Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kafka Franz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kafka Franz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2013

"Zajęłaś się płomieniem" - Opowieść o Milenie Jesenskiej

"Tygodnik Powszechny", Nr 20 (2810), 18 maja 2003,

http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/20/ksiazki01.php

Opowieść o Milenie Jesenskiej

Mariusz Surosz

Do dziejów literatury powszechnej weszła nie za sprawą własnych książek, ale dzięki namiętności, jaką rozbudziła w jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. "Listy do Mileny" wywołały swego czasu literacką sensację. Ich autor, Franz Kafka, zakochał się w Milenie Jesenskiej, kiedy miał 37 lat.

Chciał, by odeszła dla niego od męża. Przez dwa lata niemal codziennie pisywał do niej, zwierzając się z obaw i lęków. Było to może najważniejsze uczucie, jakim darzył w swoim krótkim życiu kobietę. Milena po latach podsumowała: "Taki już był mój los, że zawsze mogłam kochać tylko słabych mężczyzn". Kafka był jednym z nich.

"Letters to Milena" (a few quotes)


“Sometimes I have the feeling that we're in one room with two opposite doors and each of us holds the  handle of one door, one of us flicks an eyelash and the other is already behind his door, and now the first one has but to utter a word ad immediately the second one has closed his door behind him and can no longer be seen. He's sure to open the door again for it's a room which perhaps one cannot leave. If only the first one were not precisely like the second, if he were calm, if he would only pretend not to look at the other, if he slowly set the room in order as though it were a room like any other; but instead he does exactly the same as the other at his door, sometimes even both are behind the doors and the the beautiful room is empty.”

“I have spent all my life resisting the desire to end it.” 

“German is my mother tongue and as such more natural to me, but I consider Czech much more affectionate, which is why your letter removes several uncertainties; I see you more clearly, the movements of your body, your hands, so quick, so resolute, it’s almost like a meeting.”

 “I miss you deeply, unfathomably, senselessly, terribly.”

 “I am constantly trying to communicate something incommunicable, to explain something inexplicable, to tell about something I only feel in my bones and which can only be experienced in those bones. Basically it is nothing other than this fear we have so often talked about, but fear spread to everything, fear of the greatest as of the smallest, fear, paralyzing fear of pronouncing a word, although this fear may not only be fear but also a longing for something greater than all that is fearful.”

“Written kisses don't reach their destination, rather they are drunk on the way by the ghosts.”
― Franz Kafka, Letters to Milena  

czwartek, 29 sierpnia 2013

Listy pisarzy - Franz Kafka

Max Brod i Franz Kafka

Writing to his close friend Max Brod, then a university classmate who would later become his biographer and literary executor, twenty-one-year-old Franz Kafka muses on the end of summer and the passage of time.

środa, 3 lipca 2013

"Wokoło mnie nic, tylko wir nudy i beznadziejności"

24 stycznia 1915

Z F. w Podmokłym. Uważam za niemożliwe abyśmy się kiedyś połączyli, brak mi jednak odwagi, by to jej wyznać, i w rozstrzygającej chwili samemu sobie. Toteż zbyłem ją raz jeszcze pociechą — idiotycznie, każdy bowiem dzień postarza mnie i czyni bardziej strupieszałym. Powtarzają się dawne bóle głowy, gdy próbuję zrozumieć to, że ona cierpi, a równocześnie jest spokojna i wesoła. Nie powinniśmy wzajemnie zamęczać się ponowną, obszerną pisaniną, byłoby najwygodniej przejść nad tym spotkaniem niby nad faktem oderwanym; lub wierzę — być może —w to, że tutaj się wyzwolę, i będę żył z pisania, i wyjadę za granicę lub dokądkolwiek i będę żył potajemnie z F.? Bo i tutaj nie znaleźliśmy w sobie zupełnie żadnych zmian. Każde z nas mówi sobie po cichu, że druga część dwugłosu jest nieczuła i bezlitosna. Ja — nie przestanę ani trochę rościć sobie pretensji do życia pełnego fantazji, nastawionego wyłącznie na moją pracę — ona, głucha na wszelkie nieme prośby — pragnie przeciętności, komfortowego mieszkania, zainteresowania się fabryką, obfitego jedzenia, wysypiania się od godziny jedenastej wieczorem, opalonego pokoju i nastawia na właściwą minutę mój zegarek, spieszący od ćwierć roku o półtorej godziny. I ona ma rację i miałaby nadal rację; tak, racja jest po stronie F., kiedy poprawia mnie, gdy zwracam się do kelnera: „Przynieś pan gazetę, aż będzie przeczytana”, a ja nie mogę sprostować niczego, gdy mówi o „indywidualnym charakterze” (wymówić można to tylko skrzypliwie), co dotyczy zamierzonego urządzenia mieszkania. F. nazywa obie moje starsze siostry „deskami”, o najmłodszą z nich nie pyta wcale, nie pyta też prawie wcale ani w sposób wyczuwalny nie interesuje się moją pracą. Tak wygląda jedna strona medalu. Ja sam niezdolny jestem i wyjałowiony jak zazwyczaj, nie powinienem mieć czasu na zastanawianie się nad czym innym prócz pytania, czemu się to dzieje, że ktoś ma ochotę pomacać mnie piątym palcem. W krótkich odstępach czasu owiałem trzykrotnie ludzi tym wystygłym oddechem. Tych ludzi z Hellerau, rodzinę R. w Podmokłym i F. F. powiedziała: „Jak rozsądni jesteśmy tutaj oboje”. Milczałem, jak gdyby mój zmysł słuchu został wyłączony w momencie tej sentencji. Przez dwie godziny byliśmy sami w pokoju. Wokoło mnie nic, tylko wir nudy i beznadziejności. Nie przeżywaliśmy z sobą dotychczas ani jednej dobrej chwili, w czasie której odetchnąłbym swobodnie. Słodyczy płynącej ze stosunku do kochanej kobiety, jaką odczuwałem w Zuckmantel i W Rivie — słodyczy tej nie znałem w odniesieniu do F. nigdy, chyba tylko w listach, ograniczając się do niezmiernego podziwu, uległości, współczucia, rozpaczy i pogardzania samym sobą. Czytywałem jej też to i owo, niemile obijały się zdania jedno o drugie; żadnego kontaktu ze słuchaczką, która przymknąwszy powieki i leżąc na kanapie, wchłaniała bez słowa treść. Półgłośna prośba o pozwolenie zabrania i przepisania rękopisu. Przy opowiadaniu o odźwiernym żywsza uwaga i bystrzejsza obserwacja. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę ze znaczenia tej noweli; F. również pojęła ją jak należy, co nie przeszkadza, że potem godziliśmy w nie z gruba ciosanymi uwagami, czemu ja dałem początek. Trudności, na jakie napotykam, rozmawiając z ludźmi —na pewno dla ludzi tych niepojęte — mają źródło w tym, że moja myśl, lub trafniej treść mej świadomości, jest zupełnie mglista; że w tym wszystkim — jeśli chodzi tylko o mnie — spoczywam spokojnie i czasem zadowolony z siebie; a tymczasem rozmowa z ludźmi wymaga pointy, podtrzymania i powiązania, więc rzeczy, których mi brak. Nikt nie zechce przebywać ze mną w oparach mgły, a gdyby nawet zechciał, to nie potrafię przepędzić mgły z czoła, między dwojgiem ludzi ona zresztą rozwiewa się i nicestwieje. F. bardzo nakłada drogi, jadąc przez Podmokły, fatyguje się zdobywaniem paszportu, musi ścierpieć mnie po nie przespanej nocy i na domiar złego jeszcze wysłuchać prelekcji, a wszystko to jest nonsensem. Czy cierpi z tego powodu, tak jak ja? Na pewno nie, nawet przyjąwszy jednakową wrażliwość. Nie ma w niej przecież poczucia winy. Moja diagnoza była trafna i przyznano jej rację: każde z nas kocha swego partnera takim, jakim on jest. Ale będąc sam taki, jaki jest, wie dobrze, że z partnerem swoim nie potrafi żyć. Duet: dr W. stara się mnie przekonać, że F. jest warta nienawiści, zaś F. stara się mnie przekonać, że W. jest wart nienawiści. Wierzę obojgu i kocham lub staram się kochać oboje.

Franz Kafka "Dziennik".

środa, 6 marca 2013

"Dwie odrębne planety"



Przeczytałem Jarosława Haśka „Historię Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa)”. Świetna i bardzo haszkowsko-szwejkowska. Jakże pogodna, zabawna i otwarta jest w tej książce Europa Wschodnia roku 1911! Jedzą, piją, lulki palą w Pradze, na Węgrzech, w Sofii i Wiedniu. 

Haśek: ur. 1883 - zm. 1923
Kafka: ur. 1883 - zm. 1924

Rzadko zwraca się uwagę, że byli to rówieśnicy mieszkający i piszący w tym samym czasie, w tym samym mieście - a jednak tak różni! Jasny, ciepły, jowialny Haśek i zamknięty, mroczny, przejmujący Kafka. Ich światy tak inne, ich wyobraźnie - dwie odrębne planety.

Ryszard Kapuściński "Lapidaria I-III. Tom 6", Czytelnik, Warszawa 2006, s.122.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Światła, cienie, odblaski

Franz Kafka ze swoją ulubioną siostrą Ottlą

4 października 1911 

Jestem niespokojny i nabrzmiały jadem. Wczoraj przed zaśnięciem czułem w górze czaszki, po lewej stronie, chybotliwy, chłodny płomyczek. Ponad moim lewym okiem zadomowiło się już na dobre jakieś napięcie. Gdy myślę, wówczas wydaje mi się, że w biurze nie wytrzymałbym nawet, gdyby mi powiedziano, że do miesiąca będę wolny. A przecież spełniam tam prawie wszystkie swoje obowiązki, jestem całkiem spokojny, gdy tylko mogę być pewny zadowolenia swego szefa i nie odczuwam własnego stanu jako czegoś przerażającego. Zresztą wczoraj wieczór rozmyślnie głupio postąpiłem, poszedłem na przechadzkę, czytałem Dickensa, potem uczułem się trochę zdrowszy i utraciłem siłę potrzebną do smutku; uważałem go za uzasadniony, chociaż było mi tak, jakby ten smutek odsunął się nieco w dal, w związku z czym miałem nadzieję na lepszy sen. Był tez ów sen nieco głębszy, nie dość jednak, i często przerywany. Na pociechę powiedziałem sobie, żem wprawdzie ponownie stłumił wielkie wzburzenie zamknięte we mnie, jednak nie chciałem wypuścić samego siebie z rąk, tak jak zawsze dawniej po takich okresach, lecz pragnąłem zachować dokładną świadomość owego wzburzenia; czego nigdy przedtem nie czyniłem. Może tym sposobem zdołałbym wykryć w sobie jakąś ukrytą odporność.

Pod wieczór w moim pokoju na kanapie w ciemności. Dlaczego trzeba dłuższego czasu na rozpoznanie jakiejś barwy, później jednak, skoro ostatecznie skłoniliśmy się w myśli ku czemuś i uzyskaliśmy pewność, coraz to szybciej wzrasta nasze przekonanie co do tej barwy. Kiedy na szklane drzwi pada od zewnątrz światło z przedpokoju równocześnie z światłem z kuchni, to zielonkawy lub raczej, aby nie zmniejszyć pewności wrażenia, zielony blask leje się szybami prawie do samego dołu. Gdy się teraz światło w przedpokoju skręci i gdy pozostanie tylko światło kuchenne, wtedy szyba bliższą kuchni staje się ciemnobłękitna, druga zaś szyba białobłękitna; tak dalece białawo, że rozpływa się w tym kolorze cały ornament na matowym szkle (stylizowane makówki, wąsy roślinne, przeróżne czworokąty i liście).

Światła i cienie rzucane przez elektryczne lampy z dołu, z ulicy i mostu na ściany i sufit są bezładne, częściowo zamazane, zachodzące na siebie i trudne do zbadania. Bo przy zakładaniu elektrycznych lamp łukowych i przy urządzaniu tego właśnie pokoju nie zatroszczył się nikt po kobiecemu o to, jak mój pokój, widziany o tej porze z kanapy, będzie wyglądał bez własnego, wewnętrznego oświetlenia.

Odblask rzucany przez jadący na dole tramwaj ku górze, na sufit, przejeżdża białawo, mglisto — utykając wskutek mechanicznych przeszkód wzdłuż jednej ze ścian sufitu, załamany na krawędzi. Globus, który stoi w bezpośrednim, świeżym, pełnym odblasku ulicznego oświetlenia na bieliźniarce, powleczonej od góry czysta, zielonkawa poświata, ma punkt świetlisty na swej krągłości i wygląda tak, jak gdyby raził go jednak zbyt silny blask, chociaż światło muska jego łysinę tylko przelotnie i zostawia go raczej w brunatnym półmroku na kształt skórzanego jabłka. światło z przedpokoju, które tworzy na ścianie nad łóżkiem szeroka plamę jasności z wygiętym konturem ograniczonym przez wezgłowie łózka, spycha łózko, zda się, w oka mgnieniu w dół, poszerza jego ciemne ramy, podnosi sufit nad łóżkiem.

5 października 1911

Po raz pierwszy od paru dni nawrót niepokoju, nawet przed tą pisaniną. Wściekłość na moją siostrę, która przychodzi do pokoju i siada przy stole z jakąś książką. Wyczekiwanie na najbliższą sposobność rozpętania tej wściekłości. Nareszcie bierze jakiś bilet wizytowy z tacki i dłubie nim w zębach. Ze słabnąca wściekłością, po której pozostaje mi w głowie tylko kłujący osad, i z początkiem ulgi oraz ufności biorę się do pisania.

Franz Kafka „Dziennik 1910-1923”.

niedziela, 25 listopada 2012

Sen Franza Kafki

9 października 1911

Gdybym miał dożyc do czterdziestego roku życia, poślubiłbym prawdopodobnie stara pannę ze sterczącymi siekaczami, które odsłania trochę górna warga. Górne środkowe zęby panny K., która była w Paryżu i w Londynie, zachodzą na siebie niby na chwile skrzyżowane nogi. Ale czterdziestego roku nie dożyję chyba, przeciw temu przemawia na przykład pojawiające się często w lewej połowie mej czaszki napięcie, które odczuwam jak wewnętrzny wrzód; ono zaś, abstrahując od niemiłych doznań na rzecz czystej obserwacji, sprawia na mnie takie samo wrażenie, jak widok przekrojów czaszki w podręcznikach szkolnych albo jak prawie bezbolesna sekcja żywego ciała, podczas której nóż, trochę chłodząc, ostrożnie, zatrzymując się często i powracając, a nieraz leżąc spokojnie, rozcina jeszcze subtelniej cieniuteńkie błonki tuz przy funkcjonujących częściach mózgu. 

Sen dzisiejszej nocy, nawet rano nie uważałem go jeszcze za piękny z wyjątkiem jednej tylko, małej, komicznej scenki, złożonej z dwu sprzecznych spostrzeżeń, która wywołała owo niezmierne uczucie zadowolenia, a którą mimo to zapomniałem.

Szedłem — czy towarzyszył mi zaraz od początku Maks, nie wiem — obok długiego szeregu domów na wysokości pierwszego lub drugiego piętra, tak jak w pociągach przedostajemy się z wagonu do wagonu. Szedłem bardzo szybko, po części może dlatego, bo czasem dom był tak nadwerężony, ze już to samo skłaniało do pospiechu. Drzwi pomiędzy domami nie zwracały wcale mojej uwagi, była to po prostu olbrzymia amfilada pokoi, a przecież można było zdać sobie sprawę z rozmaitości nie tylko poszczególnych mieszkań, lecz nawet domów. Może były to same pokoje z łóżkami — te, które mijałem. Pozostało mi we wspomnieniu jedno charakterystyczne łózko stojące z boku, na lewo ode mnie, przy ciemnej czy tez brudnej i może skośnej, jak bywa na poddaszach, ścianie z niskim stosem pościeli i z kocem, a raczej tylko zgrzebna chusta płócienna, która skopana nogami tego, co tam spał, zwisała rąbkiem ku ziemi. Uczułem się zawstydzony, że w porze, gdy wiele osób jeszcze leży w łóżkach, przechodzę przez ich pokoje, szedłem więc na palcach, wielkimi krokami, spodziewając się w ten sposób dać jakoś do zrozumienia, że przechodzę tylko dlatego, bo muszę, bo na wszystko w miarę możności uważam, wiec stąpam lekko, że moje przechodzenie nie ma po prostu żadnego znaczenia. Z tych też względów nie zwracałem nigdy w żadnym pokoju głowy w bok, widząc tylko to, co mieściło się po prawej stronie, w kierunku ulicy, albo po lewej, w kierunku tylnej ściany. Szereg mieszkań przeplatały często burdele, które jednak mijałem szczególnie szybko, choć z ich powodu, jak mi się zdawało, podjąłem te wędrówkę, tak że nie zauważyłem nic prócz ich istnienia. Ale ostatni pokój spośród wszystkich mieszkań był znowu burdelem, i tu już zatrzymałem się. Ściana naprzeciw drzwi, przez które wszedłem, ostatnia zatem w rzędzie domów, była albo szklana, albo w ogóle rozwalona, tak że krocząc dalej byłbym runął w dół. Bardziej nawet jest prawdopodobne, że była rozwalona, gdyż przy samym skraju podłogi leżały dziewki. Dwie widziałem wyraźnie na ziemi, jednej z nich zwisała głowa nieco poza krawędź w wolną przestrzeń, w głąb. Ściana na lewo była mocna, natomiast ściana z prawej strony nie była pełna, widać było czeluść podworca, chociaż nie do dna, a szare, grożące zawaleniem się schody wiodły do licznych pomieszczeń dolnych. Sadząc po świetle w pokoju, sufit był taki jak w innych pokojach. Zadawałem się specjalnie z tą dziewką, której głowa zwisała w dół, zaś Maks z tą, co leżała na lewo od niej. Macałem jej łydki, a potem przez dłuższy czas gniotłem systematycznie jej uda. Moja rozkosz była przy tym tak wielka, aż mnie dziwiło, iż za tę zabawę, która przecież była właściwie najpiękniejsza, nie potrzeba było płacić. Byłem przekonany, że ja (i tylko ja) oszukuję świat. Wtem dziewka, nie ruszając z miejsca nóg, podniosła swój tułów i ukazała mi plecy pokryte ku memu przerażeniu wielkimi, czerwonymi jak lak, kolistymi plamami o blednących brzegach i o rozsypanych miedzy nimi czerwonych wypryskach. Dopiero teraz zauważyłem, że całe jej ciało było pełne tego; że swój kciuk na jej udach trzymałem na takich właśnie plamach i że na mych palcach osiadły również czerwone cząstki jakby rozbitej pieczęci. Cofnąłem się w gromadę mężczyzn. Zdawało się, że czekają przy ścianie u wylotu schodów, po których chodziło niewielu ludzi. Czekali tak, jak wieśniacy w niedzielne rano tłoczą się na targu. Dlatego była też niedziela. I tu rozegrała się komiczna scena, mianowicie ktoś, kogo obaj z Maksem mieliśmy powody się lękać, oddalił się, potem wrócił po schodach na górę, podszedł do mnie i, podczas gdy ja oraz Maks ze strachem oczekiwaliśmy od niego jakiejś straszliwej pogróżki, zadał zabawnie głupkowate pytanie. Potem, stojąc tam dalej, przyglądałem się zatroskany, jak nieustraszony Maks siedział w tym lokalu gdzieś na lewo, na ziemi, i jadł gęstą kartoflankę, z której na kształt dużych kul sterczały ziemniaki, zwłaszcza jeden. Wciskał je łyżką czy może dwiema łyżkami do zupy albo obracał je tylko.

Franz Kafka „Dziennik 1910-1923”.

niedziela, 14 października 2012

Taki więc jestem

Niedziela, 19 lipca 1910, spałem, budziłem się, spałem, budziłem się, nędzne życie. Gdy się nad tym zastanawiam, muszę wyznać, że moje wychowanie zaszkodziło mi bardzo pod niejednym względem. Bo przecież nie wychowano mnie gdzieś na ustroniu czy w jakiejś ruinie wśród gór — przeciwko temu nie mógłbym zdobyć się na choćby słowo zarzutu. Ryzykując, że cały szereg mych dawnych nauczycieli nie będzie w stanie tego pojąć, przyznaję, że chętnie, bardzo chętnie byłbym takim małym mieszkańcem ruin, opalonym od słońca, które pośród gruzów świeciłoby mi na mdły bluszcz, chociażbym nawet na początku osłabł pod naporem własnych moich zalet, które wybujałyby we mnie z uporczywością chwastu. Gdy się nad tym zastanawiam, muszę wyznać, że moje wychowanie zaszkodziło mi bardzo pod niejednym względem. Ten zarzut godzi w mnóstwo ludzi, mianowicie w moich rodziców, w paru krewnych, w niektórych odwiedzających nasz dom, w rozmaitych pisarzy, w pewną ściśle określoną kucharkę, która przez cały rok odprowadzała mnie do szkoły, w zgraję nauczycieli (którą muszę ścisnąć we wspomnieniu, inaczej ten i ów wymknie mi się; ale żem ją tak mocno stłamsił, całość tu i ówdzie rozsypuje się znowu), w pewnego inspektora szkolnego, w powoli wlokących się przechodniów, krótko mówiąc, zarzut ten przekłuwa kręto jak sztylet całe społeczeństwo i nikt — powtarzam — niestety nikt nie jest zabezpieczony przed nagłym pojawieniem się kiedyś czubka sztyletu z przodu, z tyłu, z boku. Na ów zarzut nie chcę słyszeć żadnej repliki, gdyż słyszałem ich już zbyt wiele, a że w większości ich udowodniono również, że nie mam racji, włączam te repliki do mego zarzutu i oświadczam, że moje wychowanie i te wywody pod niejednym względem bardzo mi zaszkodziły.[...]

24 grudnia. Przyjrzałem się teraz dokładniej swemu biurku i zrozumiałem, że nic dobrego zrobić na nim nie można. Tyle gratów leży tu bezładnie, tworząc nieład nie uporządkowanych przedmiotów, bez rytmu i bez jakiej bądź harmonii, która czyni zresztą wszelki nieład znośnym. Niech tam sobie na zielonym suknie będzie nieporządek, jaki chce. Bywało to dopuszczalne również na parterze dawnych teatrów. Ale żeby z miejsc stojących... (ciąg dalszy jutro)

25 grudnia. ...z otwartej przegrody pod nasadą stołu sterczały na kształt schodów nie oprawione tomy starych gazet, katalogi, widokówki, listy, wszystkie częściowo podarte, częściowo otwarte w formie schodów; ten niegodziwy stan psuje wszystko. Poszczególne, stosunkowo duże graty na parterze występują najwyraźniej, jakby wolno było w teatrze, aby na widowni kupiec porządkował swoje handlowe księgi, cieśla walił młotem, oficer machał szabla, duchowny przemawiał do serc, uczony do rozumu, polityk do obywatelskiego sumienia, aby zakochani nie krępowali się itd. Tylko na moim biurku stoi na baczność lustro do golenia tak, jak się je używa przy goleniu; szczotka do ubrań leży na stole, odwrócona swoją szczeciniastą powierzchnią, portmonetka drzemie otwarta, na wypadek gdybym chciał płacić, z pęku kluczy wystaje jeden gotowy do dzieła, a krawat owija się jeszcze strzępem wokół zrzuconego kołnierzyka. Sąsiadująca od góry, zwężona nieco przez małe zamknięte boczne szufladki, otwarta przegroda nasady stołu to nic innego jak rupieciarnia; to niby niski balkon widowni, właściwie najbardziej rzucającą się w oczy część teatru, zarezerwowaną dla najpospolitszej hołoty, dla starych światowców, u których brud powoli wypełza z wnętrza na zewnątrz, dla ordynarnych dryblasów, którzy zwieszają nogi przez poręcz balkonu. Rodziny z takim mnóstwem dzieci, że ogarnia się je tylko przelotnym spojrzeniem, nie mogąc ich się doliczyć, zostawiają tu brud ubogich Izb dziecinnych (przecież już chlupie na parterze); w mrocznej czeluści siedzą nieuleczalnie chorzy, widać ich na szczęście tylko wtedy, gdy się w głąb błyśnie światłem itd. W tej przegrodzie leżą stare papiery, które dawno już bym wyrzucił, gdybym miał kosz na papiery, ołówki z połamanymi szpicami, puste pudełko od zapałek, przycisk na listy z Karlovych Varów, liniał o krawędzi, której wyboistość większą jest niż na wiejskiej drodze, sporo spinek do kołnierzyków, tępe nożyki do brzytwy (dla tych rzeczy nie ma miejsca na świecie), przytrzymywacze do krawatów i jeszcze jeden ciężki, żelazny przycisk na listy. W wyższej przegrodzie — nędza, nędza, a przecież zamiar był dobry. Jest wszakże północ, ale — ponieważ wyspałem się bardzo dobrze — jest to tylko częściowym usprawiedliwieniem, skoro za dnia w ogóle nic nie napisałem. Zaświecona żarówka, zaciszne mieszkanie, ciemność za oknem, ostatnie chwile czuwania —oto, co mnie uprawnia do pisania najnędzniejszych choćby miernot. Korzystam spiesznie z tego prawa. Taki więc jestem.

26 grudnia. Przez dwa i pół dnia byłem, niezupełnie zresztą, sam, i już — jeślim nawet nie przeobraził się —jestem na drodze do tego. Samotność ma nade mną moc nigdy niezawodną. Moje wnętrze rozluźnia się (na razie na powierzchni tylko) i jest gotowe ujawnić jeszcze większą głębię. Trochę ładu zaczyna dokonywać się we mnie i niczego nie potrzebuję bardziej, gdyż nieład przy nikłych zdolnościach to zło najgorsze.

27 grudnia. Moje siły nie wystarczają już, by napisać jakiekolwiek zdanie. Ach, gdyby chodziło tylko o słowa, gdyby dość było dopisać jedno słowo i odwrócić się spokojnie i z przeświadczeniem, że się to słowo całkowicie wypełniło sobą. Częściowo przespałem popołudnie, czuwając rozważałem niektóre przeżycia miłosne w mojej młodości, utknąłem zły na pewnej zmarnowanej sposobności (leżałem wówczas trochę przeziębiony w łóżku, a moja guwernantka czytała mi głośno Sonatę Kreutzerowską, przy czym umiała rozkoszować się moim podnieceniem), zastawiłem sobie jarską kolację, doznałem przyjemności trawienia oraz obawy, czy światło mych oczu wystarczy mi na całe życie.

Franz Kafka "Dziennik".

piątek, 12 października 2012

Głodomór


"W ostatnich dziesiątkach lat zainteresowanie głodomorami bardzo osłabło. Podczas gdy dawniej urządzanie tego rodzaju przedstawień na własny rachunek dobrze się opłacało, teraz jest to zupełnie niemożliwe. Były inne czasy. Niegdyś głodomorem zajmowało się całe miasto; od jednego do drugiego dnia głodu wzrastało zaciekawienie, każdy pragnął zobaczyć głodomora przynajmniej raz dziennie, później pojawiali się abonenci, którzy przez cały dzień siedzieli przed mała, okratowana klatka; pokazy odbywały się także w nocy, dla większego wrażenia przy świetle pochodni; w dni pogodne wynoszono klatkę na dwór i wtedy pokazywano głodomora zwłaszcza dzieciom; podczas gdy dla dorosłych był on często jedynie rozrywka, w której brali udział, ponieważ taka była moda, to dzieci pełne podziwu, z otwartymi ustami, dla pewności trzymając się za ręce, patrzyły, jak on, blady, w czarnym trykocie, z silnie wystającymi żebrami, gardząc nawet krzesłem, siedział na rozrzuconej słomie, czasem uprzejmie się kłaniając, z wymuszonym uśmiechem odpowiadał na pytania, wyciągał także ramię przez kraty, aby można było dotknąć jego chudości, lecz potem znowu całkiem zamykał się w sobie, nie troszczył się o nikogo, nie dbał nawet o tak ważne dla niego uderzenie zegara, który był jedynym meblem w klatce, tylko patrzył przed siebie z zamkniętymi prawie oczyma i od czasu do czasu upijał troszeczkę wody z maleńkiej flaszeczki, aby zwilżyć sobie wargi. 

Poza zmieniającymi się widzami byli tu także stali dozorcy wybrani przez publiczność, dziwnym przypadkiem zazwyczaj rzeźnicy, którzy, zawsze trzej równocześnie, mieli za zadanie pilnować głodomora dniem i nocą, aby w jakiś tajemniczy sposób nie przyjął on jednak pożywienia. Ale była to tylko formalność wprowadzona dla uspokojenia mas, gdyż wtajemniczeni widzieli dobrze, że głodomór podczas głodówki nie zjadłby nawet okruszyny nigdy, w żadnych okolicznościach, nawet pod przymusem; zabraniał tego honor jego sztuki. Oczywiście nie każdy dozorca umiał to zrozumieć, trafiały się nieraz nocne grupy dozorców, którzy odbywali straż bardzo niedbale, umyślnie siadali razem w odległym kacie i tam pogrążali się w grze w karty z oczywistym zamiarem użyczenia głodomorowi małego posiłku, którego, ich zdaniem, mógł zaczerpnąć z jakichś ukrytych zapasów. Nic nie sprawiało głodomorowi większej przykrości niż tacy dozorcy; doprowadzali go do rozpaczy, czynili mu głodowanie straszliwie ciężkim; nieraz, wiec przezwyciężał swoje osłabienie i w czasie takiego dozorowania śpiewał tak długo, jak tylko wytrzymywał, aby pokazać tym ludziom, jak niesłusznie go podejrzewali. Ale niewiele to pomagało; podziwiali tylko jego zręczność, że nawet w czasie śpiewu potrafi jeść. O wiele milsi byli mu dozorcy, którzy siadali przy klatce, nie zadowalali się mętnym nocnym oświetleniem sali, lecz kierowali na niego nocne światła elektrycznych lampek kieszonkowych, których dostarczał im impresario. Rażące światło nie przeszkadzało mu wcale, spać nie mógł przecież w ogóle, a trochę zdrzemnąć się potrafił zawsze, przy każdym oświetleniu i o każdej godzinie, także w przepełnionej, hałaśliwej sali. I z takimi dozorcami zawsze był gotów przepędzić cała noc bez snu; gotów był żartować z nimi, opowiadać im historie ze swego wędrownego życia, potem znowu słuchać ich opowiadań, a wszystko tylko, dlatego, aby nie usnęli i aby im wciąż na nowo mógł udowadniać, że nie ma w klatce niczego do jedzenia i że głoduje tak, jak żaden z nich by nie potrafił. 

Ale najszczęśliwszy był wtedy, gdy nadchodził poranek i przynoszono mu, na jego rachunek, bardzo obfite śniadanie, na które rzucali się z apetytem zdrowych mężczyzn będących po nużącej nocy spędzonej na warcie. Co prawda byli nawet ludzie, którzy w tym śniadaniu chcieli widzieć nieuczciwy środek wpływania na dozorców, ale tego było już za wiele, i gdy ich pytano, czyby też dla samej sprawy, bez śniadania, chcieli się podjąć nocnej straży, wycofywali się, upierając się jednak przy swoich podejrzeniach. Należały one zresztą do podejrzeń, których nie można oddzielić od głodowania w ogóle. Nikt przecież nie był w stanie spędzić przy głodomorze wszystkich dni i nocy bez przerwy jako strażnik, nikt wiec nie mógł stwierdzić na własne oczy, czy naprawdę głodowano bez przerwy i nienagannie, mógł to wiedzieć tylko sam głodomór, a wiec tylko on mógł być równocześnie zupełnie zadowalającym świadkiem swojego głodowania. On jednak - z innego znowu powodu - nigdy nie był zadowolony, możliwe, że to wcale nie wskutek głodowania wychudł tak bardzo, iż pewni ludzie z żalem musieli trzymać się z dala od pokazów, bo nie znosili już jego widoku - może wychudł tak wskutek niezadowolenia z samego siebie. Gdyż tylko on jeden wiedział i poza nim nie wiedział tego nawet nikt wtajemniczony, jak łatwe było głodowanie. To była najłatwiejsza rzecz na świecie. I nie ukrywał też tego, ale nie wierzono mu, w najlepszym razie uważano go za człowieka skromnego, ale najczęściej za szukającego reklamy albo wprost za oszusta, któremu głodowanie przychodzi łatwo dlatego, że potrafił uczynić je sobie łatwym, i który ma jeszcze czelność na pół do tego się przyznać. 

To wszystko musiał znosić i z upływem lat przyzwyczaił się też do tego, ale zawsze gryzło go wewnętrznie to niezadowolenie i nigdy jeszcze, po żadnym okresie głodowania - to świadectwo musi się mu wystawić - nie opuścił dobrowolnie klatki. Jako najdłuższy czas głodowania ustalił impresario dni czterdzieści, i ponad to nie pozwolił mu nigdy głodować, nawet w stolicach świata, i słusznie. Zgodnie z doświadczeniem mniej więcej przez czterdzieści dni można było przez wzrastająca stopniowo reklamę podniecać coraz bardziej zainteresowanie miasta; potem jednak publiczność zawodziła i stwierdzano istotny spadek frekwencji; istniały oczywiście w tym względzie drobne różnice miedzy miastami i krajami, ale jako regułę przyjmowało się, że czterdzieści dni było okresem najdłuższym. Wtedy wiec, w czterdziestym dniu, otwierano drzwi uwieńczonej kwiatami klatki, zachwyceni widzowie wypełniali amfiteatr, grała orkiestra wojskowa, dwaj lekarze wkraczali do klatki, aby przeprowadzić na głodomorze konieczne pomiary, przez megafon obwieszczano sali rezultaty, i w końcu podchodziły dwie młode damy, szczęśliwe, że je właśnie wybrano, i chciały wyprowadzić głodomora z klatki po paru stopniach, tam gdzie na małym stoliczku przygotowano starannie dobrany posiłek, jaki podaje się choremu. I w tym momencie głodomór zawsze się wzbraniał. Wprawdzie kładł jeszcze dobrowolnie swoje kościste ramiona w przyjaźnie wyciągnięte ręce nachylonych ku niemu dam, ale powstać nie chciał. Dlaczego zaprzestać właśnie teraz, po czterdziestu dniach?".

Franz Kafka "Głodomór" (fragment).

czwartek, 11 października 2012

Piszę to z rozpaczy

Piszę to bez wątpienia z rozpaczy z powodu swego ciała i swej przyszłości z tym ciałem. Jeżeli rozpacz przejawia się tak wyraźnie, jeśli tak mocno wiąże się ze swym przedmiotem i jeśli powściąga się ją tak jak żołnierz, który osłania odwrót, gotów dać się dla sprawy rozszarpać — to nie jest jeszcze właściwa rozpacz. Rozpacz właściwa natychmiast i zawsze prześciga swój cel, (po tym przecinku stało się jasne, że tylko pierwsze zdanie było prawdziwe). Popadłeś w rozpacz? Tak? Popadłeś w rozpacz? Uciekasz? Chcesz się skryć? Co mówią pisarze, śmierdzi.

Nareszcie po pięciu miesiącach mojego życia, kiedy nie mogłem napisać nic takiego, co by mnie zadowoliło, po miesiącach, których mi nie wynagrodzi żadna moc, chociażby nawet wszystkie moce miały ten obowiązek, przychodzi mi na myśl, by znowu się wypowiedzieć. Jeszcze ciągle odpowiadałem na własne pytania — o ile istotnie zadałem je sobie — jeszcze ciągle trzeba było to coś wymłócać z siebie, z tej sterty słomy, jaką jestem od pięciu miesięcy, i której, wydaje się, jest przeznaczeniem, aby ją w lecie podpalić i by spłonęła prędzej, niż widz zdąży mrugnąć okiem. Gdyby choć mogło się to na mnie dokonać! A dokonać się na mnie powinno dziesięciokrotnie, gdyż nie kajam się nawet za ów czas nieszczęsny. Stan mój, nie będąc nieszczęściem, nie jest też i szczęściem; to nie obojętność, nie słabość, nie znużenie, nic też takiego, co by mogło zaciekawiać, cóż to jest zatem? Moja niewiedza pozostaje zapewne w związku z moją nieumiejętnością pisania. Te zaś rozumiem, jak sądzę, nie znając jej przyczyny. Wszystkie mianowicie sprawy, jakie tylko przychodzą mi na myśl, jawią się mym myślom nie od korzenia, lecz dopiero gdzieś około połowy źdźbła. Niech teraz ktoś spróbuje utrzymać je w ręce; niech spróbuje ktoś trzymać w ręku trawę i siebie samego na niej, gdy ona zaczyna rosnąć dopiero od środka łodygi. Zapewne, niektórzy ludzie potrafią to, na przykład żonglerzy japońscy, wspinający się po drabinie, opartej nie o ziemię, lecz o uniesione w górę pięty kogoś, na pół leżącego, i która nie przytyka do ściany, lecz sterczy tylko w powietrzu. Ja tego nie potrafię, nie mówiąc już o tym, że moja drabina nie ma do dyspozycji nawet wspomnianych pięt. To jeszcze nie wszystko, oczywiście, i takie zapytanie nie skłoni mnie jeszcze do mówienia. Trzeba jednak, aby co dzień przynajmniej jedna linijka była wycelowana we mnie, tak jak teleskop wycelowany jest w stronę komety. Gdybym kiedyś przed tym zdaniem zjawił się sam, zwabiony owym zdaniem, podobnie jak na przykład w ostatnie Boże Narodzenie, kiedy zabrnąłem tak daleko, że ledwie z trudem zdołałem siebie sam rozumieć i wydawało się naprawdę, że stoję na najwyższym szczeblu swej drabiny, która stała jednak spokojnie na ziemi, przytknięta do ściany. Ale na jakiej ziemi i do jakiej ściany! I mimo wszystko ta drabina nie runęła, tak przyciskały ją moje stopy do ziemi, tak przechylały ją moje stopy ku ścianie. Dziś na przykład trzy razy zachowałem się bezczelnie względem pewnego konduktora, względem kogoś, kogo mi przedstawiano, ach tak — tylko dwa razy, ale boli mnie to jak ból brzucha. Ze strony każdego człowieka byłaby to bezczelność, cóż dopiero z mojej strony. Wyszedłem więc ze siebie, walczyłem w powietrzu, w mgle, i co najgorsze: nie zauważył nikt, że również w odniesieniu do towarzyszących mi ludzi popełniałem bezczelność jako bezczelność, musiałem ją popełniać, musiałem okazywać właściwy wyraz twarzy i ponosić za to odpowiedzialność; jednak to, co najprzykrzejsze, zdarzyło się wówczas, gdy ktoś z mych znajomych zrozumiał bezczelność nawet nie jako cechę charakteru, lecz jako sam charakter, i zwrócił mi uwagę na nią i podziwiał ją. Dlaczego nie tkwię w swojej skórze? Teraz mówię sobie co prawda: patrz, świat pozwala, abyś go bił, konduktor i ten ktoś przedstawiony zachowali spokój, gdy odchodziłeś, ten drugi ukłonił się nawet. Ale to nie znaczy nic. Nie zdołasz niczego osiągnąć, jeśli się opuścisz, a na domiar złego, ile tracisz w swoim własnym kręgu. Na taka przemowę odpowiadam tylko: i ja pozwoliłbym raczej wychłostać się w owym kręgu, niż poza kręgiem chłostać sam, ale gdzież do diabła jest ten krąg? Przez pewien czas widziałem go, leżał na Ziemi, jakby pochlapany wapnem, lecz teraz buja tylko gdzieś koło mnie, a nawet wcale już nie buja. Pamiętna z powodu komety noc 17 na 18 maja. Byłem razem z Bleiem [Franz Blei (ur. 1871), pisarz, eseista i tłumacz] jego żoną i jego dzieckiem, chwilami słyszałem z własnego wnętrza niby pisk małego kota, mimochodem, lecz ciągle. Ileż dni minęło znów bezgłośnie; dziś mamy 28 maja. Nie mam nawet tyle energii, by wziąć co dzień w rękę to pióro drewniane, ten patyk. Wierzę już, że mi jej brak. Wiosłuję, jeżdżę konno, pływam, wyleguję się w słońcu. Stąd łydki są dobre, uda niezgorsze, brzuch ujdzie jeszcze. za to pierś jest już bardzo licha, i gdy mi w tyle głowy... 

Franz Kafka "Dziennik".

środa, 10 października 2012

Listy pisarzy - Franz Kafka

Felice Bauer
Listy Franza Kafki do ukochanej Felicji

Grudzień  1913

Źle mnie zrozumiałaś, jeśli sądzisz, że od małżeństwa powstrzymuje mnie myśl o tym, iż ja, otrzymując Ciebie, mniej bym zyskał, niż musiałbym stracić, wyrzekając się życia samotnego. Wiem, że tak myślisz, także w rozmowie tak to sformułowałaś, ja zaś od razu zaprzeczyłem, ale, jak widzę, nie dość radykalnie. Nie o to mi szło, że musiałbym się czegoś wyrzec, bo ja także po ślubie pozostałbym tym, kim jestem, i to jest właśnie to złe, co Cię czeka, gdybyś się zdecydowała. Tym, co mnie powstrzymywało, było wydumane uczucie, że całkowita samotność jest moją wyższą powinnością, wcale nie zyskiem, wcale nie przyjemnością
(w każdym razie nie w takim znaczeniu, jak Ty to rozumiesz), lecz moim obowiązkiem i moją męką. Teraz już ani trochę w to nie wierzę, to była sztuczna konstrukcja, nic więcej (może uświadomienie sobie tego będzie i nadal pomagać), i została ona obalona po prostu przez to, że ja bez Ciebie nie mogę żyć. Właśnie taką, jaką jesteś, z tym okropnym ustępem w Twoim liście, taką chcę Ciebie mieć. I znowu nie jako pociechę i nie dla mojej przyjemności, lecz żebyś jako człowiek samodzielny żyła tutaj ze mną.

2. I. 1914

(...) Ja Ciebie kocham, Felice, tym wszystkim, co jest we mnie po ludzku dobre, wszystkim, co jest we mnie godne tego, bym przebywał wśród żywych. To jest niewiele, tak niewiele ja sobą przedstawiam. Kocham Cię dokładnie taką, jaką jesteś, za to, co wydaje mi się w Tobie dobre, i za to, co nie wydaje mi się dobre, za wszystko, wszystko (...).

19. IV. 1914

Co za radość, Najdroższa, że raz i mnie się oberwało z powodu listów. Oczywiście, do Twojej matki powinienem był już dawno napisać, a uczyniłem to dopiero dzisiaj. Także Twojemu ojcu powinienem był wysłać książkę od razu we wtorek, a wysłałem ją dopiero w piątek, ale po pierwsze, wcale nie jestem punktualny w korespondencji (listy do Ciebie nie są listami, lecz skomleniem i zgrzytaniem zębami), moja ręka jest ciężka, a gdy nie nadchodzi żadna wiadomość od Ciebie, tak jak ostatnio, wtedy jest ona zupełnie jak sparaliżowana i nie może nawet zapakować książki dla Twojego ojca.
Czy ja sobie uświadamiam, że cały należę do Ciebie? Nie musiałem sobie tego uświadamiać, o tym wiem już
od półtora roku. Zaręczyny nic tu nie zmieniły, ta świadomość już nie mogła być silniejsza. Raczej wydaje mi się niekiedy, że to Ty, F, nie zawsze uświadamiasz sobie z całą jasnością, jak bardzo i w jak szczególny sposób ja należę do Ciebie. Ale cierpliwości, F., wszystko stanie się jasne, w pożyciu małżeńskim wszystko stanie się jasne i będziemy najbardziej zgodną parą. Najdroższa, Najukochańsza F. żeby to już było jak najprędzej! Te nasze dorywcze spotkania podczas kilku niedziel w Berlinie, kilku dni w Pradze, nie mogą rozwiązać wszystkiego, chociaż w istocie wszystko już dawno jest rozwiązane, może od mojego pierwszego spojrzenia w Twoje oczy (...).

wtorek, 9 października 2012

Listy pisarzy - Franz Kafka

Felice Bauer
Listy Franza Kafki do ukochanej Felicji

15 XI 1912

Ty, owo "Ty" nie jest jednak taką pomocą, jak myślałem. I dzisiaj, a więc już następnego dnia, zawodzi. Powinienem wszakże móc być spokojnym i cóż mogłoby być bardziej wytłumaczalne jak to, że dzisiaj nie będę miał listu. Ale cóż ja robię? Biegam po korytarzach, każdemu woźnemu patrzę na ręce, wydaję niepotrzebne polecenia tylko po to, żeby móc kogoś posłać specjalnie na dół do poczty (bo ja jestem na czwartym piętrze, nadchodząca poczta jest rozdzielana na dole, nasi listonosze są niepunktualni, poza tym mamy wybory zarządu, korespondencja nadchodząca jest olbrzymia i zanim w stercie głupstw odnajdzie się list od Ciebie, ja na górze mogę umrzeć z niecierpliwości), w końcu nie dowierzając całemu światu, sam zbiegam na dół i oczywiście nic nie znajduję, bo gdyby coś nadeszło, zostałoby mi doręczone tak szybko, jak tylko jest to możliwe, ponieważ trzy osoby zobowiązały się wobec mnie, że Twoje listy będą mi przynosić na górę przed wszelką inną pocztą (...).

17 XI 1912

Ukochana, Najukochańsza, ja, całkiem i doszczętnie potępiony, mogę się więc poszczycić, żem z Ciebie zdrowej uczynił chorą. Oszczędzaj się, posłuchaj mnie, oszczędzaj się, to, com  w stosunku do Ciebie zawinił, wybacz mi dla mojej do Ciebie miłości! I ja śmiem robić Ci wyrzuty z powodu Twojego niepisania, i tak bardzo się zagrzebuję we własnym niepokoju i własnej tęsknocie, aż wcale nie czuję, że Ty jesteś chora, lecz snuję śmieszne domysły, że jesteś może na próbach lub w towarzystwie. Naprawdę, gdyby dzieliły nas kontynenty i Ty mieszkałabyś gdzieś w Azji, nie moglibyśmy być bardziej pozbawieni łączności. Każdy Twój list jest dla mnie nieskończony, i choćby był zupełnie mały (Boże, jak mi się wszystko obraca w pozorne wyrzuty, Twój list dzisiejszy nie jest mały, jest dokładnie tysiąc razy dłuższy, niż na to zasługuję), czytam go aż do podpisu, znowu zaczynam od początku, i tak to najpiękniej idzie w kółko. Ale wreszcie muszę jednak zrozumieć, że on się w pewnym punkcie kończy, że wstałaś od niego i odeszłaś, dla mnie w jakąś ciemność. Wtedy człowiek chciałby tłuc głową o ścianę (...).


27 XI 1912

Najdroższa, dlaczego tylko listy kończyć pocałunkami, skoro same listy tak są wszakże nieważne i wobec Twojej utęsknionej, a jednak niewyobrażalnej obecności papier i pióro uleciałyby w to nic, którym już teraz są też faktycznie. Naprawdę, Felice, gdy tak siedzę tu w nocy sam, a pisanie, jak dziś i wczoraj, nie idzie mi szczególnie dobrze - toczy się ono jakoś mętnie i obojętnie i tylko na krótkie momenty rozświetla je niezbędna jasność - i gdy w tym stanie, bynajmniej nie najlepszym, usiłuję wyobrazić sobie nasze ponowne spotkanie, chwilami się boję, że Twojego widoku, czy to na ulicy, czy w biurze, czy w Twoim mieszkaniu, nie wytrzymam, nie wytrzymam, jeśli mieliby mi się przypatrywać inni ludzie albo nawet tylko Ty sama, i że wytrzymanie Twojego widoku tylko wtedy będzie dla mnie możliwe, gdy będę tak rozproszony i bujający w obłokach, że nie będę zasługiwał na to, by stanąć przed Tobą. Ale na szczęście Ty nie jesteś posągiem, lecz żyjesz, żyjesz bardzo intensywnie, może gdy podasz mi wtedy rękę, wszystko będzie dobrze i moje oblicze wkrótce nabierze znowu ludzkiego wyglądu (...).
Tylko, proszę, żadnych niespokojnych snów! Robię w myśli obchód dokoła Twojego łóżka i nakazuję ciszę. A gdy już tu zaprowadziłem porządek i może jeszcze jakiegoś pijaka przepędziłem z Immanuelkirchstrasse, wracam, także we własnym wnętrzu bardziej uporządkowany, do swojego pisania, a może już nawet do spania.
Pisz mi jednak zawsze, Najdroższa, co akurat robiłaś w tym mniej więcej czasie, w którym pisane były moje listy. Wedle tego będę potem kontrolował swoje przeczucia, Ty będziesz w miarę możliwości zbliżać fakty do moich przeczuć, i czy byłoby potem rzeczą tak nieprawdopodobną, żeby po wielu próbach jedne i drugie w końcu się pokrywały, stając się jedną wielką rzeczywistością, której zawsze jest się pewnym? - Teraz więc wybija na wieży dokładnie godzina pierwsza według czasu praskiego.
Adieu, Felice, adieu! Jak to się stało, że nosisz to imię? I nie odlatuj! to mi tak jakoś nagle przyszło na myśl, może z powodu słowa adieu, w którym jest taka lotność. Musiałaby to być, myślę sobie, wyjątkowa przyjemność, odlecieć wysoko, jeśli można by się dzięki temu uwolnić od wielkiego ciężaru, który na człowieku się uwiesił, jak ja na Tobie. Nie pozwól, by skusiła Cię ulga, która się do Ciebie uśmiecha. Trwaj w złudzeniu, że jestem Ci potrzebny. Nie wmyślaj się w to głębiej. Bo widzisz, Tobie to przecież nie wyrządzi żadnej szkody; jeśli kiedyś będziesz chciała się mnie pozbyć, zawsze znajdziesz dość sił, żeby to zrobić, ale póki to nie nastąpi, jesteś dla mnie darem, o jakim nawet nie marzyłem, że go znajdę w tym życiu. Tak to jest, nawet jeśli we śnie z powątpiewaniem kręcisz głową.


Franz

Jest późna noc. Nie będę też mógł już dzisiaj napisać tego, co najważniejsze. Dokładnych informacji o sobie, jakich się domagasz, najdroższa F., nie mogę Ci udzielić; mogę Ci je dawać tylko wtedy, gdy biegnę za Tobą w Ogrodzie Zoologicznym, Ty w każdej chwili gotowa odejść zupełnie i na zawsze, ja - paść na ziemię przed Tobą; jedynie w takim upokorzeniu, że głębiej nie może być upokorzony nawet pies, mogę to zrobić. Teraz tylko tyle mogę powiedzieć, jeśli zadajesz mi to pytanie: Kocham Ciebie, F., aż do granic moich sił, co do tego możesz całkowicie mi ufać. Ale poza tym, F., ja siebie nie znam całkowicie.
Przeżywam niespodzianki i rozczarowania raz po raz, bez przerwy. Myślę, że te niespodzianki i rozczarowania będą istnieć tylko dla mnie, dołożę wszelkich sił, by do Ciebie dopuszczać jedynie dobre, najlepsze niespodzianki mojej natury, za to mogę ręczyć, ale nie mogę ręczyć za to, czy mi się to zawsze uda. Jak mógłbym za to ręczyć wobec całej tej plątaniny moich listów, które otrzymywałaś ode mnie w ciągu tego długiego czasu? Niewiele byliśmy razem, to prawda, ale nawet gdybyśmy byli dużo więcej przebywali ze sobą, byłbym Cię błagał (o rzecz wówczas co prawda niewykonalną), żebyś mnie oceniała na podstawie moich listów, a nie na podstawie bezpośredniego doświadczenia. Możliwości, które tkwią w moich listach, te możliwości są także zarówno złe, jak dobre; bezpośrednie doświadczenie ukazuje tylko zarys, a w moim przypadku ukazuje go ponadto w niekorzystnym świetle. Że ja, prosząc Cię o to, w najmniejszej nawet mierze nie chcę Ciebie przez to zwabić, to na pewno przyznasz, gdy przypomnisz sobie niektóre moje listy.
Poza tym jednak myślę, że to niewykończenie mojej natury, ta jej zmienność, która może ją popychać i w dobrym, i w złym kierunku, wcale nie musi być decydująca dla szczęścia Twojej przyszłości ze mną; Ty wcale nie musisz być bezpośrednio wystawiona na jej działanie, Ty nie jesteś niesamodzielna, F., Ty może, albo raczej zupełnie na pewno, masz chęć stać się niesamodzielną, ale jest to chęć, której nie będziesz chyba ulegać stale. Tego byś nie mogła.
Ale na Twoje ostatnie pytanie, czy jest dla mnie możliwe wziąć Ciebie tak, jakby nie było tego, co było między nami przedtem, mogę tylko powiedzieć, że nie jest to dla mnie możliwe. Natomiast jest dla mnie możliwe i, co więcej, konieczne, wziąć Ciebie ze wszystkim, co było, i trzymać Cię aż do utraty przytomności.

poniedziałek, 8 października 2012

Listy pisarzy - Franz Kafka

List Franza Kafki do ukochanej Felicji
 
13.XI.1912r
 
Najdroższa, Najdroższa! Jeśli tyle jest dobroci na świecie, to nie trzeba się bać, nie trzeba być niespokojnym. Twój list nadszedł - siedziałem u swego szefa i omawialiśmy ubezpieczenia w kopalniach skaleni - wtedy chwyciłem ten list znowu z tym samym co przedtem drżeniem rąk i patrzyłem na szefa jak na jakąś zjawę. Ale zaledwie przeczytałem go dwa lub trzy razy, byłem już tak spokojny, jak sobie tego od dawna życzyłem i o co się trzy dni temu modliłem w nocy. Twoja koperta - (to jest nieprawidłowo, powinno być napisane: koperta, ale "Ty" i "Twój" chcą być wciąż na widoku) - koperta ze swoimi słowami uspokajającymi nie mogła tego sprawić, odczytałem je bowiem dopiero później, a to, co było w liście, powinno było wszakże mną wstrząsnąć, bo im więcej się otrzymuje, tym bardziej trzeba się bać na tej nieustannie obracającej się ziemi - a więc tylko owo "Ty" mogło być tym, co mnie uwięziło, owo "Ty", za które dziękuję Ci na klęczkach, bo na mnie je wymusił niepokój o Ciebie, a teraz Ty mi je spokojnie oddajesz.  
Moja Ty najukochańsza! Czy mogę być teraz Ciebie pewny? Słowo "Pani" ślizga się jak na łyżwach, w przerwie między dwoma listami może zniknąć, trzeba je ścigać listami i myślami rano, wieczorem, w nocy, natomiast słowo "Ty" wszakże trwa, jest tutaj, tak jak Twój list, który się nie rusza i pozwala, bym go całował, raz i drugi, i jeszcze. Cóż to za słowo! Nic innego nie mogłoby spajać dwojga ludzi tak bez żadnej szczeliny, zwłaszcza gdy nie mają oni nic, prócz słów, tak jak my dwoje.
Byłem dziś człowiekiem najspokojniejszym w całym biurze, tak spokojnym, jak tylko może od siebie wymagać ktoś najbardziej surowy po takim tygodniu jak ten ostatni. Jeszcze Ci o nim opowiem. I wyobraź sobie, dobrze nawet wyglądam, w biurze jest zawsze kilka osób, dla których codzienne badanie mojego wyglądu stało się zawodem. One więc to powiedziały. Nie spieszyłem się, żeby Ci odpisać (zresztą dziś było to zupełnie niemożliwe), ale nie było we mnie ani jednego drgnienia które by bez przerwy nie odpowiadało Ci i nie dziękowało.
Najdroższa, Najdroższa! To słowo najchętniej bym wypisywał raz za razem przez całe stronice, gdybym się nie bał, że nie dałoby się ukryć to, co czytasz, jeśliby ktoś wszedł do Twego pokoju w momencie, gdy byłabyś zajęta studiowaniem stronic jednostajnie zapisanych. Wczoraj napisałem do Ciebie tylko kilka linijek, otrzymasz je dopiero w niedzielę. Byłoby uciążliwe, gdybym chciał je teraz wycofać, ale nie jest to też potrzebne; wspominam o tym tylko dlatego, żebyś się niepotrzebnie nie zdziwiła - wprawiać Cię w zdziwienie, tego rzeczywiście dotychczas nie zaniedbywałem - jest to kilka linijek bez daty, nagłówka i podpisu, a chciały one w tej żałosnej niepewności próbować Ciebie odzyskać. Spójrz na nie życzliwie!

niedziela, 25 marca 2012

Odkryłem książkę (3)

Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców - Franz Kafka.

Z noty wydawcy:

Czy Kafka pisał wiersze? Czy był zakochany w innych kobietach oprócz Felicji i Mileny? Jakie książki czytał? Lubił chodzić do teatru? Co jadał? Jak znosił walkę z chorobą? I z kim dzielił się swymi przemyśleniami? Mniej lub bardziej zaskakujące odpowiedzi może przynieść lektura nigdy dotąd w Polsce niepublikowanej korespondencji Franza Kafki. Począwszy od wpisu do pamiętnika, który zrobił, mając siedemnaście lat, przez kartki pocztowe, dedykacje oraz listy, kończąc na tym ostatnim, napisanym do rodziców dzień przed śmiercią - to historia życia ujęta w obszernej korespondencji. Listy do szkolnych kolegów Kafki (m.in. Oskara Pollaka, Oskara Bauma) oraz późniejszych oddanych przyjaciół (Maksa Broda, Feliksa Weltscha, Roberta Klopstocka), do kobiet, z którymi był związany, poza znanymi już Felicją i Mileną, do rodziców i sióstr, głównie do najmłodszej, ukochanej Ottli, do wydawców (m.in. Kurta Wolffa) oraz wielu innych przedstawicieli kultury i sztuki - wszystkie one kryją mnóstwo skarbów. Można w nich odnaleźć fragmenty utworów Kafki, dowiedzieć się, które lektury szczególnie go zajmowały, jaki miał stosunek do najbliższych mu osób, jak się układały jego relacje z wydawcami, czym był pochłonięty na co dzień, jak znosił trudy miłości. Można obserwować nie tylko ewolucję poglądów czy sposobu myślenia Kafki, lecz także stylu pisania - od młodzieńczej kwiecistości, metaforyzacji języka do późniejszej lapidarności.