Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urbanek Mariusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urbanek Mariusz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 kwietnia 2013

"Brzechwa nie dla dzieci" Mariusz Urbanek i Wydawnictwo Iskry

Mariusz Urbanek

Brzechwa nie dla dzieci

ZAPOWIEDŹ!

Data wydania: 2013-05

Prezentacja postaci i dorobku znanego nam wszystkim od wczesnego dzieciństwa, autora zabawnych wierszyków, bajek i pełnych humoru rymowanek. Mało kto wie, że był on także wybitnym prawnikiem walczącym o prawa autorskie twórców literackich, jednym z założycieli ZAiKS-u i jego długoletnim prezesem, namiętnym karciarzem, a o jego przygodach miłosnych można by napisać barwną powieść...

Bogate tło historyczne - świat kabaretów i teatrzyków rewiowych dwudziestolecia, literaci i ich dzieła w trybach socrealizmu, nierozwiązany problem, czy autor wierszy o Stalinie może być obecnie patronem instytucji kultury - dopełnia opis losów i rozwoju osobowości twórczej pisarza doskonale rozpoznawanego przez pokolenia dziadków, rodziców i najmłodszych czytelników książek.

"Tyrmand nie był bikiniarzem"

Leopold Tyrmand

Dla jednych był moralnym drogowskazem czasu PRL-u, inni uważali go za niepoważnego bikiniarza. O tym, kim naprawdę był Leopold Tyrmand, rozmawiamy z Mariuszem Urbankiem, autorem książki "Zły Tyrmand", w której o popularnym pisarzu opowiadali autorowi ludzie wcześniej sami sportretowani na łamach "Dziennika 1954" i innych książek Tyrmanda (m.in. Agnieszka Osiecka, Irena Szymańska, Stefan Kisielewski, Zygmunt Kałużyński i Szymon Kobyliński).

Beata Gigiel: Jedni nazywali go wzorem elegancji, inni mawiali, że ma fryzjerczykowaty wygląd– napisał pan w swojej książce "Zły Tyrmand" o ikonie Warszawy.
 

Mariusz Urbanek: Ikonie Warszawy lat 50. Zygmunt Broniarek powiedział mi, że w czasach, kiedy nie było jeszcze telewizji, on cieszył się popularnością wręcz telewizyjną. Kiedy szedł Alejami Jerozolimskimi albo Nowym Światem, wiadomo było, że to właśnie idzie Leopold Tyrmand – człowiek od jazzu i kolorowych ciuchów.
 
I skarpetek w paski, które stały się niemal jego znakiem firmowym.
 

Jest w różnych opowieściach o Tyrmandzie sprzeczność - czy był, jak mówią jedni, bikiniarzem, czy, jak chcą inni, ubierał się w sposób elegancki i stonowany. Choć w tym stonowaniu jego legendarne kolorowe skarpetki wyróżniały się jeszcze bardziej. To było wyzwanie rzucone ustrojowi i wszechogarniającej szarzyźnie. Mówiło się, że jeżeli przy stole siedzi siedmiu facetów i sześciu z nich jest ubranych w szare garnitury z samodziałowego materiału, który został właśnie rzucony do MDM-u, natomiast siódmy wygląda na ich tle jak kolorowy paw – to tym siódmym jest właśnie Leopold Tyrmand. Ja jestem przekonany, że on był naprawdę bardzo elegancko ubrany. Takie są świadectwa osób mu bliskich. Tych, które znały go nie tylko z anegdoty, albo marzyły, żeby choć raz napić się z Tyrmandem wódki, ale jego przyjaciół i związanych z nim kobiet. A one przecież wiedziały, jak się ubierał. Zresztą poświadczają to zdjęcia. Bikiniarza próbowali zrobić z niego ci, którzy zazdrościli mu barwności, luzu, a także młodych i pięknych dziewczyn, wpatrzonych w Tyrmanda jak w obraz. Był raczej arbitrem elegancji niż bikiniarzem.
 
Elegancki, ale ekscentryczny i chimeryczny, potrafił nagle zerwać kontakty z najlepszymi i najwierniejszymi przyjaciółmi.
 

Był bardzo wymagający. Chyba nie pasował do czasów, które nastały po 1945 roku. Jego elegancja to nie była wprawdzie elegancja Starszych Panów – Wasowskiego i Przybory – ale Tyrmand pielęgnował wiele z przedwojennych obyczajów. Oczekiwał, że ludzie będą punktualni, będą odpowiadali na korespondencję i będą przestrzegali reguł kindersztuby. Potrafił być rzeczywiście bezwzględny. Jeżeli ktoś naruszył dobre obyczaje, to, jak Witkacy, był przez Tyrmanda przesuwany na liście przyjaciół z pozycji siódmej na np. dziewięćdziesiątą trzecią. Tyle, że on nie informował nawet o tym zainteresowanego. Po prostu nagle ktoś zauważał, że dawny przyjaciel jest dla niego bryłą lodu.