Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hrabal Bohumil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hrabal Bohumil. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2013

Postęp techniczny

"Ojciec ubóstwiał postęp techniczny i co miesiąc, wracając z Pragi, dokąd jeździł do Centrum Przemysłu Browarniczego, przywoził zawsze jakiś nowy wynalazek. Raz przywiózł grzałkę do kawy, taką spiralę z wtyczką do prądu elektrycznego, kiedy indziej lampę kwarcową. To znów hermetyczny garnek do gotowania jajek albo elektryczny młynek do kawy. Potem z kolei szybkowar, walizeczkę pełną instrumentów wytwarzających lecznicze prądy fulguracyjne i aparat do prostowania nosa.
 
Jednakże każdy z tych wynalazków miał swoje wady.

Kiedy ugotowało się kawę w wodzie doprowadzonej do temperatury wrzenia rozgrzaną spiralą, to spirala wchłonęła tyle innych zapachów kuchennych, że kawa nie była smaczna; lampa kwarcowa opalała ciało, tak że tatuś łuszczył się jak francuskie ciasto. Hermetyczny garnek do gotowania jaj należało wyłączyć nie co do minuty, ale co do sekundy. No i stało się, że pękł i ciśnienie trzepnęło pięciu jajami o sufit, i na suficie powstała dekoracja, której nie dało się zeskrobać, no i te schnące jajeczka wydzielały okropny zapach, taki sam, jak kiedy raz na kwartał któryś z kotów zesrał się pod łóżkiem. 

piątek, 14 czerwca 2013

Nietypowe zdjęcia pisarzy (3)

Charles Bukowski - "A teraz widać, a?"

Vladimir Nabokov - "Gdzie on mi zwiał?"

Julio Cortazar i ... przejście do fantastycznego świata?

Anthony Burgess - "Niby to wszystko ja napisałem?"

Philip Roth - "Dobry był ten kawał o zajączku?"

Vladimir Nabokov -"Którego to dzisiaj mamy?"

czwartek, 13 czerwca 2013

poniedziałek, 13 maja 2013

"O Hrabalu" Andrzej Stasiuk

A teraz będzie o Bohumilu Hrabalu. Umarł i trudno się do tej myśli przyzwyczaić. Może nawet jest tak, że moje łzawe i słowiańskie serce najzwyczajniej nie ufa realności i nie wierzy w to zdarzenie. Wychodzę przed dom, jest pogodna noc i wszystko sobie trwa w swoim starym kształcie. Gwiazdy świecą, ludzie śpią, ziemia wiruje pewnie, aczkolwiek niezauważalnie, zwinięte w kłębek psy i koty drzemią w swoich zakamarkach i guzik je obchodzi, że kiedyś będzie jakiś kolejny dzień. Jednym słowem zwyczajność sobie hula i świat per saldo nie zmienia się ani na lepsze, ani za bardzo na gorsze. A przecież całe stworzenie, cała widzialność, jednostkowe byty, wszystkie egzystencje i przynajmniej obywatele wyszehradzkiego trójkąta powinni trwać w pomieszaniu i pytać: Jeśli jego nie ma, to kto nas zapamięta? Kto opisze? Kto nas ocali przed bezmyślnym pyskiem kosmosu i analityczną, ezoteryczną paszczą historii, która smak i gust ma wysoce wysublimowany, i jeśli ktoś nie był zapisany, dajmy na to, w „Zeszytach Literackich”, to nie było go w ogóle?  Kto będzie teraz odmawiał tę litanię do wszystkich świętych, w której niepostrzeżenie zjawiają się imiona z książki telefonicznej i nazwiska z powszechnego spisu ludności.

Ale wokół jest cicho jak gdyby nigdy nic. Zupełnie tak, jakby wciąż odjeżdżał ten sam autobus do Kerska z tą samą kobietą, którą kiedyś wziął za niewidomą, a ona tylko szkoliła psy dla ociemniałych. Zupełnie tak, jakby doczesność zmieniła się jakimś cudem w wieczność, zupełnie tak samo, jak podczas tych poranków, gdy żona była już w pracy, a on mógł spokojnie zaczynać dzień od mocnej kawy i kilku papierosów, a świat za oknem zastygał w swej ruchliwej postaci i minuty ogromniały jak baloniki nadęte nieskończonością. Tak było. Wystarczy zajrzeć gdzie trzeba i przeczytać.

Bohumil Hrabal na fotografiach wygląda tak, jakby na nikogo nie czekał, jakbyśmy go akurat przy czymś zastali. Spodnie w paski, wiatrówka na suwak, coś tam wychodzi spod czegoś, na ramieniu podejrzana torba, z której wystaje nie wiadomo co. Przypomina wcielenie wszystkich swoich postaci. Gdyby wszedł pomiędzy nie, byłby nie do odróżnienia. Tak też najprawdopodobniej wygląda jego duch. I czas pewnie nie poradzi sobie z tym wizerunkiem, ponieważ sam wizerunek jest nieskończenie tymczasowy i pokonuje przemijalność jej własną bronią. No bo co może zrobić świat i czas komuś, kto całe życie powtarzał: „W porządku, ja się zgadzam”. Nic mu nie może zrobić, bo to jest egzystencjalne aikido, czyli wykorzystanie energii atakującego przeciwnika. A potem któregoś dnia wchodzę do Gazdy. Jest dziewiąta rano, czarno-biały telewizor nadaje wieści, lecz nikogo one nie obchodzą. Trzech facetów siedzi przy stoliku i popija piasta. Kompozycja jest nieskończenie spokojna i ostateczna, jakby czas o tej dziewiątej, piętnaście kilometrów od słowackiej granicy w kwietniu, nagle przestał płynąć. Przypominają plebejską i ziemską wersję Trójcy Andrieja Rublowa. Jak przystało na świeckie wykonanie, światło obrazu jest właściwie monochromatyczne. Składa się z kilkunastu odmian szarości. Najprawdopodobniej na nic nie czekają. Nie zamieniają ani słowa. Ich obecność jest całkowicie elementarna. I jeślibym miał znaleźć jakiś emblemat dla pisarstwa Bohumila Hrabala, to byłoby to tych trzech siedzących facetów. Nie ma w nich śladu heroizmu, nie ma w nich śladu literackości, nie ma pragnienia, by uzasadniać własną egzystencję. W końcu fundamentem świata nigdy nie były czyny, ale jedynie zwykłe, najzwyklejsze istnienie. I Hrabal, jak nikt inny, potrafił nam to opowiedzieć.

A potem jeden z nich wstał i powoli zaczął się zbierać. Drugi jakby się ocknął, popatrzył na tamtego i powiedział: „Gdzie będziesz szedł?”. Wtedy ten, co wstał, rozejrzał się po knajpie i trochę po świecie i powoli usiadł z powrotem.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Krwawa ballada, którą napisali czytelnicy

Bohumil Hrabal

Panie Hrabal, niech mi pan wierzy, po przeczytaniu Pańskich książek nie mam już spokoju, wciąż mnie męczy i prześladuje niewymowne piękno, subtelność, dowcip, ból, mądrość, o Boże, niech to diabli. 

Ta świnia wybiera takie sytuacje, żeby pofolgować swojej seksualnej perwersji. Od czasu jak go przeczytałem, nie mam spokoju, ciągle chodzi mi to po głowie, aż strach pomyśleć, ile szkody narobi się tym wśród dorastającej młodzieży. 

Sądziłem, że jest Pan jednym z profesorów w sąsiedniej szkole budowlanej. Usiłowałem tylko odgadnąć, jaki przedmiot Pan wykłada. To, co u Pana najmilsze i najładniejsze — to te przenikliwe, niebieskie jak przetacznik oczy, których kolor nie wyblakł z wiekiem. Wie Pan, rozbłękitnił je taki mały kwiatuszek, tulący się wśród kamieni, co ma w błękicie płatków białe żyłki. 

Ty wstrętny chamie, ty sklerotyczny dziadygo o sztubackich ciągotach, ty obleśna świnio, twoje miejsce w kryminale, policja obyczajowa powinna się tobą zająć, nadajesz się za kratki albo do czubków.

Mam tu przed sobą wywiad z Panem, wszystkie Pańskie książki, zdjęcie z gazety z gigantyczną siecią zmarszczek na czole, po których powinny jeździć wszystkie pociągi pod ścisłym nadzorem aż do krainy wujków Pepinów, do krainy zrozumienia absolutnego. 

Wygląda Pan jak poczciwy ojciec rodziny, który z nudów dłubie w nosie, a mnie złość bierze, że to ma być reprezentant brneńskich rodaków. Dlatego prosto w oczy, kawę na ławę, piszę: że też Ci nie wstyd, ty stary, zachlany pijusie. 

Moja dusza zaiste napiła się źródlanej krystalicznej wody. Entuzjazmowałem się w czasie lektury. Już dawno nie było mi tak jasno w sercu. Bo widzi Pan, człowiek w gruncie rzeczy jest dobry, takie dziełko jak Pańskie „Bawidułki” wprawia w drżenie właśnie te najlepsze struny, z których utkany jest ów najdoskonalszy instrument muzyczny — dusza ludzka. 

Panie Hrabal, pierwszy raz w życiu pisze do autora. Wczoraj po przeczytaniu książki „Tato, tyś zbzikował” myślałem, że napiszę do Saroyana, ale gdzie go szukać. Pan jest bliżej... 

Wiecie, w jaki sposób zostać pisarzem? Jeśli nie wiecie, to poradzi Wam pan Hrabal: „...pojechałem do Jugosławii, nad morze, ach, jakaż tam była wichura, istne szaleństwo przyrody, które kiedy wedrze się mężczyźnie w rozporek, to mężczyzna zostaje pisarzem”. 

A poza tym, jeśli chodzi o Pańską metodę kompozycji, nie mogłem się nadziwić, z jaką beztroską porusza się Pan po cienkim lodzie. Brawo, czemu nie, jeszcze raz brawo! No, a wyraz Pańskiej fizjonomii ujawnił mi natychmiast, że bez reszty koresponduje ona z Pańską metodą kompozycji. 

To Twoja wina, że młodzież od 13 do 15 lat kurwi się w mieszkaniach swoich przebywających w pracy rodziców. Jaką za to poniesiesz odpowiedzialność? 

U nas w szkole na lekcjach czeskiego albo na pauzach często dyskutujemy o Pana książkach. Ile razy usłyszymy słowo albo wyrażenie, które przypomina jakąś historyjkę z Pana książek, od razu wszyscy zarykujemy się ze śmiechu. 

Ktoś stworzył wokół niego glorię, i teraz mówi się już tylko, jaki to świetny pisarz itp. A to jest łobuz, łajdak, może pedał albo impotent. Przecież te wszystkie jego tzw. ludowe powiedzonka nadają się do zaskarżenia w sądzie, ale właściwie to jest po pierwsze, obiekt dla badań neurologicznych, a po drugie, dla policji obyczajowej. 

Nie chcę robię porównań, ale jest Pan istotnie z rodu Vanczurów, z rodu Ladislava Klimy, z rodu Jarosława Haszka, z rodu Kubina. Ma Pan wspaniały słownik, pełen poezji, żadnej tam ckliwości czy przesłodzenia, wszystko krwiste i jurne. I jeszcze jedno: Był Pan podobno komiwojażerem. Ja też jeździłem kiedyś sprzedając grzebienie, żyletki, kamienie do zapalniczek, zimne ognie, lep na muchy i inną galanterię. 

Ty świnio nieparzona, którą wszyscy dzisiaj wynoszą pod niebiosa, kiedy przestaniesz zatruwać ludzkie dusze swoimi plugawymi perwersjami? Ile przechlałeś ze swoimi „krytykami” i recenzentami po różnych burdelach, że tak cię wychwalają? 

Jak Panu z pewnością wiadomo, w dniu 28 marca przypadają co roku oprócz „Dnia Nauczyciela” również Pańskie urodziny. Byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdyby mi Pan napisał, czy w maju zechce Pan przyjechać do nas na spotkanie, jest tu moc ślicznych dziewcząt, a wszystkie Pana uwielbiają, jak również młoda nauczycielka czeskiego. 

Dość Hrabala! — oto hasło wszystkich porządnych ludzi. Nie wyobrażaj sobie, że twoja sława sięgnie pod niebiosa. Ty gówniarzu, ty świński ryju. Niech cię diabli wezmą! 

Właśnie teraz miliony haczyków wbiły mi się w rdzeń kostny. Złowiły szpik i ciągną go jak rybak wędkę. Co za piekielny ból. Ale kiedy pomacha ktoś do mnie ręką, tak jak Pan, to mimo tego bólu robi mi się lżej na myśl, że ktoś mi współczuje. I za to współczucie dla nieznajomych ludzi niech się Panu wszystko w życiu udaje. 

Żałuję, że nie mam czasu, żeby wieczorem móc z rozkoszą napluć w twoją zakazaną gębę, ty deprawatorze młodzieży. 

Panie Hrabal, przywrócił mi Pan dzisiaj tą swoją książeczką nastrój, w którego istnienie już dawno przestałem wierzyć, Pan zbudził mnie z mojej tępej rezygnacji, wlał Pan we mnie kroplę jakiejś oczyszczającej tynktury, jakiegoś eliksiru. 

Byłem parę razy w SPL, to znaczy w domu wariatów, naprawdę tam byłem, ale nie jako pacjent, lecz jako stomatolog. Pewnego razu jeden z pacjentów zostawił przez zapomnienie w poczekalni swój zeszyt z notatkami, a ponieważ nie wiedzieliśmy, do kogo ten zeszyt należy, zatrzymałem go sobie. Teraz, po przeczytaniu „Lekcji tańca” bardzo żałuję, że tego płodu literackiego nie przekazałem jakiemuś wydawnictwu. Jakąż niezmierną, stratę poniosła czeska, a może nawet światowa literatura, że ten zeszyt wyrzuciłem do kosza... 

Jest wiele rodzajów humoru, których ostra broń sięga do wnętrza ludzkiej duszy. Każda inaczej. Broń p. Hrabala dźwięczy srebrem, a z rany nią zadanej sączy się balsam. 

Kolejarze powinni cię zaskarżyć albo ukamienować, bo według ciebie, ty nędzny bydlaku, pracownicy kolei nie robili nic innego, tylko się gzili na kanapie pana zawiadowcy. 

Ja doceniam Pańskie pomysły, myśli, głębię i serdeczność, i talent narratorski, wszystko to sprawia, że Pańskie książki fascynują, jakby ktoś człowieka głaskał. 

Diabli mnie biorą, kiedy w kawiarni albo w tramwaju słyszę; „A co powiesz o Ferlinghettim?” „Aha, fajny”. To aha, fajny najwięcej mnie wścieka. Piszę do Pana dlatego, że Pan wcale nie jest aha, fajny. Pan to czysta prowokacja. Nie daje Pan człowiekowi spać, narzuca się Pan, musi się Pana ciągle czytać, zabiera to trochę czasu. 

Jak mamy patrzeć na to my, wychowawcy, a ponadto ojcowie dorastających dzieci, będących właśnie w tym najtrudniejszym wieku, w okresie dojrzewania? Jak mam na przykład wyjaśnić swojemu szesnastoletniemu synowi, co to jest „cipeczka?” 

Niech Pan zostanie bokserem, zapaśnikiem, niech Pan celuje dokładnie w moją brodę, w solar plexus, a ja przyrzekłem Panu w zamian, że będę trenować, chciałbym wytrwać z Panem na ringu aż do końca, na techniczne KO niech Pan nie liczy, przy dziewięciu zawsze się podniosę i będę się bić dalej, mój przeciwniku, mój drogi przeciwniku. 

Sądząc z niektórych recenzji i krytyk ta świnia, Hrabal, jest kontynuatorem Nerudy i innych naszych klasyków!!! Zgroza!!! On nie jest godzien nawet stanąć koło Nerudy. Haszek w całym swoim „Szwejku” na kilkuset stronach nie zmieścił tylu świństw co ten zboczony seksualnie typ. 

Jeśli my, Czesi, mamy jakąś szczególnie sympatyczną cechę, która sprawia, że jesteśmy wyjątkowi, stuprocentowo i niepowtarzalnie czescy, panie Hrabal, to właśnie cecha Pańskich bohaterów „Bawidułków”, ta umiejętność najbardziej ludzkiego zagadania człowieka na śmierć, wplecenia siebie i innych w przędziwo osobliwych, pięknych słów i wydarzeń. 

P.S. Starożytni Hindusi zamieścili w swoich „Mądrościach” dobre zdanie: „Tat twan asi!” Co znaczy: „Ty jesteś ty!” A zatem ten portret jest nie tylko moim portretem, ale również podobizną każdego z moich czytelników, każdego człowieka w ogóle. Lao-Tsi w książce „Tao-Tek-King” 500 lat przed narodzeniem Chrystusa napisał: „Znać swoje białe i podtrzymywać swoje czarne — oto jest wzór niebios. Znać swoją sławę, i podtrzymywać swoją hańbę — taki człowiek jest niebiańską doliną”. Pewien król perski, którego nadworny poeta w swoim wierszowanym peanie porównywał do słońca — otóż ów perski król usłyszawszy ten poemat, powiedział: „Mój lasanoforos temu przeczy”. A „lasanoforos” znaczy po persku: nocnik. Tak więc starożytni dobrze wiedzieli, że portret człowieka jest dialektycznie złożony z wymierzanych przeciw niemu paszkwilów i z jego sławy. My w XX wieku zmierzamy do tego, aby u siebie widzieć tylko tytuł do sławy, a u innych tylko do hańby. I to jest początek zamętu. Ta konfrontacja nie pragnie być niczym więcej, jak jedynie pochwałą mądrości starożytnych i krytyką głupoty współczsnych, o ile nie będą również mądrzy i nie będą powracać do dialektycznego portretu człowieka, jako do kryterium wszystkich zjawisk. 

Przełożyła Emilia Witwicka

Bohumil Hrabal "Aferzyści i inne opowiadania".

środa, 28 listopada 2012

Bohumil Hrabal i film, czyli "chyba byłem genialny"


Tak tu sobie gadam, ale na pewno państwa zainteresuje praca przy filmie. Już taki jestem, że zamiast coś robić, wolę pójść się wykąpać albo do knajpy Jak tylko ktoś coś ode mnie chce, wtedy zaraz mówię... O Jezu, muszę gdzieś iść... I już mnie nie ma. Jedynym, który mnie kupił, był pan Menzel. Wszystko zaczęło się od opowiadania o stryju Pepinie, Śmierć pana Baltisbergera, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. On miał wtedy dwadzieścia dwa lata. No, a kiedy mi zaczęły wychodzić książki, trzecią były Pociągi pod specjalnym nadzorem, ich akcja rozgrywała się niedaleko stąd, za Łabą, jest tam też zdanie o Kersku. Ta Niemka powiedziała Ich fahre nach Kersko, znaczy się jechała z Kostomlatów właśnie do jakiegoś domku gdzieś tutaj. Ten film proponowano kilku reżyserom, ale kiedy dali im temat... Nawet Vera Chytilova, która myślała, że mogłaby go nakręcić, to chociaż jej ojciec miał restaurację dworcową w Bohdanczu, przyszła i powiedziała... Panie Hrrrabal, nie wiem, jak to ugrrryźć. W końcu zahaczyli pana Menzla, a wtedy on: Mam pomysł, co z tym zrobić. O, proszę. I w ten sposób Menzelek trafił mi się już drugi raz, no a praca z nim, co nieraz opisywałem, była niesamowicie ciekawa, ponieważ on był i jest nadal, jak by to powiedzieć... No, wokół niego jest taki mocny dzwon niewiedzy, wciąż tkwi w nim chłopaczek, ale jednocześnie ma w łepetynie diamentowe oczko, przed nim kamerę, więc wie, jak skomponować kadry, żeby z tego wyszedł film... 

Myśmy pracowali szczególną metodą, bez przerwy się wymienialiśmy... Najpierw ja pisałem opowiadanie, potem on je uzupełniał i oddawał mi, ja coś tam  zmieniałem i tak długo żeśmy dialektycznie obrabiali literacki tekst, aż był gotowy. A później tutaj, w Kersku, przez trzy dni pisałem literacki scenariusz. Przyniosłem go dyrektorowi Fikarowi i mówię: To ja sobie pójdę. Wtedy on: Bohousz, nic z tego. Siadaj i pij koniak. Tak więc musiałem siedzieć I pić koniak. Kiedy przeczytał – widzę to jak dzisiaj – położył na tekście swoje łapsko i powiada: Bohousz, gotowe. żadnych zmian. Czyli chyba byłem genialny, bo przecież po tych wstępnych etapach, kiedyśmy się wymienili dwa, trzy razy, pisałem na okrągło przez trzy dni tutaj w Kersku, tu był etap ostatni. A potem było ciekawie z obsadą głównej roli. Ubierali kandydata w mundur, taki, jaki miał Miłosz Pipka w Pociągach pod specjalnym nadzorem, i ten później paradował przez cztery minuty przed kamerą. Później puszczało się to na ekran, a po obejrzeniu autor i cała filmowa ekipa mówili... Eee, gdzie tam, to nie on... No i był pierwszy, drugi, trzeci, czwarty... Po dziesiątym Menzelek sam wskoczył w ten mundur, ale jak zobaczył siebie na próbnym zdjęciu, powiedział: Ja jestem już za stary, a poza tym wyglądam za bardzo inteligentnie. Trzeba nam kogoś z głupią miną. Po szesnastym byliśmy skołowani, aż tu nagle odezwała się pani Fikarova: Wiecie co? Widziałam w telewizji tego przygłupa, Neckara. Jego wypróbujcie. A Menzel na to: E, nie, ma odstające uszy Ale ona się upierała, więc wcisnęli go w mundur i kiedy przespacerował się trzy minuty, wszyscy uznali, że to on. Czyli w zasadzie bez pani Fikarovej byłby ktoś inny... Tylko że on był tak wzruszający, chłopięco naiwny i jakiś taki przygłupawy, ale nie w pejoratywnym sensie, to znaczy romantyczny... Tak, pan Neckar był strzałem w dziesiątkę, bo ten film jest niesamowity. Pierwszy fabularny film Menzla i od razu dostał Oscara, a w końcu Oscara nie dają za darmo albo na piękne oczy... I tak Menzelek i ja dzięki tej metodzie odnieśliśmy sukces... Później jeszcze nakręciliśmy „Postrzyżyny". 

Ze mną jest tak, że kiedy siedzę nad scenariuszem, piszę go jako dojrzały mężczyzna, a dopiero po obróbce przez Menzla widzę go inaczej. Rozumiecie państwo, jak mi tam wprowadza rozmaite uwagi i zmiany, to one wnoszą zawsze coś specyficznego, co jest charakterystyczne tylko dla niego i ma taką stylistyczną naiwną czystość. Powiedziałbym, że Menzel ma odwagę dużą większą niż ja, nie boi się szukać guza i na tym właśnie polega jego wiecznie młodzieńcza natura... Więc ja mu robię taki zarys, a potem, kiedy odda mi go ze swoimi uwagami, bardzo chętnie je akceptuję, widząc, jak tekst, ten filmowy scenariusz się rozwinął w porównaniu z tym, co ja wcześniej napisałem. Po prostu Menzel zawsze dodaje autentycznej młodzieńczości, która wciąż go nie opuszcza, chociaż ma już czterdzieści sześć albo i siedem lat. Tylko w „Święcie przebiśniegu", historyjkach stąd, z tego lasu, jakoś tak zmężniał, jakby wydoroślał, a wszystko za sprawą odważnego montażu, uszeregowania poszczególnych obrazów, bo sama książka jest czymś w rodzaju pokawałkowanego dziennika bez scalającego wątku, który występuje choćby w „Pociągach". Menzel wpadł na rewelacyjny pomysł, żeby protagonistą było opowiadanie o uczcie...  I  kiedy Komitet Kinematografii przyznawał nam na ten film pięć milionów koron, spytali: O czym to będzie?... No, główną rolę gra odyniec... w Ameryce by powiedzieli, że brakuje love story i posłaliby was do wszystkich diabłów, coś takiego jest możliwe tylko u nas. Bo rzeczywiście, główną rolę gra tam odyniec i wszystko, co się wokół tego kręci, czyli tworzy taki szkielet. Jak u ryby, u której są pożyteczne i płetwy, i żebrowe ości. Właśnie one są poszczególnymi historyjkami, które się łączą, podobnie jak tutejsze alejki zbiegają się na betonowej drodze. Czyli głównym wątkiem, tą betonówką, jest historia o odyńcu. I Menzel zrobił z tego oryginalny film, bardzo dojrzały i konsekwentny. Dawniej nie potrafiłby wziąć nożyczek i jakby metodą kolażu ułożyć te obrazy w film, o którym fachowcy powiedzieli po projekcji, że to nie jest film dla szerokiej publiczności, a już pewno nie dorówna „Postrzyżynom". No i proszę: okazuje się, że tutaj na wsi, w miasteczkach, miastach i w samej Pradze, tłumy walą na niego. I co ciekawe, do młodych ludzi przemawia bardziej niż „Postrzyżyny" bo mówi o sprawach, do których mają klucz. „Postrzyżyny" są bajką o starych, złotych czasach. I tak je trzeba traktować, nie jako rzeczywistość, ponieważ młody człowiek niewiele wie o dawniejszej strukturze społecznej i w ogóle jak było przed  wojną, kiedy obowiązywało hasło, że ludzie po prostu mają być przyzwoici. Tą przyzwoitość tam widać w stosunkach między bednarzami a zarządcą browaru, chociaż jasne, że napięcia i konflikty też się zdarzały... No, ale moim zdaniem, Menzel właśnie w „Święcie przebiśniegu" jest wyrazistszy, bardziej zdecydowany. I spokojnie można powiedzieć, że ta tragiczna, jakby reportażowa humoreska dorównuje zarówno „Pociągom", jak i „Postrzyżynom". 

Akurat teraz Menzel jest gdzieś w Szwajcarii i ma ciekawe zajęcie, bo tam rozwiązano cyrk, duży cyrk, i klowni założyli teatr, no i on robi im za reżysera. A ponieważ w Ameryce właśnie leci sztuka z życia klownów, więc ci klowni, grając samych siebie, odnoszą wielkie sukcesy, głównie dzięki robocie Menzla. I jeżdżą z tym po Europie. Byli już w Wiedniu, teraz znowu są gdzieś indziej... Proszę? Czy przyjadą do Pragi? No cóż, Menzel przyjedzie, ale czy ci klowni... On woli robić sztuki, może widzieli państwo „Pensjonat dla kawalerów"... Dobrze się stało, że łepetynę zawsze miał pełną teatru. Swego czasu wystawiał „Hamleta" o dziwo z sukcesem, w Dubrowniku, więc z braku czasu przyjechał tu na ostatnią chwilę. A na wszystko dostał raptem sześć tygodni. I po tych sześciu tygodniach plenerowe zdjęcia były gotowe, na szczęście, prawie cały film dzieje się w plenerze... Ale dali mu innego kamerzystę, który jednak okazał się genialny. Powtarzał w kółko: Mnie tam nic nie przeszkadza, ani deszcz, ani słońce, bo ja sobie swoją maszynkę zasłonię... I tyrał na okrągło, więc zdążyli nakręcić tę piękną porę roku, jesień z tymi cudnymi barwami, wszystko oprócz scenek poza plenerem. Szykujemy jeszcze drugą część, „Taką piękną żałobę", mamy już scenariusz, więc Menzel przyjedzie. Ale wiecie państwo, nasze życie też nie jest usłane samymi różami i ponieważ tematyka naszych filmów ciut odstaje od panującego kursu, tośmy na razie nie dostali zgody na rozpoczęcie. A w takim razie Menzel woli jeździć po Europie i robić teatr, ale kiedyś wróci i wtedy chyba się za to zabierzemy, i znów będziemy ze sobą współpracować jak dawniej.
 

Dobra, teraz sobie usiądę i łyknę... Byłem poproszony o parę słów, a powiedziałem ich chyba z tonę, więc dajmy sobie trochę luzu. Można zadawać pytania. Jeśli zdobędę się na odwagę i będę wiedział co, wtedy odpowiem.

przełożył Jan Stachowski

[Z]: Spotkanie autorskie w restauracji „Leśna", [w]:  "Jaka piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

czwartek, 13 września 2012

Odnaleziona ósemka


"Teraz, kiedy mogę patrzeć na siebie niecodziennym spojrzeniem z góry, kiedy tak naprawdę moim życiem są moje książki, gdy patrzę na to wszystko, co dotychczas napisałem, dochodzę do wniosku, że moje pisanie przypomina sinusoidę, spiralę, którą tworzą książki składające się wyłącznie z poetyckich obrazów i metafor, jak i książki złożone jedynie z gołych zdań... są tam książki, których do dziś się boję, i są książki, przy których się uśmiecham... książki, które są literaturą piękną, i książki, które są reportażami, gazetami... są tam książki, w których jest mój los, i są książki, które można czytać dla rozrywki... Dziś wiem, że ta moja sinusoida w rzeczywistości jest także sinusoidą mojego narodu, że jestem medium społeczeństwa i środowiska, w którym żyję... A ponieważ od dzieciństwa żyję w Europie Środkowej, ponieważ mieszkam w samym sercu Europy, dopiero teraz jest dla mnie jasne, że zarówno na mnie, jak i na tym moim pisaniu odcisnęły piętno wydarzenia polityczne, a chociaż czasem ich nie akceptuję, muszę w końcu się z nimi pogodzić, ponieważ są...

Tak więc chociaż nie wybierałem sobie polityki tego kraju, mimo to biorę w niej udział, jestem lojalnym obywatelem kraju, w którym od pokoleń biedzimy się nad  tym, jak to było z tymi ósemkami. Jak to właściwie było w ubiegłym stuleciu z rokiem czterdziestym ósmym? A jak to właściwie było w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym? A jak w roku trzydziestym ósmym? A jak w roku czterdziestym ósmym, a wreszcie jak to właściwie było w tym roku sześćdziesiątym ósmym? Co to były za sinusoidy, po których sunie nie tylko ten kraj, ale i kraje sąsiednie... a więc i ja? Ten mój wieczny upadek i podnoszenie się, ten przypływ i odpływ, ta wielka sinusoida, która ciągnie się przez ten kraj od niemal tysiąca lat? Przypominam sobie, że jako student prawa uczyłem się, że o rozwoju wydarzeń politycznych nie tylko w moim kraju, ale w całej Europie Środkowej, decydowali zawsze ci silniejsi sąsiedzi, którzy zapewne mieli bardziej postępowe ideologie, które następnie wyznaczały sens, a więc i kierunek historii... Jednakże teraz, kiedy mogę patrzeć na siebie niecodziennym spojrzeniem z góry, kiedy starość pozwala mi na ten luksus, żebym jednocześnie był sfinksem i tym, w kogo wlepia on swój badawczy wzrok, dochodzę do wniosku, że mój los, a zapewne także los wszystkich innych, przypomina kartę tarota w Arkanach Wielkich, Wieżę rażoną piorunem... jak wtedy, gdy z jasnego nieba spadnie grom i porazi człowieka tak, że musi zacząć żyć na nowo... jak bóg Sziwa, który dokonuje zagłady starego, by mogło narodzić się nowe życie... Tak więc chociaż odczuwam dumę z tego powodu, że jestem Wieżą rażoną gromem z jasnego nieba, mimo to nadal przemierzam ten kraj, ale nad ciemieniem, na mojej głowie wciąż unosi się ta nasza zagadkowa ósemka, tylko że tym razem pozioma, jak znak i tajemny symbol matematycznej nieskończoności, leżąca ósemka, boski krąg, który przegląda się w sobie samym, krąg postawiony przed lustrem, ósemka, w której jeden krąg przechodzi w drugi, sinusoida, która została przecięta w pół drogi i złożyła się jak secesyjne damskie lorgnon... Tak więc ja, który dziś jestem w sytuacji, w której mogę spoglądać na siebie niecodziennym spojrzeniem sfinksa, ja, który zostałem kiedyś doktorem obojga praw na uniwersytecie Karola, dochodzę do wniosku, a zatem wiem na pewno, że jedna, trwająca niemal tysiąc lat epoka skończyła się i zaczęła się epoka całkiem nowa, widzę po sobie samym, a niekiedy widzę to także po tych wszystkich, z którymi dzielę los, że ta długa, mierzona na stulecia deska pękła, a ja jestem poraniony tymi drzazgami, lecz nie przeklinam losu, ponieważ wiem, że tak musiało być, ponieważ sytuacja polityczna w Europie Środkowej, a zatem i w Pradze, i w całym moim kraju dojrzała za sprawą tych historycznych ósemek do tego, że deska musiała pęknąć... ja zaś miałem to szczęście, że to widziałem, że widziałem to już jako student historii politycznej świata i Europy Środkowej, a zatem jestem świadkiem, dożyłem tego, że mogę opisać to uczucie, kiedy jestem co prawda poraniony drzazgami złamanej epoki, ale jednocześnie jestem zaszczycony, że mogę dać o tym świadectwo, że mogę pisać rękopis o końcu jednej epoki i początku nowej, że mimo wszystko jestem tym, którym jestem, starszym panem, który spaceruje w kapelusiku, nad którym unosi się leżąca ósemka, szyfr i znak nieskończoności, zabawna, wesoła ósemka, szyfr, w którym wyraża się wieczny duch i świat materii, świat realny i świat snu, rezolutna ósemka, zawiązany na kokardkę początek i koniec świata, wypaczona sinusoida przypływu i odpływu, form skostniałych i takich, w które tchnięto życie... unosząca się nad moją głową leżąca ósemka, która daje mi pewność, że nawet gwiaździste niebo kiedyś zgaśnie, żeby wszystko zaczęło się na nowo...".

Przełożył Aleksander Kaczorowski

Fragment pochodzi z Bohumil Hrabal "Odnaleziona ósemka" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", tłumaczenie Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

Auteczko


"Teraz, kiedy mogę patrzeć na siebie niecodziennym spojrzeniem z góry, kiedy jednocześnie jestem sfinksem, który patrzy, i tym, w kogo wlepia on swój badawczy wzrok, muszę wyznać, że napisałem jeszcze jeden rękopis, którego się boję. Ta ballada nosi tytuł Auteczko... i opowiada o tym, jak znalazłem się w sytuacji takiego konfliktu moralnego, że w końcu zmuszony byłem zabić dwoje ukochanych kociąt. Tych kotów miałem ogółem dwanaście i wydawało mi się, że skoro dwanaście kotów nie potrafi żyć ze sobą w zgodzie, wolno mi zabić przynajmniej dwa. Ale myliłem się, ponieważ od tej pory nie mogłem uwolnić się od poczucia winy, nie chciałem już żyć. Tak więc to wszystko opisałem, ten rękopis miał być moją prośbą o wymazanie z rejestru karnego... ale nawet straszny wypadek samochodowy, który przeżyłem i przyjąłem z pokorą, łudząc się, że w zamian opuści mnie poczucie winy, niczego nie zmienił... Tak więc napisałem tę balladę Auteczko, tak się nazywał jeden z tych zamordowanych kotów, ten, którego kochałem najbardziej... a kiedy ją pisałem, miałem przed oczami wstrząsające zdjęcia z albumu Sto lat fotografii wojennej, nie mogłem się od nich oderwać, wciąż przeglądałem tę książkę, którą opatrzył przedmową pan Koellwitz... ale kiedy zaniosłem tekst do wydawnictwa, wiedziałem już, że bezkarnie nie można zabić nie tylko człowieka, ale nawet kota... i poczucie winy za uśmiercenie tych zwierząt zostało we mnie, jestem tym, kim pragnąłem zostać, kiedy byłem młody i głupi... poetą przeklętym...".


Fragment pochodzi z Bohumil Hrabal "Odnaleziona ósemka" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", tłumaczenie Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

niedziela, 9 września 2012

Każdy powinien opowiadać o tym, na czym się zna


Twierdzi pan, że kupuje historyjki za stół piwa, ale chyba też korzysta z własnych doświadczeń, z tego, co przeżył pan na własnej skórze. Niedawno wyszedł pański tekst "Obsługiwałem angielskiego króla". Może pan nam o tym coś powiedzieć? Do jakiego stopnia jest w nim pana historia?

– Ciekawe pytanie. Nigdy nie byłem kelnerem, co najwyżej pomagałem w noszeniu piwa w gospodzie u brata, albo tak różnie po wioskach. I tu właśnie dochodzimy do tego, skąd biorę historyjki. Już od dzieciństwa ojciec, który był zarządcą browaru, jeździł ze mną po gospodach. Tato razem z knajpiarzem robili bilans albo zeznanie podatkowe, a ja siedziałem gdzieś w kącie, pijąc jedną lemoniadę za drugą, a gdy podrosłem, wtedy i dziesięć piw potrafiłem golnąć... A goście mieli ze mnie uciechę i gratulowali staruszkowi... Jezu, z tego będą ludzie... Ale sami państwo rozumiecie, że on nie cieszył się razem z nimi. Czyli już wtedy miałem dobrą okazję do obserwacji. Naszymi przyjaciółmi zawsze byli restauratorzy, do browaru przychodzili ci bardzo sławni, żydowscy, z okolic Kolina... Ale też składali wizyty u nas w domu, bywało, że siadywali po prostu w kuchni... Z kolei my wolny czas lubiliśmy spędzać po gospodach, czyli one są jakby we mnie. A przyszłą żonę poznałem, gdy pracowała w hotelu „Paryż". I tam do niej chodziłem, tam na nią czekałem, tam ją poprosiłem o kończynę, znaczy się o rękę, tam pierwszy raz przyniosłem jej bukiet, i tam widziałem tych sławnych kelnerów, na przykład obera Skowronka... A przez ostatnich dwadzieścia lat przesiadywałem z panem Vanisztą, który pobierał nauki właśnie w hotelu „Paryż" potem miał własną szkołę i jeszcze gospodę na peryferiach... No i umiałem śpiewać, a do niego chadzali różni restauratorzy, oni mieli kółko śpiewacze „Vastimil" i jak umarł jakiś restaurator, to myśmy na pogrzebie śpiewali... Którejś zimy tak żeśmy się urżnęli, że trzech z nas wpadło do grobu, między innymi pan Vaniszta, który ważył kwintal, więc rozwalił trumnę... To też należy do życia. Czyli moja żona, która potem przeszła do hotelu „Pałace", gdzie piekła kurczaki, i tamtejsi kelnerzy, których odwiedzałem... aha, ale mówię o tym tak tylko, dla porządku. Najważniejsze, że któregoś razu z Franciszkiem Vorliczkiem, który pochodzi stąd, z Velenki, pojechaliśmy do hotelu „Niebieska Gwiazda" w Sadskiej, do taty pani Novakovej. On był taki malutki, a wszystko miał na głowie i to było ponad jego siły, więc przychodziły mu pomagać dwie dziewczyny. Piliśmy tam na okrągło i jedli, sam już nie wiem co, a wpół do jedenastej przysiadł się do nas pan... już nie pamiętam, jak się nazywał, mniejsza o to, po prostu tata pani Novakovej. I ten malutki, sześćdziesięciopięcioletni kelner zdjął z nóg bandaże... oni wszyscy, tak samo jak rzeźnicy, mają nogi poharatane od chodzenia i stania... I zaczął opowiadać historię, od której się zaczyna Angielski król. O tym, jak kelnerował u „Rozkosznych" i jak sobie dorabiał na sprzedaży parówek, żeby mieć na panienkę z tego małego białego domku w Czasławiu... Chyba z półtorej godziny opowiadał, a kiedy wróciłem do domu, nagle ta opowieść dostała niesamowitej rotacji, zaczęła jakby wirować i przyciągać kawałki – i na tym właśnie polega cały dowcip – wszystkie kawałki, które znałem z opowieści mojej żony, pana Vaniszty, słynnych kelnerów i kucharzy z hotelu „Pałace", i tak dalej. Było ich we mnie pełno, tylko bez scalającego wątku, ale gdy wpadły w rotację, to nagle zaczęły się zazębiać i nabierać sensu. W takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego niż usiąść i pisać, najpierw o tym, o czym opowiadał gość w „Niebieskiej Gwieździe" potem o reszcie. I cały czas nie mogłem nadążyć, ale ponieważ nikt nie przychodził z wizytą, więc pisałem non stop osiemnaście dni. A gdy skończyłem z opowieścią człowieka z „Niebieskiej Gwiazdy", wtedy dzięki skojarzeniom wszystkie pozostałe kawałki tak się nanizały i miałem kłopot, żeby je szybko zapisać. No i w ostrym słońcu, bo akurat była ładna pogoda, tłukłem sześć stron na godzinę, a że nikt mnie nie odwiedzał, więc skończyłem i gotowe. Z czego wynika, że prozaik musi mieć w zapasie dużo takich kawałków i historii. Dlatego też Kareł Ćapek mawiał, że dobrym prozaikiem można zostać dopiero w wieku bardziej dojrzałym, tak po trzydziestce, nawet później, kiedy się zgromadzi wystarczająco dużo materiału, żeby potem móc go łączyć z przeżyciami własnymi, albo z tymi zasłyszanymi, o ile człowiek ma odpowiednią wrażliwość... To najważniejsza sprawa i pod tym względem piękna jest knajpa. Ktoś coś opowiada, a ten, co go słucha, płacze. Spotkali się, czyli opowieść spotkała słuchacza i przemówiła do niego, uznał ją za swoją. To coś wspaniałego, że zwykła opowieść, dla innych całkiem obojętna, potrafi na kogoś zadziałać tak, że szlocha i uznaje ją za własną. A gdy ja słyszę coś takiego, rozlega się we mnie dzwonek i zaraz widzę kontekst i podtekst, układam to w głowie, niech tam sobie siedzi. Na razie nie piszę niczego, dopiero później, kiedy te kawałki w moim umyśle zaczną wirować i dostaną wspólny mianownik, coś, co je złączy w jakąś sensowną całość... Nigdy nie robię tak, że najpierw postanawiam pisać o tym czy o tamtym, a potem piszę. Jest odwrotnie. Te kawałki same to na mnie wymuszą. Psycholodzy na pewno mają dla tego nazwę, gra skojarzeń czy jakoś tak, ale mnie się wydaje, że tu nie chodzi o żaden związek z psychoanalizą... To zupełnie normalna czynność, która w moim wypadku zawsze jest obliczona na łudzi. Tak samo ma człowiek po wypiciu czterech piw. Umysł zaczyna mu wirować, kawałki się łączą i wbrew własnej woli... I nagłe robi głupią minę, jaki to jest genialny.

Podziwiam pana, bo ktoś, kto pamięta tamtą wizytę Hajle Sellasje, powiedział mi, że pana opis jest niewiarygodnie autentyczny.

– No proszę. A tam jest moja fantazja, z tym że nie aż tak wielka, bo przypomniałem sobie pobyt w Zurichu i włóczęgi po bulwarze, na którym niedaleko takiej miłej kawiarenki Lenin grywał w szachy z Tristanem Tzarą. No i idę ja sobie kiedyś koło domu handlowego nad jeziorem, a tam całą witrynę zajmowały niemieckie opisy różnych przyjęć i jeden mówił, jak w Abisynii przyrządzają wielbłąda, jak w niego pakują różne farsze... I kiedy mi to było potrzebne, wszystko się wyświetliło... Czort znajet, jak się to dzieje, w każdym razie jest ciekawe.

Czy pisze pan dziennik, notuje sobie te historyjki?

– Nie, na wypadek, gdyby chcieli ode mnie nową książkę, odrabiam coś w rodzaju zadań domowych... Na
bezrybiu i rak ryba. Są tam albo przedmowy do wystaw, albo mini-opowiadania na różne okazje... I jeszcze luźne notatki. Czasem napiszę... no, powiedzmy, maleńki esej, syntetyczny sąd o czymś, czego nie jestem za bardzo pewien i czego nie muszę udowadniać, ponieważ wszystko zwalę na wyobraźnię. Tak wygląda mój notatnik, ale prowadzenie dziennika u mnie nie wchodzi w rachubę, bo ja opowiadam w knajpie. Gdy byłem młodszy, opowiadałem te historie na okrągło, jak mój stryj. Jego kawałki też, uzupełniałem je tak długo, aż były, że tak powiem, wypucowane. Teraz sam je sobie opowiadam, przeważnie nad ranem. Nie możemy spać, zawijamy się w prześcieradło i dumamy, a te historie nas odwiedzają. Ale, ale! Niektóre sprawiają ból, tak że człowiek się ich boi i myśli: Teraz będzie historia z tym kotem. Przykładowo, rozumiecie państwo. Na razie to abstrakcja, ale czujemy, że zaraz się zacznie konkretyzować i wyświetli się jak film, a my, spoceni, zastanawiamy się, gdzie zawiniliśmy, kogośmy zawiedli, oszukali czy nawet okradli. I kiedy nadchodzi, zawsze przypomina jakieś zdarzenie, wysyła sygnał... Mógłbym o tym dużo opowiadać, bo ja mam czas, tylko że państwo musicie iść do pracy W każdym razie każdego człowieka spotyka coś takiego. Ale, ale! Wszystko, co teraz mówię, musi mieć jakiś wspólny mianownik, dlatego państwo tutaj jesteście, dlatego jesteście tak zwanymi wielbicielami... No, jak już powiedziałem, początkowo pisałem nieśmiało dla siebie, przekonany, że ta pisanina jest subiektywna i wyłącznie dla mnie, że to tylko takie moje gierki czy nawet wycinki rzeczywistości, jakby wyklejanki z rozciętego katalogu. A tu się okazuje, że ma wymiar ogólny, nawet teraz, kiedy tak sobie rozmawiamy. Ja się nie mogę niczym pochwalić, co najwyżej tym, że z państwem jest identycznie. Każdy z tu obecnych wie, co to znaczy, zbudzić się przerażonym nad ranem... Każdy jest ojcem... a kto się nad ranem najbardziej przejmuje losem dzieci? Ojciec. Zawija się w prześcieradło i tak dalej.

Skoro wspomniał pan o snach, one też mogą być piękne, na przykład sny o lataniu albo kolorowe. Jakich pan ma więcej, tych ładnych czy przygnębiających?

– Tych złych, kiedy człowiek zawija się w prześcieradło. Jeśli chodzi o ładne – takie ma chyba każdy – dawniej lubiłem jeździć na łyżwach, więc wykonuję we śnie ogromniastego lutza, państwo wiecie, jak wygląda ten skok, tyle że ja wzbijam się wysoko, robię tego lutza na niebie i jest mi cudownie.

Mówił pan o obserwacji banału. Pan go znalazł i odkrył dla nas w starej Libni. A nowa Libeń, ta nasza najohydniejsza osiedlowa rzeczywistość? Też pan tam znajdzie banał i zechce o nim pisać?

– Musiałbym mieć teraz dwadzieścia pięć lat, być utalentowany i skupiać na sobie uwagę, tak jak kotka przyciąga uwagę kocura... A pamiętacie państwo, jak chodzi kot? Niby środeczkiem, ale co i rusz się o coś ociera, to o mur, to o co innego... na okrągło ma kontakt. Ja już kontaktu nie mam, niech o tym piszą te trzydziestoletnie skubańce, które zaraz zaczną o sobie mówić, że są pisarzami. O takim blokowisku też można wysmażyć piękną story a ponieważ nie ma tu romantyki, więc być może dlatego praca z językiem okazuje się znacznie trudniejsza, niż było w moim wypadku, bo Libeń to gruncie rzeczy kontynuacja Nymburka, ona była jakby małym miastem. Aktualnie też mieszkam w bloku, nazywam go hotelem, ale kiedy tam jestem, myślę o dawnej Libni, do której mam klucz. Człowiek zawsze powinien mówić o tym, do czego ma klucz. Któryś z tych osiedlowych smyków umyśli sobie kiedyś, że spisze, co widział, no i umiejscowi to pośród kontenerów, bloków i placyków zabaw, ale liryzm tam też musi być. Bo wiecie państwo, Cierpienia młodego Wertera są piękne, historia kometa Jełagina także jest cudowna, a z drugiej strony mamy Bonny and Clyde. Owszem pod względem ładunku emocji te tematy należą do identycznej kategorii. Powtarzam: każdy powinien opowiadać o tym, o czym maksymalnie... po prostu liczy się przeżycie. Wszyscy jakoś sobie radzimy ze skrajnymi sytuacjami, tymi abstrakcyjnymi, tyle że inaczej, ponieważ każdy jest zanurzony w innym sosie doznań, czyli we własnej historii. I ja z takich historii buduję prozę, moją prozę, a jak robią inni? Proszę ich spytać przy jakiejś okazji. Ale weźmy takiego Parała, inżyniera, który celowo zostaje w tym swoim Usti. Poznałem go jako bardzo miłego, młodego mężczyznę. Akurat przyniósł redaktor Zitkovej do wydawnictwa „Mlada Fronta" swoją pierwszą powieść, Prywatna zawierucha. Palił cygaro, nosił okulary, coś tam opowiadał. To cudowne, jak on jest wierny temu Usti. Każdy woli stamtąd wyjechać, a on nie, ci jego geniusze tam mieszkają i wyskakują tylko na weekendy, jak każdy normalny człowiek. No i Parał, który palił wtedy cygaro, nosił okulary i był niesamowicie przystojnym facetem, bo wyglądał jak Harold Lloyd, zaproponował pani Zitkovej kolejnych siedem powieści i co roku... po prostu rok w rok dostarczał jedną, jak jakieś prace naukowe. Zawsze powtarzałem – no nie, to niemożliwe. Ale on był młodym, świadomym celu człowiekiem, który wiedział, czego chce i potrafił to ubrać w kostium zdań oraz słów tak, że miało ręce i nogi. Każdy powinien opowiadać o tym, na czym się zna.

Mógłbym kiedyś zrobić panu zdjęcie? Powiedział pan, że pisarz i fotograf muszą być zuchwali... 

 – Ten drugi zuchwały do kwadratu. No, dobra. Gdyby mnie nie było w domu, znaczy, że jestem w Kersku, albo żona panu powie, gdzie mnie złapać. Jezu, kiedyś przyszedł do mnie fotograf i się uparł... to był maszynista z teatrzyku „Semafor" ale po fotograficznych studiach... że musi mnie sfotografować tak, jak to dawniej robił Nadar, rozumiecie państwo, 20 minut czekania na ekspozycję. A był listopad i pierwszy śnieg. I ja, zamiast dać mu kopa w dupę, żeby wylądował aż na przystanku, siedziałem tam trzy dni, no i się zaziębiłem... Tylko że tego było mu mało, chciał, żebym się jeszcze rozebrał do podkoszulka. I ja znowu, bałwan jeden, zamiast kopnąć go w łeb, rozebrałem się do podkoszulka... Ależ katar mnie potem dopadł... Czego to człowiek nie zrobi dla sztuki. Mam nadzieję, że pan mnie tak nie potraktuje. Proszę zadzwonić, jestem w książce telefonicznej jako Bohumil Hrabal, inżynier! Przyjdzie pan i zrobimy te fotki. A teraz myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy się rozeszli – jedni do autobusu, a reszta do swoich chałup.

(1984)

Przełożył Jan Stachowski

Bohumil Hrabal Spotkanie autorskie w restauracji "Leśna" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

piątek, 7 września 2012

Nymburk

Nymburk

"Mówiłem tu o paru sytuacjach. Zacząłem od zachwytu – już nawet Platon mówi, że początkiem filozofii jest zachwyt, że kto się potrafi zachwycić, ten zaczyna... no po prostu chodzi o pewien podziw dla tego, co jest niby nieistotne – znaczy się, mówiłem o zachwycie dla widzialnego świata, w który wprowadza proza i poezja, no a mnie do niego wprowadziło coś, w czym tkwiłem po uszy, coś danego jakby a priori... Po prostu lubiłem patrzeć, ja się wręcz gapiłem na wszystko, co otaczało ten browar, i na Nymburk, miasteczko, gdzie zatrzymał się czas, a które, gdybyście tam państwo przyjechali, na pewno byście sobie pomyśleli: Chryste, co ten Hrabal w nim widzi? Kiedyś było śliczne, ale teraz wygląda tak, jakby wczoraj wyszli z niego Niemcy, a za nimi Rosjanie. Dziś jest w żałosnym stanie, ale kiedy zamknę oczy, widzę, jak wszystko w nim żyje; może nie dacie wiary, że w tym mieście były dwa kina, trzydzieści dwie knajpy, z tego dwadzieścia osiem z panienkami, a ponadto działało pięć teatrów, które cały czas miały co grać. Ja zaczynałem w tym mieście i, jak już mówiłem, to był mój świat. Od rana, już od świtu zachwycałem się jego murami i tymi fazami, jakie można widzieć na impresjonistycznych obrazach, kiedy wszystko, cała okolica z każdą chwilą wygląda inaczej, zmienia się. Każdy to może przeżyć. Jak człowiek jest w pracy i ma tam okno, może spoglądać przez okno, albo się na chwilkę stamtąd urwać, albo, jak będzie piękne popołudnie, wywiesić tabliczkę „przyjęcie towaru" i niech sobie inni wariują, a my idziemy obejrzeć sobie rzekę albo rozkwieconą łąkę. Więc jak ktoś jest w stanie tak zrobić, no, wtedy to jest to...".


przełożył Jan Stachowski

Bohumil Hrabal Spotkanie autorskie w restauracji "Leśna" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

czwartek, 6 września 2012

Moje "love story"

"Byłem też parę razy zakochany. Zawsze to trwało cztery lata, tylko że z żeniaczką jakoś mi nie wychodziło. Jednak później tamte dziewczyny całkiem dobrze powychodziły za mąż. I nie to, że nie chciałem się żenić. Chciałem, ale ja zawsze wydawałem więcej, niż zarabiałem, a tego kobity nie lubią. A teraz, jak mam pieniądze, już nie mogę tyle pić i wydawać. Bardzo lubiłem mocny alkohol. Najlepiej mi się piło z kubka, bo to pobudza myślenie, gdy człowiek ma zablokowany umysł i nic mu nie wychodzi, jak nie potrafi rozgryźć tekstu. Kiedy nie umiałem rozgryźć Artura Schopenhauera, wtedy szybko nalewałem sobie kubek wódki, potem drugi i od razu mi się w łepetynie robiło jaśniej. Tylko że wiecie państwo, człowiek musi się czuć przy tym tak, jakby szedł pod górkę, wtedy jest świetnie. A kiedy nagle zaczyna mieć wrażenie, co bywa tak mniej więcej po czterech godzinach, że ten alkohol działa odwrotnie, wtedy trzeba się na chwilkę położyć, wpakować do łóżka. Bardzo chętnie wylegiwałem się w łóżku, popołudniami też. Mogłem sobie na to pozwolić, bo chodziłem albo na drugą, albo na trzecią zmianę, tylko że niechętnie trzymałem się grafiku. Ale wróćmy do obserwacji rzeczywistości. W moich opowiadaniach zawsze są obecne szczegóły, takie te najbardziej banalne, które, co ciekawe, dostrzegają dzieci i ludzie nawiedzeni, no i jeszcze pijusy, poeci oraz prozaicy. Właśnie proza wychwytuje z rzeczywistości oczka, po których tamta się porusza. Czyli się nią inspiruje...

[...]

Teraz chcę wrócić do czegoś, co łączy nas wszystkich... Krótko mówiąc, każdy dorosły, chociaż czasami zdarza się to również dzieciom, przeżywa tak zwane love story. Wtedy dobrze wie, że oszalał na punkcie kogoś odmiennej płci, bo rozrabiają mu gruczoły i wysyłają takie fluidy, że przez rok czy dwa jest zdolny do pisania miłosnych listów. Gdy nagle czuje się tak samo jak poeci, zaszczycony, że może się zwracać do swego obiektu, seksualnego obiektu, a nawet jest w stanie opisywać krajobraz i jak go wzrusza słońce oraz wszystko, co ostatnio czytał. I ni stąd, ni zowąd, choć nigdy się tego nie uczył, pisze czterostronicowe listy. Tak wygląda początek. Początkiem literatury jest po prostu miłosna korespondencja, bo jeśli ktoś wytrzyma z jej pisaniem, nie z myślą o natychmiastowej publikacji, tylko na własny użytek, a miejsce seksualnego obiektu zajmie, najogólniej mówiąc, przyroda czy aspekt ludzki, jeśli zakochanym wzrokiem będzie potrafił rozejrzeć się wokół i dostrzec te wszystkie warstwy i pokłady ludzkiego życia, wtedy staje się poetą. Ten początek mamy wspólny, ponieważ wszyscy zakochani są genialni. Kiedy nas dopada miłość, mówimy od rzeczy, nie śpimy, a odtrącony amant w skrajnym wypadku urżnie się w trupa. Powiedziałbym, że są dwa wspólne mianowniki. Korespondencja miłosna i coś, co dzisiaj już nie jest w zwyczaju, ale kto wie, może ktoś to odnowi... w pewnym okresie XIX wieku ludzie prowadzili pamiętniki: „Mój pamiętniczku, powierzam ci, że... " I te dziewczęce pamiętniki, ich sekrety też są istotą literatury. Korespondencja miłosna oraz pamiętnik stanowią początek, czyli kto to pisze, ten wie, co znaczy być genialnym. Ale konieczne jest stałe przypominanie sobie tego pięknego okresu, kiedy zwierzał się pamiętnikowi, temu papierowi, powierzając mu tak zwane szlachetne – nie, nie tak zwane, zagalopowałem się – po prostu autentycznie szlachetne uczucia. Ponieważ ta szczerość, gdy mówi człowiek zakochany, to musi być coś wspaniałego, a jak zaczyna pisać pamiętnik, niektóre wydarzenia z jego życia towarzyskiego albo emocjonalnego wydają mu się nagle ważne i odczuwa potrzebę zwierzenia, i ulega podszeptowi „przecież ty umiesz pisać", i wtedy pisze jakby pod dyktando. Taki list miłosny powstaje pod dyktando seksualnego pożądania, pamiętnik podobnie. Ciekawe zresztą, skąd się to brało w tych wiejskich dziewczynach, że pisały sekretne pamiętniki. Więc tam właśnie jest wspólny mianownik, a zrządzeniem losu wszystko się jakoś tak kombinuje u człowieka nazywanego pisarzem lub pisarką, poetą lub poetką, niemniej to, co nas wszystkich łączy, ma jedno źródło".


przełożył Jan Stachowski

Bohumil Hrabal Spotkanie autorskie w restauracji "Leśna" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

środa, 5 września 2012

Wciąż nie mogę zgłębić tego, czym w gruncie rzeczy jest człowiek


 "Jak już mówiłem, w szkole zimowałem dwa razy Do dwudziestego roku życia głupol był ze mnie straszny, dzwon imbecylizmu. Przykładowo nie umiałem się uczyć, szkoła była jakby pociągiem, który jechał przez tunel. Ja tam wolałem ganiać z chłopakami, albo grać w piłkę, albo ze stryjem Pepinem siedzieć w czeladnej i słuchać, co mówią dorośli. A czasem popijaliśmy i robiliśmy to samo, co dzisiaj ludzie przy oglądaniu teleturniejów. Chodziliśmy też do knajpy, grali w bilard i gadali... Teraz patrzę na telewizję tylko wyjątkowo, kiedy jest jakiś mecz piłki albo co innego... Wczoraj na przykład chciałem obejrzeć „Norę" aleśmy siedzieli tutaj, więc nie mogłem jej zobaczyć. Jednak jak tylko o tym przeczytałem, czułem, że ta „Nora" będzie znakomita, że z historią tej aktorki jest jak ze mną. Piszę o jakiejś pozytywnej postaci i jednocześnie stwierdzam, że ja nie jestem tym pozytywnym facetem. Podobnie jest z Norą, gdy w sytuacji konfliktowej znalazło się jej małżeństwo. Chętnie bym sobie obejrzał tą sztukę o sprzeczności między ideałem i marzeniem a tym, jak sprawy mają się naprawdę. A państwo przecież wiecie, że mnie do pisania wystarczą ludzkie historie wzięte z życia, że nie przepadam za jakimiś na wpół wymarzonymi bohaterami, tylko na odwrót, ciągle się zanurzam w banalnym opisywaniu pewnych szczegółów dotyczących najzwyklejszych ludzi i wciąż nie mogę zgłębić tego, czym w gruncie rzeczy jest człowiek. Państwo wiecie, jaka jest różnica między czytaną akurat książką a tym, co widzicie we własnym życiu, tym, kim jesteście. Pisarz ma określone zahamowania, a kiedy ich nie ma, wtedy mówi się o nim, jak na przykład o panu Haśku, że jest ordynusem. Chociaż to nieprawda, bo „Szwejk" jest literaturą pełną gębą, powieścią światowej klasy, natomiast sam Szwejk to jedna z najzacniejszych postaci światowej prozy, a dzięki sposobowi, w jaki Jaroslav Haśek bezlitośnie obnaża rzeczywistość, nie robiąc przy tym nic, żeby upiększyć tego człowieka i w ogóle swoich bohaterów, więc pod tym względem pan Haśek jest dla mnie niedościgłym wzorem. Tyle w charakterze wprowadzenia. A teraz pytanie: czemu ludzie się śmieją, powiedzmy, z takiego „Szwejka"? Dlatego, że jest tam niewiarygodna masa szczegółów. Kiedy pisze o realiach knajpianych czy wojennych, mistrz Haśek zawsze jest uważnym obserwatorem rzeczywistości. Tutaj chcę zwrócić uwagę czytelników, że literatura to nie tylko czytanie do poduszki albo dla zabawy, służy też do tego, żeby coś z niej wynieść, choćby nawyk rozglądania się wokół. Żeby się rozejrzeć i zobaczyć, jaki cudny jest zachodzący albo wschodzący księżyc. Jaka cudna jest kąpiel w wodzie z nagimi dziewczętami – nie, nie teraz, latem – jak można być twórcą siebie samego i traktować własne życie jak dzieło sztuki, co umieją robić ludzie, którzy chadzają do knajpy, gdzie pogwarki potrafią stworzyć tak piękną atmosferę, że człowiekowi po prostu nie chce się wyjść nawet o północy, a potem w domu żona się piekli i jazgocze: „A cóż cię tam takiego trzyma?". No, zawsze lepsze takie połajanki, niż gdyby też miała chodzić do knajpy i pić tam na umór".

przełożył Jan Stachowski


Bohumil Hrabal Spotkanie autorskie w restauracji "Leśna" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

wtorek, 4 września 2012

Bo ja przede wszystkim żyłem

"To może ja wreszcie zacznę, co? Jestem pod wrażeniem, że przybyło tu was tak dużo, i jeszcze z powodu tego alkoholu w tym względzie już nie jest ze mną najlepiej. Ostatnio w prezencie dostaję wyłącznie alkohol, a przy tym moja wątroba powinna się trochę oszczędzać, więc raczej trzeba by mi pić takie różne herbatki. Ale co tam, ja sobie z tym jakoś poradzę, jak w tej anegdocie, że nawet jak wątroba troszkę wysiądzie, wtedy wszystko załatwiają nerki, albo i śledziona. Słuchajcie państwo, stuknęła mi siedemdziesiątka. Wiem, wiem, dzisiaj to już żaden wiek, ale kiedy wspominam te strony, w których spędziłem sześćdziesiąt lat, bośmy się tu sprowadzili chyba w roku 1920, to na początek mogę powiedzieć tyle, że każdy, komu w szkole szło kiepsko, ba, kto nawet zimował – a na przykład ja siedziałem w pierwszej i czwartej gimnazjalnej – więc zapewniam, że ma on dużą szansę zostania pisarzem. Musi jednak w nim być coś szczególnego, zresztą uważam, że to coś powinno towarzyszyć życiu każdego człowieka – u mnie to chyba wrodzone, ale można to też w sobie wykształcić – chodzi mi o zachwyt dla widzialnego świata. Zachwyt dla tego, co nas otacza, dla samego siebie, żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widzialny świat jest na swój sposób wspaniały i wyjątkowy, nawet jeśli banalny. Dzisiejsze czasy właśnie banałowi dają zielone światło, ot choćby taki pop-art, albo współczesne filmy. Weźcie państwo film, któryśmy nakręcili – jest w nim jeden nieboszczyk, ale w gruncie rzeczy są to tylko małe ludzkie historyjki i jak na nie spojrzeć przez pryzmat bystrego oka – a takie powinien mieć każdy – wtedy jest bardzo łatwo zrobić film z waszego życia, z życia waszych krewnych, bliźnich. Dlaczego o tym mówię? Ano tylko dlatego, że uprawianie sztuki to żadna sztuka. Co więcej, wspaniałe jest w niej to, że pisanie wcale nie jest konieczne, można je traktować tak, jak ja. Bo ja przede wszystkim żyłem, no i robiłem sobie zapiski. Ach, to moje życie w browarze. Nie byłem sierotą, zawsze wiodło się nam dostatnio, smalcu mieliśmy w bród, no i już od maleńkości lubiliśmy sobie popić, ale tak na wesoło, wiadomo, że piwa, w końcu w browarze człowiek nie będzie pił wody. I dzięki temu, że zawsze byliśmy ciut zawiani, tośmy wokół siebie widzieli różne rzeczy, a to, czegośmy nie widzieli, dopowiadał nam legendarny stryj Pepin. Na pewno każdy ma w swoim otoczeniu takiego „waryjota" co to mówi o rzeczach, o których mówić nie wypada, jednak on mówi o nich jakoś tak inaczej, no i przez to stanowi centrum zainteresowania. Tak samo jest z knajpą – jest tam stół, przy którym na kogoś czekają, a czasem to właśnie wy jesteście tymi oczekującymi. I nagle przychodzi jakiś człowiek, który jest właśnie tym diamentowym oczkiem, po prostu kimś, kto siedzi w knajpie i potrafi opowiadać oraz komentować życie, nie tylko własne, także cudze, a o meczu piłkarskim opowie lepiej niż ktokolwiek inny. Tak więc sztukę opowieści wszyscy znamy z najbliższego otoczenia, tylko że nie potrafimy jej docenić, z wyjątkiem tych, co chodzą do knajpy, gdzie rozmowę się kultywuje i właśnie to jest najwspanialsze, bo dla prozaika mojego pokroju rozmowa stanowi punkt wyjścia. W knajpie robią to za mnie inni, ponieważ knajpa jest prawdopodobnie tym miejscem, gdzie powstają anegdoty, czyli miniopowiadania, z kontekstem i podtekstem, czasem nawet bardzo bolesnym. A kto to wszystko wymyśla? Nigdy nie znamy autora, ponieważ jest nim zbiorowa świadomość, która tkwi w tym knajpianym potoku mowy, w żywym języku. Tak samo anonimowa jest też większość ludowych piosenek poruszających swoją głębią. Każdy poeta za szczyt własnego dorobku uważa taki wiersz, który nawiązuje do ludowej twórczości. No właśnie! Na mnie zawsze działało i wciąż działa to, co robią zwykli ludzie, ci anonimowi, nieznani, ludowi gawędziarze, i wydaje mi się, że mogłoby zadziałać na wszystkich, bo nie kaŜdy ma cierpliwość, żeby się męczyć z robieniem notatek z życia, albo brać przykład z Czechowa, Haska czy innych, jak się pisze dobre opowiadanie. Jednak już dzięki temu, że czyta, może patrzeć i rozglądać się, i stać się kongenialny, współtworzyć rzeczywistość, która dzieje się z minuty na minutę, z dnia na dzień itede. Ciekawe jednak, że komentarz do tego potrafią zrobić także zwykli ludzie i właśnie oni są dla mnie wzorem. No tak, czyli zanim wydałem swoją pierwszą książkę, a miałem wtedy czterdzieści osiem lat, więc do tego czasu tylko żyłem. Jak państwo wiecie, imałem się różnych zajęć. Krótko byłem dyżurnym ruchu na stacji, ale kiedy wojna się skończyła, zacząłem pracować jako agent ubezpieczeniowy, a potem robiłem u niejakiego Harry'ego K. Klofandy, wciskając tę bezsensowną galanterię i zabawki. A później przyszedł rok 1948 i nowa władza, więc musiałem zlikwidować działalność w firmie, no i przyjąłem się do huty w Kladnie... Tam było świetnie. Raz wsadzarka się urwała i jedno z kół walnęło mnie w głowę. Pozszywali mi ją i po ośmiu miesiącach, kiedy znów poszedłem do roboty, wsadzarka urwała się znowu, a wtedy majster Rendla powiedział: Te, Hrabal, zwijaj manatki i zmykaj stąd, bo jeszcze nas tu wszystkich urządzisz! Wtedy nająłem się w składnicy makulatury. To była romantyczna przygoda, bo cały czas przebywałem tam z sympatycznymi ochlaptusami, którzy przez swoje pijaństwo byli dużo mądrzejsi ode mnie. Ileż mi naopowiadali, a ja chciałem być taki, jak oni. Ale, kiedy już doszedłem do siebie po tym wypadku, kiedy koło walnęło mnie w łeb, okazało się, że od tamtej pory pisanie zaczęło mi iść lepiej. Czyli, jak pisze Saroyan – Tato, tobie odbiło. Tylko że mnie odbiło trochę później... Cieszyłem się, że jestem pisarzem, kiedy ni gruszki, ni z pietruszki, to było w 1962, przyszli do mnie i spytali: Dasz nam pan jakąś książkę? A ja na to, że dobra. Wtedy znów pisałem komentarze do mojego życia, do tych moich fachów, do tych moich love story..."

przełożył Jan Stachowski


Bohumil Hrabal Spotkanie autorskie w restauracji "Leśna" [z]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

niedziela, 2 września 2012

Moi bohaterowie zawsze są lekko sfiksowani


"Jak państwo wiecie, moi bohaterowie rzadko kiedy są przykładnymi obywatelami, zawsze są lekko sfiksowani. Może to kogoś zdziwić, ale właśnie dzięki takim lekko sfiksowanym ludziom można lepiej pokazać pewne wartości. Kim jest Szwejk? Sfiksowany facet, który handluje psami, ani burżuj, ani proletariusz, taki pół na pół. Fach, jakiego się nie spotyka. To postać szokująca, dzięki której Haśek zdołał pokonać starą Austrię, ośmieszyć ją tymi wszystkimi wypowiedziami Szwejka. Albo taki Dostojewski. U niego też zawsze występują skrzywdzeni i poniżeni, a nawet jeśli są arystokratami, to także sfiksowanymi. A weźmy choćby Hemingwaya, tą jego ostatnią rzecz – „Starego człowieka i morze". Kim jest postać, w którą Hemingway się wcielił? Dlaczego tak oczarował go stary, samotny rybak? Fotografia zmarłej żony walała się na szafie, przyjaźnił się tylko z chłopcem i już nikt nie chciał z nim wypływać na połów. A Hemingway utożsamił się z nim i wyruszył z nim na morze, rekiny pożarły mu rybę, więc nie przywiózł niczego, ale Hemingway się z nim utożsamił. Czemu właśnie z nim? Czemu nie z jakimś przykładnym obywatelem? Myśleliście państwo o tym kiedyś? Ponieważ ten człowiek wzbudził jego współczucie, a tym samym Hemingway okazał współczucie również dla siebie, a jak wiemy, już wtedy, gdy miał pięćdziesiąt lat, kiepsko z nim było; doskwierały mu choroby i psychiczne urazy, więc utożsamił się ze starym rybakiem, który niczego nie przywiózł, bo wydawało mu się, że też już niczego nie przywiezie, no i napisał to... Podobnie jest u Faulknera, dlatego lubię te książeczki. One nie są duże, człowiek przeczyta tego Hemingwaya za dwa wieczory. Jest u Faulknera jedna piękna postać, która przypomina mojego Kakrę. Ten gość chodzi w gumowcach i się nie myje, ale Faulkner potrafi wykazać, że taki człowiek też ma godność, a kiedy ktoś go wkurzy, tak jak z nawet forsą, bo tamten go znajdzie i ukatrupi. Ponieważ szary człowiek poza własną godnością nie ma nic. A jak ktoś ma forsę, ekstra dom i gablotę, wtedy tą godnością żongluje. Ale nie wszystko złoto, co się świeci. Wiadomo, odwołuje się do łagodzących okoliczności, które mają wytłumaczyć jego zamożność, a jednocześnie pokazać, że on też jest sfiksowany, tyle że inaczej. Jednak dla literatury, dla wielkiej literatury, o której wspomniałem na tych dwóch przykładach, tacy ludzie nic nie znaczą. No tak, zaczęliśmy od zachwytu, a przy tej okazji napomknąłem o stryju Pepinie i o moich zachwytach dla browaru oraz Nymburka. W stryju też tkwiło coś takiego. Z zawodu był szewcem, później pracował jako mielcarz. A chudy był jak szczapa, do tego oryginał, taki typ nawiedzonego. Miał cudowny dar słowa – patrząc w górę opisywał, co widzi, przy czym za każdym razem były to różne niesamowite, dziwne sytuacje, przeważnie śmieszne, choć tylko pozornie. Jego opowieści zawsze miały szeroki kontekst, podtekst i cechy ludowej mądrości oraz filozofii. Taki był ten mój stryj. To właściwie on mnie uczył, jako chłopiec uczyłem się od niego słuchania, w zasadzie do dwudziestego roku życia tylko słuchałem, bo wszędzie wokół, w nymburskim browarze, w tych słodowniach, byli ludzie mądrzejsi ode mnie. No i przy każdej okazji ciągnęło mnie do stryja w czeladnej, do tych mielcarzy, którzy tam sobie ucinali pogwarki, takie na smutno, a mój stryj się wtrącał, ale jak, ten zawsze ryczał. Bo wiecie państwo, rozpierał go platoński zachwyt dla najpiękniejszej armii świata, jaką dla niego była armia austriacka, w której służył, zachwyt dla pięknych panienek, którym dawał kwiaty, po prostu zachwyt dla całego widzialnego świata, ponieważ trzeba wam wiedzieć, że stryj umiał w zachwycie opisywać nawet to, jak się robi buty. To był taki niepowstrzymany strumień ogromnej wyobraźni, a ponieważ jak wszyscy nawiedzeni miał wzrokową pamięć, więc widział ten but i opisywał każdy detal, dzięki niej opisywał co, gdzie i kiedy widział w Wiedniu, w Budapeszcie czy na froncie. I od razu w jego głowie powstawał jakby film, który on przewijał, czasem wolniej, czasem szybciej, i na podstawie tego filmu, posługując się swoim zaraźliwym humorem, opowiadał o świecie starej Austrii i o biedzie, jaką klepał, kiedy jeszcze żył w Konicach, a potem o tym, jak ściągnął do Nymburka i został pupilem nie tylko naszej rodziny, ale także browaru, a w końcu całe miasto zaczęło go szanować... Kiedy stryj Pepin zjawiał się w mieście, otwierały się okna i drzwi i był zapraszany, i wypytywano go, a on zawsze odpowiadał, niby śmiesznie, jakby był stuknięty, ale im dłużej mówił, tym był cudowniejszy. Zawsze to było coś jak dowcipy Renczina z „Dikobraza", albo te zwariowane gagi, które czasem, gdy są trochę stonowane, przypominają angielski humor. Państwo wiedzą, że już kilka razy powiedziałem o sobie, że jestem raczej zapisywaczem niż pisarzem. Krótko mówiąc, zapisywaczem tego wszystkiego fajnego i ciekawego, co zasłyszałem i zapamiętałem, bo jak mi ktoś w knajpie opowiadał coś fajnego, wtedy kupowałem dla niego stół piwa, no i on mi sprzedawał jakąś historyjkę z własnego życia. Tak to ze mną wygląda. Czyli jestem zapisywaczem, a moim dostawcą pomysłów była wyobraźnia. Muszę tu jednak podkreślić, że do pisania jest też konieczna pewna zuchwałość i ja ją miałem... Weźmy takie Frankfurter Buchmesse. Miliony książek, a tu jeszcze jakiś Hrabal z Nymburka czy innej Pragi chce napisać książkę, która niby ma zawojować świat... Rozumiecie państwo, milion plus jeszcze jedna. Czyli trzeba do tego zuchwałości i wielkiej wiary, takiej szalonej wiary, że to, co się mówi, jest jakieś niezwykłe. I to właśnie otrzymałem od stryja Pepina. Bo cokolwiek opowiadał, zawsze tam był taki ekstra smaczek, przyprawiony absolutnie czarnym humorem, a jednocześnie autentycznością oraz niesamowitym dowcipem. I jeszcze zachwytem, o którym wspomniałem, że stoi u podstaw mojej filozofii, tak jak o tym mówi Platon. Czyli jak już to wszystko macie państwo w sobie, do tego poparte zuchwałością, wtedy możecie napisać książkę, tak jak ja. Tyle że ja pisałem sobie do szuflady, ponieważ nie wierzyłem, że moja pisanina ma jakąś wartość i że znajdzie czytelnika. Miałem wrażenie, że jest wypowiedzią skrajnie subiektywną, czysto osobistą... No, tak zaczynają prawie wszyscy".

przełożył Jan Stachowski

Fragment pochodzi [z]: Bohumil Hrabal "Spotkanie autorskie w restauracji "Leśna" [w]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przekład Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

środa, 29 sierpnia 2012

Protokół z sekcji własnych zwłok, czyli Bohumil Hrabal o pisaniu

Moich tekstów nie można nazywać rękopisami, ale maszynopisami. Piszę tylko na maszynie. Moje teksty powstają dużo wcześniej, niż zostaną wystukane. Powraca do mnie pewien motyw, który najchętniej odwiedza mnie daleko od maszyny, w głośnej samotności knajpy albo na spacerze, a nocami wizyty składają mi obrazy związane z tym motywem. A te wcale nie są kolorowe, tylko jak ze starego filmu. Potem podstawowy motyw rozszczepia się i nawiązuje do kolejnych obrazów, które, pozostając we wzajemnym związku przyczynowym z podstawowym motywem, ustawiają się w kolejce, a nawet jakby czepiają jeden drugiego i przyciągają. To jest tak, jak z wchodzeniem na drzewo: wspinasz się na wierzchołek, zawsze jedna ręka wyszukuje wyższą gałąź i tak bez przerwy aż do korony, skąd nie da się iść wyżej, a tam rozciąga się już tylko widok między ostatnimi gałązkami. Ten okres, kiedy obrazy walą się na mnie, wytwarzając niechciane organon, ten drugi ład, ten okres jest najpiękniejszy. Trwa parę miesięcy, czasem nawet lat, a mnie nigdy nie jest spieszno spisać te obrazy na maszynie, chociaż boję się wtedy, żebym przez jakąś pomyłkę nie kipnął. W tym okresie zawsze sobie naiwnie wyobrażam, że ta moja historia jest wyjątkowa i że przeniesienie jej z powietrza na białe kartki papieru kancelaryjnego zależy wyłącznie ode mnie. Tak, z powietrza, ponieważ ja widzę te moje obrazy poza sobą, chociaż wiem, że żaden obiekt nie istnieje poza podmiotem. Moje obrazy żeglują po niebie jak latawce. Ba, potrafię je nawet zatrzymać i przyjrzeć się im, są taką wyłącznie moją galerią... Jest to coś jak telewizyjna transmisja sportowa, transmisja, podczas której można kilka razy powtórzyć dramatyczne i sporne sytuacje. Gdybym miał do czegoś przyrównać moje pisanie na ulotnej tafli wody, to jako najbliższą mi kategorię wskazałbym sport. Wiem, że atleta parę miesięcy przygotowuje się do swojego wyjątkowego występu, którego nie da się powtórzyć, co najwyżej w telewizji. Ale literatura, a o niej powinienem mówić, ma swoją analogię z tenisem. Ta gra, game, ma określone reguły, ale one są tylko po to, żeby przynosić więcej zabawy, radości z gry – play. Każdy dobry tenisista od samego początku, już przed pierwszym serwisem nastawia swoje ręce i ciało na to, że zamiast trzech setów będzie ich grał pięć, że mecz może potrwać półtorej godziny, ale równie dobrze cztery. Wiem też, że tak jak Dukla przed każdym meczem koncentruje się w Vonoklasach, identycznie robi tenisista. W Wimbledonie widziałem Asha, który z zamkniętymi powiekami koncentrował się podczas przerw. To samo jest ze mną. Kiedy już skończy się moja koncentracja w głośnych samotniach czy na spacerach, kiedy już te moje obrazy dojrzeją zupełnie jak dziecko w łonie matki, wtedy nadchodzi niesamowita chwila, gdy próbuję dokonać swojego sportowego wyczynu, czyli przerobić kilkuwymiarowe obrazy na jednowymiarowe linijki wychodzące z maszyny do pisania. O ile pamiętam, piszę wyłącznie rano. A co najważniejsze, wieczorem nie wolno mi postanowić, że jutro zacznę pisać. To byłby koniec, podobnie jak koniec z pisaniem byłby wtedy, gdybym komuś opowiedział, oczym będę pisał. Okropnie lubię opowiadać, ale tylko obrazy i to tylko te niegotowe, które dzięki opowiadaniu jakoś się tak zaokrąglają, stają się lepsze i bliższe legendzie, anegdocie, fikcji. To jeszcze ujdzie, jest to taka plątanina, o której znów można myśleć w drodze do domu, utrwalać ten obraz. Ale pisanie to całkiem inna sprawa. To coś bardzo dwoistego, pisanie jest czymś, co wywołuje zachwyt, ale i lekką grozę, czymś, czego chcę i jednocześnie nie chcę, co mnie przeraża i zarazem napełnia złośliwą radością, kiedy widzę siebie samego wystraszonego swoim pisaniem. Zwykle, żeby zabrać się do pracy, muszę wstać nieprzygotowany, jakiś taki kompletnie przygaszony, powiedziałbym nawet, w stanie pewnej afazji. Powoli, mechanicznie golę się, ponieważ nieogolony nigdy nie napisałbym choćby linijki, podświadomie spryskuję się wodą brzozową, a potem zamyślony robię kawę. Lubię poranną kawę bez jedzenia, bo gdybym się najadł, wtedy z pisania i w ogóle z myślenia, byłyby nici. Później samiuteńki wypijam kawę, a gdyby mnie ktoś odwiedził przy kawie i papierosie, wtedy przestaję pić i palić, ponieważ te dwa piękne nałogi należą wyłącznie do mnie. Oddaję się im każdego dnia, zwiększając tak łaknienie, trochę podobnie jak księża, którym rano nie wolno jeść, co najwyżej wypić łyk wina, do tego podczas mszy. Tak więc piję kawę, wypalając jednego za drugim dwa papierosy, patrzę przez okno, palę i siorbię neskę, dojrzewając do startu, do tego punktu zerowego, który już Grecy nazywali początkiem mistycznego myślenia. I wreszcie pewnego dnia, o jakiejś godzinie i minucie, których nigdy nie znam z góry, siadam przy maszynie i jak atleci, zanim uklękną na starcie do biegu, ćwiczę palce i przeguby. A później zaczynam pisać tę swoją historię, ciągle w tym zerowym punkcie, ale z jednym jedynym reflektorem, którym jaskrawo oświetlam swoje obrazy wychodzące z tego pierwszego i depczące sobie po piętach, ciągną jeden za drugim podobne do rzeźnego bydła, wypędzanego z wagonu na rampie przez rzeźników, czasem obrazy zachodzą na siebie, przeskakują, ale ja nadążam wklepać je w maszynę, a gdy widzę, że wyrabiam się w tempie jedna strona na dziesięć minut, czasem tylko pięć, piszę dalej, choć nigdy nie wiem, co napisałem, ponieważ nie mam możliwości skontrolowania, a urok pisania na maszynie polega na tym, że tekst nie spływa z palców, tylko poprzez ich opuszki przenoszony jest na czcionki, a dopiero te odciskają literki na białej powierzchni papieru. Nie mam możliwości skontrolowania z tej prostej przyczyny, że piszę w okularach i kontroluję tylko czcionki, literki, a nie słowa. A ponieważ piszę spowity chmurą obrazów, których koniec już podczas pisania pierwszego obrazu jest spodziewany i nasycony obrazem następnym, więc piszę aż do wyczerpania. Moje obrazy wchodzą w maszynę w sposób, w jaki przekazuje się pałeczkę w sztafecie cztery razy sto metrów, gdy pierwszy kończy dystans, a ten drugi już od jakiejś chwili biegnie, żeby płynnie przejąć pałeczkę. I tak oto mój pierwszy dzień kończy się wyczerpaniem, widzę przed sobą stosik kartek i boję się do nich zajrzeć, bo znam siebie i dobrze wiem, że prędkiemu pisaniu towarzyszy dużo błędów, co dwie minuty czcionki sczepiają się i muszę je rozdzielać pstryknięciem. Zawsze piszę trzy, cztery godziny, a potem odwiedzam głośne samotnie, najchętniej chodzę do knajp, gdzie mnie nie znają, siadam i odpoczywam, nikt nie wie, że jestem brzemienny, nikt po mnie nie pozna, że akurat dopisałem coś, co budzi we mnie radość, ale i obawy. I myślę o czekających na mnie obrazach, o tych rzeźnych cielętach, których kolej nadejdzie jutro, i pilnuję się, żeby nie przedobrzyć i gdzieś sobie nie rozbić główki, w której są sznurki, trzymające na niebie tyle pięknych latawców. Następny dzień znów zaczynam od punktu zero, kawki i papieroska, a papierosy lubię tylko mocne, tak mocne, że już po dwóch robi mi się niedobrze, a gdybym wypalił papierosa wieczorem, wtedy już nie zasnę, pan Menzel mówi o mnie, że wyglądam jak piłkarz zaraz po meczu, to fakt, ale w gruncie rzeczy jestem wrażliwcem, czułym sejsmografem, dostrzegam i kaleczę się sprawami, których, o dziwo, nie widzą inni. Piszę więc w tym rytmie, lękam się weekendu, ale już poniedziałek i na szczęście nic mi się nie stało, no to dalej piszę na maszynie, a ballada jest dla mnie liryczno-dramatyczna niczym tenisowy mecz: dziewięć-siedem, siedem-pięć, sześć-cztery... Dopiero gdy skończę ostatnią linijkę, kiedy ostatni obraz juŜ zakończy ten przeznaczony wyłącznie dla mnie seans filmowy, wtedy odstawiam maszynę, głaszczę się, uśmiecham do swojego odbicia w lustrze i mówię do siebie: „Ech, mały, mały", tak jak Tonda Panenka po strzeleniu gola mawia: „Gościówa jesteś... ". Dopiero wtedy jestem w stanie popatrzeć, co to właściwie napisałem? Co takiego całe moje ciało i dźwignie moich rąk, i opuszki palców ściągnęły z powietrza na papier kancelaryjny A 25? I zaczynam filować na te kartki, nieśpiesznie, tak jak się filuje w karty przy ferblu, tym czeskim pokerze, albo oczku, podobnie przez dziurki zaglądam do zamkniętej pocztowej skrzynki i po kolorze listu widzę, że to chyba nekrolog, a czasem biorę nożyczki i trochę podnoszę przesyłkę, a jak uznam, że może być nieprzyjemna, to upuszczam ten list i obiema rękami wykonuję gesty, które spychają tę nieprzyjemność na później, odsuwają ją na kilka dni... I tak powoli uspokajam się i oswajam z pierwotnym tekstem, z tym swoim maszynopisem, i widzę, że pełno w nim zająknięć oraz przejęzyczeń, śledzę ten nieregularny tok zdań, a później, gdy zdobędę się na odwagę, siadam, biorę pióro i poprawiam, i uzupełniam, i zawsze w pewnym momencie zostaję do tej swojej historii wciągnięty, jak sędzia liniowy, który przygląda się grze zamiast patrzeć, czy piłeczka była w korcie czy już za linią, tak samo i ja niczym pierwszy rewizor, sprawdzam bieg opowieści, a jakby mnie ktoś wtedy obserwował, to zobaczyłby, że się uśmiecham albo marszczę czoło, a nawet ronię łzy, bo jako pierwszy czytelnik tak wzruszyłem się swoją story. Trzeba dodać, że mówię tu o trybie pracy nad Zbyt głośną samotnością i Obsługiwałem angielskiego króla. A mówię dlatego, że omyłkowo zostawiłem sobie pierwotne teksty. Dawniej lubiłem pozamiatać po sobie, żeby widzieć tego swojego dzidziusia porządnie wykąpanego. Teraz odwrotnie, cieszę się, że mogę go widzieć w pieluchach, a nawet pomyślałem, że gdybym miał pieniądze, to wydałbym właśnie te moje alia prima, to premier mouvement, to, co napisałem jako pierwsze. Chciałbym to wydać włącznie z moimi poprawkami i błędami maszynowymi, ale nie po to, żeby moje pisanie było jakąś wskazówką dla początkujących, tylko dlatego, że moje pierwotne teksty traktuję jak graficzne odbitki, które o mnie i o moim charakterze mówią więcej niż moja fotografia. Głośną samotność uznałem w końcu za balladę, za tenisowy mecz w trzech zażartych setach, podczas gdy Angielski król to powieść, tenisowa pięciosetówka. Stało się tak chyba dlatego, że przy Królu miałem lepszą kondycję, a może i dlatego, że przed sobą i wyłącznie dla siebie, miałem pełnych osiemnaście dni czystego czasu, a pewnie i dlatego, że Król ma pięć aktów, jak klasyczny dramat. Zresztą nie wiem, bo nauczyłem się pisać jakoś tak dziwnie, sam z siebie, tylko dzięki czytaniu i pisaniu, pisaniu i raz jeszcze pisaniu. Dopiero teraz, na stare lata zaczynam rozumieć i dziwić się, cóż to takiego ta gramatyka, dopiero teraz zwracam uwagę na konstrukcję i strukturę wewnętrzną. Pisania nauczyłem się tak, jak Cygan gry na skrzypcach, bardziej jestem wróblem niż jaskółką, fruwam, ale zawsze bez znajomości aerodynamiki, więc te formy, balladę i powieść, dopasowałem później, bo ja nigdy nie rozpoczynałem pisania z jakąś koncepcją. O Głośnej samotności mogę jeszcze powiedzieć, że pierwszą wersję napisałem takim apollinairowskim wierszem, chyba dlatego, żeby się nie wściekać z powodu interpunkcji, ale być może i dlatego, że całą tę historię postrzegałem jako czysto liryczną... Tylko że po jej pierwszej lekturze stwierdziłem, że pisałem praską czeszczyzną, nie slangiem, ale językiem mówionym. I wtedy dotarło do mnie, że ten mój motyw zwyczajnego człowieka, wykształconego wbrew własnej woli, jest pozbawiony ironii, że praska ironia wypłynie i sprawi więcej bólu w starannej literackiej czeszczyźnie. Podnieciło mnie to i wprowadziwszy się w nastrój, napisałem Samotność od nowa stylem, na który się zdecydowałem, pod wpływem chwili albo z wrodzonego niedbalstwa coś w tym pierwotnym tekście poprzestawiałem, coś lekko zmieniłem wiedząc, że właściwie niczego nie mogę w nim zepsuć, ponieważ bałem się go, a ze mną bywa tak, że jak się boję swego tekstu, to jest co najmniej dobry. I dopiero gdy po przeczytaniu wersji tego literackiego tekstu uznałem, że zyskał dodatkowo nie połowę, ale cały wymiar, że dopiero teraz ta opowieść stała się wzruszająca, ponieważ jej wymowa zadaje większy ból niż knajpiana opowiastka. Czyli zarówno Król jak i Samotność są tekstami napisanymi alia prima, podobnymi do pociągu osobowego, który za dnia wjeżdża do długachnego tunelu albo w ciemną, mroczną noc. Zarówno Król jak i Samotność są tekstami, których boję się czytać, a nawet spojrzeć choćby na jedną ich stronę, bo ja jestem już całkiem gdzie indziej i nie tylko że nie widzę tych swoich tekstów, ale co więcej, są mi obojętne i nie żebym nie lubił mówić o nich, ile odpowiadać na przedziwne pytania. Brzydzę się tego, a nawet wstydzę. Pisarz, którym już chyba jestem, powinien być dla swoich tekstów bezlitosny, bo przecież przede mną są motywy silniejsze od tych, od których odszedłem, pisarz powinien mieć odwagę pójść tam, gdzie znów będzie się bał, tam, gdzie nikt go nie czeka, gdzie teraźniejszość nie istnieje, przeszłość jest straszna, a przyszłość tak dobrze, ach, tak dobrze znana... 

Przełożył Jan Stachowski

Bohumil Hrabal "Protokół z sekcji własnych zwłok" [w]: tegoż "Piękna rupieciarnia", przekład Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.