czwartek, 31 maja 2012

R jak recenzje z (jeszcze) nie istniejących książek - Alfabet biblioteki (7)

Stanisław Lem
Pisanie recenzji z nie istniejących książek może nie być takim głupim pomysłem, na jaki początkowo wygląda. Ile to razy ktoś narzekał, że (musi?) zrecenzować książkę, która mu się nie podoba, która go nie rusza. Jak zachwyca kiedy nie zachwyca. Otóż mamy jedyną niepowtarzalną szansę napisania recenzji z powieści, której być może jeszcze nie ma (chociaż któż to wie, codziennie na świecie ukazują się tysiące nowych książek, właściwie to chyba wszystko zostało już napisane i to po kilka razy), ale, którą bardzo chcielibyśmy zrecenzować. Czy nie chcielibyście napisać recenzji z książki dla Was idealnej, książki Waszego życia? Któż by nie chciał. Być może każdy z nas szuka właśnie tej jednej jedynej historii, kiedy czyta i przekopuje się przez całe stosy i stosiki kupionych książek, "przepływa przez biblioteki", czyta recenzje innych blogerów. Oczywiście pisanie recenzji z nie istniejących książek nie jest zadaniem łatwym. Kilku śmiałków w historii już próbowało, z różnym skutkiem. Najpierw bowiem trzeba  wymyślić, tak jak to robi pisarz, cały świat powieści, jej fabułę, bohaterów, zakończenie, a dopiero potem napisać z tego recenzję. Powstaje wtedy coś w rodzaju literatury do kwadratu, nowy gatunek literacki.

Pojawienie się recenzji z nie napisanych książek spowodowało by, być może, pewne zmiany na rynku czytelniczym. Wydawcy, z początku niezadowoleni, mogli by się jednak przy tej okazji dowiedzieć na jakiego typu książki jest tak na prawdę zapotrzebowanie czytelników, co powinni wydawać, aby zaoszczędzić pieniądze na reklamie. Natomiast pisarze mogli by pisać książki, które z pewnością znalazły by swojego czytelnika i to nie byle jakiego, bo czytelnika idealnego. A oto jak ten temat widział Mistrz:

"Pisanie recenzji z nie istniejących książek nie jest wynalazkiem Lema; nie tylko u pisarza współczesnego - J.L.Borgesa - znajdujemy takie próby (np. jako "Omówienie dzieła Herberta Quaine" w tomie "Labirynty"), koncept sięga dalej - i nawet Rabelais nie był pierwszym, który go użył. Lecz "Doskonała próżnia" jest kuriozalna o tyle, że chce być antologią tylko takich właśnie krytyk. Systematyczność pedanterii czy żartu? Podejrzewamy autora o intencję żartu, a wrażenia tego nie osłabia wstęp - sążnisty i teoretyczny, w którym czytamy: "Pisanie powieści to forma utraty swobód twórczych. (...) Z kolei recenzowanie książek to katorga jeszcze mniej szlachetna. O pisarzu da się przynajmniej powiedzieć, że sam siebie zniewolił - obranym tematem. Krytyk jest w gorszym położeniu: jak katorżnik do swych taczek, tak do dzieła omawianego przykuty jest recenzent. Pisarz traci wolność we własnej, krytyk - w cudzej książce". Emfaza tych uproszczeń jest zbyt jawna, byśmy ja brali serio. W dalszym akapicie wstępu ("Autozoil") czytamy: "Literatura opowiadała nam dotąd o fikcyjnych postaciach. My pójdziemy dalej: będziemy opisywali fikcyjne książki. Oto szansa odzyskania swobód twórczych, a jednocześnie zaślubiny dwóch sprzecznych duchów - beletrysty i krytyka".[1]

Oczywiście można potraktować to wszystko jako żart, zabawę intelektualną, grę z czytelnikiem lub po prostu nowy gatunek literacki. Napisałem tę notkę trochę po to, aby Was sprowokować do wypowiedzi na ten temat. Jakie są Wasze, jako recenzentów, doświadczenia i opinie na temat pisania recenzji z istniejących, lub też (jeszcze) nie, książek?

[1] Stanisław Lem "Doskonała próżnia. Wielkość urojona", Wydawnictwo Literackie, 1985, s.7.

środa, 30 maja 2012

Pisarze o pisaniu (11) - Henry Miller

Henry Miller
Na portalu poświęconym literaturze Booklips.pl, znalazłem artykuł pt. "11 zasad Henry'ego Millera odnośnie pisania". Henry Miller podobno uchodził za osobę nie akceptującą zasad i wszelkich ograniczeń. Tym bardziej zaskakujące jest, że pisząc swoją pierwszą i najsłynniejszą powieść, „Zwrotnik Raka”, autor stosował się do zbioru jedenastu reguł, które mogą okazać się pomocne wszystkim aspirującym pisarzom. Poniżej znajdziecie pełną listę, którą Miller ujawnił wiele lat później w swojej książce „On Writing”:






1. Pracuj nad jedną rzeczą na raz, dopóki jej nie skończysz.
2. Nie zaczynaj żadnych nowych książek, nie dodawaj żadnego nowego materiału aż do „Czarnej Wiosny” (druga powieść Millera).
3. Nie denerwuj się. Pisz spokojnie, z radością, brawurowo, tym, co masz pod ręką.
4. Pisz zgodnie z planem a nie wedle nastroju. Przerywaj tylko w wyznaczonym wcześniej czasie.
5. Kiedy nie możesz wymyślać, możesz pracować nad już napisanym tekstem.
6. Spajaj i łącz tekst po trochu każdego dnia, zamiast wciąż dodawać „nowych nawozów”.
7. Bądź człowiekiem! Spotykaj się z ludźmi, odwiedzaj miejsca, pij, jeśli masz na to ochotę.
8. Nie bądź koniem pociągowym! Pisz tylko z przyjemnością.
9. Odrzuć swój plan, jeśli odczuwasz taką potrzebę – ale następnego dnia wróć do niego. Skoncentruj się, bądź skrupulatny, wyłącz się z otoczenia.
10. Zapomnij o książkach, które chcesz napisać. Myśl tylko o tej, którą właśnie piszesz.
11. Na pierwszym miejscu pisz. Malarstwo, muzyka, przyjaciele, kino, wszystkim tym zajmuj się później.

Pisarze o pisaniu (10) - Kurt Vonnegut

Kurt Vonnegut

 Na jednym z portali poświęconych literaturze Booklips.pl, znalazłem "8 rad Kurta Vonneguta odnośnie pisania". Według niego wystarczy tylko te 8 wskazówek, aby napisać dobre opowiadanie. Powyższe wskazówki oryginalnie zamieszczone były w zbiorze opowiadań „Tabakiera z Bagombo”.

1. Wykorzystaj czas zupełnie obcej osoby w taki sposób, aby ona lub on nie czuli, że go zmarnowali
2. Daj czytelnikowi przynajmniej jednego bohatera, którego stronę będzie mógł trzymać.
3. Każdy bohater powinien coś chcieć, nawet jeśli jest to tylko szklanka wody.
4. Każde zdanie musi spełniać jedną z dwóch funkcji – odkrywać bohatera lub rozwijać akcję.
5. Zacznij tak blisko końca, jak to możliwe.
6. Bądź sadystą. Bez względu na to jak słodcy i niewinni są twoi główni bohaterowie, spraw, aby przydarzyły im się straszne rzeczy – w takiej kolejności, aby czytelnik mógł dostrzec, z czego zostali ulepieni.
7. Pisz tak, aby zadowolić tylko jedną osobę. Jeśli otworzysz okno i będziesz się kochał z całym światem, twoja powieść dostanie zapalenia płuc.
8. Daj swoim czytelnikom tak wiele informacji, jak to możliwe, tak szybko jak się da. Do diabła z suspensem. Czytelnicy powinni na tyle rozumieć, co gdzie i dlaczego się dzieje, aby mogli dokończyć historię sami, niech ostatnie parę stron zjedzą karaluchy.

"Młoda mężatka" - William Carlos Williams

William Carlos Williams


The Young Housewife - William Carlos Williams

At ten AM the young housewife 
moves about in negligee behind 
the wooden walls of her husband's house. 
I pass solitary in my car. 

Then again she comes to the curb
 to call the ice-man, fish-man, and stands 
shy, uncorseted, tucking in 
stray ends of hair, and I compare her 
to a fallen leaf. 

The noiseless wheels of my car 
rush with a crackling sound over 
dried leaves as I bow and pass smiling.

Młoda mężatka
(w tłum. Piotra Sommera)

O dziesiątej rano młoda żona
snuje się w szlafroku po
drewnianym domu swego męża.
Ja przejeżdżam obok samochodem.

A potem podchodzi do krawężnika
i woła dostawcę lodu, sprzedawcę ryb, i stoi tam
speszona, bez gorsetu, upychając
sterczące kosmyki włosów, i przypomina mi
opadły liść.

Spod bezgłośnych kół mojego samochodu
słychać trzask suchych liści kiedy
kłaniam się i mijam ją z uśmiechem.

Młoda mężatka
(w tłum. Stanisława Barańczaka)

O dziesiątej rano młoda mężatka
krząta się w szlafroku, niewidoczna
zza drewnianych ścian mężowskiego domu.
Przejeżdżam obok, sam jeden w aucie.

A jednak zbliża się do krawężnika, żeby
przywołać rozwoziciela lodu czy ryb, i stoi
nieśmiała, bez gorsetu pod szlafrokiem, zatykając
za ucho zbłąkane pasemka włosów, a ja porównuję ją
do opadłego liścia.

Bezszelestne opony samochodu
kruszą potrzaskujące lekko
uschłe liście, gdy przejeżdżam obok
ze skinieniem głowy i uśmiechem.
 

Dzień z życia pisarza (19) - William Faulkner

William Faulkner w 1954
18 sierpnia 1952 roku

8.00 - „Rano czułem się wciąż tak parszywie, że musiałem coś zrobić, więc ni stąd, ni zowąd wygrzebałem maszynopis tej dużej książki i zabrałem się do pracy nad nią. Nagle sobie przypomniałem, jak pisałem Dzikie palmy, żeby próbować poradzić na coś, co też uważałem za ból złamanego serca. I nie złamało mi się wtedy, a więc może nie złamie się teraz, może nawet przez  jakiś  jeszcze  czas  nie będzie  musiało  się łamać, bo serce to bardzo twarda i trwała substancja czy rzecz, czy jak tam chcesz to nazwać”.

12.00 - „Odwaliłem porządną porcję maszynopisu”

14.00 - „Wybrałem się żaglówką na całe popołudnie, nie za silny wiatr, przywiązałem więc płótna i ster, wyciągnąłem się na pokładzie i patrzyłem w górę na maszt...”.

19.00 – „Jeszcze raz przeczytałem "Jake'a" [opowiadanie Joan Williams]. Wciąż jest dobry, ale może jeszcze go zatrzymam i od nowa nad nim pomyślę. Wiem, że z czasem napiszesz go lepiej i to może niedługo. Możesz nawet zdecydować się napisać go sama jeszcze raz. Musisz się więcej nauczyć. W czym Cię biję, to w tym, że ja do nauki wszystkiego, co mogłem, zabrałem się wcześniej w życiu niż Ty. Mam na myśli czytanie...”.

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 204-205.

wtorek, 29 maja 2012

"Lady Lazarus" - Sylvia Plath

Sylvia Plath


"Lady Lazarus" Sylvia Plath
tłumaczenie: Ewa Fiszer

Znów to zrobiłam
Co dziesięć lat
Udaje mi się -

Żywy cud, skóra lśni się
Jak hitlerowski abażur,
Prawa stopa

Przycisk,
Twarz bez rysów, żydowskie
Cienkie płótno.

Wrogu mój
Zedrzyj sobie ze mnie ręcznik.
Czyżbym wzbudzała strach?

Nos, oczodoły, zębów pełny garnitur?
Jutro
Nie będzie mi już czuć z ust.

Wkrótce, wkrótce
Ciało, które żarła czarna jama
Poczuje się na mnie jak w domu,

Uśmiechnę się jak dama.
Mam niespełna trzydzieści lat.
I jak kot muszę umrzeć dziewięć razy.

To był Trzeci Raz.
Co za bezsens
Unicestwiać tak każdą dekadę.

Milion włókien.
Pogryzając fistaszki tłum
Pcha się, by

Patrzeć jak mnie odwijają starannie.
Strip - tease monstr.
Panowie, panie

Oto moje ręce
Moje uda. Tak
Może i zostały ze mnie tylko skóra i kości,

Niemniej jestem tą samą kobietą.
Pierwszy raz miałam dziesięć lat.
Był to wypadek.

Za drugim razem
Chciałam wytrwać po kres i już nie wrócić.
Kołysałam się

Zamknięta w sobie jak muszla.
Musieli wołać i wołać.
Wygrzebywać ze mnie robaki jak lepkie perły.

Umieranie
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.

Umiem robić to tak, że boli
Że wydaje się diablo rzeczywiste.
Można by to nazwać powołaniem.

Dosyć łatwo jest to zrobić w celi.
Dosyć łatwo jest to zrobić i w tym trwać.
To teatralny

Powrót w dzień
Na to samo miejsce i w tę samą twarz, by usłyszeć
ten sam krzyk:

"Cud"!
Jakby mi dano w pysk.
Proszę płacić,

Za oglądanie moich blizn proszę płacić
I za słuchanie serca -
Ono znów stuka w ciszy.

Proszę płacić, drogo płacić
Za każde słowo i dotyk
Lub kroplę krwi,

Za włosów kosmy, strzęp ubrania.
Tak, tak Herr Doktor.
Tak, tak Herr Wróg.

Jestem pańskim dziełem.
Pańską chlubą.
Dziecięciem ze szczerego złota,

Które roztapia byle krzyk.
Miotam się jak opętana.
Proszę nie myśleć, że nie doceniam pańskich starań.

Popiół, popiół -
Pan go rozgrzebuje, ogląda.
Ciała i kości już nie ma -

Mydło,
Ślubna obrączka,
Złota plomba,

Herr Got, Herr Lucyfer,
Strzeżcie się
Strzeżcie.

Z popiołu
Wstanę płomiennowłosa
By połknąć mężczyzn jak powietrze.


23-29 październik 1962 

poniedziałek, 28 maja 2012

Pisarze o pisaniu (9) - Vladimir Nabokov

Vladimir Nabokov
“Kiedy pisarz zasiada do tworzenia swej rekonstrukcji, doświadczenie podpowiada mu, czego unikać w chwilach dotykającej nawet największych przejściowej ślepoty, kiedy to pokryte brodawkami, tłuste chochliki konwencji lub zwinne skrzaty, zwane „watą” usiłują wdrapać się po nogach biurka. Płomienny wostorg* wykonał swe zadanie i teraz zakłada okulary spokojne wdochnowienije**. Stronice pozostają wciąż puste, ale mamy cudowne poczucie, że wszystkie potrzebne słowa są na podorędziu i, zapisane sympatycznym atramentem, hałaśliwie domagają się wydobycia na światło dzienne. Możesz, jeśli chcesz, pracować nad dowolną partią obrazu, bo pojęcie sekwencji, kolejności w gruncie rzeczy dla autora nie istnieje. Kolejność bierze się stąd, że słowa muszą być zapisane jedno po drugim na kolejnych stronach, tak jak umysł czytelnika musi mieć czas, by przedrzeć się przez książkę, przynajmniej przy pierwszej lekturze. Czas i następstwo zdarzeń nie może istnieć w umyśle autora, bo żaden element czasu ani przestrzeni nie rządził pierwotną wizją. Gdyby umysł podążał po dowolnych liniach i gdyby książkę dało się czytać tak, jak ogląda się obraz, to znaczy bez obowiązku wodzenia wzrokiem z lewa na prawo i bez uwzględniania absurdalnego ładu początków i końców, byłby to idealny sposób odbioru powieści, ponieważ tak widział ją autor w chwili rodzenia się jej koncepcji.

A zatem jest już gotów, by ją napisać. Ma wszystko, co niezbędne. Jego wieczne pióro jest napełnione, w domu panuje cisza, tytoń i zapałki leżą w zasięgu ręki, noc jest młoda… Zostawimy go w tej przyjemnej sytuacji i wyjdziemy po cichutku, zamkniemy za sobą drzwi i odchodząc, przegonimy spod domu potwora ponurego zdrowego rozsądku, który gramoli się po schodach, utyskując, że książka nie jest dla przeciętnego czytelnika, że nigdy, przenigdy się… I właśnie wtedy, zanim zdrowy rozsądek zdąży wypluć z siebie to słowo – s, p, rz, e… , należy go zastrzelić.”

* uniesienie
** odzyskanie

Vladimir Nabokov, Wykłady o literaturze, Muza SA, 2005, s. 479-480.

Dzień z życia pisarza (18) - Jarosław Iwaszkiewicz

Jarosław Iwaszkiewicz
W PODRÓŻY, WIOSNA 1953

7.30 - Przebudzenie w wiedeńskim hotelu Erherzog Rainer. "Nocowałem dość dobrze" - zapisze.

8.30 - Śniadanie. Wspomnienie spaceru po mieście poprzedniego wieczora: "Drogo, pusto i obrzydliwie".

10.00 - Z polskim urzędnikiem do ambasady chilijskiej - korowody w sprawie natychmiastowego wystawienia wizy.

11.20 - Załatwienie wizy w poselstwie szwajcarskim.

12.20 - Pociąg do Pragi, skąd nazajutrz pojedzie do Zurychu, by złapać samolot linii SAS do Santiago na Kontynentalny Kongres Kultury. "Na szczęście, pomimo że czeka mnie domniemana olbrzymia podróż, mam ze sobą mało rzeczy" - "kochaną pamiątkową walizkę lotniczą" (paryski prezent od Jerzego Borejszy) i mały neseserek, służący głównie do zbierania naklejek hotelowych". Do tego "kilogram pomarańcz na drogę".

22.00 - Dworzec w Pradze. Po drodze lektura "Ziemi złotych płodów" Jorge Amado. "Zabrałem ze sobą oryginał i przekład. Sprawdzam to dla nowego wydania w PIW".

24.00 - Sen po lekkiej kolacji. Przed zaśnięciem rozmyślania o przelocie nad Andami.

Foto PAP

Źródło: Marcin Sendecki "Dzień z życia sławnego pisarza", "Książki", NR 1 (4) marzec 2012, s. 44.

niedziela, 27 maja 2012

Pisarze o pisaniu (8) - Paul Auster

Paul Auster
"Pewnej nocy [...], kiedy leżałem w łóżku, walcząc z bezsennością, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Może nie pomysł, ot, myśl, skromny wątek. Tamtego roku czytałem bardzo dużo kryminałów, napisanych głównie przez ludzi z amerykańskiej szkoły dosłowności. Były dla mnie znakomitym lekarstwem, balsamem na stres i chroniczne leki, poza tym zacząłem podziwiać niektórych autorów. Najlepsi z nich okazywali się pokornymi, rzeczowymi pisarzami, mieli znacznie więcej do powiedzenia o życiu w Ameryce niż tak zwani poważni literaci, a przy tym często budowali zręczniejsze, bardziej dosadne zdania. Jednym z typowych pretekstów zawiązania akcji było samobójstwo, które okazywało się morderstwem. Zwykle postać z powieści umierała ostentacyjnie z własnej ręki, by pod koniec historii, po wielu zagmatwanych zwrotach intrygi, wyszło na jaw, że winny śmierci jest czarny charakter. Pomyślałem: a dlaczego by nie zmienić kolejności i nie postawić tego na głowie? Dlaczego nie zaproponować opowieści, w której ewidentne morderstwo okazuje się samobójstwem? O ile wiedziałem, nikt tego jeszcze nie zrobił.

Była to oczywiście czcza spekulacja, myśl, jaka może postać w głowie o drugiej w nocy, nie mogłem jednak zasnąć i gdy serce zaczynało mi bić coraz żwawiej, podążyłem za tamtą myślą i dla uspokojenia wyobrażałem sobie dalszy ciąg opowieści. niczym nie ryzykowałem, chciałem po prostu ukoić skołatane nerwy, ale nim zasnąłem, układając kolejne elementy zagadki, wykoncypowałem główny zarys powieści kryminalnej.

Następnego ranka doszedłem do wniosku, że napisanie tej powieści to zupełnie niegłupi pomysł. Oczywiście miałem inne rzeczy do roboty. Od miesięcy nie napisałem zdania godnego uwagi, nie mogłem znaleźć pracy, konto w banku zaczynało świecić pustkami. Gdyby udało mi się wysmażyć stosunkowo dobry kryminał, wtedy z pewnością wpadłoby mi do ręki kilka dolarów. Nie marzyłem już o worach złota. Wystarczała mi godziwa zapłata za uczciwy dzień pracy, szansa przeżycia.

Do pracy wziąłem się na początku czerwca i pod koniec sierpnia miałem już gotowy maszynopis liczący ponad trzysta stron*. Było to dla mnie czyste ćwiczenie wyobraźni, świadoma próba stworzenia książki podobnej do innych, a to, że napisałem ją dla pieniędzy, nie oznaczało, że pisanie nie sprawiało mi przyjemności. Jako jedna z wielu tego gatunku wydała mi się nie gorsza od pozostałych, od niektórych zaś dużo lepsza. W każdym razie nadawała się do druku, a o to przecież mi chodziło. Chciałem jedynie na niej zarobić i spłacić tyle rachunków, na ile wystarczy pieniędzy".

* Wydanie polskie pod tytułem Nieczyste zagranie, Noir sur Blanc, Warszawa 2000.

Fragment pochodzi z: Wiążąc koniec z końcem, przełożył Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Warszawa 2001, s. 112-113.

sobota, 26 maja 2012

Pisarze o pisaniu (7) - Joseph Conrad

Joseph Conrad
" Co rano siadam nabożnie przy stole, codziennie siedzę przy nim osiem godzin i nie robię nic innego tylko właśnie to: siedzę. Po każdym z tych ośmiogodzinnych posiedzeń okazuje się, że napisałem tylko trzy zdania, które zresztą muszę wykreślić, nim wstanę od stołu w kompletnej rozpaczy...Tylko zaciekłe zdecydowanie i mobilizacja wszystkich mych sił pozwalają mi zapanować nad wściekłym pragnieniem walenia głową w ścianę. Chciałbym krzyczeć i pienić się z wściekłości, ale nie śmiem ulec temu impulsowi, bo boję się obudzić maleństwo i zaniepokoić żonę..."

 W: Simon Leys, "Szczęście małych rybek", przełożył Wiktor Dłuski, Drzewo Babel, s.65.


Literatura jest snem - Jerzy Pilch

"Nie pamiętam, bo niepamięć jest zasadą snu. Nie pamiętam, bo niepamięć jest zasadą literatury. Nie pamiętam, bo literatura to jest zbiór zapisanych snów, biblioteka to jest wielki sennik, największa powieść realistyczna to jest także ściśle zapisany i bardzo wyrazisty sen. „Co jest nie wymówione (nie zapisane) zmierza do nieistnienia”. Ale co jest przeczytane, także tam zmierza, bo i pisanie, i czytanie wiele ze snu, wiele z zapomnienia i wiele z niepamięci w sobie mają. Kiedy Patrick Suskind w swym sprytnym tekście o całkowitej utracie pamięci literackiej Amnezja in litteris  opisuje, jak to sięga na chybił trafił po książkę (po którą już sięgał, ale nie pamięta), jak to zaczyna ją czytać (czytał ją już, ale nie pamięta), jak to ogarnia go absolutny zachwyt (był już w tym zachwycie, ale zapomniał), to nie o czym innym, ale o pogrążaniu się w lekturze – śnie pisze. „Trzymam w ręku znakomitą książkę, każde zdanie to czysty zysk, czytając docieram do fotela, czytając siadam, czytając zapominam, dlaczego w ogóle czytam, koncentruję się bez reszty na pochłanianiu całkiem nowych dla mnie smakowitości, które przynosi każda kolejna stronica”. 

Okazuje się, rzecz jasna (narracyjna niespodzianka jest tu kiepska, łatwo ją przewidzieć), że te całkiem nowe smakowitości nie są całkiem nowe, zostały po prostu całkiem zapomniane. Ale teraz można sobie to – bez zbytecznego dramatyzowania i bez zbytecznego ekscytowania się własną, w znacznym stopniu zresztą wykreowaną, sklerozą literacką – teraz można sobie to przypomnieć. Po to jest biblioteka, po to ma się książki w domu, by móc w każdej chwili odnowić zapomniany sen. Zapewne Suskind ma świętą rację, kiedy pisze na przykład o stojących w jego bibliotece trzech biografiach Aleksandra Wielkiego.

„Wszystkie kiedyś przeczytałem. Co wiem o Aleksandrze Wielkim? Nic. U końca następnego rzędu stoją jedno przy drugim tomiszcza o wojnie trzydziestoletniej, w tym pięćset stron Veroniki Wedgwood i tysiąc stron Wallensteina Golo Manna. Wszystko to dzielnie przeczytałem. Co wiem o wojnie trzydziestoletniej? Nic. Półka pod spodem zapchana jest książkami o Ludwiku II Bawarskim i jego czasach. Wszystko to nie tylko czytałem, ale studiowałem, przez rok z okładem, a na- stępnie napisałem trzy scenariusze na ten temat, byłem niemal swego rodzaju ekspertem od Ludwika II. Co wiem dziś o Ludwiku II i jego czasach? Nic. Absolutnie nic. Dobra, myślę sobie, w przypadku Ludwika II można tę amnezję jeszcze przeboleć. Ale co z książkami, które stoją tam, przy biurku, w szlachetniejszym dziale literackim? Co pozostało mi w pamięci z piętnastotomowego kompletu Anderscha? Nic. Co z Bolla, Walsera i Koeppena? Nic. Z dziesięciu tomów Handkego? Mniej niż nic. Co pamiętam jeszcze z Tristrama Shandy, Wyznań Rousseau, Spaceru Seumego? Nic, nic, nic. Ale zaraz! Komedie Szekspira! Dopiero zeszłego roku w całości przeczytane. Coś chyba musiało z tego zostać, jakieś niejasne wrażenie, jakiś tytuł, choćby jeden tytuł choć jednej komedii Szekspira! Nic. Ale, na miłość boską, przy- najmniej Goethe, o, tu na przykład, ten biały tomik: Powinowactwa z wyboru, czytałem to co najmniej trzy razy – i co z tego? Wszystko jakby kto wymazał. To jak, nie ma już na świecie żadnej książki, którą bym zapamiętał? Te dwa czerwone tomy, grube, z czerwonymi wstążeczkami do zakładania – muszę je przecież znać, wydają się znajome jak stare swojskie sprzęty, czytałem je, przeżywałem, całymi tygodniami, wcale nie tak dawno temu – co to takiego, jak to się nazywa? Biesy. Aha. Interesujące. A autor? F. M. Dostojewski. Hm. Taak. Wydaje mi się, że coś sobie niejasno przypominam: rzecz dzieje się chyba w XIX wieku, a w drugim tomie ktoś zabija się strzałem z pistoletu. Więcej nie umiałbym powiedzieć”.

piątek, 25 maja 2012

Pisarze o pisaniu (6) - Haruki Murakami

Haruki Murakami
„Pisanie książki jest, moim zdaniem, bardzo osobliwą czynnością [...]. Ilekroć to robię, gdzieś w głębi mojego mózgu jest myśl o śmierci. W zwykłych okolicznościach o śmierci nie myślę nigdy. Podobnie jak większość zdrowych ludzi dobiegających czterdziestki, niezwykle rzadko postrzegam śmierć jako coś, co może mi się przydarzyć lada chwila. Ale jak tylko zabiorę się za pisanie jakiegoś dłuższego tekstu, w moim umyśle mimowolnie zaczyna się krystalizować obraz śmierci [...] i to uczucie nie opuszcza mnie aż do chwili, kiedy napisze ostatnia linijkę. Zawsze się to dzieje i zawsze jest tak samo. Pisząc, powtarzam w myślach: „Nie chcę umierać, nie chcę umierać, nie chcę umierać. Przynajmniej dopóki nie skończę tej książki, absolutnie nie chcę umierać. Sama myśl, że mógłbym umrzeć, nie skończywszy książki, doprowadza mnie do łez. Może to nie będzie żadne wielkie dzieło, które wpisze się w historię literatury, ale przynajmniej jest ono mną samym. Mówiąc jeszcze dobitniej – jeśli nie skończę tej książki, to moje życie przestanie być naprawdę moim życiem”. Takie mniej więcej myśli zawsze kłębią mi się w głowie podczas pisania powieści i mam wrażenie, że im jestem starszy i im bardziej rozwija się moja pisarska kariera, tym silniejsze staje się to uczucie. Czasem wyciągam się na podłodze, wstrzymuję oddech, zamykam oczy, wyobrażam sobie, że umieram [...], i po prostu nie mogę tego znieść”.

Dalej pisze, że czasem budzi się rano ze słowami modlitwy na ustach: „Proszę, chcę pożyć jeszcze chociaż trochę. Potrzeba mi jeszcze tylko trochę czasu”. Zastanawia się czy to modlitwa do jakiegoś boga, czy może do losu. A może po prostu śle swoje modły w kosmos, jak ci naukowcy, którzy nadają sygnały, licząc, że odbierze je pozaziemska cywilizacja? W tym okrutnym, niedoskonałym świecie jesteśmy otaczani przez śmierć. „Jeśli się przez chwilę nad tym chłodno zastanowić, to aż dziw, że udało się nam przeżyć tak długo”.

Dzień z życia pisarza (17) - Virginia Woolf

Virginia Woolf
Sobota, 2 stycznia 1915 roku, The Green 17, RICHMOND

"Oto dzień, który bym wskazała, gdyby dało się wybrać absolutnie przeciętną naszego życia".

8.00- "Jemy śniadanie; rozmawiam z panią Le Grys. Narzeka na straszliwe belgijskie apetyty i zamiłowanie do jedzenia smażonego na maśle. „Skoro tak jadają na wygnaniu, to jak muszą jadać u siebie?" - zastanawia się". 

9.00 - "Potem L. i ja, oboje, zabieramy się do swojej pisaniny". 

13.00 - "Jemy lunch, czytamy gazety, zgadzamy się, że nie ma w nich nic ciekawego".

14.00 - "Dwadzieścia minut czytam na górze Guya Manneringa, a potem idziemy z Maksem na spacer". 

15.00 - "W połowie drogi do Bridge okazuje się, że jesteśmy odcięci przez rzekę - wyraźnie podniósł się poziom wody, która odbija się od brzegu i pulsuje niczym serce. Dziwna rzecz z tymi przedmieściami: najohydniejsze czerwone wille zawsze są wynajęte, a w żadnej z nich nie ma ani jednego otwartego czy odsłoniętego okna. W jednym z domów były zasłony z żółtego jedwabiu z koronkowymi wstawkami. Pokoje wewnątrz wypełnia pewnie półmrok i odór mięsa, i ludzkich ciał. Wydaje mi się, że zasłonięte okna to znak, iż się jest osobą szacowną - Sophie zawsze upierała się przy zasłanianiu".

16.00 - "Potem zakupy. Sobotni wieczór to pora wielkiego kupowania, a niektóre stoiska oblężone są przez trzy rzędy kobiet. Ja zawsze wybieram puste sklepy, gdzie pewnie płaci się o pół pensa więcej za funt".

17.00 - "A potem herbata, z miodem i śmietanką". 

18.00 - "Teraz L. przepisuje na maszynie swój artykuł".

19.00 - "Potem przez cały wieczór czytanie, i do łóżka".

Fragment pochodzi z: Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007. 

czwartek, 24 maja 2012

"Tatuś" - Sylvia Plath

Sylvia Plath
Sylvia Plath (ur. 27 października 1932 w Jamaica Plain k. Bostonu, zm. 11 lutego 1963 w Londynie) – amerykańska poetka, pisarka i eseistka, zaliczana do grona tzw. poetów wyklętych. Współcześnie znana m.in. dzięki na poły autobiograficznej powieści Szklany klosz. Jej poezja należy do nurtu poezji konfesyjnej. Sylvia Plath jest przy tym jedną z czołowych postaci kierunku w literaturze lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, określanego mianem Konfesjonalistów (ang. Confessionalist). 

W 1941 matka Sylvii Plath dała córce pierwszy dziennik. Od tej pory Plath regularnie pisała dzienniki do końca życia. Plath chorowała na zaburzenie afektywne dwubiegunowe (depresję i stany maniakalne) i kilkakrotnie przebywała w szpitalach psychiatrycznych, głównie prywatnym McLean Hospital w podbostońskim Belmont (Massachusetts), najczęściej w związku z próbami samobójczymi. W 1955 Sylvia Plath wyjechała jako stypendystka Fulbrighta na studia do Anglii w Newnham College, część Cambridge University. 25 lutego 1956 Sylvia Plath poznała na przyjęciu poetę Teda Hughesa, którego poślubia w tym samym roku. We wrześniu 1957 Sylvia Plath zaczęła wykładać literaturę angielską. W Anglii w 1960 wydała pierwszy tomik Kolos (The Colossus). Wraz z mężem wiele podróżowała m.in. do Hiszpanii. W wakacje 1959 Sylvia Plath i Ted Hughes podróżowali przez Amerykę Północną. W lipcu 1960 małżonkowie kupili spory dom Court Green, którego hipotekę spłacili w grudniu 1961.

Czerwiec 1962 był początkiem końca małżeństwa Sylvii Plath i Teda Hughes, który zakochał się w Asii Wevill, która kilka lat później popełniła samobójstwo w identyczny sposób, jak Sylvia Plath. W 1962 doszło między małżonkami do separacji; poetka przeniosła się z dwojgiem dzieci (Friedą i Nicholasem) ze wspólnego domu w hrabstwie Devon do Londynu. Zamieszkała w domu po W. B. Yeatsie. Bardzo ciężka dla niej okazała się zima 1962/63. W okresie jesienno-zimowym Sylvia napisała swoje najlepsze wiersze m.in. "Tatusia", "Ukłucia", "Kobietę Łazarz", "Ariel", "Kurierów", "Mistyczkę" i ostatni wiersz "Krawędź". Poetka brała wówczas leki przeciwdepresyjne, które jednak przyniosły odwrotny od zamierzonego skutek. Schorowana i cierpiąca na brak pieniędzy, Sylvia Plath popełniła samobójstwo przez zatrucie gazem. Dzieci zamknęła w dobrze wentylowanym pokoju, zostawiając im śniadanie. 

Komentarz biograficzny do wiersza:

Ojciec Plath był Niemcem i pochodził z Grabowa, wyemigrował jednak do Stanów na długo przed wybuchem II wojny światowej i tam poślubił młodszą od siebie o ponad dwadzieścia lat, urodzoną już w Ameryce Austriaczkę z pochodzenia. Sylvia urodziła się w 1932, a Otto Plath zmarł w 1940 wskutek komplikacji związanych z cukrzycą. Był uznanym profesorem zoologii i specjalistą od pszczół. Jeżeli natomiast chodzi o próby samobójcze, Plath miała ich za sobą kilka. Ostatnią podjęła w wieku lat trzydziestu. Okazała się udana.

Daddy

You do not do, you do not do
Any more, black shoe
In which I have lived like a foot
For thirty years, poor and white,
Barely daring to breathe or Achoo.

Daddy, I have had to kill you.
You died before I had time –
Marble-heavy, a bag full of God,
Ghastly statue with one grey toe
Big as Frisco seal

And a head in the freakish Atlantic
Where it pours bean green over blue
In the waters off beautiful Nauset.
I used to pray to recover you.
Ach, du.

In the German tongue, in the Polish town
Scraped flat by the roller
Of wars, wars, wars.
But the name of the town is common.
My Polack friend

Says there are a dozen or two.
So I never could tell where you
Put your foot, your root,
I never could talk to you.
The tongue stuck in my jaw.

It stuck a barb wire snare.
Ich, ich, ich, ich,
I could hardly speak.
I thought every German was you.
And the language obscene

An engine, an engine
Chuffing me off like a Jew.
A Jew to Dachau, Auschwitz, Belsen.
I began to talk like a Jew.
I think I may well be a Jew.

The snows of the Tyrol, the clear beer of Vienna
Are not very pure or true.
With my gypsy ancestress and my weird luck
And my Taroc pack and my Taroc pack
I may be a bit of a Jew.

I have always been scared of you,
With your Luftwaffe, your gobbledygoo.
And your neat moustache
And your Aryan eye, bright blue.
Panzer-man, panzer-man, O You –

Not God but a swastika
So black no sky could squeak through.
Every woman adores a Fascist,
The boot in the face, the brute
Brute heart of a brute like you.

You stand at the blackboard, daddy,
In the picture I have of you,
A cleft in your chin instead of your foot
But no less a devil for that, no not
Any less the black man who

Bit my pretty red heart in two.
I was ten when they buried you.
At twenty I tried to die
And get back, back, back to you.
I thought even the bones would do.

But they pulled me out of the sack,
And they stuck me together with glue.
And then I knew what to do.
I made a model of you,
A man in black with a Meinkampf look

And a love of the rack and the screw.
And I said I do, I do.
So daddy, I’m finally through.
The black telephone’s off at the root,
The voices just can’t worm through.

If I’ve killed one man, I’ve killed two –
The vampire who said he was you
And drank my blood for a year,
Seven years, if you want to know.
Daddy, you can lie back now.

There’s a stake in your fat black heart
And the villagers never liked you.
They are dancing and stamping on you.
They always knew it was you.
Daddy, daddy, you bastard, I’m through.

środa, 23 maja 2012

Dzień z życia pisarza (16) - Sławomir Mrożek

LONDYN, 25-26 grudnia 1961 roku

11.00 - "Xmasa spędziłem w rodzinie tutejszej, rdzennej. Polaków jak dotąd udaje mi się szczęśliwie nie spotykać. Powiedzieli, żebym przyszedł, został na noc, bo będzie party. Jak party to party, myślę sobie i ze swojej strony kupuję flaszkę wódki tutejszej, whisky zwanej”.

16.00 - „Party pod Londynem miała być z licznym udziałem aktorów. „Oho”, myślę sobie, „aktorów” i zacieram ręce, bo znam aktorów (polskich). Wiozą ci mnie za Londyn”.

17.00 - „Wchodzimy. Rodzina, zakąski gotowe, grzecznie gadu-gadu, myślę sobie, zaraz się zacznie. No i przesiedzieliśmy do pierwszej przy kominku. Z boku stała prawdziwa beczka z piwem. Aktorzy, owszem, przyszli. Również usiedli. „Panowie siedzieli w fotelach i wypijali co kwadrans jeden litr piwa. Czerwienieli, pęcznieli, wychodzili, wracali, kontynuowali. Panie siedziały w kątach na gorszych zydelkach. Były także dzieci, dwoje półrocznych, przewijano je w czasie party, adapter grał, panowie pęcznieli, a potem wszyscy poszli spać”.

1.00 - „Dano mi pokój rzecz jasna bez żadnego ogrzewania, więc nie rozbierając się, włożyłem na siebie płaszcz i poszedłem do łóżka”.

8.00 - „Rano wstaję, przecieram szybki z mrozu, a tu panowie w samych koszulach już się krzątają po ogródku, przy samochodach coś majstrują”.

9.00 - „Zwlokłem się, wniesiono indyka wielkości świni. Zjedliśmy go, napęcznieli i usiedli przy kominku”.

17.00 - „Jak nic zleciało do wieczora, to sobie człowiek na telewizor spojrzał, to beknął, to piwka pociągnął, kilka osób zasnęło w fotelach”.

18.00 - „Potem wróciliśmy do Londynu. Teraz rozumiem, dlaczego mogli stworzyć imperium. Nie tracą zdrowia ani energii na samospalanie się w słowiańskich orgiach”. 

Stanisław Lem, SławomirMrożek, Listy 1956-1978, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 86-87.   

Pisarze o pisaniu (5) - Jerzy Pilch

Jerzy Pilch
"Człowiek pióra unikał cudzego pisania, nie czytał książek innych ludzi pióra, nie czytał książek swoich rówieśników, w zasadzie poza żyjącymi Noblistami w ogóle nie czytał książek żyjących ludzi pióra. Dobry pisarz to jest martwy pisarz - szeptał do siebie nienawistnie i sycąc się jadowitością swego skłonnego do ciemnych paradoksów mózgu sięgał po klasykę. Unikał współczesnych książek niczym zbiegowisk ulicznych, bał się, że jakikolwiek elementarny odruch, odruch zwykłej ciekawości, odruch złowieszczej fascynacji, odruch magnetycznej grozy wciągnie go do tętniącego podniesionymi głosami i wulgarnymi światłami wnętrza. Unikał bieżącej twórczości i aktualnych tekstów, wydawało mu się, że jest to arystokratyczna powściągliwość gwarantująca najwyższe wtajemniczenia ducha. Niestety, próba przemierzenia labiryntu współczesności wyłącznie z Sofoklesem pod pachą kończyła się kłopotliwym fiaskiem".

Fragment, który znalazłem na blogu Fragmentarz, pochodzi z: Jerzy Pilch "Cudze pisanie", Tygodnik Powszechny 1998, nr 35.

wtorek, 22 maja 2012

"Dalziel & Pascoe. Ostatnie słowa" - Reginald Hill



"Każde pożegnanie powinno się traktować jako próbę przed tym ostatecznym. Każdy powinien mieć na końcu języka jakąś pożegnalną mądrość albo żart. Niestety mało komu jest to dane. Nawet ci najlepiej przygotowani mają z tym problem. Drzwi się zamykają, światło przygasa, winda zjeżdża. Nie padają żadne słowa. Nie ma żadnej wiadomości".[s.339]

"W niektórych starych religiach utrzymuje się, że ostatnie słowa zmarłego mają wielkie znaczenie. Magiczną moc". Wszyscy znamy ostatnie słowa wypowiedziane przez sławnych ludzi, choćby Goethe'go "Więcej światła!", czy też Cervantesa "Don Kichot to ja", wypowiedziane na łożu śmierci w odpowiedzi na pytanie skąd wziął swego bohatera. Ale czasami bywa i tak, że ostatnie słowa wypowiedziane przed śmiercią przez przeciętnego człowieka mają także kolosalne znaczenie, szczególnie wtedy, gdy prowadzone jest śledztwo w sprawie jego zgonu. Z tego typu historią mamy do czynienia w przypadku nowego kryminału Reginalda Hilla "Ostatnie słowa" z podinspektorem Dalzielem i komisarzem Pascoe w rolach głównych.

W pewną burzową i zimną listopadową noc dochodzi do zgonu trzech starszych mężczyzn. Zdarza się. Wszyscy trzej jednak zmarli gwałtowną śmiercią. Każdy ze staruszków przed śmiercią wypowiedział jakieś słowa, które mogą okazać się kluczowe dla rozwiązania zagadki ich śmierci. Jeden z nich w ten sposób  wskazał jako sprawcę podinspektora Dalziela. Wszystko wskazuje na to, że po suto zakrapianej kolacji podinspektor wsiadł do samochodu i spowodował wypadek. Dalziel twierdzi, ze jest niewinny. Do zbadania całej sprawy wyznaczony zostaje komisarz Pascoe. Równolegle toczą się jeszcze dwa śledztwa. Nie chcąc psuć zabawy  oraz przyjemności z lektury, zatrzymam się w tym miejscu w dalszym ujawnianiu istotnych szczegółów fabuły.

Poza ciekawą intrygą kryminalną Reginald Hill w "Ostatnich słowach" porusza kilka ważnych problemów społecznych, typowych nie tylko dla Wielkiej Brytanii, z których najważniejszy wydaje się problem starszych ludzi i w ogóle starości. Rodziny nie zawsze chcą się nimi na starość zajmować, są dla nich obciążeniem, kłopotem. Pod byle pretekstem starają się pozbyć niechcianego ciężaru, zrzucając obowiązki na państwo, umieszczając swoich starych krewnych w szpitalu lub domu starców. Tych, którzy tam żyją, czy raczej wegetują, dopada często demencja starcza, powoli tracą siebie i swoje wspomnienia, zapominają się, z pamięci wypadają im nieraz całe dni. Oczywiście nie wszystkich ogarnęła znieczulica, nawet wśród młodych ludzi są jeszcze tacy, dla których człowieczeństwo nie jest pustym słowem. W powieści mamy obecne różne aspekty śmierci, co może nie powinno dziwić w przypadku kryminału. Autor przygląda się śmierci jednak nieco bliżej, nie traktując jej jedynie jako atrakcyjnego elementu typowego dla tego gatunku. Bardzo ważną rolę w powieści pełni typowo angielski humor, od którego aż iskrzą się dialogi. Bez niego ta książka była by zbyt ponura i przygnębiająca, szczególnie biorąc pod uwagę poruszane w niej tematy. Praca policji brytyjskiej oraz środowisko bukmacherów zostały w powieści opisane bardzo wiarygodnie i realistycznie.

Książka ma specyficzny, charakterystyczny dla Anglii klimat oraz niepowtarzalne postaci charyzmatycznych detektywów z ogromnym, typowo angielskim, poczuciem humoru. Czyta się ją bardzo dobrze, a po jej skończeniu chce się natychmiast sięgnąć po kolejne powieści z serii i poznać dalsze przygody podinspektora Dalziela i komisarza Pascoe. Hill napisał kilkadziesiąt powieści, ale najbardziej jest znany właśnie z tego cyklu o detektywach z Yorkshire. W Polsce nakładem Wydawnictwa Nowa Proza ukazały się jeszcze następujące tytuły: "Ścięte głowy", "Okrutna miłość" oraz "Małe sprzątanko". Reginald Charles Hill był współczesnym angielskim pisarzem kryminałów, niektórzy twierdzą nie bez podstaw, że najlepszym (zmarł niedawno, 12 stycznia 2012 roku na guza mózgu), laureatem Cartier Diamond Dagger przyznanej dla uhonorowania twórczości za 1995 rok - najbardziej prestiżowej nagrody przyznawanej przez Crime Writers' Association. W swoich powieściach stosował różnorodne techniki pisarskie oraz środki narracji, z niechronologicznym przedstawianiem wydarzeń czy oddawaniem roli narratora żonie jednego z detektywów. Niezapomniana seria o podinspektorze Andrew Dalzielu i komisarzu Peterze Pascoe stała się podstawą do nakręcenia przez BBC serialu, w którym rolę Dalziela zagrał Warren Clarke, a Pascoe Colin Buchanan.

Reginald Hill "Ostatnie słowa" (Exit Lines), przełożył Wojciech Szypuła, Wydawnictwo Nowa Proza, Warszawa 2011, s.339.

Pisarze o pisaniu (4) - Gustaw Herling-Grudziński

"Piszący dzielą się na przykutych do stołka i perypatetyków. Należę do drugiego gatunku. Gdybym miał wmontowany w organizm licznik, okazałoby się, że podczas pisania obszedłem w moim pokoju kulę ziemską. Nałóg chodzenia przy pracy po własnym pokoju jest czynnością mechaniczną, pokrewną transowi, nie angażującą zmysłu obserwacji, nastawioną wyłącznie na refleksję. Czasem jednak następuje jakby ocknięcie się z transu: spojrzenie dokoła lub na obraz za oknem, ma w sobie coś z zobaczenia po raz pierwszy. Trwa to ułamek sekundy, ale wystarczy by zrozumieć ile się w przeszłości przeoczyło. W kącie obok mojego okna wisi płótno, przedstawiające nasz pokój londyński, z czarną kotką na kufrze i szybą zamalowaną na zielono. Tam też chodziłem pisząc, też przystawałem często na wprost okna i nie pamiętam czy widać było z niego skrawek Fortune Green".

Gustaw Herling-Grudziński "Dziennik pisany nocą 1971-1972" I, Res Publica, 1990.

poniedziałek, 21 maja 2012

Dzień z życia pisarza (15) - James Joyce

James Joyce
FELDKIRCH, SZWAJCARIA, jesień 1932

8.30 - Przebudzenie.

9.00 - Lekkie śniadanie.

9.45 - Nadchodzi poczta: list od Lucii Joyce, rozmowa z Norą o perspektywach psychiatrycznej kuracji córki.

11.30 - Spacer z przyjacielem Eugenem Jonasem wzdłuż rzeki Ill i po okolicznych wzgórzach. Stwierdzi później, że "góry i rzeki są zjawiskiem, które przetrwa zanik wszystkich narodów i rządów".

14.30 - Obiad.

15.30 - Poobiednia drzemka.

16.30 - Praca nad początkiem drugiej części "Finnegans Wake".

19.30 - Codzienna wyprawa na stacje kolejową, na spotkanie z ekspresem Paryż - Wiedeń, który ma tam dziesięciominutowy postój. "Rzucał się do najbliższego wagonu i - relacjonuje Jonas - sprawdzał francuskie, niemieckie i jugosłowiańskie napisy, wymacując litery wrażliwymi palcami ślepca". Przyjaciel opisuje Joyce'owi ludzi wysiadających, a on wsłuchuje się w ich rozmowy. Gdy zaś pociąg odjeżdża, stoi na peronie, "powiewając kapeluszem, jakby żegnał drogiego przyjaciela".

20.00 - Powrót do hotelu Lowen i pierwszy kieliszek tamtejszego stołowego wina (oraz całkiem liczne kieliszki następne).

23.00 - Nora Joyce kładzie męża spać.

Źródło: Marcin Sendecki "Dzień z życia sławnego pisarza", "Książki", NR 1 (4) marzec 2012, s. 45.

niedziela, 20 maja 2012

"Sztuka tracenia" - Elizabeth Bishop

Elizabeth Bishop (1911-1979) - amerykańska poetka, tłumaczka, powieściopisarka, uważana za jedną z najważniejszych poetek anglojęzycznych XX w. W dzieciństwie opiekowali się nią dziadkowie i ciotki (straciła ojca w wieku 8 miesięcy, a jej matka była chora psychicznie). W latach 1929 - 1934 studiowała w Vassar College, gdzie poznała Marianne Moore. Po studiach zaprzyjaźniła się m.in z czołowym poetą nurtu konfesyjnego, Robertem Lowellem, który wywarł na nią wielki wpływ. Debiutowała w 1946 tomem North & South, w 1956 otrzymała Nagrodę Pulitzera za tom North & South - A Cold Spring. W późniejszych latach otrzymała większość najważniejszych amerykańskich nagród literackich, łącznie z National Book Award. Przez całe dorosłe życie podróżowała, mieszkała m.in. w Nowym Jorku, Paryżu, San Francisco, Meksyku. Szesnaście lat spędziła w Ouro Preto w Brazylii, potem powróciła do Bostonu, gdzie mieszkała do końca życia. Zmarła w 1979 z powodu tętniaka.

Jedna sztuka

przełożył Stanisław Barańczak

W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie straty,
że kiedy się je traci - nie ma sprawy.

Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
stracone szanse, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.

Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz -wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.

Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy blask dawnych domów?
Dzisiaj blady cień, ukłucie w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.

Straciłem dwa najdroższe miasta - ba, dzierżawy ogromniejsze:
dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.

Nawet stracę Ciebie (ten gest, śmiech chropawy, który kocham), nie będzie w tym kłamstwa.
Tak, w sztuce tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.

One Art

The art of losing isn't hard to master;
so many things seem filled with the intent
to be lost that their loss is no disaster,

Lose something every day. Accept the fluster
of lost door keys, the hour badly spent.
The art of losing isn't hard to master.

Then practice losing farther, losing faster:
places, and names, and where it was you meant
to travel. None of these will bring disaster.

I lost my mother's watch. And look! my last, or
next-to-last, of three beloved houses went.
The art of losing isn't hard to master.

I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent.
I miss them, but it wasn't a disaster.

-- Even losing you (the joking voice, a gesture
I love) I shan't have lied. It's evident
the art of losing's not too hard to master
though it may look like (Write it!) a disaster.

sobota, 19 maja 2012

"Droga nie wybrana" - Robert Frost

Robert Frost

Droga nie wybrana

Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej  z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;


piątek, 18 maja 2012

Dzień z życia pisarza (14) - Sylvia Plath

Sylvia Plath w 1957 r
8 lutego 1957 roku, Cambridge, Anglia

8.30 - Po wyjściu Teda i zrobieniu po­rządków w domu Sylvia wyrusza na poranny spacer i nie spotka żywej duszy. „Po­maszerowałam błotnistą, pełną kałuż ścieżką przez rozchwierutany, skrzypiący drewniany kołowrót i wędrowałam dalej — pola lśniły w słońcu srebrzysto-wilgotnym blaskiem, na niebie kłębiły się szare obło­ki i blade jak skorupka od jajka plamy błękitu, łąki błyszczały w obramowaniu ciemnych, nagich drzew rosnących wzdłuż rzeki. Po prawej stronie miałam rosochaty żywopłot z głogu, na którym połyskiwały czerwone owoce; a za żywopłotem, jak okiem sięgnąć, rozciągały się ogródki działkowe, pełne kapusty i ce­buli, przechodząc w nagie, zorane pola. Napotkałam drzewo zamieszkałe przez wiewiórki i widziałam, jak szara wiewiórka z puszystym ogonkiem wspina się i chowa w małej dziupli. Płoszyłam krążące stada wielkich czarnych gawronów o zakrzywionych dzio­bach i obserwowałam smukłą, połyskliwą, różowo-purpurową liszkę, która kurcząc i rozciągając swe półprzeźroczyste zwoje znikła w trawie. 

9.00 - "Przeleciał krótki ulewny deszcz, a potem słońce zalało świat srebrzystym światłem. Ujrzałam pastelowy łuk prze­lotnej tęczy nad malutkim miasteczkiem Cambridge - iglice King's College przypominały lśniąco różowe, lukrowe kolce na miniaturowym torcie. Przez cały czas wdychałam wilgotny zapach podmokłych łąk, mokrego siana i koni i syciłam wzrok widokiem sfa­lowanych łąk usianych kępami drzew. Że też można mieć taki piękny spacer na końcu ulicy! Czułam jak narasta we mnie głęboki spokój, cieszyłam się samot­nością i chłonęłam wszystko”. 


Tęcza nad King's College w Cambridge.


9.30 – „Poszłam też odwiedzić swoją głowę! Pamiętasz gipsową głowę, którą wyrzeźbiła M.B. Derr? Plątała się to tu, to tam, a ja nie miałam serca wyrzucić poczciwej staroci, do której dziwnie się jakoś przy­wiązałam. Ted zaproponował kiedyś, żeby pójść na łąki, wdrapać się na drzewo i umieścić ją na gałęzi, żeby mogła spoglądać na pastwiska i rzekę. Dziś wróciłam tam pierwszy raz i rzeczywiście tkwiła wysoko, na płaskiej gałęzi rosochatej wierzby, wpatrując się z niepojętym spokojem w urocze, zielone łąki. Miło mi pomyśleć, że w pewnym sensie zostawiam tu „swoją głowę”. Ted miał rację: ilekroć o niej teraz pomyślę, czuję bluszcz i listowie, które oplata ją jak odpoczywający na łonie przyrody pomnik. Napisałam nawet o niej długachny poemat (ale z innym zakończeniem) , który przepiszę na sąsiedniej kartce i wyślę Ci”.

10.00 - ”Właśnie wróciłam z porannego spaceru łąkami do Granchester. Słońce wlewa się do naszego salonu, ptaki ćwierkają, wszystko jest wil­gotne, topnieje i pachnie wiosną. Do tej pory nie mie­liśmy śniegu”.

10.30 – Sylvia pisze list do matki. „ [...] Ted wyraźnie polubił swoją pracę. Nigdy nie widziałam podobnej przemiany. Nie wraca już do domu doszczętnie wyczerpany tak jak poprzednio i opo­wiada mi z dumą, jak nauczył się utrzymywać dys­cyplinę i jak dobrze skutkują jego psychologiczne me­tody. Zainteresował się paroma chłopcami, daje im dodatkowe lektury itp. Czuję, że panuje nad sytu­acją, nie pozwalając, by praca wysysała z niego wszystkie siły, a chłopcy włazili mu na głowę. Na pewno go uwielbiają; ma tak silną, fascynującą oso­bowość w porównaniu z tymi niedojdami, które ich uczą. Opowiedział mi, że kazał chłopcom zamknąć oczy i wyobrażać sobie — bardzo żywą i dramatycz­ną — historię, którą im opowiadał, a kiedy rozległ się dzwonek, wszyscy jęknęli i prosili, żeby skończył. Więc cieszę się, że wywiązuje się z bardzo trudnej pracy, najlepiej jak tylko można. Tak bym chciała wygrać na loterii. Pan (nasz do­mowy duszek) robi stałe postępy podając nam coraz poprawniejsze wyniki. W zeszłym tygodniu mieliśmy 20 punktów na 24 możliwych (za które co tydzień wypłacają fortunę w wysokości 75 000 funtów). Tłu­maczymy wciąż Panowi, że pieniądze są nam potrzeb­ne z dwóch powodów by móc spokojnie pisać i mieć mnóstwo dzieci... Gdybyśmy wygrali, mogli­byśmy złożyć pieniądze w banku i żyć z procentów pisząc w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, bez rozpaczliwego szukania posad. Czuję, że mając wolny rok napisałabym dobrą powieść. Potrzebuje czasu i spokoju. Ot, miło sobie pomarzyć. Ale jednak życz nam szczęścia”.

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Z premedytacją i bezwstydnie wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 254-256.

czwartek, 17 maja 2012

"O świcie wzięłam Psa - i poszłam" - Emily Dickinson


Emily Dickinson - O świcie wzięłam Psa - i poszłam (520)

O świcie wzięłam Psa - i poszłam
Zobaczyć się z Oceanem -
Syreny z wodnych Suteren
Wyszły mi na spotkanie -

Fregaty z Pierwszego Piętra
Wyciągały Konopne Dłonie -
Biorąc mnie za Mysz wyrzuconą
Na Piach przez Fale słone -

Nie tknął mnie Nikt - dopiero Przypływ
Podpełzł do czubka Trzewika -
Rąbka Fartucha - Paska -
Płóciennego Stanika -

Groził, że mnie pochłonie całą -
Jak Rosa, co przemoczyła
Rękaw łodyżki Mlecza -
Wtedy - ja też ruszyłam -

A on - on za mną pełzł - o krok -
Poczułam Uchwyt Srebrny
Na Kostce - i znów Obuwie
Zalały mi płynne Perły -

Dopiero przed Statecznym Miastem -
Chłodno je widać oceniał -
Skłonił się - ze spojrzeniem Władczym -
I cofnął się Ocean -  
 

środa, 16 maja 2012

Dzień z życia pisarza (13) - Katherine Mansfield

Katherine Mansfield
15 maja 1915 roku, PARYŻ

10.00 - „Deszcz przestał padać, kiedy list do Ciebie wysłałam, ale jeszcze mamy un temps tres lourd [pochmurna pogoda]”.

11.00 - „Byłam dziś w ogródku za Notre Dame. Biało i różowo kwitnące drzewa wyglądały tak cudnie, że siadłam na ławce. W samym środku ogródka jest trawnik, a na nim marmurowy basen. Kąpiące się wróble zamieniały basen w fontannę, a na aksamitnym trawniku spacerowały gołębie, gładząc piórka. Matki, nianie i dziadkowie obsiedli wszystkie ławki i krzesła, a małe dzieciaczki, niepewne na nóżkach, robiły babki z piasku, napełniały wiaderka kwiatami kasztanów lub rzucały czapki dziadków na trawnik, gdzie wstęp był im wzbroniony. Potem przyszła niańka Chinka, ciągnąc za sobą dwoje bębnów. Wyglądała bardzo zabawnie w zielonych spodniach, czarnym kaftanie i malutkim turbaniku, wciśniętym na głowę. Usiadła i wzięła się do cerowania, świergocąc cały czas jak ptaszek i mrugając na dzieci, igłę do cerowania wpinała w swój turban. Gdy się jej przyglądałam, pomyślałam sobie, że jestem jakby pogrążona we śnie. Dlaczego nie mam prawdziwego domu – prawdziwego życia? Dlaczego nie mam niani Chinki w zielonych spodniach i dwojga dzieci, które przybiegałyby do mnie i przytulały się do moich kolan? Nie jestem już młodą dziewczyną – jestem dojrzałą kobietą, która pragnie wielu rzeczy. Czy spełnią się kiedykolwiek moje pragnienia? Pisać cały ranek, potem szybko zjeść drugie śniadanie i znowu pisać; zjeść kolację, wypalić jednego papierosa i być wciąż samą aż do chwili pójścia na spoczynek... A miłość i radość życia walczą, aby sobie znaleźć ujście, a życie wysycha niby mleko w starej piersi. Chcę żyć! Chcę przyjaciół, ludzi, chcę mieć dom. Chcę brać i dawać.

14.00 - „Kupiłam butelkę wina za 45 centymów (bardzo dobre), chłodzi się w misce z wodą, przy zlewie. Masło i mleko wystawiłam za okno w kuchni. „Mamy coś w rodzaju lata” - powiedziałby błazen w music-hallu”.

17.00 - „Całe popołudnie pracowałam nad swoją książką, Jakie przyjemne jest zmęczenie po takiej pracy!”.

19.00 - „Zmierzch zapadał, a kwitnące drzewa pachniały przedziwnie. Było prawie pusto; na drugim końcu ławki siedział stary człowiek i wciąż nucił pod nosem, a kilkoro nieznośnych bębnów bawiło się w piłkę. Widać było tylko ich głowy, kolana i ręce wciąż w ruchu. Pnie drzew były bardzo czarne, a liście - prześliczne; przypominały cudowną koloraturę sopranu przy akompaniamencie basowej melodii. Nad drzewami wznosiła się katedra Notre Dame, szacowna i piękna. Małe ptaszki fruwały od wieży do wieży - wiesz, te ptaszki co to zawsze fruwają wśród ruin. Patrzyłam na nie i przyszła mi ochota napisać sonet. Wieża i ptaszki uosabiałyby starość i myśli starych ludzi, które wciąż odlatują i wciąż do nich powracają. Muszę to kiedyś napisać. Kochankowie spacerują leniwie wzdłuż quai. Przechylają się nad parapetem, patrzą na taniec wody, a potem odwracają się i całują; idą parę kroków przytuleni do siebie i znowu przystają i całują się. Muszę przyznać, że wieczór jakby do tego stworzony... ”.

20.00 - „Wróciłam właśnie z ogrodu przy Notre Dame. Latarnik zapala latarnie, ale ja jeszcze siedzę w mroku.”.

21.00 - Kończy kolejny list do Johna M. Murry’ego słowami: „Pisuj do mnie często, kiedy tylko masz czas. Wiem dobrze, że żadna ludzka istota nie potrafi skutecznie współzawodniczyć z moją grafomanią, ale samotność w odległym kraju nie da się porównać z osamotnie­niem w Anglii, nawet tak wielkim jak twoje. [...] Z czyjej to winy jesteśmy rozłączeni, nie żyjemy prawdziwym życiem, a wszystko prócz czytania i pisania wydaje się nam stratą czasu?".

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 37–40.

poniedziałek, 14 maja 2012

Dzień z życia pisarza (12) - Antoni Czechow

Antoni Czechow
Sobota, 20 listopad 1896, MOSKWA

Plany na ten dzień:

7.15 - Kiedy pociąg pośpieszny zatrzyma się przy rampie, przekona się, że nikt go nie wita, weźmie za 20 kop. dorożkę i pojedzie do Wielkiego Hotelu Moskiewskiego.

8.00 -  Rozlokuje się w wynajętym pokoju.

9.00 -  Weźmie dorożkę za 10 kop. i pojedzie do Teodora, który go ostrzyże za 15 kop.

10.00 -  Odmłodzony i piękny po zabiegach fryzjerskich, powróci do hotelu.

22.00 - Pójdzie do restauracji na pół porcji omletu z szynką. Jeśli zechce mu towarzyszyć Pani Lidia, odstąpi jej kawałek omletu, a w razie uporczywych nalegań zafunduje jej butelkę piwa.

23.00 -   Po kolacji wróci do swojego pokoju i położy się spać ciesząc się, że nareszcie jest sam.

Niedziela, 8.00 -   Po przebudzeniu, umyje się, ubierze i pojedzie na Suchariewkę kupować książki.

Wtorek, 9.00 -  Wyjedzie z Moskwy dumny, że oparł się wszelkim pokusom i nikomu nie pozwolił na poufałość mimo uporczywych nalegań.

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 150-151.

Alfabet biblioteki (6) - A jak autor

Od razu na początku chcę zaznaczyć, że wszystko o czym tutaj napiszę to tylko moje własne przemyślenia, poparte lekturami i cytatami. Nie jestem historykiem literatury, nie będzie zatem naukowych wywodów, żargonu, przypisów i bibliografii. No, może tylko odrobinę. Dzisiaj temat, który mnie osobiście, jako czytelnika książek, bardzo interesuje. Mianowicie rola jaką odgrywa autor powieści. Pomyślicie pewnie, że sprawa wydaje się banalnie prosta i, że jest to oczywista oczywistość. Jest powieść to i musi być autor, który ją napisał. A właśnie, że nie. Nie jest to takie proste jak się wydaje. Różnie to wyglądało w historii literatury, w przeszłości, na przykład w XIX wieku, a także obecnie. Autor poprzez sposób pisania wpływa na odbiór i interpretacje jego dzieła. Czytając wiemy czy zgadza się on z przedstawionymi poglądami czy też nie.

Zacytuję na początek Juliana Barnesa:

 " "Autor powinien być w swojej książce jak Bóg w swoim wszechświecie: wszechobecny i niewidzialny"[Gustaw Flaubert]. W naszym wieku doczekało się to, oczywiście, przewrotnej interpretacji. Pomyślcie o Sartrze i Camusie. Bóg umarł - oznajmili nam - a wraz z nim podobny Bogu powieściopisarz. Wszechwiedza jest niemożliwa, ludzka wiedza - częściowa, tak zatem i sama powieść, tak zatem i sama powieść musi być częściowa. Brzmi to niezbyt zachęcająco, ale za to logicznie. Czy jednak jest logiczne? W końcu powieść nie pojawiła się jednocześnie z wiarą w boga; ani też, prawdę mówiąc, nie istnieje zbyt ścisła korelacja między tymi powieściopisarzami, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego narratora, a tymi, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego Stwórcę. Przytaczam George Eliot obok Flauberta.
 Jeśli chodzi o sedno sprawy, rzekoma boskość przyjęta przez dziewiętnastowiecznego pisarza była tylko chwytem technicznym; podobnie stronniczość i ograniczoność widzenia nowoczesnego pisarza to też tylko wybieg. Kiedy współczesny narrator waha się, głosi swą niepewność, źle rozumie, zgrywa się i robi błędy, czy istotnie czytelnik dochodzi do wniosku, iż rzeczywistość została przedstawiona w sposób bardziej autentyczny?"[s.98-99][1]

W 1968 roku Roland Barthes napisał "Śmierć autora", esej teoretycznoliteracki, a zarazem postulat nawołujący do nieodczytywania tekstu literackiego poprzez pryzmat tzw. "intencji autorskiej". W publikacji Barthes apelował, aby usunąć z dyskursu interpretacyjnego kategorię "autora", rozumianą dotąd jako źródło niekłamanej wiedzy na temat prawidłowego odczytania dzieła. Według badacza autor nie jest "ojcem" i "właścicielem" tekstu. Stawiane często pytanie "Co autor miał na myśli?" uważał za bezzasadne, ponieważ w żadnym tekście nie jest zapisana intencja jego twórcy. Jego zdaniem zjawisko braku autora w tekście ma dwa źródła: pierwszym z nich jest ustalenie strukturalistów dotyczące istnienia podmiotów nadawczych w utworze literackim (oraz sformułowanie zasady nieutożsamiania podmiotu utworu z autorem), drugim natomiast jest charakter literatury współczesnej, która według Barthes'a powraca do swoich pierwotnych korzeni - dlatego też należy zastąpić słowo "autor" słowem "skryptor". Jak sam pisze:  

"Wiemy już dziś, że tekst nie jest ciągłą sekwencją słów, za którymi kryłby się pojedynczy, "teologiczny" sens (przesłanie Autora-Boga), lecz wielowymiarową przestrzenią, w której stykają się i spierają rozmaite sposoby pisania, z których żaden nie posiada nadrzędnego znaczenia: tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury".
Pojmowanie literatury, jako intertekstualnej przestrzeni wypełnionej cytatami i nawiązaniami, jest charakterystyczne dla postmodernizmu. Usunięcie kategorii autora przez Barthes'a jednocześnie podniosło rangę czytelnika, który stał się właściwym twórcą tekstu, poprzez interpretowanie go w trakcie procesu lektury.[2]

Pisarze, postmoderniści, zaczęli stosować teorię Barthesa w praktyce, pisząc w taki a nie inny sposób swoje książki. W tej chwili przychodzi mi na myśl "Trylogia nowojorska" Paula Austera, gdzie w powieści pojawia się sam autor, pisarz o nazwisku Paul Auster, a główny bohater dyskutuje z nim. Vladimir Nabokov umieścił w tekście "Lolity" anagram swojego imienia i nazwiska Vivian Darkbloom. Główny bohater, Humbert Humbert posiada zbieżności ze swym autorem, ale jeszcze więcej rozbieżności. Mamy wiele znaków podkreślających fikcję powieściową, szczególnie poprzez zaznaczenie obecności autora w tekście. Nabokov jest obecny w utworze poprzez wspomnianą już wyżej postać Vivian Darkbloom , a także jako Młody Poeta, ze sztuki Quilty'ego, który upiera się, że cała akcja jest dziełem jego wyobraźni. W fikcyjnej przedmowie Nabokov ujawnia się natomiast poprzez sformułowanie: "jakże jednak jego rozśpiewane skrzypce potrafią wyczarować tkliwość i współczucie dla Lolity", gdzie skrzypce są metaforą twórczości literackiej.

Czy lubicie czytać książki eksperymentujące, postmodernistyczne, które dają czytelnikowi wolność interpretacji? Nie ma autora, są tylko czytelnicy i ich odczytania utworu literackiego. Czy może wolicie dziewiętnastowieczne powieści z autorem wszechwiedzącym i wszechobecnym? Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy czytając jakąś powieść musicie wiedzieć cokolwiek o jej autorze, czy wpływa to na jej odbiór?

[1] Julian Barnes, Papuga Flauberta, z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 222.
[2] Wikipedia.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...