Fragment wywiadu z Tomaszem Piątkiem jaki ukazał się 20.03.2009 na portalu Zbrodnia w Bibliotece. Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska.
ZwB Debiutował Pan młodo i w
bardzo szybkim czasie wydał Pan wiele tekstów, z których każdy zawiera ogromny
ładunek emocjonalny. To już pana jedenasta książka, prawda? Zapewne kolejne
leżą już, czekając na swoje premiery. W rozmowie na łamach Onetu wspomniał Pan,
że do pisania popycha Pana instynkt. Co dla Pana oznacza pisanie?
T.P. To dwunasta książka, jeśli
za oddzielne książki liczyć wszystkie tomy trylogii fantasy Ukochani
poddani Cesarza. Następne książki, jeśli gdzieś czekają, to w głowie. Do
roku 2005 pisałem bardzo szybko. Potem poszedłem na odwyk. Przez dziewięć
miesięcy gotowałem, sprzątałem, kopałem kompost w ośrodku dla narkomanów i w
rezultacie moje życie bardzo się zmieniło. Teraz każdej książce poświęcam o
wiele więcej czasu, energii i siebie. Jak jakiś pomysł nie zajmuje mnie całego,
jeśli zajmuje tylko moją głowę, a nie zajmuje serca, duszy, brzucha to dziękuję, nie piszę. Bardzo często mam pomysły,
a potem widzę: „Tak, to mogłaby być fajna książka, tylko nie rusza mnie całego.
To znaczy, że to nie jest moja książka. Niech ją pisze ktoś inny. Co ja będę za
kogoś robił robotę”. Kiedyś starałem się nadrabiać zaległości najnowszej
polskiej literatury. Denerwował mnie brak powieści budowanych w oparciu o myśl,
o refleksję filozoficzną, o własną oryginalną wizję świata, którą autor buduje
w swojej książce na podstawie jakiejś mocnej myśli. Kiedyś takie książki pisali
Gombrowicz, Lem. I mimo tej całej filozofii, to były książki przejrzyste.
Oryginalne językowo, ale przejrzyste. Nieraz to były kryminały, jak albo – Śledztwo, Katar
Lema. Albo psychohorrory, jak Opętani Gombrowicza. Bardzo podobała mi
się też brytyjska tradycja thrillera metafizycznego: Nasz wspólny
przyjaciel Dickensa, opowiadania o księdzu Brownie Chestertona, powieści
Charlesa Williamsa. We Włoszech takim pisarzem tworzącym kryminały filozoficzne
i równocześnie społeczne, bardzo tajemnicze, pozbawione rozwiązań był
Sycylijczyk, Leonardo Sciascia. Nie dziwię się, że tak pisał, mieszkając na
wyspie, na której żadne śledztwo nie dobiega końca i trzeba sporej filozofii,
żeby to wszystko sobie jakoś wytłumaczyć. No więc próbowałem pisać książki tak,
żeby każda przedstawiała świat skonstruowany według bardzo specyficznej wizji.
Do każdej książki wymyślałem sobie inną filozofię albo inny problem, a potem
naokoło niego budowałem książkę. Myślałem, że fabuła i klimat książki muszą się
obracać dookoła jakiegoś przesłania, jakiejś wizji świata. Kiedy wyszedłem z
ośrodka, okazało się, że to wszystko jest inaczej. To nie jest tylko tak, że
fabuła, opowieść ma wyrażać jakąś filozofię, jakąś wizję świata. To działa też
– może przede wszystkim – w drugą stronę. Silna filozofia, silna wizja świata
napędza opowieść. Bohater, który ma silną wizję świata, o wiele mocniej zderzy
się z rzeczywistością i o wiele więcej mu się przydarzy. A jego historia będzie
o wiele mocniejszą historią. A historia, opowieść, jest najważniejsza. Historia
dzieje się w czasie, a wszystkie konstrukcje filozofii są jakby przestrzenne.
Filozof szuka tego, co nieprzemijające, a więc martwe, nieruchome jak kamień.
Tymczasem opowieści dzieją się w czasie, są ruchem, są żywe. Mogą oczywiście
zawierać w sobie masę nieruchomych konstrukcji (jak o Prousta, który opisuje,
jak wizje, filozofie i style nieustannie znikają w czasie, a żywe istoty
pozostają), ale nie na tym polega główna przewaga opowieści. Ich główna
przewaga to ta, że są żywe, istnieją w czasie, a więc są podatne na zmiany, na
akcję. W opowieść można wpisać więc rośnięcie i malenie, siłę i słabość,
pożądanie i odrazę, ból i rozkosz. W filozofii o tych najważniejszych rzeczach
nie da się pisać, bo filozofia pisze: „ból jest aspektem dekodyfikacji
antyegzystencji” i od razu to nie jest ból, tylko jakaś abstrakcja, może nawet
u Schopenhauera tak jest. Dlatego te najważniejsze prawdy, nie te filozoficzne,
tylko te dotyczące Boga, są opowieścią – Biblią, Ewangelią – a nie wykładem
filozoficznym. Ten, kto tego nie rozumie, nie powinien zajmować się literaturą.
Fabuła nawet najdurniejszego kryminału jest czymś szlachetniejszym i bliższym
Bogu niż całe dzieło Kanta.
