niedziela, 12 sierpnia 2012

Istnieje tylko statystyka

"Ta mapa przedstawia rozkład zapadalności na raka w Anglii na przestrzeni ostatnich dziewiętnastu lat. Obszar o najniższej zapadalności, mniejszej o trzydzieści procent od przeciętnej z półwiecza, pokrywa się z granicami obszaru, w którym znikały zwłoki. Inaczej mówiąc, mamy tu odwrotną proporcjonalność, którą wyraża sformułowany przeze mnie wzór. W tej chwili pominę go, gdyż niewiele panu powie. 
Jego niedostrzegalny prawie uśmiech miał w sobie coś obelżywego.
— Pierwszym obowiązkiem jest szacunek wobec faktów — podjął Sciss. — Ja, proszę pana, wyszedłem od faktów. Zwłoki znikały. W jaki sposób? Zapewne szły sobie gdzieś. Czy im ktoś w tym pomagał? Tak, jeżeli pan, jako policjant, życzy sobie takiego sformułowania. Pomagał im ten, kto sprawia, że muszle ślimaków są prawoskrętne, a raz na dziesięć milionów odnajdujemy skręt lewy. Czynnik prawidłowości statystycznej. Zadaniem moim było wykrycie związku zjawisk z innymi zjawiskami. Nauka nie robiła nigdy nic innego i nie będzie nic innego robiła — do końca. Zmartwychwstanie?
Bynajmniej. To za wiele powiedziane. Nie twierdzę, że te zwłoki ożywały, że serca zaczynały bić, mózgi — myśleć, że skrzepła krew upłynniała się. Zmiany zachodzące w zwłokach nie są odwracalne w takim sensie. Co innego, gdyby pan spytał, czy te zwłoki poruszały się, zmieniały położenie w przestrzeni. Na to odpowiadam twierdząco. Ale to
tylko fakty. A oto wyjaśnienia.
Podszedł bliżej do mapy, podniósł rękę. Już się nie uśmiechał. Mówił szybko, energicznie,
swoim wysokim głosem, który nabierał chwilami triumfującego brzmienia.
— Badać można tylko to, co przejawia w strukturze zdarzeń prawidłowość. Taka prawidłowość zachodziła. Należało wykryć związek tego zjawiska z innymi zjawiskami, i to mi się udało. Jest to normalny tryb postępowania w nauce. Dlaczego kamienie spadają? Ponieważ działa grawitacja. Co to jest grawitacja? Tego nie wiemy, lecz potrafimy określić jej prawidłowości. Kamienie zawsze spadają, ludzie przyzwyczajają się do tego. Zjawisko, nie przestając być, w codziennym rozumieniu, niepojętym, staje się zwyczajne. Gdyby zwłoki ludzi czy zwierząt zwykle i często oddalały się z miejsca śmierci, gdyby tak było zawsze, policja nie interesowałaby się wypadkami w Norfolk. Moim zadaniem było określić miejsce tej serii zjawisk rzadkich, niezwyczajnych i przez to ściągających uwagę, w seriach zjawisk już zaobserwowanych, znanych i istniejących od dawna. Od tak dawna, że przestały wzbudzać zdziwienie przechodniów i ciekawość policji.
Zjawiskiem tym jest zapadalność na raka. Miałem do dyspozycji księgi parafialne z całego obszaru, a także szpitalne książki zgonów z ostatniego półwiecza. Napotkałem znaczne trudności, gdyż rak nie był przed pięćdziesięciu laty jednostką chorobową, którą lekarze potrafili wyróżnić tak jak dziś. W miarę możliwości uzyskałem dane o ilości zgonów na raka i nanosiłem je na tę mapę, a wynik ma pan przed sobą. [...]



— W największym skrócie rzecz ma się tak. Zapadalność na raka ma swoją własną cykliczną prawidłowość, która nią rządzi. Od końca dziewiętnastego wieku zachodzi jej wzrost, niezupełnie regularny. Coraz więcej ludzi choruje i umiera na raka. Obszar hrabstwa Norfolk z okolicą stanowi wyspę zapadalności względnie najniższej. To znaczy: utrzymywała się ona na takim samym mniej więcej poziomie w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci. Natomiast zapadalność ta nadal rosła na obszarach dookolnych. Kiedy różnica zapadalności między tą wyspą a terenami okolicznymi przekroczyła pewną wielkość, poczęły znikać zwłoki. Ośrodkiem, to jest miejscem pierwszego zniknięcia, nie jest geometryczny, przestrzenny środek wyspy, lecz to miejsce, w którym zapadalność na raka osiągnęła minimum. Stamtąd zjawisko rozprzestrzeniało się jak fala, w określony sposób, ze stałą prędkością, zależnie od temperatury i tak dalej. O tym już mówiłem i powinien pan to pamiętać. W ostatnim wypadku zjawisko dotarło do granic „wyspy”. Formuła, którą wywiodłem z danych liczbowych zapadalności na raka, wyklucza możliwość dalszych wypadków znikania zwłok poza obszarem „wyspy”.[...]

— A jakie miejsce w pana statystycznym wytłumaczeniu znajdują owe... padliny znajdowane w pobliżu miejsca zniknięcia? — spytał Gregory, jakby nie słyszał nut gniewu narastającego w głosie Scissa.
— To pana interesuje...? Ach, tak... — powiedział z nagłym spokojem Sciss. Ujął kolano chudymi splecionymi dłońmi.
— Nie badałem tego matematycznie. Wytłumaczeniem najprostszym, ale i najprymitywniejszym, byłoby uznanie owych zwierząt za „vehiculum”, za przenośnik czynnika uruchamiającego zwłoki. Można by, powiedzmy, uznać ów „czynnik” za specyficzny „agens” o naturze biologicznej — w takim sensie, w jakim za podobny czynnik uważamy to, co powoduje powstanie raka. Powiedzmy, że to „coś”, co wywołuje rakowacenie, może się w pewnych okolicznościach przekształcić w nasz czynnik. Że posługuje się małymi zwierzętami domowymi dla przenoszenia się z miejsca na miejsce. Taką rolę spełniają na przykład szczury w epidemii dżumy.
— Rodzaj bakterii? — poddał powoli Gregory. Oparł się ręką o skrzydło szafy i wpatrzony nie w Scissa, lecz w jego wielki cień, leżący na podłodze, słuchał ze ściągniętymi brwiami.
— Tego nie powiedziałem. Nie wiem. Nic nie wiem. To hipoteza na glinianych nogach. Hipotheses non fingo. Nie znoszę, nie stawiam hipotez. Być może, zająłbym się tym zagadnieniem, gdybym miał czas.
— Może nie bakterie, ale w każdym razie, jak pan powiada, czynnik biologiczny. Drobnoustroje, co? I to obdarzone inteligencją. Sporą inteligencją. O przezorności działania mocno przypominającej ludzką.[...]

— W głębi obszaru niskiej zapadalności czynnik począł działać z pełnym rozeznaniem, niczym istota świadoma, lecz nie posiadał jeszcze doświadczenia. Nie wiedział, na przykład, że nagim zwłokom jest — jak by to powiedzieć — niezręcznie pojawiać się wśród ludzi, że z tego mogą być kłopoty i trudności. Uruchamiając następnego nieboszczyka z serii, zatroszczył się o odpowiedni przyodziewek. Jego martwymi zębami oddarł zasłonę, która osłoniła nieprzystojną nawet po śmierci nagość. Później nauczył się czytać, inaczej jak by zdołał studiować komunikaty meteorologiczne? Ale to światło rozumu zmącone zostało za sprawą zbytniego przybliżenia się do granicy obszaru niskiej zapadalności na raka. Tam mógł już tylko wprawić zesztywniałe członki w ruchy kiepsko skoordynowane, w pewien rodzaj makabrycznej gimnastyki, wstawanie i filuterne wyglądanie przez okno kostnicy cmentarnej... [...]

A jeżeli tak nie jest? Jeżeli nie ma nic do imitowania? Jeżeli świat nie jest rozsypaną przed nami łamigłówką, tylko zupą, w której pływają bez ładu i składu kawałki, od czasu do czasu zlepiające się przez przypadek w jakąś całość? Jeżeli wszystko, co istnieje, jest fragmentaryczne, nie donoszone, poronne, zdarzenia mają koniec bez początku albo tylko środek, sam przód albo tył, a my wciąż segregujemy, wyławiamy i rekonstruujemy, aż zaczynamy widzieć całe miłości, całe zdrady i klęski, chociaż naprawdę jesteśmy cząstkowi, byle jacy. Nasze twarze, nasze losy urabia statystyka, jesteśmy wypadkową ruchów brownowskich, ludzie to nie dokończone szkice, przypadkowo zarysowane projekty. Perfekcja, pełnia, doskonałość — to rzadki Wyjątek, zdarzający się tylko dlatego, że wszystkiego jest tak niesłychanie, niewyobrażalnie wiele! Olbrzymiość świata, nieprzeliczalna jego mnogość jest automatycznym regulatorem
codziennej zwyczajności, dzięki niej uzupełniają się pozornie luki i wyrwy, myśl dla własnego zbawienia odnajduje i scala odległe fragmenty. Religia, filozofia są klejem, wciąż składamy i zbieramy rozpełzające się w statystykę ochłapy, żeby je złożyć w sens, jak w dzwon naszej chwały, żeby odezwały się jednym, jedynym głosem! Tymczasem jest tylko zupa. Matematyczny ład świata to nasza modlitwa do piramidy chaosu. Na wszystkie strony wystają kawałki życia poza znaczenia, które ustaliliśmy jako jedyne, a my nie chcemy, nie chcemy tego widzieć! Tymczasem istnieje tylko statystyka. Człowiek rozumny to człowiek statystyczny. Czy dziecko będzie piękne czy brzydkie? Czy muzyka da mu rozkosz? Czy dostanie raka? O tym wszystkim decyduje gra w kości. Statystyka stoi u naszego poczęcia, ona wylosowuje zlepki genów, z których tworzą się nasze ciała, ona wylosowuje naszą śmierć. O spotkaniu kobiety, którą pokocham, o mojej długowieczności, o wszystkim decyduje normalny rozkład statystyczny, więc może także o tym, czy będę nieśmiertelny? Może ona staje się czyimś udziałem na ślepo, przez przypadek, od czasu do czasu, tak samo jak uroda lub kalectwo? A skoro nie istnieją jednoznaczne przebiegi, skoro rozpacz, piękno, radość i brzydota są dziełem statystyki, statystyką jest podszyte nasze poznanie, istnieje tylko ślepa gra, wiekuiste układanie się przypadkowych wzorów. Nieskończona liczba Rzeczy szydzi z naszego umiłowania Ładu. Szukajcie — a znajdziecie; zawsze w końcu znajdziecie, jeżeli będziecie tylko dość żarliwie szukali, statystyka bowiem niczego nie wyklucza, czyni wszystko możliwym, jedynie mniej lub więcej prawdopodobnymi. Historia zaś jest ziszczaniem się brownowskich ruchów, statystycznym tańcem cząstek, które nie przestają marzyć o innym doczesnym świecie...
— Może i Bóg istnieje tylko czasami? — rzucił niegłośno Inspektor. Pochylił się do przodu i z niewidzialną twarzą słuchał tego, co Gregory z takim trudem wyrzucał z siebie, nie śmiejąc nań spojrzeć.
— Może — obojętnie odparł Gregory. — A przerwy w jego istnieniu są bardzo długie, wie pan?
Wstał, podszedł do ściany i wpatrzył się niewidzącymi oczami w jakąś fotografię.
— Może i my... — zaczął i zawahał się — ...i my jesteśmy tylko czasami, to znaczy: raz mniej, niekiedy prawie znikamy, rozpływamy się, a potem nagłym skurczem, nagłym wysiłkiem, scalając na chwilę rozpadające się rojowisko pamięci... na dzień stajemy się...".

Stanisław Lem "Śledztwo", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s.206.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...