Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hemingway Ernest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hemingway Ernest. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

"Hemingway z Koluszek"



"Niewiele wtedy wiedziałem o literaturze amerykańskiej.

Faulknera opowiadał mi własnymi słowami Piotr Guzy; Hemingwaya Edward Bernstein; o innych książkach dowiadywałem się w jedyny możliwy dla mnie sposób; upijając swoich interlokutorów i płacąc za nich rachunek w knajpie.

piątek, 24 stycznia 2014

17 książek, które Ernest Hemingway wolałby ponownie przeczytać po raz pierwszy, niż otrzymać milion dolarów

Ernest Hemingway

W 1935 roku Ernest Hemingway napisał jeden z serii artykułów dla magazynu Esquire, w którym wymienił siedemnaście spośród swoich ulubionych książek. Jak stwierdził, wszystkie one były dla niego tak cenne, że wolałby przeczytać je ponownie po raz pierwszy, niż mieć zapewniony dochód w wysokości miliona dolarów rocznie (uwzględniając inflację dzisiaj byłaby to kwota około 16,5 miliona dolarów).

piątek, 14 czerwca 2013

Nietypowe zdjęcia pisarzy (3)

Charles Bukowski - "A teraz widać, a?"

Vladimir Nabokov - "Gdzie on mi zwiał?"

Julio Cortazar i ... przejście do fantastycznego świata?

Anthony Burgess - "Niby to wszystko ja napisałem?"

Philip Roth - "Dobry był ten kawał o zajączku?"

Vladimir Nabokov -"Którego to dzisiaj mamy?"

czwartek, 13 czerwca 2013

czwartek, 31 stycznia 2013

Ruchome święto

"Jeżeli miałeś szczęście mieszkać w Paryżu jako młody człowiek, to dokądkolwiek się udasz przez resztę życia, idzie on za tobą, bo Paryż jest świętem ruchomym". Ernest Hemingway do przyjaciela, 1950.

"Jeżeli czytelnik woli, książkę tę można uważać za beletrystykę. ale jest zawsze szansa, że taka książka beletrystyczna może rzucić pewne światło na coś, co zostało opisane jako fakt". Z "Przedmowy" do "Ruchomego święta", San Francisco de Paula, Kuba, 1960.

"Kiedy jest dwoje ludzi, którzy się kochają, są szczęśliwi i weseli, a jedno z nich, czy oboje, wykonuje jakąś naprawdę dobrą robotę, inni ciągną do nich tak pewnie, jak ptaki wędrowne przyciągane nocą przez silną morską latarnię. Gdyby tych dwoje ludzi miało tak solidną konstrukcję jak morska latarnia, nie byłoby większych szkód, chyba dla ptaków. Ci, którzy przyciągają ludzi przez swoje szczęście i swoje osiągnięcia, są zwykle niedoświadczeni. Nie wiedzą, jak uniknąć najazdu i jak odejść. Nie zawsze dowiadują się wszystkiego o tych dobrych, powabnych, uroczych, wkrótce ulubionych, szczodrych, pełnych zrozumienia bogaczach, którzy nie mają żadnych złych cech i każdy dzień przemieniają w święto i którzy, kiedy już przeszli i zgarnęli potrzebną im pożywkę, zostawiają po sobie wszystko bardziej martwe niż korzonki jakichkolwiek traw, stratowanych przez konie Attylli" [1]

"Paryż nigdy nie ma końca i wspomnienia każdego, kto w nim mieszkał, różnią się od wspomnień kogoś innego. Zawsze do niego wracaliśmy bez względu na to, kim byliśmy czy jak się zmienił, czy z jakimi trudnościami albo łatwością można było tam dotrzeć. Paryż zawsze był tego wart i otrzymywało się zapłatę za wszystko, co mu się przyniosło. ale taki był Paryż w tych dawnych czasach, kiedy byliśmy bardzo biedni i bardzo szczęśliwi". [2]
__________________________________

[1] Ernest Hemingway: "Ruchome święto"; przekład Bronisława Zielińskiego, MUZA; Warszawa 2000; s.173.
[2] Ernest Hemingway "Ruchome święto", tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1966, s.162.

środa, 24 października 2012

A Clean, Well-Lighted Place

It was late and every one had left the cafe except an old man who sat in the shadow the leaves of the tree made against the electric light. In the day time the street was dusty; but at night the dew settled the dust and the old man liked to sit late because he was deaf and now at night it was quiet and he felt the difference. The two waiters inside the cafe knew that the old man was a little drunk, and while he was a good client they knew that if he became too drunk he would leave without paying, so they kept watch on him.

"Last week he tried to commit suicide," one waiter said.

"Why?"

"He was in despair."

"What about?"

"Nothing."

How do you know it was nothing?"

"He has plenty of money."

They sat together at a table that was close against the wall near the door of the cafe and looked at the terrace where the tables were all empty except where the old man sat in the shadow of the leaves of the tree that moved slightly in the wind. A girl and a soldier went by in the street. The street light shone on the brass number on his collar. The girl wore no head covering and hurried beside him.

"The guard will pick him up," one waiter said.

"What does it matter if he gets what he's after?"

"He had better get off the street now. The guard will get him. They went by five minutes ago."

The old man sitting in the shadow rapped on his saucer with his glass. The younger waiter went over to him.

"What do you want?"

The old man looked at him. "Another brandy," he said.

"You'll be drunk," the waiter said. The old man looked at him. The waiter went away.

"He'll stay all night," he said to his colleague. "I'm sleepy now. I never get into bed before three o'clock. He should have killed himself last week."

The waiter took the brandy bottle and another saucer from the counter inside the cafe and marched out to the old man's table. He put down the saucer and poured the glass full of brandy.

"You should have killed yourself last week," he said to the deaf man. The old man motioned with his finger.

"A little more," he said. The waiter poured on into the glass so that the brandy slopped over and ran down the stem into the top saucer of the pile. "Thank you," the old man said. The waiter took the bottle back inside the cafe. He sat down at the table with his colleague again.

"He's drunk now," he said.

"He's drunk every night."

"What did he want to kill himself for?"

"How should I know."

"How did he do it?"

"He hung himself with a rope."

"Who cut him down?"

"His niece."

"Why did he do it?"

"For his soul."

"How much money has he got?"

"He's got plenty."

"He must be eighty years old."

"Anyway I should say he was eighty."

"I wish he would go home. I never get to bed before three o'clock. What kind of hour is that to go to bed?"

"He stays up because he likes it."

"He's lonely. I'm not lonely. I have a wife waiting in bed for me."

"He had a wife once too."

"A wife would be no good to him now."

"You can't tell. He might be better with a wife."

"His niece looks after him."

"I know. You said she cut him down."

"I wouldn't want to be that old. An old man is a nasty thing."

niedziela, 22 lipca 2012

Sprawa wymiarów

Hemingway i Fitzgerald

"Znacznie później, w okresie, kiedy Zelda już przeszła to, co się wówczas nazywało pierwszym załamaniem nerwowym, a my akurat bylismy w Paryżu, Scott zaprosił mnie na obiad do restauracji Michauda na rogu rue Jacob i rue des Saints-Peres. Powiedział, że chce mnie zapytać o coś bardzo waznego, co ma dla niego wieksze znaczenie, niż wszystko na świecie, i że muszę mu powiedzieć absolutną prawdę. Powiedziałem, że postaram się najlepiej, jak potrafię. [...]

Podczas obiadu pił wino, ale nie działało na niego, a nie przygotował sie do obiadu pijąc soś przedtem. Rozmawialismy o naszej pracy i o różnych ludziach i pytał mnie o tych, których ostatnio nie widywaliśmy. Wiedziałem, że pisze coś dobrego i że ma z tym wielkie klopoty z wielu przyczyn, ale nie o tym chciał mówić. Czekałem, żeby to przyszło, ta rzecz, o której miałem powiedzieć absolutną prawdę, ale nie chciał tego poruszać przed końcem posiłku, zupełnie jak gdyby to był obiad, na którym omawia sie interesy.
 
W końcu, kiedy jedliśmy tort wiśniowy i pili ostatnią karafkę wina, powiedział:
- Ty wiesz, że ja nigdy nie spałem z nikim prócz Zeldy.
- Nie, nie wiedziałem.
- Myślałem, że ci mówiłem.
- Nie. Mówileś mi wiele rzeczy, ale nie to.
- O to właśnie muszę cię spytać.
- Dobrze. Mów.
- Zelda powiedziała, że tak jak jestem zbudowany, nie mogę nigdy uszczęśliwić żadnej kobiety, i to właśnie wytrącało ją pierwotnie z równowagi. Mówiła, że to jest sprawa wymiarów. Odkąd to powiedziała, nigdy nie czułem się już tak samo i muszę wiedzieć prawdę.
- Chodź do gabinetu - odrzekłem.
- Gdzie tu jest gabinet?
- Le water - powiedziałem.
Wróciliśmy na salę i usiedliśmy przy stoliku.
- Jesteś całkowicie w porządku - powiedziałem. - Jesteś okej. Nic ci nie brakuje. Oglądasz siebie z góry i widzisz sie w skrócie. Idź do Luwru i popatrz na tych ludzi z posągów, a potem wróć do domu i przejrzyj się w lustrze z profilu.
 - Te posągi mogą być niedokladne.
- Są wcale niezłe. Większość ludzi zgodziłaby się na to.
- Ale dlaczego ona miałaby tak mówić?
- Żeby cię unieszkodliwić. To jest najstarszy na świecie sposób unieszkodliwiania ludzi. Scott, prosiłeś mnie, żebym powiedział ci prawdę, i mogę powiedzieć ci dużo wiecej, ale to jest absolutna prawda i wszystko, czego ci trzeba. Mogłeś iść do doktora.
- Nie chciałem. Wolałem, żebyś ty powiedział mi prawdę.
- No, a czy mi wierzysz?
- Nie wiem - odrzekł.
- Chodź do Luwru - powiedziałem. - Trzeba tylko przejść tą ulicą i na drugą stronę rzeki.
 
Poszliśmy do Luwru i obejrzał posągi, ale wciąż miał wątpliwości co do siebie.
- Zasadniczo to nie jest kwestia rozmiaru w spoczynku - powiedziałem. - Idzie o rozmiar, jaki to przybiera. Jest także kwestia kąta.
Wytłumaczyłem mu, jak się używa poduszki, i kilka innych rzeczy, których znajomość mogła mu się przydać.
- Jest jedna dziewczyna - rzekł - ktora była dla mnie bardzo miła. Ale po tym, co powiedziała Zelda...
- Zapomnij o tym, co powiedziała Zelda - odparłem. Zelda zwariowała. Nic ci nie brakuje. Po prostu miej ufność w siebie i zrób to, czego chce ta dziewczyna. Zelda zwyczajnie chce ciebie zniszczyć.
- Ty nic nie wiesz o Zeldzie.
- W porządku - powiedziałem. - Dajmy z tym spokój. Ale przyszedłeś naobiad, żebymi postawić pytanie, i starałem dać ci uczciwą odpowiedź.
On jednak ciągle miał wątpliwości".

Ernest Hemingway "Ruchome święto", tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1966, s.144-146.

czwartek, 19 lipca 2012

Szekspir i Spólka

"W owych czasach nie było pieniędzy na kupowanie ksiązek. Brałem książki z wypozyczalni "Szekspir i Spólka", która była czytelnią i księgarnią Sylwii Beach na rue de l'Odeon 12. Na zimnej, smaganej wiatrem ulicy było to miejsce ciepłe, pogodne, z dużym piecem w zimie, stołami i półkami pełnymi ksiązek, nowymi książkami na wystawie, a na ścianach fotografiami sławnych pisarzy, zarówno zmarłych, jak żyjących. Wszystkie te fotografie przypominały zdjęcia migawkowe i nawet zmarli pisarze wyglądali na nich tak, jakby kiedyś żyli  naprawdę. Sylwia miała żywą, ostro rzeźbioną twarz, piwne oczy, bystre jak u małego zwierzątka, a wesołe jak u młodej dziewczyny, faliste, kasztanowe włosy zaczesane w tył znad łagodnego czoła i przyciete tuż poniżej uszu, na wysokości kołnierza brązowego aksamitnego żakietu, który nosiła. Miała ładne nogi i była dobra, wesoła, troskliwa, i uwielbiała mówić dowcipy i plotki. Nikt ze znanych mi ludzi nie był dla mnie milszy.

Byłem bardzo onieśmielony, kiedy pierwszy raz wchodziłem do tej księgarni i nie miałem przy sobie dość pieniędzy na abonament. Powiedziała mi, że wpłacę kaucję, jak będę miał pieniądze, wypisała mi kartę i oswiadczyła, że mogę brać tyle ksiązek, ile sobie życzę. Nie miała żadnego powodu, żeby mi ufać. Nie znała mnie, a adres, który podałem, rue Cardinal Lemoine 74, nie mógł być skromniejszy. Ale była przemiła i czarująca, i zyczliwa, a za nią, wysokie aż po sufit i sięgajace do pokoju na tyłach, ktory wychodził na wewnętrzne podwórko budynku, były półki i półki z bogactwami biblioteki.

Zacząłem od Turgieniewa i wziąłem dwa tomy "Zapisków myśliwego" i jedną z wczesnych książek D.H. Lawrence'a. Zdaje się, że to byli "synowie i kochankowie", i Sylwia powiedziała mi, żebym wziął sobie więcej książek, jeżeli chcę. Wybrałem tłumaczoną przez Constance Garnett "Wojnę i pokój" i "Szulera oraz inne opowiadania" Dostojewskiego. [...]

Hemingway i Sylwia Beach przed Szekspir i Spółka

Mój dom na rue Cardinal Lemoine był dwupokojowym mieszkaniem bez gorącej wody i bez wewnętrznych urządzeń toaletowych, poza antyseptycznym pojemnikiem, który nie był niedogodny dla kogoś przyzwyczajonego do michigańskich ustępów podwórkowych. Z ładnym widokiem i dobrym materacem sprężynowym rozłożonym na podłodze w charakterze wygodnego łóżka, i z obrazami, które lubiliśmy, na ścianach, było to pogodne, wesołe mieszkanie. Kiedy tam przyszedłem z książkami, opowiedziałem żonie o wspaniałym miejscu, które znalazłem.
- Ale Tatie, musisz tam iść dziś po południu i zapłacić - powiedziała.
- Jasne, że pójdę - powiedziałem. - Pójdziemy oboje. A potem przespacerujemy się nad rzeką i po nabrzeżach.
Ernest i Hadley Hemingway
w Chamby w 1922
- Przejdźmy się po rue de Seine i obejrzyjmy sobie wszystkie galerie i wystawy sklepowe.
- dobrze. Możemy iść gdziekolwiek i wstąpić do jakiejś nowej kawiarni, gdzie nikogo nie znamy i nikt nas nie zna, i wypić szklaneczkę czegoś.
- Możemy wypić dwie szklaneczki.
- A potem gdzieś coś zjeść.
- Nie. Nie zapominaj, że musimy zapłacić w czytelni.
- Wrócimy do domu i zjemy tutaj, i zrobimy sobie coś dobrego, i będziemy popijali Beaune z tej spółdzielni, którą tam widać z okna, z ceną wina na wystawie. A później poczytamy, położymy się do łóżka i będziemy się kochać.
- I nie będziemy nigdy kochali nikogo, tylko siebie na wzajem.
- Nie. Nigdy. [...]
- I będziemy mieli do czytania wszystkie książki na świecie, a jeżdżąc na wycieczki będziemy mogli zabierać je ze sobą.
- Czy to byłoby uczciwe?
- Jasne.
- Czy ona ma także Henry Jamesa?
- Na pewno.
- O jej - powiedziała. - Mamy szczęście, że znalazłeś to miejsce.
- My zawsze mamy szczęście - powiedziałem, i jak głupiec nie odpukałem w drewno. A w tym mieszkaniu było wszędzie drewno do odpukania". [s.31-34]

Ernest Hemingway "Ruchome święto", tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1966, s.162.

wtorek, 17 lipca 2012

Ernest i Scott

Hemingway i Fitzgerald
"Kiedy po raz pierwszy spotkałem Scotta Fitgeralda, stała się rzecz bardzo dziwna. Wiele dziwnych rzeczy działo się ze Scottem, ale tej nigdy nie mogłem zapomnieć. Wszedł do baru "Dingo" na rue Delambre, gdzie siedziałem z jakimiś kompletnie bezwartościowymi typami, przedstawił się i przedstawił wysokiego, sympatycznego mężczyznę, który z nim był, jako Dunca Chaplina, słynnego baseballistę. [...] Scott był wtedy mężczyzną, który wyglądał na chłopca, o twarzy pośredniej między przystojną a ładną. Miał bardzo jasne, pofalowane włosy, wysokie czoło, ożywione i życzliwe oczy i delikatne, długowargie, irlandzkie usta, które u dziewczyny byłyby ustami piękności. Jego broda była dobrze zarysowana, miał dobre uszy i kształtny, nieomal piękny, niewydatny nos. To nie powinno by dawać w sumie ładnej twarzy, ale składał się na nią koloryt, te bardzo jasne włosy i usta. Usta budziły niepokój, dopóki go się nie poznało, a wtedy niepokoiły jeszcze bardziej.

Byłem bardzo ciekaw go zobaczyć, a pracowałem usilnie przez cały dzień i wydawało mi się zupełnie wspaniałe, że oto jest tu Scott Fitzgerald i wielki Dunc Chaplin, o którym nigdy nie słyszałem, ale który był teraz moim przyjacielem. Scott nie przestawał mówić, a ponieważ krępowało mnie to, co mówił - wszystko było o moim pisarstwie i o tym, jakie jest wspaniałe - przypatrywałem mu się uważnie i robiłem spostrzeżenia, zamiast słuchać. Wtedy jeszcze wyznawaliśmy pogląd, że chwalenie kogoś w oczy jest jawną hańbą".[s.110-111]

"Entuzjazmowałem się tą podróżą. Miałbym towarzystwo starego i wziętego pisarza, a w ciągu tego czasu, który mielibyśmy na rozmowę w wagonie, nauczyłbym się z pewnością wielu rzeczy, które warto było wiedzieć. Dzisiaj dziwnie jest wspominać, że się myślało o Scotcie jako o starym pisarzu, ale w owym czasie, ponieważ nie przeczytałem jeszcze "wielkiego Gatsby'ego", myślałem o nim jako o pisarzu dużo starszym. Uważałem, że przed trzema laty pisywał do "Saturday Evening Post" udane opowiadania, ale nigdy nie miałem go za poważnego pisarza. W "Closerie des Lilas" mówił mi, że pisywał dla "Post" opowiadania, które jego zdaniem były dobre i które rzeczywiście były dobre, a potem zamienił je na uległość, wiedząc dokładnie, jak ma stosować te chwyty, które czyniły z nich pokupne opowiadania tygodnikowe. Byłem tym oburzony i powiedziałem, że uważam to za kurwienie się. Odrzekł, że to jest kurwienie, ale że musi tak robić, bo z czasopism czerpie pieniądze, które musi mieć na zapas, żeby pisać porządne książki. Powiedziałem, że nie wierzę, aby ktokolwiek mógł pisać inaczej, niż najlepiej jak umie, nie niszcząc swojego talentu. Odparł, że ponieważ najprzód napisał prawdziwe opowiadanie, psucie go i zmienianie, które robił na końcu, nie wyrządzało mu szkody. Nie mogłem w to uwierzyć i chciałem mu to wyperswadować, ale potrzebowałem powieści, ażeby wesprzeć moją wiarę, wykazać mu i przekonać, a takiej powieści jeszcze nie napisałem. Odkąd zacząłem roztrząsać całe moje pisarstwo, wyzbywać się wszelkiej łatwizny i starać się ukazać, zamiast opisywać, pisanie było cudownym zajęciem. Ale było też bardzo trudne i nie miałem pojęcia, jak kiedykolwiek zdołam napisać coś tak długiego jak powieść. Często trzeba mi było całego rana pracy, żeby napisać jeden akapit.[s.116-117]

"W parę dni po podróży Scott przyniósł mi swoją książkę. [...] Kiedy skończyłem książkę, wiedziałem, że cokolwiek Scott zrobi czy jak się zachowa, muszę pamiętać, że to jest coś w rodzaju choroby, pomagać mu jak potrafię i starać się być dobrym przyjacielem. Miał wielu dobrych, bardzo dobrych przyjaciół, więcej niż ktokolwiek, kogo znałem. Ale zaciągnąłem się jako jeszcze jeden, czy mogłem mu się na coś przydać, czy nie. Byłem pewny, że jeśli potrafi napisać tak świetną książkę, jak "Wielki Gatsby", to potrafi napisać nawet lepszą. Nie znałem jeszcze Zeldy, więc nie wiedziałem, jakie straszne siły są przeciw niemu. Ale o tym mieliśmy się wkrótce dowiedzieć".[s.135-136]

"Scott był bardzo wymowny i opowiadał dobrze. Nie musiał wtedy wypisywać słów ani wysilać się na przestankowanie i nie miało się tego wrażenia, że czyta się analfabetę, które sprawiały jego listy przed poprawieniem. Znałem go dwa lata, zanim nauczył się pisać moje nazwisko; ale też było to długie nazwisko do wypisania i może stawało się coraz trudniejsze w pisaniu, i mam dla niego duże uznanie, że w końcu je pisał poprawnie. Uczył się pisać rzeczy ważniejsze i starał się myśleć jasno o wielu innych".[s.132]

"Scott Fitzgerald zaprosił nas na obiad z jego żoną i małą córeczką w umeblowanym mieszkaniu, które wynajmowali na rue Tilsitt 14. Niewiele zapamiętałem z tego mieszkania, poza tym, że było ponure i duszne i że nie było w nim niczego, co zdawałoby się należeć do nich, z wyjątkiem pierwszych książek Scotta, oprawionych w jasnoniebieską skórę ze złotymi napisami. Scott pokazał nam też dużą księgę ze spisem wszystkich opowiadań, jakie publikował rok po roku, i sumami, które za nią otrzymał, a także tymi, które dostał za prawa filmowe i ze sprzedaży, i honorariów za książki. Wszystko było ponotowane starannie, jak w dzienniku okrętowym, i Scott pokazywał to nam obojgu z jakąś nie osobistą dumą, jak gdyby był kustoszem muzeum. Scott był nerwowy, gościnny i pokazywał nam zestawienia swoich zarobków tak, jakby były jakimś widokiem. Widoku stamtąd nie było".[s.137]

"Starałem się go nakłonić, żeby pisał swoje opowiadania najlepiej jak potrafi i nie wprowadzał do nich żadnych sztuczek, aby się dostosować do jakiejś formułki, tak jak wyjaśniał, że to robi.
- Napisałeś świetną powieść - mówiłem mu. - I nie powinieneś pisać szmiry.
- Ta powieść nie idzie - powiedział. - Muszę pisać opowiadania i to takie, które będą pokupne.
- Napisz najlepsze opowiadanie, jakie potrafisz, i napisz je tak prosto, jak tylko możesz.
- Zrobię to - powiedział.
Ale w tym stanie rzeczy miał szczęście, że w ogóle pracował.[...] Przez całą tę późną wiosnę i wczesne lato Scott walczył o to, żeby pracować, ale mógł pracować tylko dorywczo. Kiedy go widywałem, był zawsze wesoły, czasem rozpaczliwie wesoły, mówił dobre dowcipy i był dobrym kompanem. Kiedy miał bardzo złe momenty, słuchałem, jak o nich opowiadał, i usiłowałem mu wytłumaczyć, że jeżeli zdoła utrzymać się w ryzach, będzie pisał tak, jak jest stworzony do pisania, i że tylko śmierć jest nieodwracalna. Wtedy pokpiwał z siebie, a póki mógł to robić, uważałem, że jest bezpieczny. Przez cały ten czas napisał jedno dobre opowiadanie, "Bogaty chłopak", i byłem pewny, że potrafi pisać lepiej, tak jak to robił później".[s.140-141]

Ernest Hemingway "Ruchome święto", tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1966, s.162.

sobota, 14 lipca 2012

Napisz jedno prawdziwe zdanie

Ernest Hemingway trzymający swojego synka Bumby'ego, 1927.

"Ze względu na zmianę wysokości odczuwałem wzniesienia tylko jako przyjemność, a wdrapywanie się na najwyższe piętro hotelu, gdzie pracowałem w pokoju wychodzącym na wszystkie dachy i kominy wysokiego wzgórza tej dzielnicy, też było przyjemnością. Kominek w pokoju ciągnął dobrze i było ciepło i miło pracować. Przynosiłem do pokoju mandarynki i pieczone kasztany w papierowych torebkach, i obierałem i jadłem te małe pomarańczki, a jedząc wrzucałem ich skórki i wypluwałem pestki do ognia, i przypiekałem kasztany, kiedy byłem głodny. Zawsze byłem głodny od chodzenia, chłodu i pracy. W pokoju miałem butelkę kirszu, którą przywieźliśmy z gór, i popijałem kirsz zbliżając się do końca jakiegoś opowiadania albo do końca całodziennej pracy. Kiedy kończyłem pracę na dany dzień, chowałem notatnik czy papier do szuflady stolika i wkładałem pozostałe mandarynki do kieszeni. Zamarzały, jeżeli się je zostawiało na noc w pokoju.

niedziela, 1 lipca 2012

Huxley jest martwy

Ernest Hemingway
"Kiedy nie byłem po żadnej podróży i zachodziłem na rue Fleurus po pracy, próbowałem czasami wyciągnąć pannę Stein na rozmowę o książkach. Gdy pisałem, było dla mnie konieczne czytać po zakończeniu pisania. Jeżeli wciąż o tym myślałeś, gubiłeś rzecz, o której pisaleś, zanim mogłeś ją podjąć na nowo następnego dnia. Musiało się mieć trochę ruchu, zmęczyć się fizycznie, i bardzo dobrze było uprawiać miłość z kimś, kogo się kochało. To było lepsze niż wszystko. Ale potem, gdy byłeś pusty, należało czytać, aby nie myśleć o swojej pracy, i nie troszczyć się o nią, póki nie można było zabrać się do niej znowu. Nauczyłem się już nie opróżniać nigdy studni mojego pisania, tylko zawsze przerywać wtedy, gdy jeszcze coś było w głębokiej części studni, i pozwolić jej wypełnić się w nocy na nowo, ze źródeł, które ją zasilały. Czasem, aby oderwać myśl od pisania, czytywałem autorów, którzy wtedy pisali, takich jak Aldous Huxley, D.H. Lawrence albo innych, mających wydane książki, ktore mogłem wziąć z czytelni Sylwii Beach lub znależć na bulwarach.

- Huxley jest martwy - mówila panna Stein. - Dlaczego chce pan czytać człowieka martwego? Nie widzi pan, że jest martwy?
Wtedy nie wiedziałem, że jest martwy, i powiedziałem, że jego książki mnie bawią i nie pozwalają mi myśleć.
- Powinien pan czytać tylko to, co jest naprawdę dobre albo wyraźnie złe.
- Czytałem naprawdę dobre książki przez całą zimę i całą poprzednią zimę i będę je czytał następnej zimy, a wyraźnie złych książek nie lubię.
- Po co pan czyta te śmiecie? To są rozdęte śmiecie, Hemingway. Napisane przez człowieka martwego.
- Lubię wiedzieć, co piszą - odrzeklem. - I to odrywa moją myśl od własnej pracy.
- Kogo jeszcze pan teraz czyta?
- D.H.Lawrence'a - powiedziałem. - Napisał kilka bardzo dobrych opowiadań; jedno pod tytułem "Pruski oficer".
- Próbowałam czytać jego powieści. On jest niemożliwy. Patetyczny i niedorzeczny. Pisze jak człowiek chory.
- Podobali mi się "Synowie i kochankowie" i "Biały paw" - powiedziałem. - Może to drugie nie tak bardzo. Nie mogłem czytać "Zakochanych kobiet".
- Jeżeli pan nie chce czytać rzeczy złych, a chce przeczytać coś, co wzbudzi pańskie zainteresowanie i jest na swój sposób cudowne, powinien pan czytać Morie Belloc Lowndes.

Nigdy o niej nie slyszałem, więc panna Stein pożyczyła mi "Lokatora", tę cudowną historię Kuby Rozpruwacza, i inną książkę o morderstwie w jakiejś miejscowości pod Paryżem, którą mogło być tylko Enghien les Bains. Obie były wspaniałymi książkami na po pracy, postacie wiarygodne, a akcja i groza nigdy nie fałszywe. Były doskonałe do czytania, kiedy skończyło się pracować, i przeczytałem wszystko pani Belloc Lowndes, co tylko było. Ale nie było niczego więcej, a żadna z książek nie dorównywała pierwszym dwóm, i już nigdy nie znalazłem nic równie dobrego na pustą porę dnia czy nocy, dopóki nie wyszły pierwsze świetne książki Simenona".[s.24-26]

Ernest Hemingway "Ruchome święto", tłumaczył Bronisław Zieliński, Czytelnik, 1966, s.162.

piątek, 29 czerwca 2012

Z początku byli Rosjanie

Ernest Hemingway
"Od czasu, kiedy znalazłem księgarnię Sylwii Beach [czytelnia, wypożyczalnia i księgarnia Szakspir i Spółka], przeczytałem całego Turgieniewa, to co wydano po angielsku z Gogola, przeklady Constance Garnett z Tołstoja i angielskie tłumaczenia Czechowa. W Toronto, jeszcze zanim przyjechaliśmy do Paryza, mówiono mi, że Katherine Mansfield jest autorką dobrych opowiadań, nawet świetnych opowiadań, ale próba czytania jej po Czechowie była jak słuchanie wymyślnie sztucznych opowieści młodej starej panny w porównaniu do opowiadań wymownego i swiadomego rzeczy lekarza, który był dobrym i prostym pisarzem. Mansfield była jak cienkie piwo. Lepiej pić wodę. Natomiast Czechow nie był wodą, chyba pod wzgledem klarowności. Niektore opowiadania wydawały się tylko dziennikarstwem. ale były też i wspaniałe.

U Dostojewskiego były rzeczy wiarygodne i rzeczy nie do wiary, ale niektóre tak prawdziwe, że odmieniały człowieka, kiedy je czytał; mogleś tam poznać słabość i szaleństwo, zepsucie i świetość, i obłęd hazardu, tak jak poznawałeś krajobraz i drogi u Turgieniewa, a ruchy wojsk, teren, oficerów i żołnierzy, i walkę u Tołstoja. Tołstoj sprawiał, że to, co Stephen Crane napisał o Wojnie Domowej, wydawało się błyskotliwymi rojeniami chorego chłopca, który nigdy nie widział wojny, a tylko czytał te opisy bitew i kroniki i oglądał te fotografie Brady'ego, ktore ja czytałem i oglądałem w domu moich dziadków. Dopóki nie przeczytałem "Pustelni parmeńskiej" Stendhala, nigdy nie czytałem o wojnie takiej, jaka jest, z wyjątkiem Tołstoja, a wspaniała relacja Stendhala o Waterloo była przypadkowym fragmentem w książce zawierającej sporo nudy. Natrafić na cały ten nowy świat pisarstwa mając czas na czytanie w takim mieście jak Paryż, gdzie mogłeś dobrze żyć i pracować bez względu na to, jak byłeś ubogi, było to tak, jakby się otrzymało wielki skarb w podarunku. Mogłeś też zabrać ze sobą swój skarb, kiedy podróżowałeś, a w górach, gdzie mieszkaliśmy w Szwajcarii i we Włoszech, nim znaleźliśmy Schruns w wysokiej dolinie w Voralbergu w Austrii, zawsze były te książki, tak że żyło się w tym nowym swiecie, który odkryłeś, za dnia był śnieg, lasy i lodowce i ich zimowe problemy, i nasze schronienie wysoko w hotelu "Taube" w miasteczku, a wieczorami mogłeś zyć w tym innym cudownym świecie, ktory dawali ci rosyjscy pisarze. Z początku byli Rosjanie, a potem wszyscy inni. Ale przez długi czas byli Rosjanie".[s.98-99]

 Ernest Hemingway "Ruchome święto", tłumaczył Bronisław Zieliński, Czytelnik, 1966, s.162.

środa, 27 czerwca 2012

Głód był dobrą dyscypliną

Ernest Hemingway w Paryżu

"Bywało się bardzo głodnym, kiedy nie jadło się dostatecznie w Paryżu, bo wszystkie sklepy z pieczywem miały na wystawach takie dobre rzeczy, a ludzie jedli na zewnątrz, przy stolikach na chodniku, tak że widziałeś i czułeś jedzenie. Kiedy ktoś rzucił dziennikarstwo i pisał rzeczy, których nikt w Ameryce nie chciał zakupić, i wyjaśniał w domu, że idzie z kimś na obiad, najlepszym miejscem, gdzie mógł pójść, były Ogrody Luksemburskie, bo tam nie widziało się ani nie czuło nic do jedzenia przez całą drogę od Place de l'Observatoire do rue de Vaugirard. Można tam było zawsze zajść do muzeum luksemburskiego i wszystkie obrazy były zaostrzone i wyraźniejsze, i piękniejsze, jeżeli byłeś o pustym żołądku i o drążącym głodzie. Nauczyłem się o wiele lepiej rozumieć Cezanne'a i naprawdę widzieć, jak robił krajobrazy, kiedy byłem głodny. Nieraz zastanawiałem się, czy i on też był głodny, kiedy malował, ale przychodziło mi na myśl, że może tylko zapominał o jedzeniu. Była to jedna z tych nierozsądnych ale oświecających myśli, które się miewa, kiedy zaznało się bezsenności i głodu. Później doszedłem do wniosku, że Cezanne prawdopodobnie był głodny w inny sposób".[1]