Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mrożek Sławomir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mrożek Sławomir. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 stycznia 2017

"Potok życia mnie porwał"

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema
 
Warszawa, 29 lipca 1961 roku
 
Szefie,
jest to raport spóźniony. Potok życia mnie porwał. Gdyby Homer był moim znajomym, tobym zadzwonił do niego i poprosił, żeby Ci opisał, jak to podczas przejazdu, w Toruniu, spalił mi się regler w samochodzie i jak przez sześć dni nie wracałem do Warszawy, tylko jeździłem, pociągami, podwodami, okazjami, po Polsce, wiele miast widziałem i wiele przeżyłem, żeby regler ten dostać. Pogoń na przestrzeni 1000 km, 4000 zł wydane, wiele dużych miast zwiedziłem. Zdrowie straciłem, zdolność formułowania mnie zawodzi. Próg frustracji mi się obniżył, stres ogromny.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozmowy chłopów

 Foto za HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER

Pierwsza rozmowa chłopów

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś mówiła do Marcina.
CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.
CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie".
CHŁOP III Co nie jest dobrze?
CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest dobrze, krowo?" A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie jest dobrze" — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi, a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie, aż go nogi zabolały, i wyszedł.
CHŁOP II Krowy, to jeszcze nic. Barany, te jak coś powiedzą!
CHŁOP III Musi była wiedząca.
(pauza)
CHŁOP II Może by zasiać co...
CHŁOP I Jjiii tam...
CHŁOP III E, mówicie...
(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)
Druga rozmowa chłopów

CHŁOP I Zaś u Macieja zaskroniec wpadł do barszczu.
CHŁOP II I co?
CHŁOP I Ano nic. Maciej odłożył łyżkę i powiada: ,,Nie będę jadł".
CHŁOP III I nie jadł?
CHŁOP I Ano nie.
CHŁOP II Dobrze powiedział
(chwila milczenia)
CHŁOP III Może by zaorać co...
CHŁOP I A co?
CHŁOP III Ano, czy ja wiem... Choćby i pole...
CHŁOP I liii...
CHŁOP III Albo co...
CHŁOP II Eeeee...
(podnoszą dzbany)

Trzecia rozmowa chłopów

CHŁOP I Zasię jeden był silny okrutnie.
CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.
CHŁOP I Ano, zadziwił ci się on raz, aż się za głowę złapał...
CHŁOP III To i co, że się złapał za głowę? Nie dziwota.
CHŁOP I Poczekajcie krzynę. Złapał ci się on, a jako że
silny był okrutnie, głowa mu w rękach została.
CHŁOP II Musi w szyi był słaby.
CHŁOP I W szyi był słaby, ale za to w rękach silny.
CHŁOP III Silnym też nie jest dobrze.
CHłOP II Może by coś skosić?
(pauza)
CHŁOP I A co, na ten przykład?
CHŁOP II Ano, co z brzega. Może być i trawa.
CHŁOP III Eeee...
CHŁOP II Albo co insze...
CHŁOP I Aaaale...
CHŁOP II Ja ino tak...
(podnosą dzbany)



Czwarta rozmowa chłopów

CHŁOP III Idę ci ja raz, patrzę, a tu siedzi baba na cmentarzu.
CHŁOP I E, nie mówilibyście.
CHŁOP III Kiedy prawdę mówię. Ale to jeszcze nic.
CHŁOP II A co ta baba?
CHŁOP III Ano, trzyma nogi w kałamarzu.
CHŁOP I lii... I co?
CHŁOP III Ano, zwyczajnie. Przyszedł duch.
CHŁOP II Duch?
CHŁOP III Duch.
CHŁOP I I co ten duch?
CHŁOP III Babę w brzuch...
CHŁOP II Ooo!
CHŁOP I A baba co?
CHŁOP III Baba w krzyk.
CHŁOP II Jak to baba.
CHŁOP I A duch?
CHŁOP III A duch znikł.
(pauza)
CHŁOP I Może by wyhodować co?
CHŁOP III A co, jakby już?
CHŁOP I Co podleci. Choćby i świnię.
CHŁOP II Eee, też mówicie...
CHŁOP I No to co insze. Może być i świnia futerkowa...
CHŁOP III Yyyy...
CHŁOP I Albo co...
CHŁOP II Eeee...
(podnoszą dzbany)





Piąta rozmowa chłopów

CHŁOP I Zasię u mnie indyk się ożenił z kurą.
CHŁOP II Ale?
CHŁOP III Jakże to?
CHŁOP I Ano, zwyczajnie. Na początku to nawet nie
chciał, jeno gulgotał. Alem go wziął na bok i przetłumaczył.
CHŁOP II I chciał?
CHŁOP I Coby miał nie chcieć? Ino pilnować go trzeba.
Jak ino go nie doglądam, to się tarza w pokrzywach
i nic nie robi.
CHŁOP II A kura?
CHŁOP I Kura jak kura. Jajko zniosła.
CHŁOP III Z indykiem?
CHŁOP I A coby nie z indykiem? Przecie mówię, żem mu przetłumaczył.
CHŁOP III E, powiadacie!
CHŁOP I A coby miał nie powiadać? Cała bieda tylko w tym, że nie jest ci ono okrągłe. (wyjmuje zza pazuchy biały stożek i kładzie na stole)
CHŁOP II (oglądając) W samej rzeczy, spiczaste jakieś...
CHŁOP III A wyjdzie z niego co?
CHŁOP I A coby nie miało wyjść? Wyjdzie.
CHŁOP II A co?
CHŁOP I A kto to może wiedzieć? Poczekać trza.
CHŁOP III No, to poczekamy.
CHŁOP II Ano, poczekamy.
CHŁOP I No, to czekajmy...
(podnoszą dzbany)
"Indyk" Sławomir Mrożek, za „Utwory sceniczne Sławomir Mrożek”, Wydawnictwo Literackie Kraków, 1963.

Źródło: www.moreleigrejpfruty.com

Spotkanie


Droga była pusta. Określając ją w ten sposób, chcę powiedzieć, że nie było na niej człowieka ani zwierzęcia, ani też przedmiotu. Szedłem tą droga. Ja jestem człowiekiem. Ale rozglądając się — nie zauważyłem nikogo. Tak było tylko do pewnego czasu. W jakiejś chwili ukazał się ktoś, kto szedł mi naprzeciw. Trochę wyższy ode mnie, o wiele szerszy w ramionach, miał również kapelusz, podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy, aby wydać się energicznym i pięknym. Myślałem, że wszystko odbędzie się jak zwykle. Ja wstrzymam na chwilę oddech, żeby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się.
Ale on zagrodził mi drogę i powiedział:
— Proszę się zatrzymać. Jutro, dokładnie o siódmej, przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie.
Byłem tak zdziwiony, że zapytałem tylko:
— Ja?
— Oczywiście, że pan.
— Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. 
— Co pan sobie wyobraża?! Proszę mnie przepuścić!
— Niech się pan nie unosi. Proszę posłuchać: woda bieżąca jest na miejscu, również i ściereczki.
— Czy pan naprawdę sądzi, że ja...
— Praca z pozoru wydaje się ciężka, nie przeczę, ale jest przecież odkurzacz.
— Jaki odkurzacz?!
— Doskonały odkurzacz, operowanie nim to prawdziwa przyjemność. Zresztą można trzepać na dole, na podwórku.
— Które piętro? Pewnie szóste.
— Ależ nie! Czwarte. W dodatku jest winda. Sam pan widzi, jakie warunki.
— Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?!
— Bo już jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświeżyć. Dostanie pan fartuch. Zresztą proszę nie robić
uwag.
— Ale co to ma znaczyć właściwie?!
— No bo przecież nie będzie pan sprzątał bez fartucha. Zresztą — jak pan chce.
— Nie, nie, koniecznie fartuch. Ale... jak pan śmie!
— W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki, światło musi pan zapalić w przedpokoju, bo w komórce
spaliła się żarówka.
— Nie, to doprawdy niesłychane!... Przydałyby się szmaty filcowe... Ale za kogo mnie pan bierze właściwie,
co?!
— Szmat nie ma, są tylko pantofle na wojłoku, znajdzie je pan także w komórce. Tylko proszę mi nie zużywać za dużo pasty do podłogi. Wszystkiego wychodzi tyle, że nie można nadążyć.
— A pan myśli, że można zbyć byle czym? Jak się robi, to trzeba tyle, ile trzeba, nic nie da się oszukać, a jak pan myśli...
— Proszę nie dyskutować. Pastować lekko, poczekać, aż przeschnie. Froterkę pożyczy pan od sąsiadów.
— Jak to, nie ma pan swojej froterki? Nie można było sprawić?
— To nie należy do pana. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą, bo potem wszyscy wychodzą. Powiedzieć, że to ode mnie. W kuchni, na kredensie, leży ementaler, proszę sobie wziąć kawałek, tylko nie wszystko. Zlew przetkać, geranium podlać, linoleum zwinąć, obcych nie wpuszczać.
— A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Mam reumatyzm.
— Proszę nie pleść głupstw. Woda grzeje się w piecyku gazowym. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. Jest pan dorosły.
— To i gaz jest?
— Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. Jasne, że jest.
— Ja się boję. Można się otruć.
— Głupstwa. Brudne serwety złożysz pan w jednym miejscu. Szafy odsunąć, materace przetrzepać, firanki
zdjąć, klamki proszkiem, ścian nie ochlapać, okna potem na sucho trzeć długo, bo sprawdzę, radio wyłączyć i nie słuchać, bo rozprasza. No, to by było mniej więcej tyle. Do widzenia.
Odszedł, nie oglądając się, krokiem sportowca. Spoglądałem za nim, dopóki nie zniknął. Kipiała we mnie obrażona duma, krzyczała zraniona godność osobista. Nagle zrobiło mi się głupio, poczułem się bezradny, bezbronny... nie zostawił mi przecież adresu.

Sławomir Mrożek "Spotkanie", "Opowiadania", wydanie II poszerzone Wydawnictwo Literackie, Kraków,
1974.

piątek, 16 sierpnia 2013

"Pan jest człowiekiem dnia"

Sławomir Mrożek

30 kwi 07, 13:20 Źródło: Tygodnik Powszechny

TYGODNIK POWSZECHNY: – "Zawsze chciałem umrzeć tak, żeby przedtem mieć czas na usunięcie śladów po sobie. Nawet moje fajki spalić" – pisze Pan w jednym z listów do wieloletniego przyjaciela, Wojciecha Skalmowskiego. Tymczasem autobiografia "Baltazar", wydane przed dwoma laty listy do Jana Błońskiego czy mająca być tematem naszej rozmowy korespondencja ze Skalmowskim świadczą o tym, że dziś nie zależy już Panu na tak całkowitej dyskrecji...
 

SŁAWOMIR MROŻEK: – Przez lata miałem koncepcję, by zacierać za sobą wszelkie możliwe ślady. Dlatego też w swoim czasie zdecydowałem się zamieszkać w Meksyku, dokąd wyjechałem głównie po to, by zniknąć – może nie w ogóle, ale zniknąć ze sceny, uciec od głupoty, która latami doskwierała mi w Paryżu, czy w ogóle na Zachodzie. Mierziło mnie szczególnie hasło "walki o pokój", powtarzane bez przerwy przez francuską lewicę i wszystkie tzw. siły postępu. Wiedziałem o komunizmie cokolwiek więcej niż przeciętny Francuz, gdy więc słyszałem ich opinie na tematy polityczne, to albo z trudem zmuszałem się do milczenia, albo wybuchałem. Irytowała mnie też wszelkiego rodzaju "political correctness" – gdy w Stanach ciągle powtarzano mi, że powinienem kochać Murzynów, czułem, że zaczynam stawać się rasistą. Należało uciec od tego jak najdalej. Długo zacierałem ślady, ale wyrzekłem się tej taktyki, wróciwszy do Polski po 33 latach emigracji. Koncepcja się zmieniła. Wróciłem, zacząłem na nowo żyć w Polsce, przez pewien czas byłem nawet bardzo otwarty na wszelkie spotkania czy rozmowy i dopiero później zacząłem kategorycznie ich odmawiać. Oczywiste jest, że mieszkając w Polsce nie mam szans być "człowiekiem znikąd", co udawało mi się w Meksyku. Więc nawet nie próbuję: stąd decyzja, by najpierw opublikować wspomnianą przez panów korespondencję z Błońskim, a teraz gruby tom listów Skalmowskiego i moich. Oba te tomy są w jakiś sposób moim wewnętrznym autoportretem. A także w znacznej mierze świadectwem zmagań z polskością, nie tylko Sławomira Mrożka, ale także Jana Błońskiego i Wojciecha Skalmowskiego.
 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Z Wojciechem Skalmowskim wymienił Pan przez trzy dziesięciolecia setki listów. W jaki sposób ocalały one podczas licznych przeprowadzek i podróży? Czy świadomie je Pan przechowywał, dostrzegając np. ich wagę jako dokumentu epoki?
 

SŁAWOMIR MROŻEK: – Przez całe życie prowadziłem obfitą korespondencję z wieloma osobami, ale jej większość niszczyłem, zachowywałem tylko listy dla mnie naprawdę istotne, a takie właśnie pisywał Wojciech Skalmowski. Gdy ukazała się korespondencja z Błońskim, Skalmowski wyjawił, że zachował wszystkie listy, które do niego pisałem począwszy od początku lat 70. aż do roku 2003, uznałem więc, że jeśli się zgadza, możemy je opublikować. Podobnie istotna jest dla mnie wieloletnia korespondencja ze Stanisławem Lemem, po jego śmierci byłem zatem gotów zgodzić się na jej upublicznienie, niestety po chwilowym entuzjazmie rodzina pisarza sprzeciwiła się temu pomysłowi.
Ze Skalmowskim poznaliśmy się na początku lat 50. na studiach orientalistycznych, których ja nie skończyłem, on natomiast tak, potem zaś zrobił doktorat z iranistyki na berlińskim uniwersytecie i podjął pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pod koniec lat 60. był na stypendium naukowym w Teheranie i tam dotarły doń wieści o wydarzeniach marcowych, które przejęły go takim obrzydzeniem, że zdecydował się nie wracać do Polski: najpierw wykładał na Harvardzie – wtedy właśnie spotkaliśmy się po latach i odnowiliśmy naszą przyjaźń, która trwa do dziś – potem otrzymał propozycję pracy na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, gdzie zajmował się nie tylko iranistyką, ale prowadził też zajęcia na slawistyce, a więc przybliżał studentom m.in. polską kulturę i literaturę. Ja w tym czasie żyłem w Paryżu albo w Berlinie. Jeśli więc czas pozwalał, spotykaliśmy się czy to w Paryżu, czy to w Brukseli, gdzie Wojtek zamieszkał, przede wszystkim jednak pisywaliśmy do siebie. Skalmowski stał się dla mnie bardzo ważnym i bliskim człowiekiem.

TYGODNIK POWSZECHNY: – Pod pseudonimem Maciej Broński Pana przyjaciel sporo pisywał do "Kultury". To człowiek o szerokich zainteresowaniach: pisał o Norwidzie i Mickiewiczu, o Mrożku i Iwaszkiewiczu, ale także o Nabokovie – był jednym z pierwszych Polaków, którzy zachwycili się jego twórczością – czy o Zinowiewie, głośnym dysydencie radzieckim. Fascynował się prozą V. S. Naipaula, i to w czasach, kiedy nikt nie spodziewał się, że otrzyma on Nobla. Jako naukowiec przez dziesięciolecia badał irańskie języki i religie. Ale w listach nie skrywa, że ma poczucie zmarnowanego życia...
 

SŁAWOMIR MROŻEK:– To człowiek przesadnie skromny, wolę jednak człowieka przesadnie skromnego niż przesadnie nieskromnego. Jest bardzo utalentowany, zawsze chętnie czytałem jego teksty w "Kulturze". Właśnie Skalmowskiemu zawdzięczam przelotną fascynację Nabokovem, któremu zazdrościłem, że jest emigrantem doskonałym, ja zaś jakimś niepełnym; że potrafił wyrzec się języka ojczystego, ja zaś jestem skazany na polszczyznę. Skalmowski powiada o sobie, że jest amatorem, że jego głównym celem było przybliżanie czytelnikom twórczości pisarzy mało lub wcale w Polsce nieznanych, jak choćby Orwella. Napisał zatem wstęp do wznowienia przetłumaczonego przez Juliusza Mieroszewskiego "Roku 1984" i do esejów Orwella. Zawsze zachęcałem go, by pisał więcej, ale uważał, że jest wyłącznie popularyzatorem – niesłusznie, ale taki już jest. Przez długie lata posyłałem mu maszynopisy kolejnych sztuk czy opowiadań i liczyłem się z jego zdaniem, bo jest to człowiek bezwzględnie uczciwy. A przy tym odważny i niezależny w myśleniu: przypomnę tylko jego opinie o poezji Norwida, które pośród emigracji przyjęte zostały z oburzeniem.
 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Józef Czapski miał mu wtedy powiedzieć: pan nic nie rozumie, bo pan jest człowiekiem dnia, a nie nocy... 

czwartek, 15 sierpnia 2013

Sławomir Mrożek (1930 - 2013)

 

W czwartek rano w Nicei zmarł Sławomir Mrożek, dramatopisarz, prozaik i rysownik - poinformowały na swojej stronie Wydawnictwo Literackie i Oficyna Noir Sur Blanc. Autor m.in. "Tanga" miał 83 lata.

Sławomir Mrożek urodził się 29 czerwca 1930 r. w Borzęcinie niedaleko Krakowa. Po wojnie rozpoczął studia na kilku kierunkach, ale żadnego nie ukończył. Zaczął za to współpracować m.in. z "Dziennikiem Polskim", "Szpilkami", "Po prostu", "Nową Kulturą".

Wydane w 1953 roku zbiory opowiadań: "Opowiadania z Trzmielowej Góry" oraz "Półpancerze praktyczne" stanowiły literacki debiut Mrożka. Jego pierwszą sztuką teatralną był dramat "Policja", wydany w 1958. Dramat "Tango" z 1964 r. przyniósł Mrożkowi światową sławę.

W 1963 wyemigrował. W następnych latach mieszkał we Francji (w Paryżu), następnie osiadł w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Włoszech i Meksyku.

Do Polski wrócił w 1996 roku. Rok po powrocie Sławomir Mrożek został odznaczony przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W 2008 roku Sławomir Mrożek ponownie zdecydował się opuścić kraj. Osiadł wraz z żoną w Nicei.

W 2002 przeżył udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Utracił wtedy możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia. "Baltazar. Autobiografia" ukazała się w 2006 r. Opisał tylko pierwsze 29 lat swojego życia: dzieciństwo i młodość, które spędził w Borzęcinie, Poroninie i Krakowie.  Książkę zadedykował ludziom dotkniętym afazją. Po "Baltazarze" Mrożek przestał pisać. W 2010 r. ukazał się pierwszy tom "Dziennika" obejmujący lata 1962 - 1969.

W 2003 roku został odznaczony Orderem Legii Honorowej. To najwyższe francuskie odznaczenie państwowe.

W 2011 r. Mrożek odwiedził Polskę. Za korespondencję ze Stanisławem Lemem, w postaci wydanych przez Wydawnictwo Literackie Listów Mrożek odebrał Nagrodę Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego.

Mrożek to najczęściej grywany polski współczesny dramaturg, autor satyrycznych opowiadań. W swojej twórczości tropił absurdy i romantyczne stereotypy zakorzenione w mentalności Polaków.

Do języka na stałe weszło określenie "jak z Mrożka". Jan Błoński pisał o nim: "Czegóż ten człowiek w życiu nie pisał, nie rysował, nie reżyserował! Nie bał się wstępniaka, humoreski, skeczu, komedii, dramatu, przypowieści (i powieści), nie mówiąc o opowiadaniu; publiczności polskiej i zagranicznej, wyrafinowanych smakoszy i studenckich teatrzyków...".

Sławomir Morożek uchodził za człowieka bardzo zamkniętego w sobie, małomównego, unikał wywiadów. O dramaturgu krążą anegdoty. Kiedy Maciej Englert przed jednym z wyreżyserowanych przez siebie spektakli, posadził Mrożka w pierwszym rzędzie i podjął próby zabawienia rozmową, pisarz spojrzał na niego ze zdziwieniem i zapytał: "Przepraszam, a kim pan jest?".

- Twórczość Mrożka skrzy się inteligencją, dowcipem, przewrotnością – mówił o nim aktor Jerzy Stuhr. - Bardzo często tak bywa, że sztuka w twórcy wyzwala tę odwagę, której w życiu on nie ma. To takie terapeutyczne działanie. Sławkowi Mrożkowi twórczość jest bez wątpienia potrzebna do pełnego wyrażania siebie.

środa, 15 maja 2013

"W obliczu nadciągających zmór"

Stanisław Lem z Pegazem
List Stanisława Lema do Sławomira Mrożka


Klińskie Roztopiszcza, 11 marca 1962 roku

Bracie w Bycie,
przepraszam za brzmienie tego okrzyku wstępnego, ale nastroić pragnąłem lutnię duszy mojej na ton wysoki, i tak mi się jakoś kiksnęło, a żebym miał wykręcać papier z maszyny i od nowa zaczynać – co to, to za nic. Listów Twoich, Treściami tak Naładowanych, że nie wiem, Worek pod moim łożem madejowym. I byłbym Ci ja z miejsca na ostatni Zew Duszy Twej odpisał, wprost mi się palce do klawiatury Żarzyły, ale myślałem, czy Ty czasem po drodze do Warszawki gdzieś do Genewki lub Konstantynopola nie zboczysz. [...]

Ja tu w obliczu nadciągających zmór. Dom cały, niestety, ma być malowany od środka; garaż cementowany; życie zrujnowane. Porządek cichy, powolne Dżynu sączenie obalone na czas jakiś; piszę rozmaite bzdury, a ostatnio zacząłem pisać wiersze, lecz nie we własnym imieniu, a tylko w imieniu Robotów, per procura niejako. Najpierw zapragnąłem, w obliczu nadciągającej zmiany pokoleń (że niby te roboty nas zastąpią), ocalić dla nich bezcenne skarby literatury naszej ojczystej, no więc przekładam (np. „Cóż to za robot, piękny i młody”) – ale potem ruszyłem śmielej:

Idę samotny borem i Lasem
Choć wszędy wicher i słota
I tylko głucho skrzypię zawiasem
Albo o kamień potknę się czasem
Robot – sierota. [...]

A propos mopsa, mamy małego jamnika, wabi się Pegaz, a tamtego pieseczka mamy też. Co robić; to nie ja sprowadzam tę menażerię do domu. Przybądź kiedy. Mam obecnie martini bianco, gin (London Gin), rum jamaica, Arak, który Jaś Sz. przywiózł z Persyi, likier Chartreuse i wodę sodową; w ten sposób doraźnie udaje mi się czasem nieco zmniejszyć Ból i Rozpacz Istnienia, które dławią i męczą, jak o tym mówią słusznie Podania i Klechdy Starych Robotów.

A w ogóle to powinienem był napisać jakoś całkiem inaczej, ale beztalencie rozpościera się u mnie na dziedzinę epistolografii też. Ty, mój drogi, to umiesz prawdziwe listy pisać z takim zimnym ogniem wewnętrznego uwznioślenia ponad szkieletów ludy, że składam i się tylko cieszę na to pośmiertne ich wydanie. Narobi szumku-huczku, spokojna głowa! Kanalizuj te pasje, wciskaj je w koryta Twórczości i przybywaj, Maestro Vitae Ofaidane, na Kliny, gdzie już skowronek śpiewa.

Your Old Robot

sobota, 27 kwietnia 2013

Następne pięć minut



"Najtrudniej jest przeżyć następne pięć minut. Życie - to jest następne pięć minut. A jednak robimy wszystko, żeby o tym nie myśleć. Plany, nadzieje, lęki - dotyczą przyszłych tygodni, miesięcy, lat, a nawet dziesięcioleci. W nich wyłącznie żyjemy, czyli nie żyjemy, ale wyobrażamy sobie życie. Ze strachu przed następnymi pięcioma minutami? Czy z nudów? Bo następne pięć minut prawie zawsze jest bardzo nieefektowne. Najczęściej trzeba coś przełożyć z miejsca na miejsce, a potem z powrotem na to samo miejsce, wstać, usiąść, zareagować. A jednak nie ma innego życia, tylko najbliższe pięć minut. Reszta to wyobraźnia. (Chyba że wyobraźnia jest życiem. W takim razie odwołuję wszystko). Taka jest prawda". — Sławomir Mrożek

środa, 20 lutego 2013

"Szukam skarbów"

Stanisław Lem

Fragment listu Stanisława Lema do Sławomira Mrożka

24 listopada 1964 roku

"Co ja teraz robię? Robię dosyć śmieszną, głupawą rzecz: szukam skarbów. A to w ten sposób, że znoszę z wypożyczalni książki stare dosyć, różnych tam Gawalewiczów, Gruszeckich, o których możeś nawet i nie słyszał, bo też i nikt poza historykiem literatury chyba wielu nazwisk takich nie zna.

Czytam więc te stare, lekko spróchniałe książki, romanse itp., wszelako wyznać muszę uczciwie, żem skarbów, jak dotąd, nie znalazł, ani nawet ich śladów; a tylko ramoty nieszczęsne, w poczciwości swej i prostocie szalenie nudne, i nie wiem, długoż mi jeszcze sił starczy, aby dalej ten cmentarz moimi zapędami nekrofilskimi znieważać - bo to jest jakaś nekrofilia, dalipan! ale jedno, co i tak pewno zauważyłeś, a to, styl się, mnie taki trochę od tej starzyzny, nią nasiąkłszy, XIX-wieczny zrobił, z taką patyną swojskiego lichego chowu.

Już ja teraz żadnej prassy twórczej naszej nie czytam, i najdziwniejsze, że braku takowego w ogóle nie postrzegam, ani też w sobie i ni na sobie istotnych dziur w świadomości swojej, które by mnie się miały robić, liczne, z tak wrednej ignorancji. Piszę też, tj. mielę na żarnach, moje rakiety, ot tak sobie, z obowiązku, nie bez znudzenia, i żadnej poza tem nie mam rozrywki, co źle zresztą wyraziłem, pisania tego bowiem, pańszczyzną będącego, żadną miarą nie da się rozrywką nazwać".

[W]: Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s.43.

sobota, 19 stycznia 2013

"Sławomir Mrożek przedstawia" (1997) - film Pawła Łozińskiego





Na wstępie realizatorom filmu podyktował warunki. Nie zgodził się na zasadę policyjną, polegającą na tym, że ktoś delikwentowi zadaje pytania, a ten obowiązkowo musi na nie odpowiedzieć. Nie zgodził się też, by miał to być film biograficzny, albo prezentacja sylwetki twórcy. Gotów był zaakceptować jedynie film o sytuacji, w jakiej się znalazł, z którego, być może, wyniknie kim jest i jak się zachowuje. Oświadczywszy to, Sławomir Mrożek gościnnie otworzył bramę wiodącą do jego meksykańskiego rancha "La Epiffania" i oprowadzając po nim gości, skrupulatnie pokazał wszystko: podkowę wiszącą na drzwiach, wyjątkowej urody sęk, śrubę nie wiadomo do czego i garderobę dla psich smyczy. Wyjechał z kraju 33 lata temu, bo czuł się własnością państwa i - jak mówi - nie wiedział kim jest, a chciał się tego dowiedzieć. Zatrzymał się w Rzymie. Potem znalazł się w Paryżu. Wreszcie, mając blisko 60 lat, wyruszył z Francji za ocean. Osiadł w Meksyku. Kupił rancho. Urządzał je i pielęgnował siedem lat. Teraz zdecydował się zostawić ten dom, ogród, psy i wrócić do Polski. Nigdy nie przypuszczał, że znajdzie się w sytuacji bohaterów "Wiśniowego sadu" Czechowa, lecz oto w niej jest. Siedząc przy pierwszym w życiu prawdziwym biurku, które kupił sobie w ramach stabilizacji, mówi o mało spektakularnym, w odróżnieniu od innych, procesie twórczym pisarza. Robiąc przerwy na krótkie spacery po kipiącym zielenią ogrodzie, opowiada o swej młodości, początkach kariery, zerwaniu związków z krajem, swej twórczości, emigracyjnych doświadczeniach, sukcesie i meksykańskim domu. Na koniec kamera wyławia go w tłumie na krakowskiej ulicy. Wrócił, lecz już tego nie komentuje. [PAT]

sobota, 5 stycznia 2013

"W sielskość się zapadłem jak w piernaty"

Zakopane – Krupówki, 1965, fot. B. Łopieński.

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema

Zakopane, 2 stycznia 1963 roku

Dzisiaj w pigeon-hole’u [przegródce] w recepcji znalazłem list Twój. W Zakopanem zostajemy, w Zakopanem. W pierwszy dzień świąt moja żona nadwerężyła sobie rączkę w przegubie na skutek upadku na verglasie [gołoledzi]. Najpierw nie bolało, potem w nocy bolało – i dramatyczne szukania jakiegokolwiek pojazdu w środku nocy, kiedy Boża Dziecina miała już ze 26 godzin życia ludzkiego na ziemi. Szpital i gisp (gips), na szczęście skończyło się na gipsie i przykazaniu, żeby gipsu nie zdejmować przez dwa tygodnie. Więc nie chcę, żebyśmy wracali do Warszawy, dopóki rączka unieruchomiona, bo tutaj nic nie trzeba, tylko pozwolić, żeby gips robił swoje. I dlatego będziemy tutaj do 9, 10 bm.
Zima jest taka, że jestem z niej dumny jako Polak. Nareszcie coś niepołowicznego, coś prawdziwego w tym kraju ułamków. Cudowne tu śniegi i zamrozy, chojary w śniegu puszystym, cisza gór majestatyczna. Na nartach pożyczonych i w butach pożyczonych (natychmiast rany na nogach) zacząłem się uczyć, bardzo mi się spodobało. Kupię sobie własny sprzęt i będę uprawiał.
Sylwester miał miejsce w barze Roma, Cyganie grali. Schodzili też z estrady, grali kobietom do ucha na skrzypcach łkających, w oczy patrząc (za opłatą). Ładnie było, opuściliśmy w porę lokal, więc pozostały poprawne, jak przystało na ludzi kulturalnych, wspomnienia. W sieni za to stał gazda, bardzo pijany, którego kobieta waliła w pysk raz za razem. A on tylko oczy przymykał i prosił: „Jeszcze, jeszcze...”. Szwagier przyjechał ze szwagierką, citroenem starym, tym o długim ryju, co do ścigania wrogów PRL dawniej służył. Więc wiele mieliśmy zabawy z wyciąganiem go ze śniegu to tu, to tam. [...]
Duch mój ostatnio ciężkawy. Przykuty do ciała obżartego, rozbestwionego odcięciem od źródeł odpowiedzialności, od telefonu i wielkomiejskich niepokojów. W sielskość się zapadłem jak w piernaty. A to pospać, a to w okno popatrzeć, przejść się, pochrząkać, gazetkę poczytać, jak Rej istny. Czasem tylko w drzwiach jakaś postać ogromna, niekształtna. Postoi groźnie, pomilczy. To Byt. Z małżonką swoją, tajemnicą, panią Bytową z Eternulskich.

Z okazji Nowego Roku, co tu dużo mówić, co tu ukrywać, masę wszystkiego, dla Was. 

Od gór pozdrowienia, haj.

Sł.

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 206–209.

sobota, 22 września 2012

Zdarzenie

Siedziałem w kawiarni, starej i pustej, i piłem swoja herbatę, kiedy zauważyłem, że przez stolik idzie to, co można by nazwać krasnoludkiem. Bardzo mały osobnik, w szarej marynarce, z teczka. Byłem tak zaskoczony, że w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. Widząc wreszcie, że przechodzień szybko mija pudełko z papierosami, zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika, i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem:
— Halo!
Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawa od dawna oczywista i udokumentowana. 
— Halo! — powtórzyłem niezręcznie. — Wiec... hm... wy jesteście?... 
Wzruszył ramionami. Uświadomiłem sobie swój nietakt: 
— Tak, no... oczywiście, naturalnie. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste... I, chcąc jakoś wybrnąć, dodałem:
— Co słychać?
Pytanie przyjął najzwyczajniej, odpowiadając:
— Po staremu.
— Tak, tak — podchwyciłem chytrze, na wszelki wypadek. — Jasne.
Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości, podniecenia, które ogarnęło mnie od pierwszej chwili, kiedy go zobaczyłem. Dzień był zwyczajny, starzałem się miarowo, jestem obywatelem kraju niedużego, ale i nie najmniejszego, zarabiam na utrzymanie, ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz, kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu życia, rezygnować z niej. Zebrawszy się w sobie, zacząłem układnie: 
— Po staremu. Ale jednak, wie pan, czasami mi się wydaje, że cała powszedniość jest tylko pretekstem, powierzchnia, pod która zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze, i głębsze. Albo w ogóle jakieś znaczenia. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością, ale chyba można to przeczuć. Spojrzał na mnie obojętnie.
— Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki, co my możemy wiedzieć?
— Tak, zgoda — nacierałem. — Ale czy nie trapi pana wrażenie, niepokój, że wszystko jest w gruncie rzeczy inne, niż sądzimy, pomijając już to, że na pewno otacza nas więcej zjawisk, niż dostrzegamy? Że nasze drobne, zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar, który zasłania nam właściwe pole widzenia, żeby stwierdzić, co się za nim znajduje? Pan wybaczy, że ja tak nachalnie; tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju...
— O, nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. — A co do tego, co pan mówił — doprawdy, człowiek jest zbyt zalatany, żeby sobie nabijał głowę takimi sprawami. Trzeba żyć, pan sam wie.
Nie mogłem jednak w to uwierzyć. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy, która — chociażby dzięki samej sytuacji, ustawieniu partnerów — dawała mi tyle możliwości poznania, nawet w pewnym sensie — empirycznego.
— Nieraz, proszę pana — kontynuowałem, chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy, e jednak należy rozwiązywać tajemnice. Tu zwracam się do sztuki. Czuje, e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem miedzy czym a czym? O, wyobraźmy sobie, że to jedno „coś” — to ja, a to drugie „coś” — to pan. W takim razie, gdzie jest sztuka?
— Nie jestem wykształcony, proszę pana — powiedział, daremnie usiłując uwolnić swój guzik. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. — Może pan ma i racje, ale wie pan — tyle jest różnych kierunków. Jedno, co człowiekowi zostaje, to brać życie po prostu.
— Jakże — po prostu?! — krzyknąłem. Oto miałem przed sobą kogoś, kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. Musiałem to wykorzystać.— A co pan sadzi, na przykład — żeby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest życie?
— Proszę pana — perswadował łagodnie. — Powiedziałem już przecie, że my jesteśmy proste krasnoludki, skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot, życie mija, dzień idzie za dniem, każdy z nich trzeba jakoś przeżyć. Przecie pan jest dorosły.
— Właśnie: życie mija! Nigdy nie uwierzę, że mija tak sobie, przecie muszą być jakieś subtelności, podwójne dna, złote ziarno, prawda?
— Panie, spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony, niż można się było spodziewać. — Czy ja wyglądam jakoś tak, że pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności życia, proszę pana, to dobre w książkach, ale nie dla nas, zwykłych krasnoludków, którym z nieba nic nie spadnie.
— Więc nie powie pan, nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia, łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. Wiedziałem, że coś tracę. Puściłem guzik. Byłem rozczarowany i przygnębiony.
— Pan myśli, że ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. — Ale słowo panu daje, nawet jeżeli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju, co pan, to i tak trudno do czegoś dojść, ponieważ ograniczeni jesteśmy, proszę pana, przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. Oto co się liczy. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami.
— Słowo? — upewniłem się, nieco pocieszony.
— Słowo honoru. Ale teraz przepraszam, muszę iść: życie. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia.
Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy.

Sławomir Mrożek "Zdarzenie" [w]: tegoż "Opowiadania".

piątek, 21 września 2012

Złote myśli i sentencje



O Murzynach:


Tam-tam — odpowiedź, jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę.

Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np. „Twoja być biała”), ale: „Pańska być” (np. „Pańska być biała”).

Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi, a to z powodu chrypki, której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych.

Społeczne:

Obsesja — sesja nad rzeka Ob.

Chłopiec na posyłki, który się zestarzał — starzec na posyłki.

Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet, łączcie się!”

O florze, faunie i w ogóle świecie przyrody:

Śnieg: woda w proszku.

Nie w każdej muszli słychać morze.

„Sero venientibus ossa!” — okrzyk, który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad.

Ziemia posiada kształt balona. Kto go z niej zrobił?

O sztuce:

Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty.

Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!”

Rolniku! Myj zęby!

O człowieku:

Człowiek myśli sobie to i owo, ale jednak najczęsciej to.

Ojciec — człowiek, który był przedtem.

Kulinarne:

Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze?

Sanitarne:

Mieć pluskwy nawet w okularach.

Historyczne:

Atylla — pejcz boy.

Transcendentalne:

Samobójstwo: jeżeli ktoś przyłoży sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej.

Światowiec, gdy umrze: zaświatowiec.

Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”.

Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera, który jest w letargu.

„Wiec to na zawsze...” — westchnienie, jakie wydaje się po przybyciu do piekła.


Sławomir Mrożek "Złote myśli i sentencje" [w]: tegoż "Opowiadania".

czwartek, 13 września 2012

O prowadzeniu dziennika


26 października 1962 roku, piątek

We wrześniu, czternaście lat temu, zacząłem pisać dziennik. W październiku, trzy lata temu, spaliłem bez żalu kilkanaście albo dwadzieścia kilka tomów, po dwieście stron blisko każdy. Uczucia dla tego dziennika straciłem już mniej więcej na trzy lata przed spaleniem, prowadziłem go coraz mniej regularnie, w ostatnich latach przed auto da fe zupełnie nie. Monstrum składało się z trzech motywów: potrzeba znalezienia się jakoś sam na sam z czystym papierem (było to na długo przed debiutem), potrzeba załkania przed kimś, choćbym to był ja sam, gromadzenia jakichś doświadczeń, notatek z lektury, poglądów etc. Trzy potrzeby to oczywiście uproszczenie. Ani granica między nimi nie była wyraźna, ani ich liczba nie jest ostateczna. Podobnie z motywami zaprzestania tej akcji. Najprostszy i najbardziej powierzchowny to ten, że zacząłem pisać zawodowo. Rzeczywiście, w miarę jak drukowałem, przestałem się oddawać temu młodzieńczemu rękopiśmiennictwu. Choć prowadziłem dziennik jeszcze długo po tym, jak zostałem „pisarzem”. Te parę kilo moich przeżyć serdecznych spaliłem, oczywiście ze strachu przed niepowołanym czytelnikiem w przyszłości. Zdałem sobie sprawę z tego, że ich przed nim nie uchronię, po włamaniu do mojego krakowskiego pokoju, dokonanym, kiedy byłem w Ameryce. W naszym kraju sejfy nie istnieją, zdaje się, a jeżeli istnieją, to nie mam do nich zaufania. Ale nie tylko dlatego. W owym czasie ogarnął mnie najsilniej strach przed cmentarzem, przed tym, jakim już nie byłem, przed starzyzną. [...] Może wstydziłem się siebie, chciałem się wyprzeć małego, ale garbatego przodka, jakim byłem sam dla siebie. Zresztą nie będę mnożył tłumaczeń. Mniej więcej po trzech latach od daty ogniska, które miało tak ładnie zaznaczyć odejście mojej młodości, a w jakieś sześć po wygaśnięciu owego instynktu samoskargi i mówienia do siebie doznaję podobnego odruchu pisania. [...] Należę do pokolenia, dla którego pojawienie się samolotu na niebie było sensacją. I dlatego piszę na maszynie, a nie moim ukochanym sposobem, piórem i na dobrym papierze. [...] Ale po co właściwie tłumaczę się tak i przed kim? Oczywiście nie trzeba się okłamywać. Warto by ustalić granice, co powinno być sprecyzowane w słowach dla samego siebie, a co pominięte. [...] Ustalmy więc uczciwie: to, co zaczynam, może czytać każdy. Rozmowa towarzyska nie jest dla mnie ani narzędziem, ani sposobem. Tylko za pomocą papieru staję się swobodnym dyskutantem, a próby z magnetofonem dały żałosne rezultaty. Żałuję, że nie mam wyraźnego pisma, bo maszyna do pisania nie jest całkiem obłaskawiona. Mam nadzieję, że się przyzwyczaję do tej formy. Na razie czuję się nieswojo. Koniec przedmowy.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 5–7.

Żródło: Płaszcz zabójcy, 

środa, 5 września 2012

List w butelce

Foto Wojciech Plewiński

Kochany, choć nie znany adresacie. Lub raczej - kochany, bo nie znany. Nie znając się, nie znam twoich  przywar, odstręczających właściwości twojego ciała i twojego charakteru, co mi pozwala zwracać się do ciebie z nieskrępowaną sympatią. Lecz dlaczego właściwie (jeżeli cię nie znam) miałbym odczuwać dla  ciebie sympatię? Odpowiedź: sympatia jest uczuciem krzepiącym, zdrowym, pozytywnym, miłość bliźniego jest zalecana przez wszystkie systemy kościelne i świeckie. To cnota zarówno duchowa jak i socjalna. Funduję ją sobie, abym z kolei ja tobie wydał się sympatyczny. Nie wiem, czy jesteś mężczyzną czy kobietą, stary czy młody, biały czy kolorowy. To niezmiernie ułatwia korespondencję i w ogóle nasze stosunki. Jakże zwulgaryzowałyby się one i skomplikowały, gdybym znał atrybuty twojego poszczególnego istnienia. Chwała Bogu, nic o nich nie wiem i dzięki temu możemy odnaleźć swobodnie, ty i ja, ja z tobą, my razem - w szeroko zakreślonym, ale jakże miłym dla humanistycznego ucha pojęciu: ludzkość. Czy muszę dodawać, że z tego samego względu, aby nie psuć symetrii i tobie z kolei nie utrudniać sympatii do mnie - powstrzymam się od wyjawienia mojej płci, wieku, rasy oraz jakiejkolwiek innej cechy osobniczej? Niech twoja sympatia do mnie kwitnie równie bez przeszkód jak moja do ciebie.

Po tym wstępie przystąpmy do rzeczy. Otóż pragnę gorąco ci zakomunikować, że mamy do spełnienia, to znaczy ty i ja, to znaczy ludzkość wielką i szlachetną misję. Nie pytaj mnie o szczegóły. Wszelkie szczegóły ograniczyłyby nas niepotrzebnie i odebrałyby naszej misji niewątpliwy nadrzędny i ogólny charakter. Szczegóły zawsze prowadzą do nieporozumień, podczas gdy ogólność i nadrzędność nie podlega dyskusji. Poza tym, pytając mnie o szczegóły, przyznałbyś się do niewiedzy w tej wielkiej i wszystkim nam leżącej na sercu sprawie, a to bardzo brzydko by świadczyło o tobie. Zaś chyba dostatecznie jest jasne, że ja komunikuję bynajmniej nie po to, żeby zakomunikować coś, co ja wiem, a czego inni by mogli nie wiedzieć, lecz pragnę jedynie zakomunikować, że wiem to samo co wszyscy. Mam nadzieję, mało, wyrażam głębokie przekonanie, że nasza korespondencja, tak owocnie zaczęta, będzie trwała dalej. Wymiana myśli w stosunkach opartych na wzajemnej sympatii jest nie tylko przyjemna i pożyteczna, lecz również jest naszym obowiązkiem wobec społeczności. Ona to bowiem, ta wymiana, stanowi więź i sprawia, że my, mieszkańcy planety, tworzymy - bez względu na nieistotne, ponieważ pomijane różnice - ogólną, myślącą i sympatyczną społeczność, czyli ludzkość w obliczu zadań. Czekam więc na odpowiedź z pewnością, że wkrótce nadejdzie i będzie tak samo sympatyczna jak mój niniejszy list do ciebie. Adresu nie podaję, żeby nie obniżać poziomu naszych relacji i nie kazić wymiany naszych myśli niesmaczną drobiazgowością. Wystarczy włożyć odpowiedź do butelki, zakorkować i wrzucić do najbliższej wody. Tak jak ja to właśnie robię.

Sławomir Mrożek "List w butelce"