sobota, 6 października 2012

Pierwszy strach Agathy


Zanim ukończyłam piąty rok życia, poznałam pierwszy raz strach. Pewnego wiosennego dnia Niania wybrała się ze mną na pierwiosnki. Przeszłyśmy na drugą stronę torów kolejowych i idąc uliczką Shiphay zrywałyśmy je wzdłuż żywopłotów, gdzie rosło ich najwięcej. Potem weszłyśmy przez otwartą bramę i dalej zrywałyśmy kwiatki. Koszyk był już prawie pełny, gdy jakiś człowiek krzyknął głosem ostrym i pełnym złości:
- Co wy tamój robicie? 
Wydawał mi się olbrzymem, rozgniewanym i czerwonym na twarzy. Niania odparła, że nie robimy niczego złego, zbieramy tylko pierwiosnki.
- Znajdujecie się na cudzym terenie. Jazda stąd. Jeśli w ciągu minuty nie znajdziecie się za tą bramą, to ugotuję was żywcem!
Trzymałam kurczowo rękę Niani, gdy stamtąd wychodziłyśmy. Ona nie mogła iść zbyt prędko, a zresztą nawet nie bardzo chciała, a we mnie strach narastał. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się bezpieczne na ulicy, odczułam taką ulgę, że o mało nie upadłam. Pobladłam i wyglądałam źle, jak zauważyła nagle Niania.
- Kochaneczko - rzekła łagodnym tonem - nie myślisz chyba, że on naprawdę mógłby coś takiego zrobić? Nie zamierzał cię ugotować ani nic w tym sensie.
Pokiwałam głową w milczeniu. Wyobraziłam sobie wielki gar buchający parą na ogniu i mnie wrzucaną do gotującej się wody. Moje przeraźliwe krzyki. Wszystko to widziałam straszliwie realnie. Niania przemawiała do mnie uspokajająco.
- Tak się tylko mówi. To rodzaj dowcipu. Nie był to miły osobnik, raczej dosyć nieuprzejmy, nieprzyjemny, ale nie mówił tego poważnie. Po prostu żartował.
Dla mnie to nie był wcale żart i nawet teraz gdy wchodzę na jakiś obcy teren, odczuwam lekkie mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Od tamtego dnia do dziś nie zaznałam równie realnej jak tamta grozy. W moich koszmarach nocnych nigdy jednak nie pojawiło się to właśnie przeżycie. Wszystkie dzieci miewają koszmary i ciekawa jestem, czy są one efektem „straszenia” ich przez piastunki lub inne osoby, czy też jakiegoś rzeczywistego wydarzenia z życia. Mój osobisty koszmar związany był z kimś, kogo nazywałam Uzbrojonym Bandytą. Nigdy o nikim takim nie czytałam. Nazwałam go Uzbrojonym, bo miał broń, a nie pod wpływem obawy, że zastrzeli mnie, albo z jakiejś innej przyczyny związanej z tą strzelbą, przypominającą staroświecki typ muszkietu. Stanowiła ona część jego wyglądu zewnętrznego, obok, jak mi się teraz wydaje, francuskiego szaroniebieskiego munduru, pudrowanej peruki z harcapem i pewnego rodzaju trójgraniastego kapelusza. Sam widok Uzbrojonego Bandyty wzbudzał przerażenie. Sceneria snu natomiast mogła być najzupełniej zwyczajna - podwieczorek albo przechadzka z różnymi osobami, a zazwyczaj jakaś miła zabawa. Wtem zgoła nieoczekiwanie pojawiało się uczucie niepokoju. Był tam ktoś - ktoś, kogo być nie powinno - okropne uczucie strachu, a potem go widziałam: siedzi przy stole, spaceruje po plaży, przyłącza się do gry. Jego jasne niebieskie oczy napotykały mój wzrok i budziłam się krzycząc:
- Uzbrojony Bandyta, Uzbrojony Bandyta!
- Panience śnił się ostatniej nocy znowu uzbrojony bandyta - meldowała Niania swoim spokojnym głosem.
- Dlaczego on tak cię przeraża, kochanie? - pytała matka. - Co może ci zrobić?
Nie wiedziałam, dlaczego mnie przeraża. Później sen się zmienił. Uzbrojony Bandyta nie zawsze był w tym samym kostiumie. Czasem, gdy siedzieliśmy wokół stołu, a ja spojrzałam na kogoś z przyjaciół czy któregoś z członków rodziny, widziałam nagle, że to nie jest Dorothy, Phyllis czy Monty, matka czy też ktoś inny. Mój wzrok napotykał spojrzenie jasnych niebieskich oczu w znanej mi twarzy - pod jakże znajomą powierzchownością. Naprawdę to był przecież Uzbrojony Bandyta.

Agatha Christie "Autobiografia".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...