wtorek, 11 grudnia 2012

Nie wierzcie prognozie pogody

Jerome K. Jerome z przyjaciółmi
"Uważam, że ze wszystkich głupawych, dziecinnych wybryków, jakimi jesteśmy nękani, ta szarlataneria z „prognozą pogody" nale­ży do najdokuczliwszych. „Prognozuje" pogodę dokładnie taką samą jak wczorajsza i przedwczorajsza, dokładnie zaś odwrotną do dzi­siejszej.
Pamiętam, że kiedyś zupełnie sobie zmarnowałem jesienny urlop gdyż potraktowałem poważnie notkę o pogodzie w lokalnej gazecie. „Na dzień dzisiejszy przewiduje się możliwość ulewnych deszczów i burz" - czytaliśmy w poniedziałek, więc rezygnowaliśmy z pikniku i spędzaliśmy cały dzień pod dachem, czekając na deszcz. Ludzie mijali nasz dom w kabrioletach i koczach, radośni jak szczygiełki, a słońce prażyło z bezchmurnego nieba.
- Och! - mówiliśmy, wyglądając przez okno - wrócą cali przemoczeni!
Rechotaliśmy na myśl, jak strasznie zmokną, dorzucaliśmy do ognia i sięgaliśmy po książki bądź siadaliśmy do porządkowania zielników i kolekcji muszelek. O dwunastej, gdy upał w nasłonecznionym pokoju stawał się nie do zniesienia, zaczynaliśmy się nie­cierpliwić, kiedy wreszcie nadciągną te ulewne deszcze i przelotna burze.
- Zobaczysz, co się będzie działo po południu! - mówiliśmy sobie nawzajem. - Ale ich zmoczy! Co za ubaw!
O pierwszej gospodyni przychodziła spytać, czy nie zamierzamy nigdzie wyjść w taki cudowny dzień.
- Nie, nie - odpowiadaliśmy z poczuciem wyższości w głosie - I dziękujemy za radę. Kto chce, niech moknie, jego sprawa!
Kiedy miało się już ku wieczorowi, a deszcz jak nie padał, tak nie padał, próbowaliśmy pocieszać się myślą, że lunie z jasnego nieba, złapie ludzi w drodze do domu, z dala od wszelkiego schronienia i wtedy dopiero wytapiają się aż miło. Nie spadała jednak ani kropla, a po wspaniałym dniu nadchodziła cudowna noc.
Następnego ranka czytaliśmy, że będzie „ciepło i bezchmurnie, lokalne upały". Ubieraliśmy się więc przewiewnie i wychodziliśmy z domu. Pół godziny później zaczynało pluć żabami i wzmagał sil ostry, przenikliwy wiatr. „Ciepła i bezchmurna" pogoda utrzymywała się przez cały dzień, więc wracaliśmy do domu przeziębieni i połamani reumatyzmem, aby położyć się do łóżka.
Pogoda jest czymś, co mnie zupełnie przerasta. Nie potrafię zrozumieć, jak to działa. Barometr jest bezużyteczny, równie zwodniczy jak prognoza w gazecie.
Pamiętam barometr, który wisiał na ścianie w hotelu w Oksfordzie, gdzie się zatrzymałem zeszłej wiosny. Wskazówka stała nie­ruchomo na „pogodnie". Na zewnątrz lało jak z cebra, od samego rana. Coś mi się tu nie zgadzało, więc postukałem, a wskazówka zaraz podskoczyła i zatrzymała się na „słonecznie". Przechodzący obok boy hotelowy rzucił w przelocie, że jego zdaniem barometr ma na myśli dzień jutrzejszy. Odparłem, że chyba ma na myśli przedo­statni tydzień, ale boy był pewien, że się mylę.
Następnego ranka znów postukałem w barometr. Poszedł jeszcze wyżej, a deszcz padał, jakby otworzyły się wszystkie spusty niebie­skie. W środę znów postukałem. Wskazówka minęła „pogodnie", „słonecznie, „upalnie" i chciała iść dalej, ale skończyła się skala. Starała się, jak mogła, ale przyrząd był tak skonstruowany, że bar­dziej optymistyczne przepowiednie doprowadziłyby do jego znisz­czenia. Najwyraźniej chciała pójść dalej, wywróżyć suszę, niedobo­ry wody pitnej, udar słoneczny, pustynnienie gleby i temu podobne, lecz skala na to nie pozwalała; wskazówka musiała się zadowolić pospolitym „upalnie".
Tymczasem deszcz lał z nieba miarową strugą, a dolna część mia­sta znalazła się pod wodą, gdyż rzeka wystąpiła z brzegów.
Boy powiedział, że dłuższy okres świetnej pogody kiedyś bez wąt­pienia będziemy mieli, po czym odczytał poemat wydrukowany nad wyrocznią:

Po cóż wróżyć na jutro, skoro dzień mija za dniem, rok za rokiem.
Ku dalszym horyzontom patrzę mym proroczym wzrokiem.

Tamtego lata piękna pogoda nie nadeszła. Sądzę, że przyrząd był już myślami przy następnej wiośnie.
Są też te barometry w nowym stylu, długie i proste. Za nic nie mogę się w nich połapać. Jedna strona pokazuje dziesiątą rano wczoraj, druga - dziesiątą rano dzisiaj. Ale przecież trudno dzień w dzień tak wcześnie wstawać. Te nowe barometry są strasznie udziwnione: pada, idą do góry, nie pada - też idą do góry. Jak w nie postukać, wcale nie reagują. Trzeba wziąć poprawkę na wysokość nad poziomem morza i przeliczyć wszystko na fahrenheity, a potem i tak nie wiem, czy mam zabrać ze sobą parasol. Ale kto chce, żeby mu wywróżyć złą pogodę? Wystarczy, że nas sponiewiera, jak przyjdzie. Po co się jeszcze wcześniej zamartwiać? Ze wszystkich proroków najbardziej lubimy starca, który w wyjątowo ponury poranek, kiedy nam wyjątkowo zależy na pięknej pogodzie mierzy horyzont przenikliwym okiem i mówi:
- Nie ma zmartwienia, łaskawy panie, na pewno się przejaśni. Jak nic się rozchmurzy, łaskawy panie.
„Furda barometry, ten się dopiero zna - myślimy, życząc mu miłego dnia. - Ależ ci staruszkowie czują te sprawy w kościach!"
Naszej sympatii do staruszka nie umniejsza okoliczność, że wca­le się nie przejaśnia, tylko leje rzęsiście przez cały dzień. „No cóż - myślimy - starał się".
Inaczej z człowiekiem, który wróży złą pogodę. Wobec niego ży­wimy tylko gorzkie, mściwe uczucia.
- Przejaśni się, myśli pan? - wołamy wesoło, mijając go.
- Gdzie tam, łaskawy panie, jeszcze się zaciągnie - odpowiada, potrząsając głową.
„Stary dureń - mruczymy pod nosem - o niczym nie ma pojęcia!" Jeśli jego proroctwo się sprawdzi, wracamy do domu jeszcze bar­dziej rozgniewani, gdyż dręczy nas niejasne podejrzenie, że maczał w tym palce."

Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)", tłumaczenie Tomasz Bieroń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...