niedziela, 5 lipca 2015

Melonik

"Buźka skończył koncert i usiadł razem z nimi. Na głowie miał brązowy melonik, który znalazł przed paroma laty na drodze do San Antonio. Pewnie wiatr wywiał kapelusz za okno dyliżansu albo Indianie schwytali jakiegoś nieostrożnego komiwojażera, a melonik zostawili. Przynajmniej do takich hipotez doszedł Buźka, próbując dociec, jakim cudem aż tak mu się poszczęściło. Augustus był zdania, że gdyby wiatr przez dwa lata turlał kapelusz po całym kraju, wyglądałby on i tak lepiej niż teraz. Buźka wkładał go tylko wtedy, gdy siadał do pianina; kiedy grał w karty albo opatrywał sobie wyciek z brzucha, często używał melonika zamiast popielniczki, a potem nie zawsze pamiętał, żeby go wytrząsnąć. Włosy miał rzadkie, zlepione w strąki; popiół nie mógł wiele zaszkodzić ich wyglądowi. Zresztą wobec bezmiaru poniewierki, jaką musiał znosić kapelusz, akurat popiół naprawdę nie miał większego znaczenia. Melonik zastępował Buźce poduszkę, a poza tym polewany był od zewnątrz i od wewnątrz taką masą rozmaitych cieczy, że Augustusowi na jego widok żołądek podchodził do gardła.
- Wygląda, jakby go bizon przeżuł i wypluł — mawiał Augustus. — Wiesz, Buźka, melonik to nie nocnik. Ja tam na twoim miejscu bym go wyrzucił.
Buźka zawdzięczał swój przydomek temu, że miał dolną wargę mniej więcej rozmiarów klapy od juków. Mógł pod nią wetknąć taką ilość tabaki, jaka normalnemu człowiekowi starczyłaby na miesiąc. Warga ta w ogóle żyła własnym życiem, toczącym się gdzieś u dołu twarzy pianisty. Nawet gdy Buźka siedział spokojnie, wpatrzony w karty, łopotała i drżała, jakby owiewał ją lekki wietrzyk — bo i owiewał: pianista miał uszkodzony nos, oddychał więc ustami. Życie dało Lorenie twardą szkołę, ale sporo czasu minęło, nim przywykła do tego, jak Buźka siorbie przy jedzeniu, a raz śniło jej się, że jakiś kowboj przechodząc obok Buźki przypiął mu wargę do nosa, jakby to była nie warga, lecz klapa kieszeni. Niesmak Loreny był jednak niczym wobec odrazy Xaviera, który przestał nagle wycierać stoły, podszedł do Buźki i zerwał mu z głowy melonik. Wyraźnie był nie w humorze: twarz drgała mu jak pyszczek królika schwytanego w pułapkę.
— Hańba! Nie zniosę tego kapelusza! Kto może jeść? — powiedział, chociaż nikt akurat nie jadł. Poszedł za bufet i wyrzucił melonik tylnymi drzwiami. Jako młody chłopiec dźwigał kubły z pomyjami w pewnej nowoorleańskiej restauracji, w której używano nawet obrusów, i wspomnienie to wciąż go prześladowało niczym parytet doskonałości. Ilekroć spojrzał na gołe blaty w Suchej Fasoli, czuł się jak ostatni nieudacznik. Nie dość, że brakowało obrusów: stoły były tak chropowate, że przesunąwszy dłonią po blacie człowiek mógł wbić sobie drzazgę. W dodatku dawno już utraciły miły dla oka kolisty kształt, bo kowboje zestrugiwali z kantów wióry, i nie było na to sposobu. Z biegiem lat powycinano spore zrzynki, toteż większość stołów całkiem straciła proporcje.
Xavier posiadał lniany obrus, którego używał raz do roku, w rocznicę śmierci żony. Była to istna herod-baba, specjalnie więc za nią nie tęsknił, ale w Lonesome Dove nie miewał innych okazji, które w wystarczającym stopniu uzasadniałyby rozpostarcie serwety na stole. Teresa — tak bowiem było nieboszczce na imię — pastwiła się nie tylko nad mężem, ale i nad końmi, toteż pewnego dnia zwierzęta poniosły i rzuciły się wraz z bryczką na dno wąwozu, no i bryczka przygniotła Teresę. Podczas dorocznego obiadu ku czci zmarłej Xavier udowadniał, że nie przestał być restauratorem zdyscyplinowanym: upijał się, nie roniąc ani kropli na swój znakomity obrus. Zapraszał wyłącznie Augustusa, ten jednak przychodził najwyżej co trzy albo i cztery lata, z czystej uprzejmości, imprezy te były bowiem nie tylko ponure i bezsensowne — całe Lonesome Dove ucieszyło się przecież, kiedy Teresę trafił szlag — ale i odrobinę niebezpieczne. Augustus ani nie pił w sposób tak zdyscyplinowany jak gospodarz, ani nie przykładał takiej wagi do stanu obrusów, a wiedział, że jeśli rozleje trunek na cenne płótno, źle się to skończy. Nie było wprawdzie wielkiego prawdopodobieństwa, że musiałby wtedy Xaviera zastrzelić, mogłoby się jednak okazać, że trzeba dać gospodarzowi po głowie, wcale zaś nie miał ochoty walić kolbą tak wielkiego rewolweru w tak małą głowę.
Dla Xaviera kapelusz Buźki był kroplą przepełniającą czarę goryczy. Żaden szanujący się restaurator nie zniósłby czegoś takiego w swoim lokalu, a tym bardziej na głowie pracownika, toteż Xavier co pewien czas chwytał melonik i wyrzucał go za drzwi. Miał nadzieję, że kozy, jadające podobno jeszcze gorsze świństwa, zjedzą i to nakrycie głowy. Ale kozy nie zwracały uwagi na kapelusz, natomiast Buźka przynosił go z powrotem, ilekroć sobie przypomniał, że potrzebna mu jest popielniczka.
— Hańba! — powtórzył Xavier nieco radośniej. Buźka pozostał niewzruszony.
— Czego chcecie od mojego kapelusza? - spytał. — W środku pisze, że zrobili go w Filadelfii.
Wewnątrz kapelusza rzeczywiście był taki napis, lecz to nie Buźka po raz pierwszy wytoczył ten argument, tylko Augustus. Buźka nie zdołałby nawet przeczytać tak długiego słowa jak „Filadelfia", zresztą miał bardzo niejasne wyobrażenie o tym, gdzie leży owo miasto. Wiedział jedynie, że musi to być okolica spokojna i cywilizowana, skoro mają tam czas robić kapelusze, zamiast walczyć z Komanczami.
— Xavier, zróbmy interes — zaproponował Augustus. — Pożycz Chlustowi dwa dolary, żebyśmy mogli zagrać partyjkę, a ja zgarnę czymś ten kapelusz do worka i zaniosę go moim świniom. Inaczej nigdy go się nie pozbędziesz.
— Jeżeli włożysz go jeszcze raz, to ci go spalę — zagroził Xavier, płonąc oburzeniem. — Spalę cały lokal. I gdzie się wtedy podziejesz?
— Jakbyś miał zamiar spalić pianino, lepiej sobie przygotuj szybkiego muła — odparł Buźka, powiewając wargą, Pobożni ludzie wcale by się z tego nie ucieszyli.
[...]
Buźka zaczął martwić się o kapelusz, który Xavier wyrzucił za drzwi. Gdy Augustus wspomniał o świniach, cała sprawa zaczęła wyglądać znacznie groźniej. Świnie mogły przecież same z siebie przyjść do miasteczka i zjeść melonik — kto wie, czy nie największą osłodę nędznego żywota pianisty. Buźka miał ochotę pójść po kapelusz, nim nadejdą zwierzęta, zdawał sobie jednak sprawę, że nieroztropnie jest prowokować Xaviera, gdy humor i tak mu nie dopisuje. Nie wiedział, co dzieje się na ulicy za knajpą, bo tylne drzwi zasłaniał bufet; kapelusza równie dobrze mogło tam już nie być".

Larry McMurtry "Na południe od Brazos".

5 komentarzy:

  1. Od czasu do czasu marzę, żeby przeczytać tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam na półce. Muszę wreszcie ją poznać.

    OdpowiedzUsuń
  3. O, prawie przeoczyłem! Czytaj, czytaj... :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem gdzieś w połowie, czytam wytrwale, mimo, że na komórce :) To jest tak napisane, że człowiek żyje razem z bohaterami, zaczyna myśleć jak oni, podoba mi się humor zawarty w tej książce, stąd ten wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Rewelacja. Dzięki za to odkrycie. Trzeba będzie poszukać!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...