Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gogol Mikołaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gogol Mikołaj. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 grudnia 2012

Petersburg Gogola, czyli odbicie w zamglonym lustrze

Co fascynowało Gogola w Petersburgu? Liczne szyldy sklepowe. co jeszcze? Fakt, że przechodnie, idąc, mówią do siebie i "przy tym gestykulują". Ci, co lubią badać tego typu kwestie, mogą uznać za interesujące odkrycie, że temat szyldów będzie obficie obecny w późniejszych dziełach pisarza i że mamroczący przechodnie złożą się na postać Akakiusza (Akakija Akakijewicza) z Szynela. Te paralele są nieco zbyt łatwe, a przeto zapewne fałszywe. Wrażenia nie tworzą dobrych pisarzy; dobrzy pisarze sami je wymyślają w młodości, a potem wykorzystują, jakby były wtedy czymś rzeczywistym. Gogol sam namalował i pomnożył w swoich listach petersburskie szyldy sklepowe z końca lat dwudziestych XIX wieku, aby uzmysłowić matce, a może także swojej wyobraźni, symboliczne znaczenie "stolicy" przeciwstawionej "miastom prowincjonalnym", które znał (gdzie szyldy były oczywiście równie fascynujące - niebieskie buty, skrzyżowane bele materiału, złociste bochny chleba albo bardziej wymyślne obrazki, jakie znaleźć można na początku Martwych dusz). Symbolizm przybrał u Gogola wymiar fizjologiczny, w tym wypadku wzrokowy. Mamrotanie przechodniów też miało symboliczny charakter, tym razem związany ze zjawiskiem słuchowym, które dawało odczuć rozpaloną, rozpłomienioną samotność biedaka w tłumie bogatych. To Gogol, i tylko on jeden, idąc, mówił do siebie, ale monolog odbijały echem i zwielokrotniały cienie przebywające w jego umyśle.


W istocie to dopiero przeszedłszy przez osobowość Gogola, Petersburg zyskał opinię dziwnego miejsca, którą zachował niemal przez stulecie, by ją stracić, gdy przestał być stolicą cesarstwa. Genialny tyran zbudował najważniejsze miasto Rosji na mokradłach i na kościach niewolników gnijących w tych mokradłach; to był początek tej dziwności i pierwotna skaza. Wiecznie wylewająca i zalewająca miasto Newa już była swego rodzaju niejasnym odwetem (jak to opisał Puszkin), bóstwa bagna próbowały odebrać to, co do nich należało; wizja ich walki z miedzianym carem wpędziła w obłęd jednego z pierwszych 'drobnych urzędników' w literaturze rosyjskiej, bohatera Puszkinowskiego Jeźdźca miedzianego. Puszkin wyczuł, że z Petersburgiem nie wszystko jest w porządku; zauważył bladozielony odcień nieba nad nim i tajemniczą siłę miedzianego cara, którego koń staje dęba na płynnym tle pośród pustyni szerokich ulic i wielkich placów. Ich prawdziwa dziwność została jednak zgłębiona, dopiero kiedy ktoś taki jak Gogol zaczął spacerować po Newskim Prospekcie. Opowiadanie pod tym tytułem akcentowało dziwność w sposób tak wyrazisty i niemożliwy do zapomnienia, że wiersze Błoka i powieść Biełego Petersburg, powstałe w początku naszego stulecia, zdają się raczej budować dalej miasto Gogola, niż tworzyć nowe obrazy i tajemnice. 

Petersburg nie był całkiem rzeczywisty, ale nie był taki również i Gogol, Gogol-upiór, Gogol-brzuchomówca. Kiedy był uczniem, z perwersyjnym uporem chodził niewłaściwą stroną ulicy, wkładał prawy but na lewą nogę, w środku nocy piał jak kogut, a meble w swoim pokoju układał z logiką przypominającą Alicję po drugiej stronie lustra. Nic dziwnego, że Petersburg w pełni objawił swoją dziwność w czasie, kiedy najosobliwszy z Rosjan spacerował jego ulicami. Bo Petersburg jest właśnie czymś takim: odbiciem w zamglonym lustrze, niesamowitą mieszaniną przedmiotów używanych wbrew ich przeznaczeniom, rzeczy tym bardziej niepohamowanie pędzących wstecz, im szybciej sunęły przedtem do przodu, bladoszarych nocy, zamiast zwykłych czarnych, i czarnych dni - przykładem 'czarny dzień' urzędniczyny w znoszonym ubraniu. Bywa, że otwierają się drzwi prywatnego domu i ni z tego, ni z owego wybiega z nich świnia. Jakiś człowiek wsiada do karety, ale nie jest to grubawy, przebiegły, wielkozady mężczyzna, tylko twój własny nos, mamy tu do czynienia z 'przesunięciem sensu', tak typowym dla snów. Oświetlone okno w mieszkaniu okazuje się dziurą w rozpadającej się ścianie. Twoja pierwsza i jedyna miłość jest bezwstydną kobietą, której cnota jest bajką, a ta bajka to przecież twoje życie".

Vladimir Nabokov, Nikołaj Gogol, tłum. L. Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 16-18.

sobota, 17 listopada 2012

"Nikołaj Gogol" Vladimira Nabokova, czyli proza w 4D



Mam przed sobą biografię Mikołaja Gogola "Nikołaj Gogol" napisaną przez innego znakomitego pisarza, Vladimira Nabokova. To, że powstała taka książka nie jest niczym dziwnym. Gogol był jednym z jego ulubionych pisarzy. "Nikołaj Gogol" to dziwna biografia, właściwie esej. Zaczyna się w momencie śmierci pisarza, a kończy wraz z jego narodzinami. Trudno jest w niej szukać chronologicznego omówienia życiorysu Gogola czy też streszczenia jego dzieł. Niestety studenci muszą je przeczytać sami. Nabokov zamieszcza jedynie krótkie kalendarium na końcu książki, a i tak, jak sam przyznaje, wyłącznie na stanowcze żądanie wydawcy. Autor przemilcza wiele faktów i wydarzeń z życia pisarza, skupiając się jedynie na tych mało lub w ogóle nieznanych, które są mu potrzebne do opisania Mikołaja Gogola jako człowieka i genialnego twórcy. "Nikołaj Gogol" to książka o Gogolu, jednak napisana przez Nabokova. Postać Gogola jest w niej wyraźnie wykreowana, nosi maskę Nabokova. 

Mikołaj Gogol
Jedną z ciekawszych rzeczy omówionych przez Nabokova wydaje się być lejtmotyw brzucha i nosa w twórczości Gogola. Ten niewielki mężczyzna potrafił pochłaniać wielkie ilości jedzenia, a także znany był ze swojego ironicznego spojrzenia na swój dosyć ostry i sporych rozmiarów nos. Stąd mamy brzuszki i nosy obecne w wielu jego opowiadaniach. Podobnie w znakomity sposób Nabokov naświetlił tło historyczne epoki w jakiej żył Gogol,  obyczaje panujące wówczas w Rosji, mentalność ludzi. Jest pisarzem i to pisarzem pochodzącym z Rosji, któż więc lepiej może zrozumieć innego rosyjskiego pisarza. W dalszej części biografii-eseju Nabokov dokonuje analizy najlepszych jego zdaniem utworów Gogola: Rewizora, Martwych dusz i Szynela. Robi to w swoim stylu, który po opublikowaniu książki spotkał się z negatywnym odbiorem niektórych krytyków i znawców literatury rosyjskiej. Nabokov nie zgadzał się z ich, powszechnie przyjętą i uznawaną, interpretacją dzieł Gogola, zupełnie inaczej je odczytując. Mnie najbardziej w tej książce, poza oczywiście różnymi smaczkami z życia Gogola, zafascynowała właśnie ta analiza utworów pisarza. Według Nabokova za ich główną fabułą kryje się fabuła właściwa, lecz aby ją odkryć trzeba się trochę natrudzić i wysilić swoją wyobraźnię oraz szare komórki. Samego Nabokova interesują tylko tacy czytelnicy. Autor Lolity wywiązuje się ze swej roli krytyka w sposób znakomity podając nam wszystko jak na tacy. Źli jesteśmy na siebie, że tyle nam umknęło, że przegapiliśmy tyle szczegółów i sami nie odkryliśmy wcześniej teraz tak jasnej i logicznej interpretacji. Propozycja Nabokova szukania drugiego dna, jeszcze jednego wymiaru podczas odczytywania utworów Gogola, czy też w ogóle jakiegokolwiek dzieła literackiego, ogromnie mi się podoba i jest dla mnie o wiele bardziej interesująca niż standardowe zaliczanie ich autora do grona zaangażowanych krytyków stosunków panujących w Rosji i czynienie z niego obrońcy uciśnionych niższych warstw społecznych.
Vladimir Nabokov
Analiza dzieł Gogola dokonana przez Nabokova przypomniała mi dwie rzeczy: po pierwsze jego Wykłady o literaturze, w których odkrywał początkowo przed studentami, a potem także przed czytelnikami, tajemnice wielkich dzieł literatury światowej napisanych przez takich pisarzy jak: Jane Austin, Charles Dickens, Jamesa Joyce'a,  Gustawa Flauberta, Franza Kafki czy Marcela Prousta; a po drugie o odkrywaniu znaczenia jego własnych utworów (Lolity, Bladego ognia, Obrony Łużyna) przez takich znakomitych tłumaczy i krytyków  jak Leszek Engelking (tłumacz także omawianej tu biografii) i Robert Stiller. Wynika to z podobnego stylu pisania oraz spojrzenia na literaturę. Proza Gogola jest prozą wielowymiarową i jest to także typowa cecha dzieł Nabokova.
"Wszelako prawdziwy nurek, poszukiwacz czarnych pereł, ktoś, kto woli potwory głębiny od parasoli słonecznych na plaży, znajdzie w "Szynelu" cienie łączące naszą formę istnienia z innymi formami i stanami, które mętnie chwytamy w rzadkich chwilach irracjonalnego postrzegania. Proza Puszkina jest trójwymiarowa, proza Gogola ma aż cztery wymiary, przynajmniej tyle, można go porównać do współczesnego mu matematyka Łobaczewskiego." [1]
Twórczość Gogola, kiedy był on w swojej szczytowej formie, Nabokov widzi na obraz i podobieństwo swojej:
"Na tym wyjątkowo wysokim poziomie artyzmu literatury nie interesuje oczywiście współczucie dla skrzywdzonych i poniżonych czy przeklinanie uprzywilejowanych, odwołuje się ona do tajemniczej głębi duszy ludzkiej, gdzie cienie innych światów przesuwają się jak cienie bezimiennych statków." [2]
Nabokova nie interesuje jednowymiarowe, płaskie czytanie dzieł literackich, czy też czytanie dzieł, które zostały w ten sposób napisane. Takie książki odrzucał, taka literatura go nudziła.
"Utwór prozatorski istnieje dla mnie tylko o tyle, o ile daje mi coś, co bez ogródek nazwę rozkoszą estetyczną, czyli poczucie, że zdołałem jakoś, którędyś nawiązać łączność z odmiennymi stanami bytu, w których sztuka (ciekawość, czułość, dobroć, ekstaza) stanowi normę." [3]
Pomimo to, Nabokov wielokrotnie zaprzeczał jakimkolwiek wpływom literackim na jego prozę:
"nikt konkretny, żywy czy martwy, nigdy nie wywarł na mnie wpływu." [4]
Na końcu swojej książki umieścił nawet stosowne dementi:
"Zdesperowani krytycy rosyjscy, starający się ze wszystkich sił znaleźć wpływy i jakoś zaszufladkować moje  powieści, raz czy dwa razy próbowali powiązać mnie z Gogolem, ale kiedy zajrzeli znowu, okazało się, że tymczasem czmychnąłem i szufladka jest pusta." [5]
Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej, widać niesamowite podobieństwo. Musicie koniecznie przeczytać tę biografię-esej i sami przekonać się czy tak jest w istocie. Przyszło mi do głowy dobre hasło reklamujące dzieła tak Gogola jak i Nabokova: "Czytaj książki w 4D". Może to zachęciło by naszą dzisiejszą młodzież do sięgnięcia po ich książki? Tak tylko się rozmarzyłem...

Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2012, s.191. 
________________________ 
[1] Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2012, s.150.
[2] Tamże s.154.
[3] Vladimir Nabokov o książce pod tytułem "Lolita", [w]: V. Nabokov, Lolita, przeł. Michał Kłobukowski, Muza, Warszawa 1997, s.380.
[4] V. Nabokov Strong Opinions, s.116
[5] Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2012, s.161.

środa, 24 października 2012

Martwe dusze

Do bramy hotelu w gubernialnym mieście N. wjechała dość ładna, nieduża bryczka na resorach, w rodzaju tych, którymi jeżdżą kawalerowie: dymisjonowani podpułkownicy, sztabskapitanowie, ziemianie posiadający około setki dusz chłopskich, słowem wszyscy ci, których nazywają średnio zamożnymi. W bryczce siedział pan niezbyt przystojny, ale i niebrzydki, ani nazbyt tłusty, ani nazbyt chudy; nie można powiedzieć, żeby stary, jednak niezbyt młody. Przyjazd jego nie zrobił w mieście żadnego hałasu i nie towarzyszyło mu nic szczególnego; tylko dwaj rosyjscy chłopi, stojący u drzwi karczmy naprzeciwko hotelu, poczynili jakieś spostrzeżenia, odnoszące się zresztą bardziej do pojazdu niż do tego, kto w nim siedział. – Patrzaj no – powiedział jeden do drugiego – to ci koło! Jak myślisz, dojechałoby to koło, jakby było trzeba, do Moskwy, czyby nie dojechało? – Dojechałoby – odpowiedział drugi. – A do Kazania, to myślę, że nie dojechałoby? – Do Kazania nie dojechałoby – odpowiedział drugi. Na tym się rozmowa skończyła. I jeszcze, kiedy bryczka podjechała do hotelu, nawinął się młodzieniec w białych dymkowych pantalonach, bardzo wąskich i krótkich, we fraku z pretensjami do mody, spod którego widać było gors spięty tulską spinką z pistoletem z brązu. Młodzieniec odwrócił się, popatrzył na pojazd, przytrzymał ręką czapkę, która mu omal nie zleciała na wietrze, i poszedł w swoją stronę.
Gdy pojazd wjechał w podwórze, pan został przyjęty przez służącego z hotelu albo, jak ich nazywają, numerowego, człowieka żywego i ruchliwego do tego stopnia, że nawet nie można było dostrzec, jaką miał twarz. Wybiegł zwinnie z serwetką w ręku, długi i w długim kortowym surducie, z kołnierzem omal że nie na głowie, potrząsnął włosami i zwinnie poprowadził pana na górę przez całą drewnianą galerię do zesłanego mu przez Boga pokoju. Pokój był wiadomego rodzaju, bo i hotel też był wiadomego rodzaju, to jest właśnie taki, jakie zwykle bywają w miastach gubernialnych, gdzie za dwa ruble na dobę przejezdni otrzymują dogodny pokój z karaluchami jak suszone śliwki, wyglądającymi ze wszystkich kątów, i z drzwiami do sąsiedniego pomieszczenia zawsze zastawionymi komodą, gdzie zagospodarowuje się sąsiad, człowiek małomówny i spokojny, ale nadzwyczaj ciekawy, interesujący się wszystkimi drobiazgami dotyczącymi przyjezdnego. Front hotelu odpowiadał jego wnętrzu: był bardzo długi, jednopiętrowy; parter nie był otynkowany i świecił ciemnoczerwonymi cegiełkami, jeszcze bardziej pociemniałymi skutkiem pogody i z natury brudnymi; pierwsze piętro było pomalowane odwieczną żółtą farbą; na dole były sklepiły z chomątami, powrozami i obwarzankami. W narożnym sklepiku, a właściwie w oknie, tkwił handlarz sbitniem [napój z wrzątku zaprawionego miodem i korzeniami], z samowarem z czerwonej miedzi i o twarzy tak samo czerwonej jak samowar, tak że z daleka można było pomyśleć, że na oknie stoją dwa samowary, gdyby jeden z samowarów nie miał czarnej jak smoła brody.
Podczas gdy przyjezdny pan oglądał swój pokój, wniesiono jego bagaż: przede wszystkim walizę z białej skóry, trochę zniszczoną, co wskazywało, że nie po raz pierwszy była w drodze. Walizkę wniósł stangret Selifan, niziutki mężczyzna w kożuszku, i lokaj Pietrek, chłopisko lat około trzydziestu, w luźnym znoszonym surducie, widocznie po panu, z wyglądu nieco surowy, z bardzo grubymi wargami i nosem. Za walizą wniesiono niewielki mahoniowy sepet wykładany brzeziną karelską, prawidła do butów i pieczoną kurę owiniętą w niebieski papier. Gdy wszystko to przyniesiono, stangret Selifan poszedł do stajni zająć się końmi, a lokaj Pietrek zaczął się urządzać w małym przedpokoiku, bardzo ciemnej norce, dokąd zdążył już przynieść swój szynel, a wraz z nim jakiś własny zapach, który udzielił się i przyniesionemu zaraz potem workowi z różnymi lokajskimi przyborami. W tej norce przysunął do ściany wąziutkie łóżko na trzech nogach, nakrywając je czymś podobnym do małego materaca, zbitym i płaskim jak blin i, być może, tak samo zatłuszczonym jak blin, który udało mu się wydębić od właściciela hotelu.

środa, 12 września 2012

O tym jak należy czytać Gogola


"Zrekapitulujmy więc. Opowiadanie [Szynel] rozwija się w ten oto sposób: bełkot, bełkot, fala liryzmu, bełkot, fala liryzmu, bełkot, fantastyczny punkt kulminacyjny, bełkot, bełkot, i powrót do chaosu, z którego wszystko powstało. Na tym wyjątkowo wysokim poziomie artyzmu literatury nie interesuje oczywiście współczucie dla skrzywdzonych i poniżonych czy przeklinanie uprzywilejowanych. Odwołuje się ona do tajemniczej głębi duszy ludzkiej, gdzie cienie innych światów przesuwają się jak cienie bezimiennych bezszelestnych statków.

Jak jeden czy dwu cierpliwych czytelników zdążyło sobie do tej pory uświadomić, interesuje mnie właśnie i jedynie owo odwołanie. Cel, do którego dążyłem, notując te uwagi o Gogolu, stał się, mam nadzieję, całkiem jasny. Mówiąc wprost, sprowadza się on do tego, co następuje: jeśli spodziewacie się dowiedzieć czegoś o Rosji, jeśli chcielibyście zrozumieć, dlaczego pokryci bliznami spartaczyli swój blitz, jeśli interesują was "idee", "fakty" i "przesłania", trzymajcie się od Gogola z daleka. Za ogromny wysiłek nauczenia się języka rosyjskiego, żeby móc go czytać, nie zostaniecie wynagrodzeni w waszej twardej walucie. Trzymajcie się z daleka, jak najdalej. Nie ma on wam nic do powiedzenia. Nie dotykać. Wysokie napięcie. Wstęp wzbroniony. Unikajcie go, powstrzymajcie się, nie podchodźcie. Nie, nie, nie! Chciałbym tu mieć pełną listę wszelkich możliwych zakazów, sprzeciwów i ostrzeżeń. Oczywiście jest ona raczej nie potrzebna, bo niewłaściwy czytelnik z pewnością nie doszedł w lekturze tej książki tak daleko. Witam jednak tych właściwych, moich braci, moich sobowtórów. Mój brat gra na organkach. Moja siostra czyta. To moja ciotka. Najpierw nauczycie się alfabetu, spółgłosek wargowych, językowych, zębowych, liter, które brzęczą jak truteń, jak trzmiel i jak mucha tse-tse. Na jedną z samogłosek zareagujecie okrzykiem "fuj!". Po dokonaniu pierwszej odmiany zaimków osobowych poczujecie się umysłowo sparaliżowani i zmaltretowani. Nie widzę jednak innego sposobu dotarcia do Gogola (czy też, prawdę powiedziawszy, do jakiegokolwiek pisarza rosyjskiego). Jego dzieło, jak wszystkie wielkie osiągnięcia literackie, jest kwestią języka, a nie idei. Gogol, ostatnia głoska tego nazwiska to miękkie, rozpuszczające się "l", w angielskim nic takiego nie ma. nie można mieć nadziei na zrozumienie danego autora, jeśli nie potrafi się nawet wymówić jego nazwiska. Moje tłumaczenia poszczególnych fragmentów są najlepsze, na jakie potrafiłem się zdobyć przy moim ubogim zasobie leksykalnym, ale nawet gdyby były doskonałe, jak te, które słyszę swym wewnętrznym, głęboko ukrytym uchem, to nie mogąc oddać intonacji, i tak nie jestem w stanie zastąpić Gogola. Próbując przedstawić swój stosunek do jego sztuki, nie zaprezentowałem żadnych dotykalnych dowodów jej specyficznego istnienia. Mogę tylko z ręką na sercu zapewnić czytelników, że nie wymyśliłem sobie Gogola. Gogol naprawdę pisał, naprawdę żył.

Urodził się 1 kwietnia 1809 roku".

Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 153-155.

sobota, 25 sierpnia 2012

Człowiek, który był nosem

"Jego duży ostry nos był tak długi i ruchliwy, że w młodości Gogol potrafił (będąc czymś w rodzaju kontorsjonisty amatora) w niesamowity, makabryczny sposób dotknąć go koniuszkiem dolnej wargi; ów nos stanowił najwrażliwszą i najistotniejszą cząstkę jego powierzchowności. Był tak ostry i długi, że mógł "sam, bez pomocy palców wniknąć nawet do najmniejszej tabakierki, oczywiście jeśli odgłos zatrzaśnięcia nie odstraszył intruza" (z listów Gogola do pewnej młodej damy, stąd figlarność). Lejtmotyw nosa spotykamy w całej jego twórczości i trudno byłoby znaleźć innego pisarza, który z takim upodobaniem opisałby zapachy, kichanie i chrapanie. Ten czy ów bohater wkracza w fabułę, by tak rzec, wioząc swój nos na taczkach, albo wjeżdża w jej obręb jak cudzoziemiec w opowieści Slawkenbergiusza u Sterne'a. Mamy u Gogola orgię zażywania tabaki. Cziczikow w Martwych duszach zostaje przedstawiony z nazwiska przy akompaniamencie niebywałego grzmotu przypominającego dźwięk trąby, rozlegającego się, gdy bohater utworu używa chusteczki. Z nosów cieknie, za nosy się szarpie, postaci obchodzą się z nosami czule albo brutalnie; pewien pijak próbuje odpiłować nos drugiemu pijakowi; szaleniec odkrywa, że na księżycu mieszkają same Nosy.

Ta nieustanna świadomość obecności nosa doprowadziła w końcu do napisania opowiadania o tytule Nos właśnie, hymnu, zaprawdę hymnu, ku czci tego narządu. Freudysta mógłby zasugerować, że w wywróconym do góry nogami świecie Gogola również istoty ludzkie są odwrócone (w 1841 roku Gogol spokojnie oznajmił, że konsylium lekarzy w Paryżu odkryło pewien osobliwy fakt: jego żołądek znajduje się w pozycji odwrotnej niż zazwyczaj u ludzi), więc rolę nosa odgrywa inny organ i vice versa. To, czy "fantazje zrodziły nos, czy nos zrodził fantazje", jest nieistotne. Rozsądniej, jak sądzę, byłoby zapomnieć o nienormalnie długim nosie Gogola jako przyczynie jego przesadnego zainteresowania nosami i potraktować węchowe fascynacje pisarza, a nawet sam jego organ powonienia jako literacką sztuczkę bliską pieprznemu humorowi karnawałowemu w ogóle i rosyjskiemu humorowi związanemu z nosami w szczególności. [...] Każdy pisarz robiący aluzję  do, powiedzmy, muchy siadającej na czyimś nosie zdobywał w Rosji reputację humorysty. W juweniliach Gogol automatycznie stosował tę prostą metodę, ale w dziełach dojrzałych dodawał szczyptę swego osobliwego geniuszu. Trzeba podkreślić, że od samego początku nos jako taki był w jego poczuciu czymś śmiesznym (podobnie jak w poczuciu wszystkich Rosjan), bo nos to coś sterczącego, coś nie całkiem należącego do właściciela, a jednocześnie (tyle mogę przyznać freudystom) coś szczególnie i groteskowo męskiego. To niemal bolesne, jak Gogol, opisując ładną dziewczynę, rozwodzi się nad gładkością jej twarzy, przypominającej jajko.

Pozostaje faktem, że długi, wrażliwy nos Gogola odkrył w literaturze nowe zapachy (co prowadziło do nowego "dreszczu"). Jak powiada rosyjskie przysłowie: Ten widzi dalej, kto nos ma dłuższy; i Gogol rzeczywiście patrzył swymi nozdrzami. Organ, który w jego młodzieńczych utworach był jedynie karnawałowym typem, pozyczonym z owego tandeciarskiego sklepu z gotowymi strojami zwanego "folklorem", w szczytowym okresie jego geniuszu okazał się najważniejszym sprzymierzeńcem pisarza. Kiedy zniszczył on swój geniusz, próbując zostać kaznodzieją, utracił swój organ powonienia, tak jak utracił go major Kowalow (w opowiadaniu Nos)".

 Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 9-11.

sobota, 11 sierpnia 2012

Dzień z życia pisarza (22) - Mikołaj Gogol


"W jednym z licznych listów do matki Gogol opisuje zwykły dzień:

O dziewiątej rano każdego dnia idę do urzędu i przebywam tam do trzeciej, o wpół do czwartej jem obiad, po obiedzie, o piątej, idę do Akademii Sztuk Pięknych, gdzie uczę się malowania, którego nie jestem w stanie rzucić [dalej pisze, że obcowanie z mniej lub bardziej znakomitymi artystami jest zarówno przyjemne jak i pożyteczne]. Nie mogę nie zachwycać się ich charakterem i sposobem bycia. Co to za ludzie! Poznawszy ich, pragnie się przebywać w ich towarzystwie już zawsze, jakaż skromność przy ogromnym talencie! Na kursie, na który chodzę trzy razy w tygodniu, siedzę dwie godziny; o siódmej przychodzę do domu i idę do kogoś ze swoich znajomych na wieczór - a znajomych mam niemało. Niech mi mama wierzy albo nie, ale jest tu dwudziestu pięciu kolegów z mojej [ukraińskiej] szkoły... O dziewiątej wieczorem zaczynam przechadzkę... o jedenastej kończę spacerować i wracam do domu, piję herbatę, jeśli jej dotąd nigdzie nie piłem... Czasem wracam do domu o dwunastej albo o pierwszej, także w tym czasie widzi się mnóstwo spacerowiczów [na Newskim, ale także na przedmieściach, gdzie ludzie z miasta mieli swoje dacze]. Nocy, jak mama wie, tu nie ma; wszystko jest jasne i wyraźne, brakuje tylko słońca".

[w]: Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s.33-34.

Pamiętnik szaleńca

"Nie mam już sił cierpieć! Boże, co oni ze mną wyprawiają! Leją mi na głowę zimną wodę. Nie widzą, nie słuchają mnie, głusi są na moje błagania. Co im zrobiłem? Za co mnie męczą? Czego chcą ode mnie, biednego człowieka? Cóż ja im mogę dać? Nic nie mam. Jestem już bez sił, nie mogę wytrzymać tych wszystkich katuszy; głowa mi płonie, w oczach wszystko wiruje. Ratujcie mnie! Zabierzcie stąd! Dajcie mi trójkę lotnych jak wicher koni! Siadaj, mój woźnico, dzwońcie, moje dzwoneczki! Pomknijcie, konie, unieście mnie z tego świata! Dalej a dalej, żebym nic a nic tutaj nie widział... Hen, przede mną, kłębi się niebo; gwiazdka migocze w dali; ucieka ciemny las, posrebrzony ksieżycem; siwa mgła ściele się do stóp; we mgle dźwięczy melodia; po jednej stronie — morze; po drugiej — Włochy... Ale oto widnieją chaty rosyjskie. Czy to mój dom majaczeje w dali? Mojaż to matka siedzi pod oknem? Matko, ratuj swego biednego syna! Uroń łzę na jego chorą głowę! Spójrz, jak oni go męczą! Przytul do piersi swego biednego sieroteńkę! Nie ma dla niego miejsca na świecie! Pędzą go precz! Matko, użal się nad swym chorym dzieckiem!... A czy wiecie, że dej algierski ma guza pod samym nosem?".

Mikołaj Gogol "Pamiętnik szaleńca", przekład Jerzego Wyszomirskiego, za wydaniem: M.Gogol "Opowieści", oprac. B.Galster, Wrocław 1972.