piątek, 15 września 2017

Głosujcie na Jima Pattona!

 
W drewnianym fotelu za biurkiem siedział mężczyzna, którego stopy sprawiały wrażenie przymocowanych do desek podłogi niby nogi narciarza. Obok jego prawego uda stała imponujących rozmiarów spluwaczka, w której mógłby się zmieścić zwinięty strażacki wąż. Głowę przykrywał mu zsunięty do tyłu przepocony stetson, duże, bezwłose dłonie zaś zaplótł sobie wygodnie na brzuchu wystającym nad spodniami, które niegdyś były zapewne koloru khaki, ale przez lata sprane zostały niemal do białości. Jeszcze bardziej sprana koszula harmonizowała zapewne niegdyś ze spodniami. Teraz była zapięta na wszystkie guziki aż po obciskający grubą szyję kołnierzyk, ale pozbawiona krawata. Włosy miał mysiobrązowe, z wyjątkiem skroni, na których przybrały odcień zleżałego śniegu. Usadowiony był trochę bokiem, bardziej na lewym niż na prawym pośladku, ponieważ na prawym biodrze dźwigał sięgającą mu aż po boczną kieszeń spodni kaburę, z której wystawała na kilkanaście centymetrów i uwierała go w bok rękojeść czterdziestki piątki. Jeden z promyków gwiazdy szeryfa, przypiętej do lewej strony piersi, był nadgięty.
Miał duże uszy, oczy o przyjaznym wyrazie, jego szczęki przez cały czas coś pracowicie żuły, i mimo potężnych rozmiarów prezentował się nie groźniej niż wiewiórka, a nadto okazywał znacznie mniejszą niż wiewiórka nerwowość.
Oparłem się o kontuar i patrzyłem na niego. Podobał mi się w każdym szczególe.
Spojrzał na mnie i powitał mnie ruchem głowy, po czym strzyknął ponad prawym udem potężną porcją tytoniowego soku, który trafił do spluwaczki z niemiłym dźwiękiem, nasuwającym na myśl odgłos czegoś, co z wysoka wpadło do wody.
Zapaliłem papierosa i rozejrzałem się za popielniczką, na co zwalisty, acz sympatyczny funkcjonariusz rzucił:
– A od czego masz pan podłogę?
Szeryf Patton? – upewniłem się.
– Komendant miejski i zastępca szeryfa w jednej osobie. Każdy, kto złamie jakieś prawo obowizujące w tym okręgu, będzie miał ze mną do czynienia. Chociaż niedługo będą wybory. Staje przeciwko mnie paru niezłych chłopaków, więc kto wie, czy nie wysiudają mnie z tej posady. A ma się z niej osiem dych miesięcznie, służbową chałupę, bezpłatne drewno na opał i bezpłatny prąd. W takiej pagórkowatej dziurze to nie jest wcale źle.
 
(...)

Wsiadł do samochodu, którego wyposażenie musiało budzić respekt obywateli: syrena, dwa czerwone szperacze, dwa reflektory przeciwmgielne, białoczerwona oznaka straży pożarnej, a na niej nowy głośnik syreny przeciwlotniczej; na tylnym siedzeniu trzy strażackie toporki, dwa zwoje grubej liny i gaśnica, kanister z zapasem benzyny i drugi na wodę, umocowane na bocznych stopniach, a do zapasowego koła jeszcze na wszelki wypadek przywiązana dodatkowa opona. Całości obrazu dopełniała poszarpana tapicerka z wystającymi z niej pękami czegoś, czym była wypchana, oraz centymetrowa warstwa kurzu pokrywająca karoserię, na której miejscami zachował się jeszcze lakier.
W prawym dolnym rogu przedniej szyby rzucała się w oczy biała plansza z wydrukowanym dużymi literami wyborczym sloganem:
 
WYBORCY! GŁOSUJCIE NA JIMA PATTONA! JEST JUŻ ZA STARY. ŻEBY SIĘ WZIĄĆ DO JAKIEJŚ UCZCIWEJ ROBOTY.
 
Patton uruchomił silnik, zawrócił i odjechał w tumanie białego kurzu.
 
Raymond Chandler Topielica
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz