Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett


PROCES MYŚLOWY

„20/20 Magazine”, maj 1989

Krótki tekst o pisaniu tekstów. Uważni czytelnicy zauważą, że w tym czasie mój umysł zajmowały Pomniejsze bóstwa.

To całkiem precyzyjny opis procesu twórczego w działaniu…
Wstaję, śniadanie. Włączam komputer, patrzę w ekran.
Patrzę w ekran jeszcze trochę.
Nadal patrzę w ekran, ale nadstawiam ucha, czy nie nadchodzi listonosz. Przy odrobinie szczęścia dostarczy worek poczty, pozwalający na spędzenie pracowitego ranka. Ostatnia powieść właśnie poszła do wydawcy. Nic do roboty. Wielka próżnia w samym środku świata.
Przychodzi poczta. Jeden list. Na papierze w zwierzątka, z prośbą o zdjęcie z autografem.
No dobrze, dobrze, poszukajmy informacji. Na potrzeby fabuły następnej powieści o Dysku trzeba się dowiedzieć czegoś o żółwiach. Mam niejasne przeczucie, że mówiący żółw będzie istotnym elementem akcji. Nie wiem dlaczego – żółwie wyłoniły się właśnie z gatunkowej nieświadomości. Prawdopodobnie pod wpływem moich żółwi, wyłaniających się z hibernacji i obecnie w szklarni udających Bertranda Russella.
Wyciągam książkę o żółwiach z pudła w zapasowym pokoju.
Stanowczo musimy w końcu zbudować regały na książki. (Sprytny pomysł był taki, żeby przyciąć deski w garażu, z użyciem ekierek i całej reszty, nałożyć dwie warstwy politury, a potem wnieść do domu i zmontować na kołki i klej – setki książek w równych rzędach… Interesujący eksperyment naukowy: co się dzieje z drewnem, które kilka tygodni stało w zimnym i wilgotnym garażu, kiedy trafi nagle do ciepłego i suchego pokoju? O trzeciej w nocy odkryłem, że każdy element zmniejsza się o 0,32 centymetra).
Ciekawy przypis w książce o żółwiach przypomina, że najsławniejszym żółwiem w historii jest zapewne ten, który spadł na głowę wielkiego greckiego filozofa… jak mu było? Bardzo sławny, gdzie tylko wspomni się o tym zrzucaniu żółwia… Nagła i nieodparta chęć zbadania tej sprawy, łącznie z kwestią: co o tym wszystkim myślał żółw. Ciągle mi się wydaje, że to był Zenon, ale na pewno nie.
Sprawdzenie, że to Ajschylos, zajmuje dwadzieścia minut. Nie filozof, ale tragik. W jego utworach akcja podejmowała ważką tematykę religijną, służąc za forum rozwiązywania głębokich konfliktów moralnych i wyrażając wspaniałość myśli i języka. A potem wysoki świst i dobranoc. Z ciekawości sprawdzam też Zenona. Aha, to ten, który twierdził, że logicznie biorąc, nie można dogonić żółwia.
Powinien to powiedzieć Ajschylosowi.
Czytam też o młynkach modlitewnych oraz – bez konkretnego powodu – o Williamie Blake’u. W tym czasie dzwoni jakaś kobieta i pyta, czy to dentysta.
Praca wyraźnie posuwa się naprzód. Główna sprężyna kreatywności wyraźnie się nakręca.
Do pracy więc – pilnie wykonuję kopię zapasową dysku. To jest piękne w komputerach. Za dawnych ciężkich czasów maszyn do pisania, kiedy spadał poziom kreatywności, człowiek musiał się zajmować ostrzeniem ołówków i czyszczeniem szpilką czcionki. Komputer gwarantuje nieskończone możliwości dłubania przy nim, twórczego konstruowania makr, skrupulatnej regulacji zegara czasu rzeczywistego i tak dalej; porządna, uczciwa praca.
Siedzenie nad klawiaturą i przed ekranem to praca. Tysiące biur działa dzięki tej zasadzie.
Patrzę na ekran.
Ciekawe, dlaczego orzeł zrzucił tego nieszczęsnego żółwia na tragika. Przecież nie po to, żeby rozbić skorupę, jak piszą w książce. Orły nie są głupie. Grecja cała jest z kamieni, więc jakim cudem taki orzeł, mając całą Grecję do wyboru, trafia dokładnie w łysą głowę Ajschylosa? Swoją drogą ciekawe, jak się po grecku pisze Ajschylos.
Słownik kultury klasycznej w pudle na strychu.
Drabina w garażu.
Trzeba umyć samochód.
Lunch.
Uczciwie przepracowany ranek, nie ma co.
Znowu przed ekranem.
Patrzę w ekran.
Dzwoni inna dama i pyta, czy to Paradise (położony niedaleko motel ma numer telefonu różniący się tylko jedną cyfrą od naszego). Udzielam dowcipnej odpowiedzi numer trzy.
Patrzę w ekran. 
Zaczynam się zastanawiać: Może to jednak nie była wina orła, może miał zadanie do wykonania, leciał już w zbyt wielu misjach, rany, przecież wyrzucą cię z orlich sił powietrznych, jeśli zaczniesz się martwić niewinnymi filozofami, na których zrzucasz żółwie. Paragraf 22. Nie. 
Patrzę w ekran.
Nie. To jasne, że żółw wszystko zaplanował od samego początku. Miał jakąś urazę do tragika – może ostatnia sztuka Ajschylosa jakoś obraziła żółwie, może padło w niej zbyt wiele szybkoistowskich dowcipów, może zauważył okulary w szylkretowej oprawie… Ty brudny draniu, zabiłeś mojego brata.
No więc porwał orła, trzymał się nóg nieszczęsnego ptaka – jak żółw w dawnym logo Friends of the Earth – i zduszonym głosem podawał mu wskazówki: wektor 19, bipbipbip, Geronimooooo…
Patrzę w ekran.
Ciekawe, czy orzeł ma coś jeszcze, czego mógłby się chwycić zdesperowany żółw.
Sprawdzam w encyklopedii ptaków z pudła na schodach. O rany…
Kolacja.
Patrzę w ekran. Obracam myśli w głowie. Żółwie, łysa głowa, orły. Hm… Nie, to nie może być autor sztuk; do jakich ludzi żółwie natychmiast czują niechęć?
Północ.
Patrzę w ekran. Niejasno sobie uświadamiam, że prawa ręka uderzyła w klawisze, otwierając nowy plik. Zaczynam oddychać bardzo powoli.
Piszę 1943 słowa.
Łóżko.
Przez cały dzień już myślałem, że nam się nie uda.

Terry Pratchett "Kiksy klawiatury. Eseje i nie tylko"/A Slip Of the Keyboard/, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

niedziela, 8 stycznia 2017

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett (2)

SOBOTY

Britain in a Day (Terry Pratchett opisuje swoją typową sobotę), „Radio Times”, 12 listopada 2011

Budzę się. To ważne. Jest sobota, dla wielu ludzi tradycyjny dzień odpoczynku. Dla mnie jednak są tylko dwa rodzaje dni: takie, kiedy jest na miejscu Rob Wilkins, mój asystent, i takie, kiedy go nie ma.
Ogólnie biorąc, piszę codziennie, uwzględniając tylko zobowiązania rodzinne; dzisiaj piszę pierwszy szkic nowej książki, co jest przyjemne, więc leżę w łóżku i cieszę się stukaniem czajnika, gotów na pierwszą herbatę dnia. Potem idę do łazienki, biorę prysznic, przycinam wąs i sortuję poranne tabletki, głównie na ciśnienie, w tej chwili już całkiem pod kontrolą. Z pozostałych trzech jedna zwalcza okazjonalne ataki lumbago, a dwie pozostałe stają między mną i nieubłaganym postępem alzheimera.

wtorek, 6 stycznia 2015

"O nieczytaniu" Piotr Nowak



"Wyrastałem w świecie, w którym nieznajomość pewnych tytułów kompromitowała, zaś nieczytanie książek po prostu wykluczało z „towarzystwa” (głównie z imprez, gdzie piło się z taką samą intensywnością, z jaką dyskutowało Materię i pamięć Bergsona). To jednak przeszłość. Dzisiaj poniekąd wszyscy – choć mniejszość z nas czyta na okrągło – „żyjemy” z nieczytania. Nie sposób przecież utrzymywać w dobrej wierze, że czyta się wszystko, jak leci – to niemożliwe. Przeciwnie: nieczytanie stało się koniecznością, normą, dobrym obyczajem. Jakoś zdawałem sobie sprawę z tego przesunięcia, lecz dopiero kapitalny esej Pierre’a Bayarda Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? uzmysłowił mi skalę nieczytania oraz co to dla nas znaczy.

Okazuje się, że istnieje wiele sposobów nieczytania książek. Poza najgłupszym z nich, sprowadzającym się do odmowy brania słowa pisanego do ręki, można nie czytać książek bardzo inteligentnie, czego przykładem jest bibliotekarz z powieści Roberta Musila Człowiek bez właściwości. Kładzie on nacisk na niezaglądanie do książek, jakie znajdują się pod jego pieczą. Ten bowiem, kto bierze poważnie treść książek, ich sens, „już jest zgubiony jako bibliotekarz”. Jeden z najczęściej spotykanych stereotypów dotyczących czytania książek głosi, że tylko ten może rozmawiać na ich temat, kto je przeczytał. Nic bardziej mylnego! Musilowski bibliotekarz nie dość, że nie przeczytał nigdy ani jednej książki, to nie wyobraża siebie życia bez nich oraz tego, że ktoś zna je lepiej niż on sam. Jego przeciwieństwem jest Gogolowski Pietrek, stangret Cziczikowa, który namiętnie czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce, nie rozumiejąc wszakże sensu, nie łapiąc sedna choćby na poziomie pojedynczego zdania. O ile pierwszy z nich – doktor habilitowany bibliotekoznawstwa – delektuje się ciszą słów, o tyle Pietrka zachwyca dźwięk, jaki wydają książki, gdy czyta się je na głos – wszystko jedno, czy będą to zadania z chemii, czy Sonety do Laury. Bibliotekarz osiąga satysfakcję "poznawczą" z nieczytania, stangret czerpie z lektury wyłącznie przyjemność "estetyczną" – może nie bezpośrednio z książek, ale z tego, jak brzmią. Dla rosyjskiego stangreta książki stanowią część rozśpiewanej natury, bibliotekarz widzi w nich pojedyncze elementy składające się na kulturę. Najważniejsza nie jest więc lektura książek, lecz dążenie do ogarnięcia całości, którą stanowią. Nie treść – zawsze przygodna, zmienna, partykularna – jest w nich istotna, ale relacja, jaką tworzą z innymi elementami całości. Same elementy, oderwane od całości, na którą się składają, nie znaczą nic. "Prawdziwa kultura – pisze Bayard – powinna być dążeniem do całkowitości i pełni, nie można jej sprowadzić do sumy poszczególnych przeczytanych książek. To dążenie z kolei zmienia perspektywę, z jakiej patrzymy na pojedynczą książkę – staramy się bowiem wznieść ponad jednostkowość i zwracać uwagę raczej na miejsce, które zajmuje w systemie relacji z innymi"

Jadąc nie tak dawno autem z moim redakcyjnym kolegą Marcinem Rychterem, rozmawialiśmy o książce Pierre’a Bayarda. Marcin zwrócił mi wówczas uwagę na opowiadanie Patricka Süskinda Amnezja in litteris (1998, przekład Małgorzaty Łukasiewicz) traktujące o kłopotach, z jakimi jego bohater boryka się, gdy starą, dawno przeczytaną przez siebie książkę bierze za książkę nową. "Schorzenie" to związane jest z całkowitym zanikiem pamięci literackiej, ze stanem, w którym to, co już przeczytane, miesza się z tym, co dopiero zamierzamy przeczytać. Słuchałem tego z ciekawością. Można wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłem u siebie w domu tę samą książkę Süskinda, nie dość, że dawno przeze mnie przeczytaną, to jeszcze solidnie obnotowaną. Nic z niej nie pamiętałem! Dlaczego jednak takie zapomnienie miałoby być zapomnieniem twórczym? Zapominając książkę Süskinda, wypierając ją ze świadomości, zwolniłem tym sposobem – taka jest moja wersja – miejsce dla jakiejś innej książki, które zajęła – może tak być – właśnie książka Bayarda. Na szczęście symptomy mojej "choroby" okazały się na tyle powszechne, że przestałem się nimi przejmować. Bo oto Montaigne pisze: "(…) zdarzało mi się nieraz brać w rękę jakoby nowe i nieznane książki, które czytałem pilnie parę lat wprzódy i zabazgrałem przypiskami". Oczywiście, można próbować udawać, że odszyfrowywanie poczynionych przed laty skrótów, lektura własnych zapisków, tych wszystkich zabawnych obelg, jakie z boku wypisujemy pod adresem autora, to próba odnalezienia siebie. Mnie to nie wychodzi – po prostu nie rozpoznaję się w moich dawnych bóstwach i fascynacjach, nie rozumiem stanu umysłu, w jaki wepchnęły mnie te niegdyś żywe, dziś kompletnie zapomniane, książki. Moje notatki są mi tak samo obce, jakby sporządziła je cudza ręka. Kto je pisał? Kim jestem? Kim byłem? Zagadka.

Nigdy nie zachowujemy w pamięci całych książek (to niemożliwe), lecz tylko ich sens, obrys, luźne fragmenty, najczęściej wymieszane z innymi książkami – z ich sensem i fragmentami. Co więcej, czytając „grubą” książkę, jej kolejne tomy, na przykład Człowieka bez właściwości, łapiemy się na tym, że już przy końcu tomu trzeciego nie pamiętamy, kim była Bonadea czy jakiemu hobby oddawał się generał von Stumm (scyzorykom). Zapomnienie wszakże – o czym nie pamiętamy – jest do czytania tak samo potrzebne, jak dobra pamięć czy okulary.

W pewnym wieku przestaje się czytać książki. Dlatego powtarzam studentom, aby czytali je, ponieważ bardzo szybko (zaraz po studiach) przejdzie im na to ochota. Nie wierzą. Spodziewają się, że ciekawość i chłonność, przywileje młodego wieku, zachowają na zawsze. Tymczasem wraz z biegiem życia lektura książek daje coraz mniejszą satysfakcję. Po co w takim razie czyta się je nadal? Niekiedy dla pieniędzy (gdy ma się ten fart, że płacą za czytanie), trochę z przyzwyczajenia, a trochę dlatego, że jest się w tym stosunkowo dobrym – na pewno lepszym od tych, którzy dopiero uczą się rozpoznawać labirynt kultury".

Cały tekst można znaleźć: http://publica.pl/teksty/o-nieczytaniu

O czytaniu i zapominaniu możecie przeczytać też TUTAJ

Piotr Nowak "O nieczytaniu", Res Publica Nowa, 2009, nr 8.

piątek, 12 grudnia 2014

"Każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką"


[...] "Powieść kryminalną z różnych względów niełatwo lansować. Tematem jej zwykle jest zabójstwo i z tej racji brak jej elementu wzniosłości. Zabójstwo, które jest wynikiem frustracji jednostki - a zatem frustracji całego gatunku - może mieć i w rzeczywistości ma wiele implikacji socjologicznych. Ale zdarza się przecież od tak dawna i tak często, że trudno tu o urok nowości.
Jeżeli nawet trafiają się powieści kryminalne realistyczne choćby w jakimś stopniu (a bywa to bardzo rzadko), pisane są wówczas z pewnym dystansem, w przeciwnym razie nie pisałby ich ani nie czytał nikt prócz psychopatów. Powieść kryminalna ma również tę przykrą cechę, że zajmuje się własnymi sprawami, rozwiązuje własne problemy i odpowiada na pytania, które sama zadaje. Do dyskusji nie pozostaje nic poza tym, czy jest dość dobrze napisana, żeby być po prostu dobrą literaturą, na czym ci, co składają się w sumie na owe pół miliona sprzedanych egzemplarzy, i tak się nie poznają. Poznanie się na wartości literackiej utworu jest zadaniem dostatecznie trudnym nawet dla ludzi, którzy zajmują się literaturą zawodowo, nie zwracając zbytniej uwagi na to, w ilu egzemplarzach książka się rozejdzie.
Powieść detektywistyczna (może będę raczej używał tej nazwy, skoro na tym polu nadal dominują wzory angielskie) musi znajdować czytelników przez powolny proces destylacji. Że ich jednak znajduje i tak mocno już potem przy sobie trzyma, to fakt niezaprzeczony, choć studia nad przyczynami tego zjawiska pozostawiam umysłom bardziej dociekliwym. Nie zamierzam też twierdzić, że stanowi ona niezbędną i doniosłą formę sztuki. Nie ma niezbędnych i doniosłych form sztuki, jest tylko sztuka jako taka, i tej mamy bardzo niewiele. Przyrost ludności nie powiększył zasobów sztuki, zwiększył tylko łatwość, z jaką jej namiastki produkuje się i podsuwa odbiorcom.
Jednakże powieść detektywistyczną nawet w jej najbardziej konwencjonalnej formie bardzo trudno jest napisać dobrze. Dobry okaz tego gatunku trafia się rzadziej niż dobra powieść poważna. Drugorzędne pozycje utrzymują się dłużej niż utwory bardziej wartościowe, a ogromna liczba tych, które nigdy nie powinny się były narodzić, po prostu nie chce umrzeć. Trwałe są jak posągi w parkach i prawie tak samo nudne.
Ta sytuacja bardzo irytuje ludzi o tak zwane] "znajomości rzeczy". Martwi ich fakt, że wnikliwe i dobre powieści sprzed kilku lat stoją w, biblioteczce na specjalnej półce z napisem "Dawne bestsellery". Nikt się do nich nie zbliża, czasem tylko przypadkowy klient krótkowidz nachyli się, rzuci okiem i szybko odejdzie, gdy tymczasem starsze panie tłoczą się przy półce z literaturą sensacyjną, żeby chwycić jakiś egzemplarz z tego samego rocznika, zatytułowany na przykład "Petunia, czyli potrójne morderstwo" albo ."Inspektor Pinchbottle śpieszy na ratunek". Koneserów martwi, że "naprawdę wartościowe książki" (a niektóre z nich w pewnym sensie zasługują na to miano) obrastają kurzem, w działach wznowień, gdy tymczasem "Śmierć nosi żółte podwiązki" w pięćdziesięcio- lub stutysięcznych nakładach dostaje się na półki nowości całego kraju, w dodatku bynajmniej nie po to, żeby zakończyć swoją karierę.
Przyznam się, że sam nie jestem tym zachwycony. Ja również, gdy jestem w nastroju mniej podniosłym, pisuję powieści detektywistyczne, a cała ta wyżej wspomniana nieśmiertelność stwarza dla nich trochę za dużą konkurencję. Nawet Einstein nie zaszedłby daleko, gdyby co roku publikował trzysta traktatów z zakresu fizyki, a kilka tysięcy innych wciąż było w obiegu, na dobitkę ustawicznie czytanych.
Hemingway mówi gdzieś, że dobry pisarz rywalizuje tylko ze zmarłymi. Dobry pisarz powieści detektywistycznych (w końcu musi ich być kilku) rywalizuje nie tylko ze wszystkimi nie pogrzebanymi nieboszczykami, lecz także z hordami żyjących. I to niemal na równych prawach, jedna bowiem z właściwości tego gatunku polega na tym, że to, co skłania ludzi do czytania, nigdy nie traci na aktualności. Krawat bohatera może być trochę niemodny, zacny siwy inspektor może przyjechać dwukółką, nie zaś opływową limuzyną z ogłuszającą syreną, lecz po przybyciu na miejsce stosuje wciąż te same stare chwyty, czyli bada alibi podejrzanych, ogląda przez lupę kawałki zwęglonego papieru i ustala, kto podeptał krzew kwitnący pod oknem biblioteki.
Sprawa interesuje mnie jednak nie tylko ze względów osobistych i merkantylnych. Mam wrażenie, że produkcja powieści detektywistycznych na tak wielką skalę przez pisarzy, których doraźne wynagrodzenie jest niewielkie, a potrzeba uznania ze strony krytyków prawie żadna, byłaby niemożliwa, gdyby wymagała choć odrobiny talentu. W tym sensie pogardliwe miny krytyka i czysto kupiecki stosunek wydawcy do całej sprawy są całkowicie uzasadnione. Przeciętna powieść detektywistyczna nie jest zapewne gorsza od przeciętnej powieści "poważnej", nigdy jednak nie oglądamy przeciętnej powieści. Po prostu nikt jej nie wydaje. Natomiast przeciętna - lub tylko nieco lepsza od przeciętnej - powieść detektywistyczna jest nie tytko wydawana, lecz nabywana w niewielkiej ilości egzemplarzy przez wypożyczalnie książek, a następnie czytana. Znajdzie się nawet niemało optymistów, którzy .kupią ją za całe dwa dolary, bo taka jest nowiutka, a na okładce narysowany jest trup.
A co najdziwniejsze, ten przeciętny, okropnie nudny i wymęczony, a przy tym najwyraźniej nieprawdziwy i prymitywny twór w rzeczywistości tak bardzo się znów nie różni od tego, co uchodzi za, arcydzieło gatunku. Akcja wlecze się trochę wolniej, dialogi są nieco płaskie, papier, z którego wycięto postacie, nieco cieńszy, a oszustwo nieco bardziej widoczne, niemniej jest to książka tego samego rodzaju. Natomiast dobra i zła powieść poważna to rzeczy całkowicie różne. Każda z nich mówi o zupełnie różnych sprawach. Tymczasem powieść detektywistyczna, czy to dobra, czy też zła, mówi właściwie o tym samym i w sposób bardzo zbliżony. (Istnieją po temu powody, jak również powody tych powodów - zresztą powodów zawsze się można doszukać). 
[...] We wstępie do pierwszego tomu antologii Omnibus of Crime Dorothy Sayers pisze: "Powieść kryminalna nie osiąga i przypuszczalnie nie może nawet osiągnąć szczytu doskonałości literackiej". A gdzie indziej ta sama autorka wypowiada pogląd, że dzieje się tak dlatego, że jest to "literatura eskapizmu", nie zaś "literatura ekspresji". Nie wiem, co jest owym szczytem doskonałości literackiej, nie wiedzieli tego ani Ajschylos, ani Szekspir; nie wie tego również pani Sayers. Jeśli pozostałe czynniki są równe -co się nigdy nie zdarza - to im ciekawszy jest temat, tym ciekawiej wypadnie rezultat. A przecież napisano sporo bardzo nudnych książek o Bogu i sporo wręcz doskonałych o tym, jak zarobić na życie, pozostając człowiekiem mniej lub bardziej uczciwym. Wszystko sprowadza się do tego; kto pisze i jakie ma do tego zdolności.
"Literatura eskapizmu" i "literatura ekspresji" to żargon krytyków, w którym używa się pojęć oderwanych, jak gdyby miały one znaczenie bezwzględne. Wszystko pisane z wigorem jest pełne życia, nie ma nudnych tematów, są tylko nudne umysły. Każdy, kto czyta, ucieka od czegoś do tego, co kryją w sobie zadrukowane strony; można dyskutować o wartości marzeń, ale ulga, jaką przynoszą, stała się koniecznością funkcjonalną. Wszyscy ludzie muszą od czasu do czasu uciekać od morderczego rytmu własnych myśli. Jest to część procesu życiowego istot rozumnych. To jedna z rzeczy odróżniających te istoty od trójpalczastego leniwca, który jak się zdaje - bo nigdy nie można mieć zupełnej pewności - jest całkiem zadowolony, gdy wisi sobie ha gałęzi głową na dół i nawet nie czyta Waltera Lippmana. Nie obstaję przy tym, że powieść kryminalna jest doskonałą formą ucieczki. Stwierdzam po prostu, że każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką, bez względu na to, czy będzie to greka, matematyka, astronomia, Benedetto Croce, czy też Diary of the Forgotten Man. Kto twierdzi inaczej, jest snobem intelektualnym i nie ma pojęcia o sztuce życia".

Raymond Chandler Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych [w] Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 307-328.

poniedziałek, 26 maja 2014

Dickens i miejsce między łopatkami

Uśmiechający się kpiarsko Charles Dickens
 w wieku 49 lat

"[...] Zabierając się do Dickensa, możemy rozwinąć skrzydła. Wydaje mi się, że beletrystyka Jane Austen była uroczą nową konfiguracją staroświeckich wartości. W przypadku Dickensa wartości są nowe. Współcześni autorzy wciąż mogą się upijać jego starym, szlachetnym trunkiem. Nie ma tu, jak to jest w przypadku Austen, problemu taktownego podejścia, żadnych wstępów, umizgów, żadnego cackania. Poddajemy się po prostu głosowi Dickensa - i to wszystko. Gdyby to było możliwe, poświęciłbym piętnaście minut każdego spotkania ze studentami na milczącą i skupioną kontemplację i admirację Dickensa. Moim zadaniem jednakże jest ukierunkowanie i racjonalizowanie takich kontemplacji i admiracji. Czytając "Samotnię", wystarczy się rozluźnić i pozwolić, by górę wzięły naskórkowe emocje. Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce pomiędzy łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki. Czcijmy zatem te ciarki wzdłuż krzyża. Bądźmy dumni z tego, że jesteśmy kręgowcami, bo jesteśmy kręgowcami zwieńczonymi głową, w której płonie boski ogień. Mózg jest tylko przedłużeniem kręgosłupa; knot biegnie na całej długości świecy. Jeśli niezdolni jesteśmy odczuwać ów dreszczyk, jeśli nie potrafimy odczuwać rozkoszy, obcując z literaturą, dajmy sobie spokój i skoncentrujmy się na swoich komiksach, wideokasetach, książkach tygodnia. Ale sądzę, że Dickens okaże się silniejszy". [s. 107]

Vladimir Nabokov "Wykłady o literaturze", przekład Zbigniew Batko, MUZA, Warszawa 2001, s.487.


piątek, 3 stycznia 2014

Płynny lęk

Zygmunt Bauman

"Jedną jedyną rzeczą, której nie możemy i nigdy nie będziemy w stanie sobie wyobrazić, jest świat, który nie obejmuje nas wyobrażających go sobie.


środa, 28 sierpnia 2013

"Fotografia jest jak cytat"

Londyński listonosz obsługujący swój 
rejon podczas niemieckich nalotów, 1940


"Nieprzerwany potok obrazów (telewizja, streaming video, filmy) zalewa nasze otoczenie, ale to fotografia najmocniej wbija się w pamięć. Pamięć działa na zasadzie stopklatki: jej podstawową jednostką jest pojedynczy obraz. W epoce nadmiaru informacji fotografia sprawia, że można coś szybko ogarnąć i zapamiętać w skompresowanej postaci. Fotografia jest jak cytat, maksyma albo przysłowie. Każdy z nas przechowuje w pamięci setki zdjęć, które dają się szybko przywołać. Wystarczy wspomnieć najsłynniejsze zdjęcie z hiszpańskiej wojny domowej, republikańskiego żołnierza uchwyconego przez Roberta Capę w chwili, gdy trafiła go kula wroga, a już każdy, kto słyszał o tej wojnie, potrafi przywołać z pamięci gruboziarnisty czarno-biały obraz mężczyzny w białej koszuli z podwiniętymi rękawami padającego do tyłu na wzgórzu. Prawe ramię ma odrzucone w tył, karabin wysuwa mu się z dłoni, a on sam za chwilę padnie martwy na swój cień.

czwartek, 13 czerwca 2013

"Jak czytać książkę?" Virginia Woolf


Na początku chcę wyjaśnić znak zapytania na końcu tytułu. Nawet gdybym potrafiła sobie odpowiedzieć na postawione pytanie, ta odpowiedź dotyczyłaby tylko mnie, nie ciebie. Jedyna rada, jaką człowiek może dać drugiemu człowiekowi na temat czytania, to nieprzyjmowanie rad, podążanie za własnym instynktem, używanie własnego rozsądku, formowanie własnych wniosków. Jeżeli się zgadzamy co do tego, czuję na tyle dużą swobodę, że mogę się podzielić kilkoma pomysłami i sugestiami, ponieważ wiem, że nie pozwolisz, aby ograniczyły twoją niezależność, która stanowi największą wartość, jaką czytelnik może posiadać. Koniec końców, jakimi prawami możemy obciążyć książki? Bitwa pod Waterloo rozegrała się konkretnego dnia; ale czy „Hamlet” to lepsza sztuka niż „Król Lear”? Nikt nie może tego określić. Każdy musi sam zdecydować. Gdybyśmy dopuścili do naszych bibliotek autorytety, jak opierzone i jak efektownych tog by nie miały, i pozwolili im, aby decydowały o tym, jak mamy czytać, co mamy czytać, jaką przypisywać temu wartość, zniszczylibyśmy ducha wolności, którym przecież oddychają te świątynie książki. W każdym innymi miejscu możemy być krępowani przez prawa i reguły – tutaj nie ma żadnych.

Jak czerpać przyjemność z czytania?


Aby jednak cieszyć się wolnością, wybaczcie frazes, musimy oczywiście mieć kontrolę nad sobą. Nie wolno nam trwonić naszych mocy, w sposób bezradny i ignorancki spryskując połowę posiadłości tylko po to, żeby podlać jeden krzew róży; musimy nad nimi pracować, mocno i dokładnie, w tym właśnie miejscu. To jedna z pierwszych trudności, jakie napotykamy w bibliotece. Czym jest „to właśnie miejsce”? Może się wydawać jedynie konglomeratem konfuzji. Wiersze i powieści, historie i wspomnienia, słowniki i niebieskie księgi; książki napisane we wszystkich językach przez mężczyzn i kobiety o różnych charakterach, różnych kolorach skóry, różnym wieku – wszystkie się rozpychają na jednej półce. A na zewnątrz ryczy osioł, kobiety plotkują przy pompie, źrebięcia galopują przez pole. Gdzie powinniśmy rozpocząć? Jak mamy ustalić porządek w tym chaosie i odnaleźć w ten sposób najgłębszą i najszerszą przyjemność z tego, co czytamy?

Co książki mogą nam dać?


Łatwo jest powiedzieć, że skoro książki dzielimy na różne kategorie – prozę, biografie czy poezję – powinniśmy zachować tę osobność i brać z każdej to, co powinna nam dać. Niewielu ludzi jednak pyta właśnie o to, co książki mogą nam dać. Zwykle podchodzimy do książek z zamglonym, podzielonym umysłem, od prozy wymagając prawdy, od poezji fałszu, od biografii pochlebstw, a od książki historycznej, aby egzekwowała nasze własne uprzedzenia. Gdyby podczas lektury udało nam się zapomnieć o wszystkich takich uprzedzeniach, byłby to dobry początek. Nie dyktuj autorowi; staraj się w niego wcielić. Bądź jego kolegą i wspólnikiem. Jeżeli będziesz się trzymać na uboczu, będziesz mieć zastrzeżenia i będziesz krytykować, uniemożliwisz sobie wyciągnięcie pełnej wartości z tego co czytasz. Jeżeli jednak otworzysz umysł tak szeroko, jak to tylko możliwe, ślady niemal niezauważalnej finezji, od pierwszych zdań doprowadzą cię do człowieka jak żaden inny. Zapoznaj się z tym, a wkrótce zobaczysz, że autor daje ci – albo próbuje dać – coś znacznie bardziej określonego. Trzydzieści dwa rozdziały powieści – jeżeli pomyślimy, jak czytać powieść – są próbą stworzenia czegoś tak uformowanego i opanowanego jak budynek: ale słów nie czuć tak jak cegieł; czytanie to dłuższy i bardziej skomplikowany proces niż widzenie. Być może najkrótszą drogą do zrozumienia tego, czym jest powieść, nie jest czytanie, lecz pisanie; własne doświadczenie z niebezpieczeństwami i trudnościami, jakie stwarzają słowa. Wspomnij wtedy jakieś wydarzenie, które zapadło ci w pamięć – być może to, jak na rogu ulicy minąłeś dwie rozmawiające osoby. Jak drzewo się zatrzęsło; światło zatańczyło. Ton rozmowy był zabawny, ale jednocześnie tragiczny; cała wizja, cała koncepcja, wydawała się zawarta w tym momencie.

Kiedy jednak spróbujesz to zrekonstruować przy użyciu słów, zauważysz, że ta sytuacja rozpada się na tysiące różnych impresji. Niektóre trzeba tłumić; inne podkreślać; w trakcie tego procesu prawdopodobnie zabraknie ci tchu na opisanie samej emocji. I wtedy przenieś się ze swoich mglistych, zaśmieconych stron na strony wielkich powieściopisarzy takich, jak Defoe, Jane Austen czy Hardy. Będziesz w stanie bardziej docenić ich kunszt. To nie tylko obecność innej osoby - Defoe, Jane Austen lub Thomasa Hardy’ego - ale też zupełnie inny świat. W książce o Robinsonie Crusoe z trudem pokonujemy drogę; kłopot po kłopocie. O ile jednak wolne powietrze i przygoda znaczą wszystko dla Defoe, o tyle nie znaczą nic dla Jane Austen. U niej liczy się salon, rozmawiający ludzie i odbicia tych rozmów, które ukazują ich charaktery. I kiedy oswoimy się już z tym salonem i jego odbiciami, przechodzimy do Hardy’ego, i znowu wszystko się zmienia. Wokół nas pojawiają się wrzosowiska, a nad głowami gwiazdy. Eksponowana jest druga strona umysłu – ta ciemna, która przychodzi w osamotnieniu, przeciwieństwo jasnej, ujawniającej się w towarzystwie. Nie nawiązujemy relacji z ludźmi, tylko z naturą i przeznaczeniem. I mimo że te wszystkie światy się różnią, każdy z nich jest spójny. Ich twórcy z uwagą obserwują prawa ich własnych perspektyw i jak bardzo by nas nie obciążali, nigdy nam nie namieszają w głowach, co często czynią mniej istotni powieściopisarze, przedstawiając w jednej książce dwa różne rodzaje rzeczywistości. Przejście od jednego wielkiego powieściopisarza do drugiego – od Jane Austen do Hardy’ego, od Peacocka do Trollope’a, od Scotta do Meredith – jest więc zakrętem i wykorzenieniem; to bycie na jednej drodze i nagłe przerzucenie na inną. Czytanie powieści to trudna i złożona sztuka. Musisz nie tylko połapać się w genialnej percepcji, ale i mieć rozwiniętą wyobraźnię, wtedy skorzystasz z tego wszystko, co powieściopisarz – wielki artysta – ci oferuje.

Sztuka czy nie sztuka?


Rzut oka na heterogeniczne towarzystwo na półce pokaże ci jednak, że pisarze bardzo rzadko są owymi „wielkimi artystami”; znacznie częściej książka w ogóle nie ociera się o sztukę. Przykładowo, biografie i autobiografie, przybliżające życiorysy wielkich ludzi, ludzi od dawna nieżyjących i zapomnianych, stoją okładka w okładkę z powieściami i poematami – czy nie powinniśmy ich czytać z tego powodu, że nie są „sztuką”? Czy może powinniśmy je czytać, ale w inny sposób, z innym nastawieniem? Czy powinniśmy je czytać, aby zaspokoić ciekawość, która czasami potrafi nami zawładnąć, gdy wieczorem siedzimy przed domem, gdy palą się światła, gdy nie zaciągnęliśmy jeszcze żaluzji i gdy każde piętro domu ukazuje nam inną część ludzkiego życia? Ciekawość życia tych ludzi nas pożera – plotki służących, obiady dżentelmenów, dziewczyna ubierająca się na przyjęcie, starsza kobieta z robótką w oknie. Kim oni są, czym są, jakie są ich imiona, zawody, myśli, przeżycia?
Biografie i pamiętniki odpowiadają na te pytania, rozpalają niezliczone domy; pokazują nam ludzi, którzy zajmują się swoimi codziennymi sprawami, ich trudy, porażki, zwycięstwa, posiłki, ich nienawiść, miłość, aż do ich śmierci. I czasami, gdy tak obserwujemy, dom i żelazne zasłony znikają, a my przenosimy się nad morze; polujemy, żeglujemy, walczymy; jesteśmy pośród dzikich i żołnierzy; bierzemy udział w wielkich wydarzeniach. Nawet, jeżeli zostaniemy w Anglii, w Londynie, sceneria i tak się zmienia; ulice stają się węższe; dom staje się mniejszy, ciaśniejszy, szyby są w diamentowych kształtach, czuć smród. Widzimy poetę, Donne’a, który opuszcza taki dom, ponieważ ściany były tak cienkie, że przecinały je odgłosy płaczących dzieci. Możemy go śledzić ścieżkami, jakie widnieją na kolejnych stronach książek, aż do Twickenham; do Lady Bedford’s Park, słynnego miejsca spotkań szlachciców i poetów; a potem obrać kierunek na Wilton, wielki dom, w którym usłyszymy Sidneya czytającego swojej siostrze „Arkadię”; możemy wędrować pośród bagien i oglądać czaple, które znajdują się w słynnym romansie; a potem znowu możemy się udać na północ, do Lady Pembroke, Anne Clifford, do jej wrzosowisk, albo wybrać się do miasta i opanowywać naszą wesołość na widok Gabriela Harveya w jego czarnym, aksamitnym garniturze, wykłócającego się o poezję ze Spenserem.

Nic nie jest bardziej fascynujące niż błądzenie i potykanie się w ciemnościach i splendorze elżbietańskiego Londynu. Nie można tam jednak zostać. Wabią nas Temple i Swift, Harley i St. John; godzinami można rozszyfrowywać ich kłótnie i charaktery; a gdy już nam się znudzi, możemy iść dalej, obok damy w czerni i w diamentach, do Samuela Johnsona, Goldsmitha i Garricka; albo przez kanał, na spotkanie z Voltaire’em i Diderotem, Madame du Deffand; a potem znowu do Anglii i do Twickenham – jakże się powtarzają niektóre miejsca i nazwiska! – gdzie Lady Bedford miała swój park i gdzie żył kiedyś Pope, do domu Walpole’a na Straberry Hill. Walpole przedstawia nas całej gromadzie nowych znajomych, jest tyle domów do odwiedzenia, dzwonków do zadzwonienia, że możemy się na chwilę zatrzymać, na przykład przed drzwiami panny Berry, gdzie ujrzymy Thackeraya. To przyjaciel kobiety, którą Walpole kochał. I kiedy tak idziemy od przyjaciela do przyjaciela, od ogrodu do ogrodu, od domu do domu, trafiamy z jednego końca angielskiej literatury do drugiego, ponownie budzimy się w teraźniejszości, o ile uda nam się oddzielić ten moment od tego wszystkiego, co się działo wcześniej. To jeden ze sposobów na lekturę tych żyć i listów; może sprawić, aby rozświetliły okna przeszłości; możemy obserwować śmierć sław i fantazjować, że jesteśmy blisko, możemy wyciągnąć ich sztukę czy wiersz i zobaczyć, czy czyta się to dzieło inaczej w obecności autora. To jednak rodzi kolejne pytanie. Musimy zapytać samych siebie, jak bardzo na książkę wpływa życie pisarza – jak bezpieczne jest interpretowanie autora? Jak bardzo powinniśmy ulegać lub nie sympatiom i antypatiom, które ten człowiek w nas wzbudził? To pytania, które się pojawiają, kiedy czytamy życiorysy i listy. Sami musimy sobie na nie odpowiedzieć, nic nie może bardziej zgubne, niż kierowanie się w tak osobistej sprawie preferencjami innych.

piątek, 24 maja 2013

Kto rano wstaje, temu ...


«Kiedy piszę po zmroku – zauważył Cyril Connolly – w moją prozę wsączają się purpurowe wieczorne cienie. Dlaczego zatem nie piszę o poranku? Ponieważ ja niestety jakoś nie miewam poranków, a do tego choć ja sam nie pogardzam ludźmi, którzy chodzą spać wcześniej ode mnie, to oni wszyscy jakoś dziwnie się denerwują, że ja nie wstaję». Conolly dotyka tu sedna odwiecznego problemu człowieka sowy. Świat naturalny już dawno odkrył pożytki płynące z pracy zmianowej: łatwiej dzielić terytorium, jeśli nie wszyscy plączą się po nim w tym samym czasie. Nikt nie wini jamraja za to, że grasuje po zmroku; nikt nie oskarża nocnego motyla o dekadencję; nikt nie wyzywa lelka od leniwych wylegiwaczy dlatego, że śpi w dzień, a śpiewa po nocach – a jednak ludzie, którzy urodzili się do życia według podobnego rytmu, uważani są przez pozostałe dziewięć dziesiątych populacji za wybrakowanych w zakresie konstrukcji kręgosłupa moralnego.

«Ci, którzy dokonać mają wielkich czynów – ostrzegał osiemnastowieczny teolog Matthew Henry – muszą wstawać wcześnie». Zgodnie ze średniowiecznym horarium zakonu benedyktynów, pierwsze spośród siedmiu nabożeństw rozpoczynało się o trzeciej piętnaście nad ranem: to taka metoda zabezpieczania sobie tytułu do cnoty, zanim konkurencja zdoła złożyć lepszą ofertę. I nikogo chyba nie zdziwi, że o godzinie pół do piątej rano w roku 1660 John Milton, błyszcząc wręcz od porannej prawości, słucha Biblii po hebrajsku, którą sługa czyta mu na głos, gdy tymczasem o tej samej godzinie w roku 1890 irlandzki dziennikarz i pornograf Frank Harris (przy tych nieczęstych okazjach, kiedy sypiał sam) pada wreszcie, wycieńczony nocą spędzoną wśród niewyrażalnej rozpusty.


Reputacji sów nie da się już chyba naprawić. Kto wstaje rano? Rolnicy, piekarze, lekarze. Kto nie kładzie się do późna? Złoczyńcy, prostytutki, włamywacze. Jesteśmy przekonani, że jeśli ktoś przemyka gdzieś po północy, to na pewno ma coś do ukrycia. Noc to czas goblinów, upiorów, wampirów, żywych trupów, czarownic, czarnoksiężników, demonów, zjaw, biesów, potępieńców, poltergeistów, czarnych ludów, straszydeł i przewracających się z hukiem sprzętów. (Jest to także czas wróżek i aniołów, ale podobnie jak większość podnoszących na duchu zjawisk, one są wypchnięte z naszej wyobraźni. Koszmar wypiera słodkie sny). Noc, podobnie jak zima, jest metaforą śmierci, nikt nie mówi «śmiertelnie jasny poranek» albo «śmiertelnie ciepła wiosna». W dziwnej i mrocznej książce pod tytułem Night (Noc) (do której przeczytania, najlepiej o północy, powinno się zmusić każdego skowronka) brytyjski krytyk literacki Al Alverez zauważa nie bez goryczy, że Chrystusa nazywa się Światłością Świata, a szatana Księciem Ciemności. Mając przeciwko sobie tak potężną proskowrończą tradycję, czyżbyśmy sowy, na zawsze już byli skazani na pobyt w piekielnych rejonach, które pomimo niegasnących ogni, określane są jako ciemne?.

Anne Fadiman, Z życia sów, [w:] W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe, przeł, Magda Heydel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 73-75.

Źródło: http://timbuktu.blox.pl/tagi_b/9378/esej.html

Kawa czy herbata?



Każdy dzień zaczynam od kawy. Piję jej dużo, 3-4 kubki dziennie, czasami więcej. Z ekspresu, rozpuszczalną, sypaną, czyli parzoną, czyli "po turecku", czyli tak zwaną "plujkę". Wszystko jedno jaka, nieważne w czym podana (chociaż mam swój ulubiony kubek), byle by była czarna, gorąca i słodka. Bez kawy było by mi trudno żyć. Kawa to narkotyk, a ja jestem od niej uzależniony. Lubię jej smak i zapach, który uważam za jeden z przyjemniejszych zapachów jakie znam. Pobudza, pomaga myśleć i nastraja pozytywnie do życia. Herbaty piję bardzo mało, symbolicznie, właściwie jedną dziennie. Być może nie trafiłem jeszcze na mój gatunek herbaty.

W historii literatury kawa odgrywała dużą rolę. Wielu pisarzy było kawoszami, niektórzy jak np. Balzac nie mogli bez niej tworzyć. Poniżej fragment biografii Balzaca, której autorem jest Stefan Zweig dotyczący Balzaca i kawy:

"Kawa, niby czarna oliwa, utrzymuje wciąż w ruchu tę fantastyczną machinę pracy i dlatego ważniejsza jest dla pisarza od jadła, snu i wszystkich innych rozkoszy. Nienawidząc tytoniu, gdyż tytoń nie jest środkiem podniecającym, nie prowadzi do nadmiaru, będącego dla niego jedyną miarą ("tytoń niszczy ciało, atakuje rozum, otępia całe narody"), kawie wyśpiewał najpiękniejszy hymn.  
Kawa spływa na dół, do żołądka i wprawia wszystko w ruch: myśli ustawiają się w szyku bojowym niby bataliony wielkiej armii; rozpoczyna się bitwa. Wspomnienia nadciągają chyżym krokiem jak chorążowie wymarszu. Lekka kawaleria rozwija wspaniały galop. Artyleria logiki podąża z hukiem wraz z trenem i kartaczami. Mądre pomysły, niby strzelcy, mieszają się w utarczkę. Postacie oblekają się w kostiumy, papier pokrywa się atramentem, walka wzmaga się i kończy w potokach czarnej fali, podobnie jak prawdziwa bitwa wygasa w czarnym dymie prochu. 
Bez kawy nie ma dlań pracy, przynajmniej tej ustawicznej, jakiej się zaprzysiągł. Wraz z papierem i piórami zabiera ze sobą wszędzie jako trzecie narzędzie maszynkę do kawy, do której przywykł jak do swego stołu i habitu. Nikomu nie pozwala jej przyrządzać, bo nikt nie zaparzyłby tej podniecającej trucizny w takiej koncentracji i czerni. I podobnie jak z zabobonnym fetyszyzmem używa tylko jednego gatunku papieru i jednego formatu piór, tak dozuje i miesza różne gatunki kawy wedle ściśle określonego rytuału:
Ta kawa składała się z trzech gatunków kawy ziarnistej - Bourbon, Martinique i Mokka: Bourbon kupował na rue Montblanc, Martinique na rue de Vieilles Audriettes, u kupca, który nie zapomniał jeszcze tej sławnej recepty, Mokkę zaś w Faubourg Saint-Germain, u kupca na rue de l'Universite, ale nie pamiętam już, u którego, choć nieraz towarzyszyłem Balzacowi w jego zakupach. Za każdym razem była to półdniowa wędrówka po Paryżu - dobra kawa warta była tyle trudu.
Kawa jednak, jak każdy narkotyk, aby działać, wymaga coraz to silniejszych dawek: im bardziej nerwy odmawiają posłuszeństwa, tym więcej musi zużywać zabójczego eliksiru. O jednej z książek pisze, że zdołał ją wykończyć jedynie dzięki potokom kawy. W roku 1845, po dwudziestoletnim używaniu tego trunku, wyznaje, że cały jego organizm jest zatruty tym ustawicznym dopingiem, i skarży się, że działanie jest coraz niklejsze.
Okres działania kawy jest coraz krótszy. Kawa podnieca mój mózg już tylko przez piętnaście godzin - skutek jej jest fatalny, powoduje straszliwe bóle żołądka.
I jeśli pięćdziesiąt tysięcy filiżanek niezwykle mocnej kawy (nawet to obliczył pewien statystyk) przyspieszyło gigantyczne dzieło Komedii ludzkiej, to zarazem przedwcześnie osłabiło serce pisarza. Doktor Nacquart, który przez całe życie czuwał nad nim jako przyjaciel i lekarz, jako właściwą przyczynę śmierci podał:
Stare cierpienie serca, spotęgowane nocną pracą i używaniem, a raczej nadużywaniem kawy, do której musiał się uciekać, aby pokonać naturalne pragnienie snu. [s.157-159]
Stefan Zweig, Balzac. Biografia, opracował i posłowiem opatrzył Richard Friedenthal, przełożyła Wanda Kragen, Kolekcja Wielkie Biografie,  PWN, 2010, s.456.

Wielbicielem kawy był także Julian Tuwim.

Kawa

Będąc od wielu lat gorącym wielbicielem czarnej kawy, redaktor Tego Działu długo rozmyślał, skąd się w nim ta skłonność wzięła. Odpowiedź dał "Opiekun Domowy" z r. 1866 (nr 3), w którym czytamy:
Pewnemu uczonemu udało się odkryć nową własność w kawie, od wielu lat już znanej w Europie. Dr Szalian uważa, że kretynizm (osłabienie umysłowe bliskie głupowatości) od 20 lat znacznie się zmniejsza w okręgu Briantońskim; tłumaczy to powszechnym użyciem kawy, w ubogich nawet chatach. Kawa ma własność ożywiania omdlałego ciała i ożywiania mózgu u osób usposobionych do kretynizmu.
Z czego wynika, że inklinacje kawowe kierownika Tej Rubryki mają źródło w podświadomej diagnozie oraz intuicyjnej samoobronie.

Fragmenty pochodzą z: Julian Tuwim "Cicer cum caule czyli groch z kapustą", Iskry, 2009, s.647.

Jedni piją kawę, inni wolą herbatę. Który napój jest lepszy? Który bardziej szkodliwy? Czytam różne artykuły w sieci dotyczące szkodliwości czy też pozytywnych skutków picia kawy lub herbaty. Argumentów mnóstwo, liczne przykłady, poparte często długotrwałymi i kosztownymi badaniami. I tak natrafiłem kiedyś w sieci na fragment pewnej książki poruszający ten temat:

"Różnice w poglądach stały się przyczyną licznych dyskusji o pożytkach lub szkodach płynących z picia kawy i innych napojów, które Europa odkryła w siedemnastym stuleciu. Zdaniem Claudii Roden, autorki między innymi książki Coffee, sprawa nie sprowadzała się wyłącznie do słów, niekiedy starano się rozwiązać ów problem dokonując różnych eksperymentów. Jako najsłynniejszy opisała eksperyment przeprowadzony w osiemnastym wieku w Szwecji. Miał wykazać, który napój jest bardziej szkodliwy: kawa czy herbata. W tym czasie karę śmierci za zabójstwo wymierzono jednojajowym bliźniakom. Król Gustaw III chciał poznać prawdę na temat kawy, dlatego zamienił im karę na dożywotnie więzienie pod warunkiem, że jeden z braci będzie dostawał codziennie herbatę, a drugi kawę. Powołano specjalne konsylium lekarskie, dokładnie obserwowano reakcje obu więźniów, mierzono im ciśnienie, badano zaburzenia snu. Króla i rząd informowano codziennie w specjalnym biuletynie o stanie zdrowia skazanych. Na dworze przyjmowano nawet zakłady, jak w przypadku emocjonujących wyścigów konnych. Ale im bardziej medycy czekali na śmierć bliźniaków, tym większą żywotnością odznaczali się obaj więźniowie. Minęły miesiące i lata. Umarł jeden z członków konsylium. Potem umarł król. A więźniowie nadal pili swoje napary. Potem umarł ten, który pił herbatę, w wieku osiemdziesięciu trzech lat. I tak został rozwiązany sporny problem. Szwedzi zaś nadal należą do największych konsumentów kawy na świecie. Ci natomiast spośród nich, którzy lubią żartować, pytają: «A co, jeśli drugi bliźniak jeszcze nie umarł i wciąż pije swoją kawę?»".

Božidar Jezernik, Kawa, przeł. Magdalena Petryńska, Czarne, Wołowiec 2011, s. 41-42.

Kończę już i idę zaparzyć sobie kolejną filiżankę kawy :)
 

środa, 22 maja 2013

"Potworna, bardzo okrutna metoda"


"Czym dla Baudelaire'a był haszysz, dla Coleridge'a opium, dla Roberta Louisa Stevensona kokaina, dla Roberta Southeya podtlenek azotu, dla Aldousa Huxleya meskalina, a benzedryna dla Jacka Kerouaca, tym dla Balzaka była kofeina. Niczym sztubak, który wplątał się w kosztowy romans, Balzak zaciągnął niepokojąco wysokie długi u konsjerża, za drobną opłatę przemycającego kawową kontrabandę do szkoły z internatem, gdzie przyszły pisarz pobierał nauki. W wieku dojrzałym, harując po osiemnaście godzin na dobę nad powieściami, przy wtórze dobijających się do drzwi właścicieli, Balzak trzymał się klasycznego reżimu uzależnienia, podnosząc sobie dawki kofeiny, w miarę jak wzrastała tolerancja jego organizmu. Zaczął od jednej filiżanki dziennie, potem pił ich kilka, potem wiele, a potem czterdzieści. W końcu, stopniowo ograniczając ilość wody, wzmagał stopień koncentracji naparu, aż do momentu, kiedy jadł już suche fusy: «potworna, bardzo okrutna metoda – pisał – którą polecić mogę jedynie ludziom o nieprzeciętnym wigorze, gęstych, czarnych włosach i skórze pokrytej plamami wątrobowymi, ludziom o wielkich kwadratowych dłoniach i nogach w kształcie kręgli». Metoda ta wprawdzie była piekielna dla żołądka, ale za to z nadzwyczajną skutecznością dostarczała kofeinę do mózgu.
Od tego momentu wszystko wpada w poruszenie. Myśli, niczym bataliony wielkiej armii, marszobiegiem przemieszczają się po gorzejących polach sławnych bitew. Szarżują wspomnienia z jasnymi proporcami na wysokich drzewcach; kawaleria metafor rozciąga się we wspaniałym galopie; artyleria logiki rusza naprzód z klangorem wozów bojowych i dział; na rozkaz wyobraźni strzelcy składają się i palą do celu; pojawiają się formy i kształty postaci; papier pokrywa się atramentem.
Czy taki opis powstałby pod wpływem kawy bezkofeinowej?"

Anne Fadiman, Kawa, [w:] W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe, przeł, Magda Heydel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 194-195.

niedziela, 19 maja 2013

Kafkowskie pytanie


„Pewnego razu, w Chinach, studentka uniwersytetu w Xi’ian spytała mnie, co traci się, pisząc. Trudne kafkowskie pytanie. A czytając? Borges powiedział kiedyś, że pozostawia innym szczycenie się napisanymi przez nich książkami, jego chwałą bowiem są książki, które przeczytał”

Claudio Magris, Alfabety, tłum. J. Ugniewska, Pogranicze, Sejny 2013, s. 12.

Źródło: Czytane nocą …
 

środa, 15 maja 2013

„Prawdziwa cnota: krytyk się boi” – Jacek Dehnel

Kiedy miałem lat sześć, nie chciałem być strażakiem ani żołnierzem, ale gdyby mnie kto spytał, czy chciałbym zostać krytykiem literackim, to z pewnością też bym zaprotestował. Nie żebym nie cenił tej profesji – przeciwnie, cenię ją bardzo wysoko. I dlatego właśnie uważam, że nie mam do niej najmniejszych kwalifikacji. Do „Łossskotu” nająłem się jako użytkownik, a nie krytyk kultury, i tak samo przyjmując rubrykę w Wirtualnej Polsce, widzę siebie nie jako krytyka, ale czytelnika, który chce się od czasu do czasu podzielić kilkoma nieprofesjonalnymi uwagami o książkach, które przeczytał.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że poeci i prozaicy nie powinni brać się do krytyki literackiej, podobnie jak malarze nie powinni się parać krytyką artystyczną, a muzycy – muzyczną. Choćby dlatego, że środowisko artystów, bez względu na uprawianą sztukę, składa się w sporej części z ludzi niebywale ambitnych, łaknących sławy, nadwrażliwych, obrażających się łatwo o każdą recenzję, która nie jest hymnem pochwalnym, a do tego połączonych w rozmaite jawne i niejawne związki, koterie, stronnictwa, grupy wsparcia. Dlatego artysta-krytyk w ciągu dwóch sezonów straci prawie wszystkich znajomych, narobi sobie zaciekłych wrogów i zaprzepaści wszelkie szanse na serdeczny odbiór dzieł własnych przez środowisko w następnych dwóch czy trzech dziesięcioleciach.

Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu – ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku… i oj, odkuje się!

Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjedża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w „Pypciu Prozy”, w następnym miesiącu w dziale recenzji „Pępucha Ducha” dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.

Z drugiej jednak strony trzeba przyznać z niejakim wstydem, że przemieszanie środowiska pisarzy, krytyków i akademików jest odwieczne i właściwie nieuniknione. Po pierwsze: trudno zabronić poetom publikowania recenzji, a krytykom i doktorom polonistyki – pisania wierszy czy opowiadań, a wielu ma po temu inklinacje. Po drugie: mało kto zna się na literaturze tak dobrze, jak część wspólna tych trzech zbiorów, czyli piszący wykładowcy parający się krytyką literacką. I po trzecie wreszcie: obok krytyków, którzy zarzucili własną twórczość, mamy również znakomite przykłady poetów i prozaików piszących wspaniałe recenzje, studia, eseje krytyczne. Nic w tym dziwnego – z krytykami jest jak z szewcami, architektami czy mechanikami samochodowymi: zdarzają się i wybitni, i fatalni, a między nimi cały wachlarz średniaków. Czytelnik recenzji staje więc przed takim samym wyborem jak wtedy, kiedy kupuje warzywa czy wędliny – patrzy, kto jest uczciwy i wystawia dobry towar, a kto kantuje. W sklepiku naprzeciwko weźmie szynkę, bo świeża, i gruszki, bo prosto z drzewa, a w sklepiku na rogu za żadne skarby nie tknie niczego, bo albo zjełczałe, albo zsiadłe, albo zgliwiałe, albo transgeniczne.

Problem tyleż większy, że sklepy są przynajmniej sprawdzane, istnieją jakieś tam urzędy konsumenckie i inspekcje pracy. A krytykiem, podobnie jak poetą, może zostać każdy – opublikuje w niskonakładowym piśmie recenzję, i już wpisuje do CV „krytyk literacki”. I ktoś mu coś zrobi? Nikt. Całkowita bezkarność, zero strachu – no chyba, że chodzi o strach środowiskowy. Że jak on Pituszkiewiczowi, to Pytlasiński… wiadomo. Więc dla świętego spokoju zawsze wyważy: trochę posłodzi, trochę nosem pokręci, a najchętniej zejdzie w rejony nieocenne: streści książkę, użyje przymiotników: „interesujące”, „śmiałe”, „kontrowersyjne”, a także zwrotów: „może się niektórym podobać” i „może się niektórym nie podobać”. Mięciutko i nijako.

Co innego krytyk z prawdziwego zdarzenia, ten boi się co rusz, jak to człowiek odpowiedzialny. Krytyk prawdziwy czyta wszystko, co wyszło, wychodzi i wyjdzie w obiegu głównym, podziemnym i offowym. Pewna internautka napisała mi kiedyś, że współczuje Panu Bogu, który musi czytać wszystko, co jest publikowane – cóż, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę polską, to z pewnością wyręcza go w tym Karol Maliszewski (nieprzypadkowo piszący teksty w cyklu „Maszyna do czytania”). Ale i tak kanon literatury polskiej, europejskiej i światowej jest w zasadzie nie do ogarnięcia w czasie jednego czytelniczego życia, a co dopiero pobocza i bezdroża literatury, trzeciorzędne tomiki wydawane nakładem, powiedzmy, Zakładu Inseminacji w Starej Miłosnej? Boi się zatem krytyk, że coś pominął.

Kontekst jakiś, ułomek. Boi się, że przegapił perłę, co to wyszła w dwudziestu egzemplarzach na ksero w Mońkach. Albo w domu kultury na Bemowie. Boi się, że strzegąc niezawisłości sądów, tak bardzo będzie się starał nie pochwalić książki znajomego, że mu tę książkę przesadnie zjedzie; za to z tych samych powodów zbytnio pochwali tomik napisany przez kogoś, do kogo czuje osobistą antypatię. Boi się, że jeśli poleci czytelnikom powieść debiutanta Pipkiewicza, to Pipkiewicz następną powieść napisze byle jaką, a szkoda by było; jeśli zgani – to Pipkiewicz zarzuci pisanie, a szkoda by było. Też. Bo wokoło, wiadomo, łaknący sławy artyści, z wielkimi ambicjami, a wszyscy, co do jednego – nadwrażliwi. Nie to co czytelnik. Czytelnik sobie czyta książkę powoli, nieprofesjonalnie, bez goniących terminów. Nie musi znać dzieł wszystkich Turgieniewa, Balzaka i Pereca, żeby powiedzieć coś o właśnie przeczytanej powieści. Może użyć słów ostrych i gwałtownych, zarówno w pochwałach, jak i w przyganach. Może wreszcie, jeśli mu przyjdzie ochota, odłożyć książkę na bok w połowie i pójść na spacer. Dlatego też, jako człowiek leniwy, skłonny do wygodnictwa i szanujący krytykę literacką, będę dla państwa pisał nie jako krytyk, ale jako czytelnik, amen.

Jacek Dehnel „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Karol Bukowski, Brzeska 4

Chgarles Bukowski
Że też wszystkiego o Los Angeles muszę dowiadywać się z trzech źródeł: z amerykańskich seriali, od Chandlera i od Bukowskiego. I mam coraz mniejszą ochotę pojechać do Ameryki, zwłaszcza do Kalifornii. Na serialowe salony mnie nie wpuszczą, czasy Chandlera przeminęły i prywatny detektyw nie jest już postromantycznym samotnikiem, a detektywów od bandziorów trudno odróżnić. A Bukowski...? Jaki z niego Amerykanin czy - niechby tylko po matce - Niemiec?! To jest zwykły Polak, który wzorem większości Polaków postanowił zrobić karierę w Ameryce. W dodatku był cwańszy od reszty i zrobił. Późno bo późno, ale zrobił. Z tym „późno”, tak sobie myślę, to była przemyślana strategia. Bo jakby zrobił wcześnie, to - znając jego upodobania - nie dożyłby swoich siedemdziesięciu paru lat. Dla tych, co picie i pisanie traktują zamiennie albo wręcz równolegle, bieda jest błogosławieństwem. Póki trzeba pisać, żeby można się było napić, wszystko jakoś idzie; i pijący, i literatura na tym wygrywają. Kariera (oczywiście w Ameryce) jest natomiast sytuacją, w której nie trzeba już pisać, żeby można było napić się do woli. Chwilami mam podejrzenie, że kariera jest podstępnym wymysłem konkurentów-abstynentów. Ale miało być o tym cwanym Polaku... 

wtorek, 19 marca 2013

"Piasek zagarnia wszystko"

Gustaw Flaubert

"Janine Dakyns, mieszkająca przy małej uliczce opodal szpitala, studiowała, podobnie jak Michael, w Oksfordzie i z biegiem czasu stworzyła prywatną niejako, wolną od wszelkiego intelektualnego zadęcia, wychodzącą zawsze od niejasnego szczegółu, nigdy tego co jawne, naukę o dziewiętnastowiecznej powieści francuskiej, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej przez nią cenionego Gustave’a Flauberta, z którego obszernej, liczącej tysiące stron korespondencji przy najróżniejszych okazjach cytowała długie, za każdym razem na nowo wprawiające mnie we zdumienie fragmenty. Ponadto Janine, która wykładając swoje myśli, popadała często w stan niemal zatrważającego uniesienia, z maksymalnym zaangażowaniem osobistym starała się zgłębić pisarskie skrupuły Flauberta, lęk przed fałszem, który jak mówiła, sprawiał czasem, że Flaubert tygodniami i miesiącami tkwił na kanapie, w strachu, że nigdy już nie napisze choćby pół linijki, nie kompromitując się najfatalniej. W takich okresach, mówiła Janine, nie tylko wszelka przyszła praca pisarska wydawała mu się kompletnie wykluczona, ale też był przekonany, że wszystko, co dotychczas napisał, stanowi jedynie nagromadzenie najbardziej niewybaczalnych, nieprzewidywalnych w skutkach błędów i zakłamania. Janine utrzymywała, że przyczyną tych skrupułów były obserwowane przez Flauberta niepowstrzymane postępy głupoty, atakującej, jak mniemał, jego własną głowę. To tak, miał kiedyś powiedzieć, jakby człowiek zapadał się w piach. Stąd prawdopodobnie, uważała Janine, tak wielkie znaczenie piasku w twórczości Flauberta. Piasek zagarnia wszystko".

W.G. Sebald, Pierścienie Saturna, przeł. M. Łukasiewicz, W.A.B., Warszawa 2009, s.12-13.

czwartek, 14 lutego 2013

Ryszard Kapuściński o książkach i pisaniu (1)


Ryszard Kapuściński

"Już nie pisze się książek. Każdy stara się napisać bestseller".

„Litieraturnaja Gazieta” z 12.04.1994. Dyskusja o książce - pisarz Władisław Ostroszenko: „Atrakcyjność to zjawisko wielowymiarowe. Na poziomie makro właśnie indywidualność autora jest tym, co może ciekawić, porywać, pochłaniać. Natomiast na poziomie mikro interesujące są takie rzeczy, jak język, nastrój, postacie, narracja”. Pisarz Andrej Dmitrie;: „Książka to jedynie partytura, a jej wykonawcą jest czytelnik. Dickens czytany w dzieciństwie i czytany na starość to dwaj różnie <<zagrani>> Dickensowie: partytura ta sama, ale wykonanie jakże różne!” Krytyk literacki - Ałka Łatynina: „Nie lubię twierdzenia, że prawda leży pośrodku. Pośrodku leży problem”.

[...]

23 grudnia 1991 Najtrudniejsze: nie dać się oblepić codziennością, ogłuszyć banałem, brednią. Trzeba stłumić w sobie niepotrzebną ciekawość rzeczy miałkich, jałowych, żadnych. Ciekawość musi być selektywna, służyć pisaniu.

Pisanie - jest częścią świata komunikacji. Książka jest komunikatem. Proces komunikacji to ruch linearny: nadawca - odbiorca. Są to dwa krańce jednego ciągu. Jeżeli książka wysokiego lotu nie natrafi na czytelnika wysokiego lotu - zawiśnie w powietrzu, chybi. Gotowość, aktywność, wysiłek twórczy potrzebne są na obu krańcach tego połączenia.

O tym, że ważny tekst jest pełen znaczeń, sensów, zakresów, poziomów. O tym, że czytamy go coraz to inaczej w zależności od naszych dyspozycji psychicznych, od znajomości tematu, od wieku, od chęci znalezienia rzeczy poszukiwanej. Ważne w czytaniu są intencje, skupienie, czynny wysiłek.

[...]

Coraz częściej utwór literacki (i dzieło sztuki w ogóle) staje się tworem zbiorowym. Gromadzimy bowiem w pamięci rosnące zasoby informacji, nasz umysł wchłania coraz większą ilość danych, zbiera je i przetwarza, często bez naszego świadomego udziału, aż w końcu trudno nam samym rozróżnić, co jest nasze własne, a co przyswoiliśmy od innych. Oczywiście nie myślę o wulgarnych, bezczelnych plagiatach. Chodzi tu o głębsze, bardziej pośrednie, trudno uchwytne, wyrafinowane zależności, relacje, wpływy i związki. Dziś autor pisze, po przeczytaniu wielu książek, przyswojeniu sobie niezliczonych najróżniejszych opinii i ich przemyśleniu. Oddzielenie własnych przemyśleń od tego, co się wchłonęło z zewnątrz, jest coraz trudniejsze. W ten niezamierzony sposób nasze wizje świata przyjmują kubistyczne rysy. Nieświadomie stajemy się uczestnikami zbiorowego procesu twórczego. Niemal niepodobna dojść, kto naprawdę pisze ze swego autentycznego wnętrza.

[...]

Z rozmowy z Frankiem Berberichem - redaktorem naczelnym niemieckiej wersji „Lettre International”, wiosna 1995: „Podróże, lektury i refleksje - to trzy źródła, z których czerpię, kiedy piszę, one stanowią moje tworzywo. Poza tym pomagają mi jeszcze: sporadycznie uprawiana poezja oraz fotografowanie.

Pierwszym źródłem jest więc podróż, traktowana jako eksploracja, odkrywanie, wysiłek badawczy. Podróże w poszukiwaniu prawdy, a nie odprężenia. Chcę zbliżyć się do napotkanej rzeczywistości. Zobaczyć ją, poznać, zrozumieć. Jest to zajęcie wymagające ciągłej koncentracji, a zarazem ciągłego otwarcia, aby jak najwięcej wchłonąć, przeżyć, zapamiętać.

Drugim źródłem są obszerne i nieustające lektury. Jeżeli chce się swoim tekstom nadać walor kubistyczny, trzeba rozszerzyć swój punkt widzenia o dodatkowe światła i perspektywy. Dlatego używam dużo cytatów. Chodzi mi bowiem o to, aby zabrzmiały także inne głosy, aby zostały wypowiedziane. inne sądy i opinie. Studiowanie literatury przedmiotu jest oczywiście przydatne z wielu względów. Choćby i takiego: czasem człowiekowi wydaje się, że dokonał w podróżach jakiegoś odkrycia. Jednakże w czasie lektury okazuje się, że na ten pomysł ktoś wpadł już wcześniej! I wówczas trzeba pójść w innym kierunku, aby nie powtarzać się, nie pisać banałów.

Wreszcie trzecim źródłem, które łączy się z dwoma poprzednimi. jest moja refleksja. Poprzez własne doświadczenie podróżnika i czytelnika staram się zdefiniować swój punkt widzenia, spisać nasuwające się przemyślenia, zastanowić się nad zebranymi wrażeniami, uporządkować myśli”.

poniedziałek, 11 lutego 2013

"O czytaniu" - Michał Paweł Markowski

"Czytanie jest przede wszystkim odnajdywaniem swojego miejsca wśród tego, co z początku nieprzyjazne, a co należy w ostatecznym rozrachunku oswoić. Czytanie nie powinno nas wyrzucać ze świata, lecz uczyć jego rozumienia".

"W moim domu nie było książek. Kilka przypadkowych broszurowych wydań, żadnych klasyków, polskich czy zagranicznych („Wiosenne wody” Turgieniewa, ale co dziecku po Turgieniewie), żadnych encyklopedii. Nic. Najlepiej pamiętam dwa albumy przywiezione przez ojca z Moskwy, w tym wielki płócienny bordowy z Ermitażu. Do dziś pamiętam wszystkie zawarte tam obrazy, od Duccia, Cranacha po Picassa, łącznie z detalami, wśród których jeden zwłaszcza utkwił mi w pamięci, z obrazu Jana Stena: porzucony na środku pokoju pantofel śpiącej kobiety. Ni przypiął, ni przyłatał. Nie wiem za bardzo dlaczego, ale ten oderwany detal, porzucona rzecz, estetyczny wybryk, nieekonomiczne punctum, utkwił w mojej głowie i odzywa się zawsze, gdy oglądam obrazy i fotografie i szukam tego, co nie pasuje do zgrabnie skrojonej kompozycji. Poza tym pamiętam zapach reprodukcji i wielkie grawerowane na okładce rosyjskie „?” (już wtedy umiałem odcyfrowywać ruskie bukwy). I jeszcze dwa świadectwa okrucieństwa: Judyta depcząca odrąbaną głowę i św. Sebastian naszpikowany strzałami. Długo nie wiedziałem, skąd moja fascynacja tym ostatnim. Teraz wiem.

Cały esej znajdziecie TUTAJ

Fragment eseju "O czytaniu", "Tygodnik Powszechny" z dnia 11.05.2010, z cyklu "Książki w Tygodniku".

wtorek, 8 stycznia 2013

"Portret wyobraźni" (10) - Wojciech Karpiński




Z równą zawziętością tropił wulgarność filozofi­czną, zamykanie się w jednym schemacie, sprowa­dzanie życia duchowego do jednego wzorca. Jest coś wyzwalającego w pogardzie, z jaką traktował freudyzm: może innym śnią się balony, jaskinie i szpi­czaste instrumenty, jemu nie — a zresztą nie ma zamiaru zatrzymywać się dłużej nad trywialną figurą wiedeńskiego znachora o wyobraźni prymitywnej i stereotypowej; jaki błąd czynią państwa policyjne, że odrzucają psychoanalizę, niezrównane narzędzie deprawacji! Nabokov sprzeciwiał się redukowaniu rze­czywistości do jednego wymiaru, sprowadzaniu jej do jednego procesu społecznego czy psychicznego. Jego sztuka jest sięganiem po nowe wymiary, jest buntem wyobraźni przeciw duchowym uproszczeniom i zafałszowaniom. Dlatego tak zwalczał owych terribles sim­plificateurs, których przyjście w roli bicza bożego zapowiadał kiedyś Jacob Burckhardt.

Wyobraźnia jest dla Nabokova siłą wyzwolicielską, choć bywa nieraz siłą zdradliwą. Często powtarza się w jego powieściach ta sytuacja: w świecie sche­matów otwiera się nagle jakaś ukryta furtka i boha­ter, jak pszczoły w wierszu Leśmiana, przedostaje się do innej rzeczywistości. Ale u Nabokova rzeczy­wistości jest wiele, wyobraźnia jest zwielokrotnieniem form egzystencji. Jego bohaterowie to nie zawsze twórcy, tylko wyjątkowo pozwala sobie na tak nie­bezpieczne dla swobodnej gry fantazji utożsamianie jak w Darze; są oni jednak obdarzeni wyobraźnią artystyczną. Można o nich powiedzieć, że są to często artyści upadli, złamani przez sztukę, bo niezdolni oprzeć się pokusie urealniania fantazji. Wyobraźnia doprowadziła ich nie do rozszerzenia życia, lecz do jego zatracenia. Kiedy utożsamili życie i marzenia, zniknęła czarodziejska moc stwarzania fikcyjnych światów — fikcja stała się koszmarem.

Są jak uczniowie czarnoksiężnika, niewierni ucz­niowie, nie rozumiejący sekretów rzemiosła, sekretów sztuki, sekretów życia. Powołali do istnienia demony, nad którymi stracili władzę. Są artystami podwójnie fałszywymi, są wobec rzeczywistości i zbyt butni, i zbyt potulni. W tym ujęciu dzieło Nabokova, tak przecież wrogiego wszelkim dydaktycznym zapędom, zawiera istotne moralne przesłanie. Kiedy mówił, że nie interesuje się generalnymi ideami, lecz tylko lubi układać zagadki o eleganckich rozwiązaniach, było to prawdą, ale prawdą częściową. Jego twórczość jest bowiem obroną i uświetnieniem indywidualnej wyobraźni. Ludzie nie są jednakowi; zróżnicowanie stanowi o ich bogactwie. Są równi w równym prawie do fantazji, ale kto chciałby narzucić im jedną fan­tazję, ten stwarza Zoorlandię, świat koszmarny, jak w Bękarcim znaku, jak w Zaproszeniu na ścięcie, świat ludzi przezroczystych, mechanicznych, wymien­nych, pozbawionych prawa do fantazji, do samotności i odwagi, do dumy i miłości.

Rozpacz zaczyna się wyznaniem narratora, że nie pisałby tych notatek, gdyby nie był pewien swych umiejętności, stylu doskonale uchwytującego wszy­stkie zakamarki opowiadanej historii, więcej nawet, nie byłoby żadnej historii do opowiadania, bo jest ona dziełem umysłowości artystycznej, wyjątkowo uwrażliwionej na kwestię podobieństwa. Tylko artysta widzi podobieństwa w gąszczu pozornych różnic, zdaje się mówić Hermann Karłowicz. Tylko artysta, praw­dziwy artysta, dostrzega w otaczającej go magmie różnice, odcienie, kolory odpowiednie, słowa jedyne, zdaje się mówić Nabokov. Hermann naprawdę świet­nie włada piórem, aż tak doskonale, że jego styl zdradza kalectwa jego wyobraźni, pozwala czytelni­kowi spojrzeć na konsekwencje tej duchowej urawniłowki, jaką Hermann chciałby narzucić światu. Dla­tego Nabokov jest wobec niego bardziej surowy niż wobec innych szaleńców, bardziej niż wobec bohatera Lolity, którego w drobnej mierze rozgrzesza zrozu­mienie indywidualności ludzkiego losu. „Obaj są neu­rotycznymi łajdakami; jednak istnieje w Raju zielona łąka, po której wolno będzie Humbertowi przechadzać się raz do roku o zmierzchu, ale Piekło nigdy nie wypuści Hermanna."

Twórczość Nabokova jest dla mnie lekcją wy­obraźni. Pomaga widzieć świat. Odsłania wciąż nowe piętra fantazji, nowe wariacje na temat rzeczy­wistości, a poza nimi przebłyskuje zwycięska sztuka. Choć sam znikł, przeniósł się poza czas, w samą materię czasu, to jego ironiczny uśmiech, jak uśmiech kota z Cheshire, ożywa nagle w czytelnikach. Jak to zobaczyłby Nabokov, pytałem siebie podczas amery­kańskiej podróży, jak to widzi Nabokov we mnie, ten pobudzony jego wyobraźnią nurt mojej wyobraźni, który w lustrzanej, magicznej, wielopoziomowej, zdradliwie samoświadomej (i jakiej jeszcze? jakiej jeszcze?) prozie Nabokova znalazł swoją wyróżnioną ojczyznę.

Gdybym był Nabokovem, gdybym dysponował in­wencją językową tak bogatą, że aż pozwalającą na przewrotną zgrzebność, starałbym się sportretować jego osobowość twórczą nie posługując się takimi wy­rażeniami, jak magia języka, lustrzane odbicia sen­sów, pułapki konstrukcyjne. Nie potrafię. Pozostanie dla mnie czarodziejem odbijającym w lustrze nie siebie, lecz bajeczne opowieści, które są przecież jego wizerunkiem, choć tak do niego niepodobne. „Litera­tura nie mówi prawdy, ale ją stwarza" — w każdym razie taka literatura, jakiej on pragnął. Czysta, roz­wijająca fantazje własne, które dla omotanego czara­mi czytelnika stają się rzeczywistością nowego wy­miaru, nowym światem. Dopuśćmy więc do głosu Nabokova, wystarczy sięgnąć po jego wspomnienia, przedmowy, wywiady. To oczywiście moja wersja jego osoby i dzieła, zapewne nie zaakceptowałby jej w ca­łości. Szukam jednak portretu jego wyobraźni, która pomagała mi oglądać Nowy Świat. Pozostaje mi więc, jego wzorem, naśladować ptaka budującego gniazdo: poznosić te fragmenty, które odpowiadają moim odczytaniom Nabokova i ułożyć je zgodnie z ukrytą melodią, która towarzyszyła mi przy lekturze jego powieści.

Wojciech Karpiński Portret wyobraźni, ze zbioru esejów W Central Parku, Warszawa 1980. Tekst według wydania IV (Wrocław 1998), s. 80-118.