
jaki prowadzi współczesny mężczyzna, jest sprzeczny z tym, co podpowiada
mu serce. Niekończące się godziny przed ekranem komputera, spotkania,
notatki, telefony. Świat biznesu wymaga od mężczyzny, żeby był on
efektywny i punktualny. Polityka przedsiębiorstwa nastawiona jest na
jeden cel: chodzi o to, by zaprząc mężczyznę do pługa i sprawić, by
produkował. Jednak dusza nie chce być zaprzężona! Ona nic nie wie o
zegarach odmierzających dniówki ostatecznych terminach czy wykazach
zysków i strat. Tęskni za pasją, za wolnością, za życiem. Mężczyzna musi
czuć rytm ziemi, musi mieć pod ręką coś namacalnego - ster, szorstką
linię albo po prostu łopatę. Czy mężczyzna potrafi spędzać całe dnie
tak, by zawsze mieć czyste i przycięte paznokcie? Czy o tym właśnie
marzy chłopiec? [...]
piątek, 26 października 2012
Przypilnuj, aby wszystkie jego wyobrażenia były mgliste
Z wielką przykrością dowiaduję się,
że twój pacjent został chrześcijaninem. Nie łudź się nadzieją, że unikniesz
zwykłych w takich wypadkach kar; przypuszczam, że w momentach powodzenia taka
ewentualność nie przyszłaby ci nawet na myśl. Tymczasem musimy wykorzystać
sytuację do ostatnich możliwości. Nie ma potrzeby rozpaczać. Setki tego rodzaju
dorosłych konwertytów po krótkim pobycie w obozie Nieprzyjaciela udało się
odzyskać i obecnie znajdują się u nas. Na razie wszystkie nawyki pacjenta,
zarówno umysłowe jak i cielesne, są w dalszym ciągu dla nas korzystne.
W tej chwili jednym z naszych wielkich
sprzymierzeńców jest sam Kościół. Lecz nie zrozum mnie źle. Nie mam na myśli
takiego Kościoła, jak my go widzimy, rozpostartego wszędzie w czasie i
przestrzeni, zakorzenionego w wieczności, groźnego jak armia z rozwiniętymi
sztandarami. Przyznaję, że to jest widok, który niepokoi naszych
najodważniejszych kusicieli. Na szczęście jest to zupełnie niewidoczne dla tych
ludzkich istot. Wszystko, co twój pacjent widzi, to na wpół wykończona
pseudogotycka budowla, wzniesiona na miejscu świeżo zajętym pod budowę.
Wchodząc do wnętrza, spostrzega miejscowego kupca z układnym wyrazem twarzy, zachwalającego
lśniącą książeczkę, zawierającą liturgię, której żaden z nich nie rozumie, oraz
inną, tandetną książczynę, zawierającą zniekształcony tekst szeregu pieśni
religijnych, w większości lichych i do tego pisanych bardzo drobnym drukiem.
Gdy siada w swej ławce i spogląda wokół siebie, widzi właśnie galerię tych
sąsiadów, których do tej pory unikał. W nich powinieneś znaleźć
sprzymierzeńców. Spraw, by myśl jego wędrowała tam i z powrotem pomiędzy takim
wyrażeniem jak Ciało Chrystusowe a twarzami ludzi z najbliższej ławki. To
oczywiście jest mało ważne, jakiego rodzaju ludzie naprawdę siedzą w tej ławce.
Ty sam możesz orientować się, że któryś z nich jest wielkim wojownikiem po
stronie Nieprzyjaciela. To nie szkodzi. Twój pacjent, dzięki Naszemu Ojcu z
Otchłani, jest głupcem. Byle tylko niektórzy z tych sąsiadów śpiewali fałszywym
głosem lub mieli skrzypiące buty, podwójny podbródek albo dziwaczną odzież,
pacjent twój z łatwością nabierze przekonania, że wobec tego religia ich musi
być w pewnym stopniu niedorzeczna. Jak widzisz, w obecnym stanie pacjent wyrobił
sobie wyobrażenie o "chrześcijanach", które uważa za uduchowione,
lecz faktycznie jest ono w wysokim stopniu powierzchowne, zaczerpnięte ze
starych obrazów. Jego wyobraźnia roi się od tóg, sandałów, zbroi i obnażonych
goleni, a prosty fakt, że inni ludzie w kościele noszą strój nowoczesny, jest
dla niego prawdziwą, chociaż oczywiście nieuświadomioną trudnością. Nigdy nie
dopuść, aby się w tym zorientował. Nie pozwól mu nigdy zadać sobie pytania,
czego oczekiwał on po ich wyglądzie. Przypilnuj, aby wszystkie jego wyobrażenia
były mgliste, a będziesz się miał czym zabawiać przez całą wieczność,
wytwarzając w nim ten szczególny rodzaj jasności, której dostarcza Piekło.
Wykorzystaj więc, ile możesz, chwile
rozczarowania lub depresji, które niewątpliwie przyjdą na pacjenta podczas
jego pierwszych tygodni przynależności do Kościoła. Nieprzyjaciel dopuszcza
takie rozczarowanie na progu każdego ludzkiego zamierzenia. Zjawia się ono,
kiedy chłopiec, oczarowany niegdyś w dziecinnym pokoju opowiadaniami z Odysei,
zamierza na serio uczyć się greki. Zdarza się zakochanym, którzy się
pobrali i stają przed realną perspektywą wspólnego życia. W każdej dziedzinie
życia znaczy ono przejście od marzycielskich aspiracji do pracowitego
działania. Nieprzyjaciel podejmuje to ryzyko, gdyż ma On osobliwą fantazję
czynienia z tej wstrętnej, nikczemnej ludzkiej gawiedzi swych, jak On to nazywa
"wolnych" wielbicieli i sług; "synowie" - to określenie,
którego używa, mając dziwaczne a uporczywe upodobanie w degradowaniu duchowego
świata przez Swe nienaturalne związki z dwunożnymi zwierzętami. Szanując ich
wolność, nie chce ich doprowadzać jedynie uczuciem i przyzwyczajeniem do
któregokolwiek z celów, jakie przed nimi stawia. Pozostawia ich, by "uczynili
to sami z siebie". I tu jest dla nas okazja. Ale pamiętaj, że w tym kryje
się także dla nas niebezpieczeństwo. Jeśli raz przebrną pomyślnie przez tę początkową
oschłość, stają się o wiele mniej zależni od uczuć, a przeto znacznie
trudniejsi do kuszenia.
Pisałem dotychczas zakładając, że ludzie
siedzący w pobliskiej ławce nie dostarczają racjonalnej podstawy do
rozczarowania. Naturalnie, jeśli jest przeciwnie, jeśli pacjent wie, że kobieta
w dziwacznym kapeluszu jest fanatyczną brydżystką, lub mężczyzna w skrzypiących
butach - sknerą i zdziercą, wówczas zadanie twoje jest o wiele łatwiejsze.
Wszystko, co masz wówczas do zrobienia, to strzec jego myśli przed pytaniem:
"Jeśli ja, będąc tym, czym jestem, mogę w pewnym sensie uważać siebie za
chrześcijanina, dlaczego wady tamtych ludzi z pobliskiej ławki miałyby
dowodzić, że ich religia jest jedynie hipokryzją i konwencją?" Może
zapytasz, czy jest to możliwe, by nie dopuścić nawet tak oczywistej myśli do
ludzkiej świadomości. Jest możliwe Piołunie, jest. Pokieruj nim odpowiednio, a
po prostu nie przyjdzie mu to do głowy. Nie obcował on jeszcze dość długo z
Nieprzyjacielem, aby mógł już nabyć prawdziwej pokory. To, co on mówi o swojej
grzeszności, nawet na klęczkach, jest tylko bezmyślnym naśladowaniem. W gruncie
rzeczy jest on w dalszym ciągu przekonany, że pozwalając się nawrócić otworzył
bardzo korzystne konto w księdze buchalteryjnej Nieprzyjaciela, i uważa, że w
ogóle okazuje wielką pokorę i uniżoność chodząc do kościoła z tymi
"zadowolonymi z siebie", pospolitymi ludźmi. Utrzymuj go w tym
przekonaniu, jak długo tylko możesz.
Twój kochający stryj
Krętacz
czwartek, 25 października 2012
Jesteś tam po to, by go ogłupiać
Mój
drogi Piołunie
Dostrzegam, o co ci chodzi w tym, co mi donosisz o kierowaniu lekturą twego pacjenta i trosce, by dużo przestawał ze swym przyjacielem, materialistą. Lecz czy nie jesteś odrobinę naiwny? Wygląda to bowiem tak, jak gdybyś przypuszczał, że argument jest skutecznym środkiem, aby go trzymać z dala od szponów Nieprzyjaciela. Mogłoby tak być, gdyby żył kilka wieków wcześniej. W tamtych bowiem czasach ludzie orientowali się jeszcze doskonale, czy jakaś rzecz jest udowodniona, czy nie; a jeśli coś było udowodnione, to rzeczywiście w tu wierzyli. Myślenie łączono wówczas jeszcze z czynem i z gotowością zmiany sposobu życia w zależności od wyniku przeprowadzonych rozumowań. Lecz dzięki prasie codziennej i innym podobnym środkom oddziaływania w znacznej mierze zmieniliśmy ten stan rzeczy. Twój pacjent już od wczesnej młodości przywykł do tuzina kłębiących mu się w głowie i sprzecznych z sobą teorii filozoficznych. Doktryny w jego pojęciu nie dzielą się w pierwszym rzędzie na "prawdziwe" lub "fałszywe", lecz na "akademickie" lub "praktyczne" ,”przeżyte” lub "współczesne", ”konwencjonalne" lub "bezwzględne". Żargon, nie argument jest twoim najlepszym sprzymierzeńcem w utrzymaniu go z dala od Kościoła. Nie trać czasu na przekonywanie go, że materializm jest prawdziwy! Zapewniaj go, że jest silny, nieugięty, odważny - że jest filozofią przyszłości. Te rzeczy bowiem są dla niego istotne.
Kłopot z argumentowaniem polega na tym, że cała walka przenosi się wówczas na własny teren Nieprzyjaciela. On również potrafi przytaczać argumenty, natomiast w propagandzie naprawdę praktycznej, takiej, jaką ja sugeruję, okazał się w ciągu stuleci daleko mniej sprawny od Naszego Ojca z Otchłani. Przez sam akt argumentowania rozbudzasz u swego pacjenta zdolność rozumowania, a skoro raz zostanie rozbudzona, któż zdoła przewidzieć następstwa? Nawet gdyby jakiś szczególny tok myśli pacjenta dało się w końcu obrócić na naszą korzyść, to staniesz przed faktem, że wzmocniłeś w tym pacjencie fatalny zwyczaj zwracania uwagi na wnioski o charakterze ogólnym, a odwróciłeś jego uwagę od fali bezpośrednich doznań zmysłowych. W twoim interesie leży, aby przykuć jego uwagę do tych bezpośrednich doznań. Naucz go, by nazwał to "życiem realnym" i nie dozwól mu zastanawiać się nad tym, co rozumie przez słowo "realny".
Pamiętaj, że nie jest on, tak jak ty, wyłącznie duchem. Nigdy nie będąc człowiekiem (och, ta nieznośna przewaga Nieprzyjaciela!), nie zdajesz sobie sprawy, jak dalece ulegają oni presji zwyczajności. Miałem niegdyś pacjenta, zdeklarowanego ateistę, który miał zwyczaj studiować w czytelni British Museum. Pewnego dnia, gdy tak siedział zaczytany, spostrzegłem, że tok jego myśli zaczyna zbaczać na złą drogę. Nieprzyjaciel naturalnie w jednej chwili znalazł się przy nim. Zanim się zorientowałem w sytuacji, ujrzałem, że dzieło dwudziestu lat mej pracy zaczyna się chwiać. Gdybym był stracił głowę i usiłował bronić się przy pomocy argumentów, byłbym zgubiony. Lecz nie byłem na tyle nierozsądny. Uderzyłem momentalnie w to, co w nim było najbardziej pod moją kontrolą i podszepnąłem, że jest już najwyższy czas na drugie śniadanie. Nieprzyjaciel uczynił przypuszczalnie przeciwną propozycję (wiesz, jak nie można nigdy całkowicie podsłuchać, co On mówi), mianowicie że sprawa ta jest ważniejsza od posiłku. Przynajmniej sądzę, że takie musiało być jego pociągnięcie, skoro bowiem powiedziałem: "Rzeczywiście, sprawa zbyt jest doniosła, by się do niej o takiej porze zabierać" - pacjent znacznie się rozpogodził, w chwili zaś, gdy dodałem: "O wiele lepiej przyjść tu z powrotem po śniadaniu i zastanowić się nad tym z świeżym umysłem" - on był już w połowie drogi do drzwi. Skoro już raz znalazł się na ulicy, walka była wygrana. Pokazałem mu gazeciarza wykrzykującego tytuł południowego dziennika i przejeżdżający autobus nr 73, tak że zanim zszedł ze schodów, wtłoczyłem mu w głowę niezachwiane przekonanie, że jakiekolwiek dziwaczne myśli mogłyby przyjść do głowy człowiekowi zamkniętemu samotnie wśród książek, to zawsze zdrowa dawka "realnego życia" (przez co on rozumiał autobus i gazeciarza) wystarcza, aby wykazać, że wszelkie "tego rodzaju sprawy" po prostu nie mogą być prawdziwe. Zdawał sobie sprawę z tego, że znajdował się wówczas na niebezpiecznym zakręcie i w późniejszych latach chętnie wspominał o "tym subtelnym wyczuciu aktualności, który jest naszym ostatecznym zabezpieczeniem przed zboczeniami czystej logiki". Obecnie jest już bezpieczny w domu Naszego Ojca.
Czy zaczynasz rozumieć, na czym rzecz polega? Dzięki procesom, któreśmy w nich zapoczątkowali przed wiekami, jest dla nich rzeczą prawie niemożliwą wierzyć w rzeczy nieznane wtedy gdy to, co znane, znajduje się przed ich oczyma. Narzucaj mu ciągle zwyczajność rzeczy. Nade wszystko nie próbuj stosować nauki (mam na myśli naukę prawdziwą) jako środka obrony przed chrześcijaństwem. Z całą pewnością pobudziłoby go to do myślenia o rzeczywistości, której nie może ani dotknąć, ani zobaczyć. Podobne żałosne wypadki zdarzyły się już wśród współczesnych filozofów. Jeśli już twój pacjent musi parać się wiedzą, to zwróć jego uwagę na ekonomię i socjologię: nie pozwól mu wydostać się z kręgu tego bezcennego "realnego życia". Lecz najlepsze z tego wszystkiego - to nie pozwolić mu w ogóle na studiowanie żadnych prac naukowych, ale wpoić mu nacechowane pewnością ogólne przekonanie, że on to wszystko zna i że wszystko, co uda mu się zdobyć w przypadkowej rozmowie czy lekturze, jest "rezultatem nowoczesnych badań'. Pamiętaj, że jesteś tam po to, by go ogłupiać. Natomiast ze sposobu rozumowania niektórych z was, młodych diabłów, można by sądzić, że naszym zadaniem jest nauczać.
Twój
kochający stryj
Krętacz
C.S. Lewis "Listy starego diabła do młodego" (The Screwtape Letters
), przekład Stanisław Pietraszko, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1990.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








