Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christie Agatha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christie Agatha. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2012

Teraz już widziałam mordercę


Konkretna myśl o napisaniu powieści kryminalnej zrodziła się we mnie, gdy pracowałam w aptece. Pomysł tkwił mi w głowie od momentu rzuconego przez Madge wyzwania - a obecne moje zajęcie sprzyjało takim zamysłom. Inaczej niż przy pielęgnowaniu chorych, gdzie zawsze jest coś do zrobienia, tu po okresie intensywnej pracy następował okres leniuchowania. Czasami na dyżurach popołudniowych bywałam sama i nie miałam nic do roboty, siedziałam więc bezczynnie. Po upewnieniu się, że słoje z różnymi specyfikami leczniczymi są pełne, mogłaś robić, co chciałaś, nie wolno było tylko opuszczać apteki. 
Zaczęłam się zastanawiać, jaki rodzaj powieści kryminalnej należałoby wybrać. Miałam do czynienia z truciznami, a zatem w tej sytuacji może naturalne wydawałoby się wybranie śmierci przez otrucie. Skoncentrowałam się na jednym fakcie, który wyglądał obiecująco i dawał różne możliwości. Bawiłam się tym pomysłem, podobał mi się i ostatecznie go zaakceptowałam. Teraz zaczęłam zastanawiać się nad bohaterami powieści. Kto miał zostać otruty? Kto to zrobi? Kiedy? Gdzie? Jak? Dlaczego? No i nad całą resztą. Powinno to być morderstwo poniekąd intymne, ze względu na specyficzny sposób, w jaki go popełniono. Wszystko musi się odegrać w rodzinie, że tak powiem. Oczywiście musi też być jakiś detektyw. W owym czasie hołdowałam tradycji Sherlocka Holmesa, rozważałam więc sprawę detektywów. Naturalnie nie takich samych jak Sherlock Holmes - muszę stworzyć własnego, ale on też będzie mieć przyjaciela, pewnego rodzaju obiekt kpin czy poniekąd popychadło - to nie będzie wcale trudne. Wróciłam do obmyślania innych postaci. Kto ma zostać zamordowany? Mąż mógłby zamordować swoją żonę, to jednak chyba morderstwo najczęściej spotykane. Mogłabym naturalnie wymyślić jakieś niezwykłe morderstwo i niezwykły motyw, lecz to mi nie odpowiadało ze względów artystycznych. Istota dobrego kryminału polega przecież na tym, że jego sprawcą musi być ktoś oczywisty, a przy tym z tego czy innego powodu okaże się, że nie jest wcale taki oczywisty, bo nie mógł chyba popełnić tego morderstwa. A jednak je popełnił. W tym miejscu się zagubiłam, zabrałam się więc do przygotowania paru dodatkowych butli płynu do dezynfekcji ran, żeby następnego dnia mieć więcej wolnego czasu.
Przez jakiś czas zabawiałam się obmyślaniem swojej powieści. Stopniowo zaczęła nabierać kształtu. Teraz już widziałam mordercę. Powinien mieć wygląd raczej złowróżbny. Będzie nosić czarną brodę - wydawała mi się wówczas czymś złowieszczym. Niedawno zamieszkali koło nas pewni znajomi: on nosił czarną brodę, a jego żona była od niego starsza i niezmiernie bogata. Tak, to mogłoby służyć jako kanwa. Rozważałam to przez jakiś czas. Mogłoby być kanwą, ale mnie nie zadowalało. Wspomniany brodacz nigdy by nikogo nie zamordował, tego byłam pewna. A zatem zrezygnowałam z nich i zdecydowałam raz na zawsze, że nie ma sensu myśleć o rzeczywistych ludziach - trzeba stworzyć własne postaci. Jako punkt wyjścia można wziąć osoby widziane na przykład w tramwaju, w pociągu, czy w restauracji, bo da się z nich wykreować własnych bohaterów.
I rzeczywiście, nazajutrz jadąc tramwajem zobaczyłam właśnie to, czego potrzebowałam: jakiś jegomość z czarną brodą siedział obok starszej pani, a ta skrzeczała jak sroka. Nie sądziłam, żeby odpowiadała mi ona, za to on nadawał się znakomicie do moich celów. W pewnej od nich odległości siedziała duża, krzepka niewiasta i rozprawiała głośno o cebulkach wiosennych kwiatów. Podobał mi się też jej wygląd. A może ją włączyć do mojej powieści? Wysiadłam z tramwaju zakonotowawszy sobie całą trójkę w pamięci z zamiarem popracowania jeszcze nad nią. Krocząc po Barton Road mruczałam coś pod nosem zupełnie jak w czasach zabawy w Kocięta.
Wkrótce naszkicowałam sobie z grubsza poszczególne postaci. Była wśród nich zażywna jejmość - nawet znałam jej imię: Evelyn. Mogła to być uboga krewna, ogrodniczka czy osoba do towarzystwa, ewentualnie gospodyni. W każdym razie postanowiłam ją zatrzymać. Następnie jegomość z czarną brodą, o którym nadal niewiele wiedziałam, prócz tego, że nosił brodę, a to doprawdy trochę za mało. A może nie za mało? Tak, chyba akurat, bo przecież będzie się patrzyć na niego z zewnątrz, czyli widać będzie tylko to, co on zechce pokazać, a nie to, jaki naprawdę jest - to powinien być właśnie klucz do tajemnicy. Starsza żona zostanie zamordowana raczej z powodu swoich pieniędzy niż cech charakteru, wobec tego nie jest specjalnie ważna. Teraz zaczęłam szybko dodawać następne osoby. Syn? Córka? A może siostrzeniec? Trzeba mieć wielu podejrzanych. Rodzina wychodziła mi nieźle.
Zostawiłam ich na jakiś czas, żeby dojrzewali, i poświęciłam uwagę detektywowi. Kogo mogłabym mieć jako detektywa? Dokonałam przeglądu detektywów, których spotykałam i podziwiałam w różnych książkach. Był tam Sherlock Holmes, jedyny w swoim rodzaju - z nim nigdy nie mogłabym rywalizować. Był Arsen Lupin - ale kryminalista to czy detektyw? W każdym razie nie w moim guście. Był młody dziennikarz Rouletabille z „Tajemnicy żółtego pokoju” - takiego właśnie człowieka chciałabym wymyślić - kogoś, kto przedtem nie występował w powieściach kryminalnych. Kogo mogłabym wziąć? Ucznia? Raczej z trudem. Naukowca? Co ja wiedziałam o naukowcach? Potem na myśl mi przyszli belgijscy uchodźcy. W naszej parafii w Tor mieszkała ich cała kolonia. Kiedy przyjechali, spotkali się z powszechną sympatią i współczuciem. Ludzie znosili im meble, żeby mieli czym urządzić mieszkania, i wszyscy wychodzili ze skóry, by się biedacy czuli jak najlepiej. Po czym nastąpiła normalna reakcja, gdy uciekinierzy zamiast okazywać wielką wdzięczność narzekali na to czy na tamto. Nie uwzględniono faktu, że musieli się czuć oszołomieni w obcym kraju. W większości byli to nieufni wieśniacy i najmniej ze wszystkiego życzyli sobie zaproszeń na herbatę albo odwiedzania ich w domu. Chcieli, żeby dano im spokój i żeby mogli trzymać się na uboczu, oszczędzać każdy pens, kopać swoje ogródki i po swojemu je uprawiać.
Dlaczego nie mogłabym zrobić detektywem Belga? - pomyślałam. Są tu uciekinierzy różnego rodzaju. A może to uciekinier, który jest oficerem policji? Emerytowany oficer policji? Niezbyt młody. Popełniłam tu wielki błąd. W rezultacie wymyślony przeze mnie detektyw musiałby mieć teraz dobrze ponad sto lat.
W każdym razie zdecydowałam się na detektywa Belga. Pozwoliłam mu dorastać pomaleńku do swojej roli. Powinien być inspektorem, tak żeby dysponował pewną wiedzą o przestępstwach. Będzie pedantyczny, bardzo schludny, rozmyślałam uprzątając swój pokój z mnóstwa niechlujnie wyglądających rupieci. Nieduży, schludny jegomość. Miałam go przed oczami - niedużego, schludnego jegomościa, wiecznie coś porządkującego, lubiącego, żeby rzeczy były do pary i kanciaste, a nie okrągłe. I musi być bardzo bystry - powinien mieć szare komórki - to dobre sformułowanie, muszę je zapamiętać. Tak, będzie miał szare komórki. Nazywać się musi jakoś wspaniale, tak jak Sherlock Holmes i jego rodzina. Kto był jego bratem? Mycroft Holmes.
A gdyby mojemu niedużemu jegomościowi dać na imię Herkules? Przy jego niewielkim wzroście, Herkules to dobre imię. Większych trudności przysporzyło mi nazwisko. Nie wiem, dlaczego w końcu zdecydowałam się na nazwisko Poirot, czy przyszło mi po prostu do głowy, czy też zobaczyłam je w jakiejś gazecie albo gdzieś indziej - dość że je miałam. Dobrze wyglądało razem z imieniem Hercule, nie Herkules - Hercule Poirot. To już zdecydowane, i chwała Bogu.

sobota, 6 października 2012

Pierwszy strach Agathy


Zanim ukończyłam piąty rok życia, poznałam pierwszy raz strach. Pewnego wiosennego dnia Niania wybrała się ze mną na pierwiosnki. Przeszłyśmy na drugą stronę torów kolejowych i idąc uliczką Shiphay zrywałyśmy je wzdłuż żywopłotów, gdzie rosło ich najwięcej. Potem weszłyśmy przez otwartą bramę i dalej zrywałyśmy kwiatki. Koszyk był już prawie pełny, gdy jakiś człowiek krzyknął głosem ostrym i pełnym złości:
- Co wy tamój robicie? 
Wydawał mi się olbrzymem, rozgniewanym i czerwonym na twarzy. Niania odparła, że nie robimy niczego złego, zbieramy tylko pierwiosnki.
- Znajdujecie się na cudzym terenie. Jazda stąd. Jeśli w ciągu minuty nie znajdziecie się za tą bramą, to ugotuję was żywcem!
Trzymałam kurczowo rękę Niani, gdy stamtąd wychodziłyśmy. Ona nie mogła iść zbyt prędko, a zresztą nawet nie bardzo chciała, a we mnie strach narastał. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się bezpieczne na ulicy, odczułam taką ulgę, że o mało nie upadłam. Pobladłam i wyglądałam źle, jak zauważyła nagle Niania.
- Kochaneczko - rzekła łagodnym tonem - nie myślisz chyba, że on naprawdę mógłby coś takiego zrobić? Nie zamierzał cię ugotować ani nic w tym sensie.
Pokiwałam głową w milczeniu. Wyobraziłam sobie wielki gar buchający parą na ogniu i mnie wrzucaną do gotującej się wody. Moje przeraźliwe krzyki. Wszystko to widziałam straszliwie realnie. Niania przemawiała do mnie uspokajająco.
- Tak się tylko mówi. To rodzaj dowcipu. Nie był to miły osobnik, raczej dosyć nieuprzejmy, nieprzyjemny, ale nie mówił tego poważnie. Po prostu żartował.
Dla mnie to nie był wcale żart i nawet teraz gdy wchodzę na jakiś obcy teren, odczuwam lekkie mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Od tamtego dnia do dziś nie zaznałam równie realnej jak tamta grozy. W moich koszmarach nocnych nigdy jednak nie pojawiło się to właśnie przeżycie. Wszystkie dzieci miewają koszmary i ciekawa jestem, czy są one efektem „straszenia” ich przez piastunki lub inne osoby, czy też jakiegoś rzeczywistego wydarzenia z życia. Mój osobisty koszmar związany był z kimś, kogo nazywałam Uzbrojonym Bandytą. Nigdy o nikim takim nie czytałam. Nazwałam go Uzbrojonym, bo miał broń, a nie pod wpływem obawy, że zastrzeli mnie, albo z jakiejś innej przyczyny związanej z tą strzelbą, przypominającą staroświecki typ muszkietu. Stanowiła ona część jego wyglądu zewnętrznego, obok, jak mi się teraz wydaje, francuskiego szaroniebieskiego munduru, pudrowanej peruki z harcapem i pewnego rodzaju trójgraniastego kapelusza. Sam widok Uzbrojonego Bandyty wzbudzał przerażenie. Sceneria snu natomiast mogła być najzupełniej zwyczajna - podwieczorek albo przechadzka z różnymi osobami, a zazwyczaj jakaś miła zabawa. Wtem zgoła nieoczekiwanie pojawiało się uczucie niepokoju. Był tam ktoś - ktoś, kogo być nie powinno - okropne uczucie strachu, a potem go widziałam: siedzi przy stole, spaceruje po plaży, przyłącza się do gry. Jego jasne niebieskie oczy napotykały mój wzrok i budziłam się krzycząc:
- Uzbrojony Bandyta, Uzbrojony Bandyta!
- Panience śnił się ostatniej nocy znowu uzbrojony bandyta - meldowała Niania swoim spokojnym głosem.
- Dlaczego on tak cię przeraża, kochanie? - pytała matka. - Co może ci zrobić?
Nie wiedziałam, dlaczego mnie przeraża. Później sen się zmienił. Uzbrojony Bandyta nie zawsze był w tym samym kostiumie. Czasem, gdy siedzieliśmy wokół stołu, a ja spojrzałam na kogoś z przyjaciół czy któregoś z członków rodziny, widziałam nagle, że to nie jest Dorothy, Phyllis czy Monty, matka czy też ktoś inny. Mój wzrok napotykał spojrzenie jasnych niebieskich oczu w znanej mi twarzy - pod jakże znajomą powierzchownością. Naprawdę to był przecież Uzbrojony Bandyta.

Agatha Christie "Autobiografia".

piątek, 5 października 2012

Literackie pierwociny Agathy



Pewnego nieprzyjemnego zimowego dnia leżałam w łóżku, powracając do zdrowia po grypie. Nudziłam się jak mops. Przeczytałam górę książek, trzynaście razy próbowałam ułożyć jednego pasjansa, udał mi się inny, a teraz już pozostawała mi jedynie gra sama ze sobą w brydża. Zajrzała do mnie matka.
- Dlaczego nie napiszesz jakiegoś opowiadania? - spytała.
- Mam napisać jakieś opowiadanie? - Zdumiałam się.
- Tak - odparła. - Jak Madge.
- Och, nie wydaje mi się, żebym potrafiła.
- Dlaczego?
Nie ma powodu, jak się wydawało, żebym nie potrafiła, oprócz tego, że...
- Przecież nie wiesz, czy potrafisz - zauważyła matka - bo nigdy nie próbowałaś.
Rzeczywiście, to prawda. Mama zniknęła jak zwykle nagle i po pięciu minutach pojawiła się ponownie z zeszytem w ręce. - Zrobiłam w nim tylko parę notatek dotyczących prania, reszta kartek jest czysta. Możesz zaraz przystąpić do pisania - rzekła.
Kiedy mama zaproponowała, żeby coś zrobić, w praktyce zawsze tak się działo. Siadłam więc na łóżku i zaczęłam rozmyślać o opowiadaniu. Na pewno było to zajęcie sensowniejsze niż ponowne układanie pasjansa. Nie pamiętam teraz, ile czasu mi to zabrało - chyba niezbyt wiele, opowiadanie bowiem skończyłam do następnego wieczora. Zaczynałam pisać o różnych rzeczach, potem porzucałam te próby, w końcu dałam się wciągnąć i poszło mi jak z płatka. Pisanie okazało się zajęciem wyczerpującym i zarazem ekscytującym, choć raczej nie sprzyjało rekonwalescencji.
- Wyciągnę starą maszynę do pisania Madge - obiecała mi mama - to będziesz mogła z niej korzystać.
To pierwsze opowiadanie nazwałam „Dom piękności”. Za arcydzieło raczej trudno je uznać, chociaż w sumie uważam, że z tego, co stworzyłam, był to z pewnością pierwszy obiecujący utwór. Oczywiście, napisany po amatorsku i zdradzający wpływy lektur z minionego tygodnia. Tego zresztą nie da się uniknąć w początkowej fazie twórczości. Czytałam wtedy książki D.H. Lawrence’a. Pamiętam, że bardzo mi się w tym okresie podobały jego powieści „Wąż upierzony”, „Synowie i kochankowie”, „Biały paw” i inne. Czytałam też kilka utworów niejakiej Everard Cotes i podziwiałam jej styl. Moje pierwsze opowiadanie było afektowane i napisane w taki sposób, że nie można się zorientować, co autorka miała na myśli, styl też nie grzeszył oryginalnością, niemniej świadczyło o wyobraźni.
Potem napisałam jeszcze inne: „Zew skrzydeł” (niezłe), „Samotny Bóg” (pod wpływem lektury „Miasta pięknego nonsensu”, niestety sentymentalne), krótki dialog na przyjęciu między głuchą kobietą a nerwowym mężczyzną, i straszne o seansie spirytystycznym (po wielu latach napisałam je od nowa). Przepisałam wszystkie na maszynie Madge - marki Empire, jak sobie przypominam - i pełna nadziei wysyłałam do różnych pism, przybierając zależnie od kaprysu rozmaite pseudonimy. Madge nazwała się Mostyn Miller, ja wobec tego występowałam jako Mack Miller, potem Nathaniel Miller (jak nasz dziadek). Nie liczyłam specjalnie na sukces i okazało się, że miałam rację. Wszystkie opowiadania po kolei wracały do mnie ze zwykłą odpowiedzią: „Redakcja żałuje...” Posyłałam je wówczas do innego czasopisma. Zdecydowałam się też spróbować swoich sił w powieści. Zabrałam się do tego w sposób beztroski. Powieść zlokalizowałam na terenie Kairu. Myślałam o dwu niezależnych fabułach i początkowo nie mogłam się zdecydować na wybór którejś z nich. Ostatecznie z pewnym wahaniem dokonałam tego i zasiadłam do pisania. Zainspirowały mnie trzy osoby, które widywałyśmy z mamą w jadalni hotelowej w Kairze. Ładna dziewczyna - w moich oczach już raczej nie dziewczyna, bo niewiele jej zapewne brakowało do trzydziestki - codziennie po tańcach przychodziła na kolację z dwoma panami. Jeden był krępym, ciemnowłosym kapitanem z 60. Pułku Strzelców, drugi wysokim blondynem z Coldsteamskiego Pułku Gwardyjskiego, młodszym od niej o rok czy dwa. Panna siadała pośrodku, oni po bokach; najwyraźniej trzymała w odwodzie obu. Znałyśmy ich nazwiska, ale nie dowiedziałyśmy się niczego więcej, ktoś tylko powiedział: - Kiedyś będzie musiała któregoś wybrać. - To wystarczyło, żeby pobudzić moją fantazję. Gdybym wiedziała coś więcej, chyba nie chciałoby mi się o nich pisać. A tak to mogłam stworzyć wspaniałą historię, zapewne niewiele mającą wspólnego z nimi, ich charakterami i postępowaniem. Po jakimś czasie historia przestała mi się podobać, przerzuciłam się zatem na drugą, mniej poważną, z zabawniejszymi postaciami. Popełniłam jednak fatalny błąd, obarczając się głuchą bohaterką. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak jest, niemniej każdy potrafi w całkiem interesujący sposób poradzić sobie z niewidomą bohaterką. Z głuchą zaś sprawa nie przedstawia się tak łatwo, bo, jak się wkrótce przekonałam, gdy już opiszesz, co myśli ona, i co myślą i mówią o niej inni, nie ma już szans na dalszą rozmowę, i znajdziesz się w ślepym zaułku. Biedna Melancy stała się jeszcze bardziej mdła i nudna. Powróciłam do pierwszej historii i uświadomiłam sobie, że nie wystarczy jej na powieść. W końcu postanowiłam połączyć oba wątki. Miejsce akcji było to samo, czyż więc nie można tak postąpić? Tak oto moja powieść osiągnęła ostatecznie pożądane rozmiary. Obciążona zbyt wielką liczbą wątków przerzucałam się szaleńczo od jednej grupy postaci do drugiej, zmuszając je czasem do mieszania się ze sobą w sposób, którego zapewne wcale by sobie nie życzyły. Nadałam powieści tytuł - nie wiem dlaczego taki właśnie - „Śnieg na pustyni”. Matka z pewnym wahaniem poradziła mi, żebym zwróciła się do Edena Philpottsa, prosząc o pomoc i radę. Eden Philpotts był w tym czasie u szczytu sławy, a jego dartmoorskie powieści ceniono bardzo wysoko. Tak się złożyło, że mieszkał w sąsiedztwie i przyjaźnił się z naszą rodziną. Brakowało mi śmiałości, ale w końcu posłuchałam tej rady. Eden Philpotts wygląd miał dość osobliwy, z twarzy - interesującej, o oczach migdałowych, w kształcie z lekka jakby w kącikach uniesionych ku górze - przypominał bardziej fauna niż normalną istotę ludzką. Cierpiał okrutnie z powodu podagry i gdy przychodziliśmy w odwiedziny, nieraz zastawaliśmy go z nogą grubo obandażowaną i opartą na krześle. Nienawidził życia towarzyskiego i prawie nie wychodził z domu, w gruncie rzeczy nie znosił spotykać się z ludźmi. Jego przystojna i czarująca żona natomiast była osobą nader towarzyską i miała wielu przyjaciół. Eden Philpotts lubił mojego ojca, a także mamę, która rzadko zawracała mu głowę zaproszeniami na zebrania towarzyskie, za to podziwiała jego ogród oraz rosnące tam rzadkie rośliny i krzewy. Powiedział, że naturalnie przeczyta literackie pierwociny Agathy. Wdzięczność, jaką do niego żywię, trudno mi wprost wyrazić słowami. Jakże łatwo mógł rzucić kilka byle jakich zdań zasłużonej krytyki i być może zniechęcić mnie na całe życie. A tymczasem zaoferował mi pomoc. Wiedział doskonale, jaka jestem nieśmiała i jak trudną rzeczą bywa dla mnie mówienie o różnych sprawach. List, który do mnie napisał, zawierał cenne rady. Niektóre z tych rzeczy, które napisałaś, są pierwszorzędne. Masz wielkie wyczucie dialogu. Powinnaś się trzymać wesołego, naturalnego dialogu. Postaraj się wyeliminować ze swoich powieści całe to moralizowanie, zanadto je lubisz, a nie ma nic nudniejszego w czytaniu. Zostaw swoje postaci same, tak by to one mówiły za siebie, zamiast stale im dyktować, co mają powiedzieć, albo wyjaśniać czytelnikowi, co miały na myśli mówiąc to, co mówią. Czytelnik sam ma to osądzić. Masz tu dwie historie, zamiast jednej, ale to częsty błąd u początkujących. Wkrótce nie będziesz chciała marnować w tak rozrzutny sposób historii. Posyłam Ci list do mego agenta literackiego, Hughesa Massie. Dokona krytycznej analizy twojej powieści i poinformuje Cię, jaką ma szansę na przyjęcie. Obawiam się, że niełatwo jest umieścić gdzieś pierwszą powieść, nie wolno się zatem zniechęcać. Chciałbym Ci polecić parę książek, które, jak sądzę, uznasz za użyteczne dla siebie. Przeczytaj „Wyznania angielskiego opiumisty” De Quinceya - wzbogaci znamienicie twoje słownictwo - on używa bardzo interesujących wyrazów. Przeczytaj Jefferysa „Historię mojego życia” ze względu na opisy i wyczucie przyrody. Nie pamiętam już, jakie jeszcze książki mi polecił, wiem jednak, że znajdował się wśród nich zbiór opowiadań, a jedno z nich - „Duma Pirrie’ego” - osnute było wokół imbryka. Wśród zaleconych lektur znalazł się tom dzieł Ruskina, do którego nabrałam gwałtownej niechęci, i parę innych. Czy pomogły mi, czy też nie, nie mam pojęcia. Przypadł mi do gustu De Quincey, a także opowiadania. Udałam się potem do Londynu na spotkanie z Hughesem Massie. Był duży, śniady i wydał mi się przerażający. 
- Ach - powiedział, patrząc na okładkę maszynopisu - „Śnieg na pustyni”. Mm, bardzo sugestywny tytuł, sugeruje podsycanie ognia.
Zrobiłam się jeszcze bardziej nerwowa czując, że ta interpretacja odbiega znacznie od moich intencji. Właściwie nie wiem, dlaczego wybrałam taki tytuł, poza tym, że pewno czytałam wtedy Omara Chajjama. Chodziło mi chyba o to, że wszystko, co się wydarza w życiu, jest samo w sobie sztuczne i przemija bez śladu - jak śnieg na piaszczystym obliczu pustyni. Nie sądzę, by taką wymowę miała moja książka po ukończeniu, lecz tak to sobie wcześniej wyobrażałam. Hughes Massie zatrzymał maszynopis i obiecał go przeczytać, ale po kilku miesiącach mi go zwrócił. Prawdopodobieństwo umieszczenia powieści w jakimś wydawnictwie jest niewielkie, jak orzekł. Najlepiej więc będzie, jego zdaniem, jeśli przestanę o niej myśleć i zabiorę się do pisania innej książki. Z natury nigdy nie byłam osobą ambitną, toteż zrezygnowałam z dalszej walki. Napisałam jeszcze kilka wierszy i cieszyłam się nimi, ponadto chyba jedno czy dwa opowiadania. Wysyłałam je do różnych czasopism, spodziewając się, że zostaną mi odesłane, i tak rzeczywiście się działo.

Agatha Christie "Autobiografia".

środa, 26 września 2012

Życie jest fascynujące


Nimrud w Iraku, 2 kwietnia 1950

Nimrud to współczesna nazwa starożytnego miasta Kalah, wojskowej stolicy Asyryjczyków. Nasz Dom Ekspedycji zbudowany jest z glinianych cegieł. Stoi po wschodniej stronie kopca i mieści kuchnię, jadalnię połączoną ze świetlicą, małe biuro, pracownię, duży magazyn oraz malutką ciemnię. My wszyscy śpimy w namiotach. W tym roku dodano do Domu Ekspedycji jeszcze jeden pokój, o powierzchni mniej więcej trzech metrów kwadratowych. Jest tam cementowa podłoga, na niej leżą rogoże i kilka wesołych szorstkich dywaników. Na ścianie wisi obraz młodego irakijskiego malarza - barwna masa kolorowych kostek przedstawia dwa osiołki przechodzące przez suk. Okno wychodzi na wschód i widać przez nie ośnieżone wierzchołki gór w Kurdystanie. Na drzwiach od strony zewnętrznej przyczepiono kwadratową tabliczkę z wypisanym pismem klinowym BEIT AGATHA (Dom Agathy).

Jest to zatem mój „dom”. Chodzi o to, żebym miała w nim całkowitą swobodę i mogła poświęcić się pisaniu. Kiedy prace wykopaliskowe nabiorą tempa, nie będzie zapewne na to czasu. Znaleziska muszą być oczyszczone i naprawione. Zacznie się też fotografowanie, zaopatrywanie w metryczki, katalogowanie oraz pakowanie. Niemniej przez pierwszy tydzień, a może i dziesięć dni, będzie sporo wolnych chwil.

Co prawda, nie brak też rzeczy utrudniających koncentrację. Po dachu skaczą arabscy robotnicy i wesoło pokrzykują do siebie, przesuwając niestabilne drabiny. Szczekają psy, gulgocą indyki. Koń policjanta pobrzękuje łańcuchem, a drzwi i okno już to nie chcą się domknąć, już to na zmianę się otwierają. Siedzę przy całkiem solidnym drewnianym stole, obok siebie mam kolorowe blaszane pudło, takie z jakim zazwyczaj podróżują Arabowie. Zamierzam przechowywać w nim swój maszynopis.

Powinnam pracować nad powieścią kryminalną, ale w zgodzie z naturalnym u pisarza pragnieniem pisania zachciało mi się zupełnie nieoczekiwanie napisać autobiografię. Pragnienie to, jak mi mówiono, ogarnia prędzej czy później każdego. I nagle też ogarnęło mnie.

Po namyśle dochodzę do wniosku, że autobiografia to za duże słowo. Sugeruje bowiem metodyczne studium całego życia danej osoby. Obejmuje nazwiska, daty i miejsca podawane w ściśle chronologicznym porządku. Ja zaś chcę zanurzyć jakby rękę w rogu obfitości i wyciągnąć garść mieszanych wspomnień.

Życie, jak sądzę, składa się z trzech części: z absorbującej i zazwyczaj sprawiającej przyjemność teraźniejszości, która gna z zabójczą szybkością; z przyszłości, zamglonej i niepewnej, którą można sobie planować na wiele różnych sposobów, a im dziksze są te plany i bardziej nieprawdopodobne, tym lepiej, bo jeśli nic z owych zamierzeń nie wyjdzie, to przynajmniej ma się uciechę z samego układania planów; i z trzeciej części, przeszłości, wspomnień i rzeczywistości tworzących podłoże obecnego życia, które nagle przywołuje jakiś zapach, kształt wzgórza, stara piosenka - jakaś błahostka zmuszająca cię nieoczekiwanie do powiedzenia: - Przypominam sobie... - ze szczególną i dość niewytłumaczalną przyjemnością.

Wspominanie to jedna z rekompensat, jakie przynosi wiek, i to rekompensat z pewnością bardzo miłych.

Na nieszczęście często się pragnie nie tylko wspominać, lecz także mówić o tym, co się pamięta. A to, jak trzeba sobie stale powtarzać, innych nudzi. Dlaczegóż mieliby interesować się tym, co ostatecznie jest twoim, nie ich życiem? Czasami w osobach młodszych budzisz niejaką historyczną ciekawość.

- Przypuszczam - mówi wykształcona dziewczyna z pewnym zainteresowaniem - że pani pamięta całą wojnę krymską?

Dość dotknięta odpowiadam, że nie jestem aż tak wiekowa. Odrzucam również ewentualność udziału w powstaniu sipajów w Indiach. Przyznaję się natomiast do wspomnień z wojny burskiej - brał w niej udział mój brat.

W najwcześniejszym wspomnieniu, jakie pojawia się w mojej pamięci, wyraźnie widzę siebie idącą wraz z matką w dzień targowy ulicami Dinard. Jakiś chłopak z wielkim koszem zderza się ze mną, rani mnie w rękę i prawie powala na ziemię. Ręka bardzo boli. Zaczynam płakać. Mam pewno z siedem lat.

Moja matka, która lubi zachowywać się po stoicku w miejscach publicznych, napomina mnie.

- Pomyśl - mówi - o naszych dzielnych żołnierzach w Afryce Południowej.

Wrzeszczę w odpowiedzi: - Nie chcę być dzielnym żołnierzem. Chcę być tchórzem!

Co decyduje o wyborze wspomnień? Życie przypomina siedzenie w kinie. Pstryk! I oto ja: dziecko pałaszujące ptysie na swoich urodzinach. Pstryk! Minęły dwa lata i siedzę na kolanach u babci, elegancko zesznurowana, jak kurczak przysłany dopiero co od Whiteleya, i niemal pękam z radości na myśl o tym żarcie.

To jedynie chwilki - a między nimi długie puste przestrzenie miesięcy czy nawet lat. Gdzie się wtedy było? Przywodzi to na myśl jedno z pytań Peer Gynta: - Gdzie byłem, ja, prawdziwy, cały?

Nigdy nie poznamy całego człowieka, jakkolwiek niekiedy w okamgnieniu poznajemy prawdziwego człowieka. Osobiście jestem przekonana, że czyjeś wspomnienia przedstawiają te chwile, które choć wydawać się mogą mało ważne, niemniej prezentują wewnętrzne „ja” i tego kogoś jako osobę najbardziej rzeczywistą.

Jestem dziś tą samą osobą co owa poważna dziewczynka z jasno-płowymi anglezami. Cielesna skrytka, w której zamieszkuje dusza, rośnie, rozwija instynkty i upodobania, uczucia i zdolności intelektualne, lecz ja, prawdziwa Agatha, pozostaję taka sama. Nie znam całej Agathy. Całą Agathę, jak wierzę, zna tylko Bóg.

Tak więc my wszystkie - mała Agatha Miller i duża Agatha Miller, i Agatha Christie, i Agatha Mallowan - podążamy naszą drogą. Dokąd? Tego człowiek nie wie - i to oczywiście sprawia, że życie jest fascynujące. Zawsze uważałam i nadal tak uważam, że życie jest fascynujące.

Wie się o nim tak mało - zna się jedynie własną niewielką rólkę - jest się więc jakby aktorem, który ma wygłosić kilka zdań w pierwszym akcie. Napisano mu na maszynie tekst jego kwestii i tylko tyle wie. Nie czytał sztuki. Dlaczegóż miałby ją czytać? Ma jedynie powiedzieć: - Telefon nie działa, proszę pani - a następnie usunąć się w cień.

Kiedy jednak w dniu przedstawienia kurtyna pójdzie w górę, zobaczy całą sztukę i wraz z innymi, stojąc w rzędzie, kłaniać się będzie widzom.

Za jedną z najbardziej intrygujących rzeczy w życiu uważam to, że bierzemy udział w czymś, czego zupełnie nie rozumiemy.

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem, ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć.

A zatem zamierzam delektować się wspomnieniami - bez pośpiechu - pisząc sobie po parę stroniczek od czasu do czasu. Zadanie to pewno zabierze mi wiele lat. Lecz dlaczego właściwie nazywam to zadaniem? To raczej przywilej. Ujrzałam kiedyś stary chiński obraz, który bardzo mi się spodobał. Widać na nim było starca siedzącego pod drzewem i bawiącego się przekładaniem sznurka z palców na palce. Obraz nosił tytuł „Stary człowiek delektuje się próżnowaniem”. Nigdy go nie zapomniałam.

Tak więc ustaliwszy, że będę smakować wspomnienia, powinnam chyba już zacząć. I choć nie oczekuję, żeby udało mi się zachować ciągłość chronologiczną, mogę przynajmniej spróbować zacząć od samego początku.

Agatha Christie "Autobiografia" (An Autobiography), przełożyły Magdalena Konikowska i Teresa Lechowska,

wtorek, 31 lipca 2012

Miłość do Agathy

Agatha Christie w swoim domu w Devonie w 1946

Rozmowa ukazała się w Tygodniku Powszechnym, a znalazłem ją w przepastnych czeluściach archiwum. Z Tomaszem Fiałkowskim i Marianem Stalą rozmawia Michał Okoński  

MICHAŁ OKOŃSKI: – Ile kryminałów przeczytaliście?

TOMASZ FIAŁKOWSKI: – Pewnie kilkaset.

MARIAN STALA: – Na pewno mniej niż Tomek.

Czy to nie dziwne, że ludzie na co dzień obcujący z kulturą wysoką, świetny znawca polskiej poezji i autor rubryki „Wśród książek”, maniakalnie pochłaniają kryminały?

TF: – Szczerze mówiąc czytam je nie dla zagadki kryminalnej czy z zamiłowania do rebusów, ale po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że świat nie wypadł jeszcze z ram. To rodzaj gry: literatura silnie skonwencjonalizowana, która z jednej strony daje dreszcz, a z drugiej, paradoksalnie – poczucie bezpieczeństwa. Klasyczny kryminał (bo to co mówię, odnoszę głównie do kryminału angielskiego, od Conan Doyle’a poczynając, a też i do Simenona) tworzy świat, w którym po to pokazuje się przekroczenie norm, żeby tym mocniej je następnie uwidocznić.

MS: – Uzasadniać czytania kryminałów nie trzeba, tak jak nie trzeba uzasadniać czytania czegokolwiek. Czytanie jest dla mnie czynnością podstawową – jeśli istnieje pewne zapisane terytorium kultury, to zawsze można je spenetrować. W zdziwienie, dlaczego my czytamy kryminały – nie wierzę. A dlaczego nie? Kryminały czyta się na zasadzie ucieczkowej. Tomek, być może, czyta kryminały, żeby nie napisać kolejnego odcinka rubryki, ja – żeby nie skończyć szkicu czy recenzji.

TF: – No i daje Ci to odprężenie...

MS: – Oczywiście, bo z lekturą ucieczkową wiąże się lektura zabawowa, lektura-gra. Czytanie kryminałów to zabawa konwencjami, gra pewnymi sposobami myślenia literackiego. W kryminale, zwłaszcza tym klasycznym, mamy do czynienia z literaturą podniesioną do kwadratu. Z niesłychanie literacką literaturą...

TF: – To wspaniałe pole ćwiczeń, na którym można analizować strukturę dzieła, sposób budowania napięcia, rozwijania intrygi, kształtowania postaci itd. Trochę jak ubranie, na którym widać wszystkie szwy i ściegi.

Chcecie powiedzieć, że czytacie kryminały z powodu ich niedoskonałości?

MS: – Możesz to nazwać niedoskonałością, możesz to nazwać schematycznością, możesz to nazwać jawnością chwytów literackich, które w literaturze wyższego rzędu są zdecydowanie bardziej zakonspirowane.

Rozmawiamy więc o czymś pomiędzy kulturą wysoką a niską... Nie jest to wszak kanon kultury?

MS: – To znowu zależy, jak rozumieć słowo „kanon”. Żeby czuć się dobrze w kręgu literatury wysokiej, trzeba mieć świadomość, co się odrzuca, a co stawia się po prostu niżej. A więc konstruować jakąś hierarchię. Nie jestem aż tak szalony jak ci literaturoznawcy, którzy twierdzą, że wszystkie teksty literackie można traktować jednakowo, tak samo Dantego, jak Agathę Christie czy Maurice Leblanca. Sądzę, iż jest inaczej; ale też jestem przekonany, iż ktoś, kto ma poczucie hierarchii, może bezpiecznie, bez żadnego kwestionowania kanonu, czytać rzeczy drugorzędne. Ale gdy ktoś nie zna kanonu, żywi się wyłącznie kryminałem, traktuje go ze śmiertelną powagą jako źródło informacji o świecie – no, to jest dramat.

TF: – Było wielu autorów, należących do literatury „wysokiej”, którzy na boku, dla przyjemności czy pieniędzy, pisali powieści kryminalne. Arnold Bennett, C. P. Snow, poeta Cecil Day Lewis, który używał pseudonimu Nicholas Blake. Milne, autor „Kubusia Puchatka”, ma na sumieniu „Tajemnicę Czerwonego Domu”. No, a Dickens? W końcu „Tajemnica Edwina Drooda” to jeden z pierwszych kryminałów, tym ciekawszy, że niedokończony.

MS: – Chesterton...

TF: – Ale z nim jest trochę inaczej, bo on świadomie używa gatunków popularnych jako wehikułu dla treści metafizycznych.

MS: – Co potwierdza Twoją tezę.

TF: – Sama Agatha Christie bynajmniej nie uważała się za Szekspira. Miała pełną świadomość tego, co robi, była dobrym rzemieślnikiem i nim właśnie chciała być.

MS: – Dwadzieścia pięć lat temu zastanawiano się, dlaczego w Polsce nie może powstać literatura środka i dlaczego pisarze albo są nastawieni na pisanie sześciusetstronicowych arcydzieł monologiem wewnętrznym albo są kompletnymi kretynami tworzącymi powieści milicyjne. Anglosasi, ze wspomnianą Agathą, mieli świadomość, że robią literaturę.

Co to w takim razie jest kryminał? Mógłby ktoś zapytać, czy „Zbrodnia i kara” jest kryminałem...

MS: – Oczywiście, że nie jest. Dostojewski korzystał ze schematów powieści sensacyjnej, a raczej romansu kryminalnego, ale jego dzieło należy do zupełnie innych rejonów literatury...

TF: – Nie każda powieść o morderstwie jest kryminałem. W ten sposób można dojść do wniosku, że „Makbet” to teatr sensacji.

MS: – Można się zresztą spytać, czy obecni tu czytają powieści kryminalne po to, żeby zajmować się tym, kto zabił.

TF: – Mnie oczywiście sprawia pewną satysfakcję, jeśli w połowie lektury znam już nazwisko mordercy, ale bawi mnie przede wszystkim „rozkręcanie” powieściowej konstrukcji i smakowanie realiów czy – zwykle dość taniego – psychologizmu. Agatha Christie w warstwie realistycznej opisuje przecież Anglię! W jej pierwszej powieści, „Tajemniczej historii w Styles”, mamy na przykład belgijskich emigrantów, którzy schronili się na Wyspie po inwazji niemieckiej na Belgię podczas I wojny światowej – stąd wziął się Poirot. Brytyjskie imperium było dla niej prawdziwą kopalnią pomysłów: chętnie sprowadzała z kolonii rozmaitych podejrzanych bohaterów o niejasnej przeszłości. Można się też z książek Agathy dowiedzieć, jak w powojennej Anglii funkcjonował czarny rynek żywności i co autorka sądziła o przemianach obyczajowych lat 60...

MS: – Obraz tych przemian jest zresztą dość karykaturalny, bo ona coraz bardziej oddalała się od rzeczywistości, miała coraz większy do niej dystans. Widać to choćby w tym, co pisała o ówczesnej młodzieży. Nie wiem, czy zauważyliście, jak ona odnotowała Beatlesów.

TF: – Trudno się dziwić, zważywszy jej konserwatywne przekonania. Agatha nie żywiła złudzeń wobec natury ludzkiej – w końcu przesłanie jej powieści z panną Marple głosi, że niebezpieczne instynkty drzemią także w poczciwych mieszkańcach malutkiej wioski, a dobra znajomość ich psychiki pomaga zrozumieć wszelkie możliwe zbrodnie – ale zło pozostaje u niej zawsze złem i w końcu doczeka się kary. Ona była zresztą zwolenniczką kary śmierci... Nawet tam, gdzie policja w ogóle nie wkracza – jak w „Dziesięciu Murzynkach” – bohater karze się sam.